Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Pierwszy na linie (1)

Roger Frison-Roche

Część I: Narodziny powołania

Rozdział 1
Dwaj mężczyźni opuścili Courmayeur wczesnym świtem, kiedy nocna rosa parowała błękitnawymi smugami z ciężkich, szarych łupkowych dachów. Maszerując żwawym krokiem drogą do Entreves dotarli do małego górskiego miasteczka, uśpionego jeszcze w swojej zieleniejącej kotlinie. Za osadą rozpoczyna się, pomiędzy dwoma kamiennymi murkami, szlak na Col du Géant. Prowadzi on w górę, przemykając się pomiędzy rozrzuconymi po zboczu skrawkami pól. O tej wczesnej porze zaczynały rozbrzmiewać dzwonki wypędzanego z obór bydła, wypływającego skłębionym strumieniem rogów i parujących nozdrzy na drogę. Na niewielkich spłachetkach pól, wspieranych ułożonymi z kamieni skarpami, krzątało się już kilku wieśniaków. Gdy nieznajomi przechodzili obok nich, odrywali się na chwilę od swojego zajęcia, podnosili głowy i przyglądali im się, na wpół schyleni, z narzędziami w dłoniach. Ci pozdrawiali ich uprzejmie:
- Dobrego dnia!
- Dobrego podejścia! - odpowiadali chłopi.
Wkrótce, szachownica pól uprawnych ustąpiła miejsca modrzewiowym lasom. Dolina zdawała się jakby rozszerzać, a odległy grzmot przetaczającej się w dole rzeki Doire swobodniej niósł się tutaj w powietrzu.
Wędrowcy przystanęli na chwilę w miejscu, gdzie ścieżka rozpoczynała zakosami wznosić się stromym zboczem. Pierwszy dotarł tu młodszy z nich, dobrze zbudowany chłopak, który dotąd podchodził z fantazją, skacząc z jednego brzegu ścieżki na drugi, wskakując na ograniczające czasem szlak murki i kosząc czekanem zawadzające mu pokrzywy. Chwilami zatrzymywał się, żeby popatrzeć na leżącą poniżej, wciśniętą pomiędzy dwie skalne ściany osadę, na spokojną dolinę i błękitniejącą w dali, pod szafirowym niebem, panoramę. Stary szedł powoli, kawałek za nim, podchodząc równym rytmem i zginając lekko kolano przy każdym kroku, jakby chciał lepiej poczuć ziemię pod swoimi wielkimi, nabitymi gwoździami podeszwami.
- Przestań skakać jak koza, Pierre - powiedział dochodząc do młodego - zrzućmy plecaki i odetchnijmy chwilę.
Zsunęli na ziemię swoje wielkie wory, zrobione z mocnej, walijskiej skóry, wypłowiałe od słońca i deszczu i wytarte od kontaktu ze skałami. (...)
- Ile stąd będzie do przełęczy, wuju?
- Ze sześć godzin. Do kantyny pod Mont-Fréty dwie godziny - stary liczył na palcach - od Mont-Fréty do la Porte półtorej, dalej do schroniska pod Col du Géant trzeba liczyć jakieś trzy godziny. Plecaki są ciężkie, poza tym będzie gorąco. Poza tym pójdziesz z tyłu. Złamałbyś nogę idąc w tym tempie... a ja mam sześćdziesiątkę... Sześćdziesiątkę, cholera, a oni mnie wyganiają na emeryturę! Powinni przecież wziąć pod uwagę moją formę... Widzisz te ręce, mały? Nigdy nie puściły chwytu. Nigdy, psiakrew, nawet na Innominacie, kiedy trzystukilowy blok o mało mnie nie zgniótł, utrzymałem cały zespół właśnie tymi rękami!
- Takich rąk jak twoje, wuju, nie ma drugich w całej dolinie; to, że masz krzepę, dobrze zauważyłem w ciągu ostatnich dni. Ale cóż, takie jest prawo... Zresztą, nie będziesz musiał opuścić gór, prezes Club Alpin proponuje ci przecież prowadzenie schroniska Couvercle.
- Dosyć, chłopcze, dajmy z tym spokój... To jest, widzisz, zbyt smutne, spędzić resztę życia na nastawianiu budzika i przygotowywaniu herbaty w schronisku dla ceprów, którzy wybierają się na wspinaczkę.

W dolinie Veny ponad Courmayeur. © M. RonikierW dolinie Veny ponad Courmayeur.
© M. Ronikier

Joseph Ravanat, zwany Rudym, postać słynna w całych francuskich Alpach, którego nazwano "przewodnikiem królów i królem przewodników", kończył swoją ostatnią wielką drogę. Zgodnie z regulaminem, w wieku sześćdziesięciu lat Kompania Przewodników z Chamonix przenosiła go automatycznie na emeryturę i odbierała mu prawo do przyjmowania zobowiązań przewodnickich. (...) Nieubłagane prawo gór, które dopuszcza zawsze do swojej służby tylko ludzi młodych, pewnych! I Ravanat, będący wciąż w świetnej formie, klął jak stary marynarz, którego siłą odrywa się od jego łajby. Żałował niemalże, że nie odpadł gdzieś, w pełni akcji, podczas któregoś z ryzykownych pierwszych wejść, które obficie znaczyły etapy jego górskiej kariery...
Mężczyźni podjęli swój milczący marsz w górę. Ravanat szedł przodem, pochylony, mocno wspierając się na czekanie; lewą dłoń wsunął pod pasek plecaka pod pachą, aby nieco odciążyć ramiona. Pierre Servettaz podążał za nim, starając się dostosować swój krok do rytmu starego; wiedział, że w tym tempie spokojnie i bez wysiłku dojdą przed nocą do schroniska. Ktoś nie znający wysokich gór byłby zdziwiony lekkością - mocno kontrastującą z ich pozornie ociężałą postawą - z jaką alpiniści stawiali stopy na pokruszonych kamieniach ścieżki. Żaden kamień nie staczał się na dół, a gwoździe kutych butów wgryzały się w podłoże sprawiając wrażenie całkowitej przyczepności.

* * *

Dwa dni wcześniej, wyruszywszy ze schroniska na Aiguille du Gouter, na godzinę przed świtem Joseph Ravanat ze swoją grupką osiągnęli bez przeszkód szczyt Mont Blanc. Był 1 września 1925 roku, który był w masywie rokiem wyjątkowo pogodnym. Gdy rozpoczęli zejście na stronę włoską, długą i trudną drogą turni Mont Blanc, nagle rozpętała się krótka ale niezwykle gwałtowna burza. Piorun kilkakrotnie uderzał w pobliżu skalnej nyży w której schronili się, zostawiając czekany w bezpiecznej odległości, żeby nie ściągnąć na siebie wyładowań. Padający bez przerwy śnieg i grad pokrył góry świeżą bielą; później, w kilka minut, silny podmuch północnego wiatru częściowo rozpędził mgły odsłaniając słońce i spore kawałki błękitnego nieba. Ravanat, dla którego takie sytuacje nie były niczym nowym, zarządził dalsze zejście. Servettaz, jako tragarz, szedł przodem; za nim dwie klientki, a na końcu stary przewodnik, z napiętą liną czuwając nad całym zespołem, gotowy zapobiec każdemu poślizgowi. A, rzeczywiście, jakikolwiek poślizg nie był wskazany. Weszli bowiem w pokryty warstwą świeżego śniegu lodowy kuluar, opadający sześćdziesięciostopniową stromizną ku urwiskom lodowca Miage, jakieś dwa tysiące metrów poniźej. Niebezpieczeństwo zwielokrotniło siły Pierre'a który powoli, silnymi ciosami czekana wykuwał stopnie dla klientek. Ravanat obserwował go z zadowoleniem. Gdyby tylko szwagier pozwolił, Pierre mógłby stać się dużej klasy alpinistą; (...) jego ojciec, Jean Servettaz był, w wieku 45 lat, uważany za najlepszego przewodnika młodego pokolenia ale, nawet jeżeli się tego czasami wypierał, robił wszystko żeby odciągnąć swojego syna od gór. Wystarczy, żeby jeden w rodzinie się narażał, mawiał często, Pierre zostanie hotelarzem, to daje większy zysk a wymaga mniejszego ryzyka. (..) - Szkoda - rozważał w duchu stary - szkoda, żeby zmarnował się w dolinach.
Przejaśnienie okazało się krótkotrwałe. Zasłona mgły, przelewając się przez grzbiet Dôme du Gouter, rozprzestrzeniała się po południowych zboczach Mont Blanc. Owinęła schodzących lodowatą, nieprzeniknioną watą; zaczął padać drobny śnieg. We mgle Ravanat ledwo dostrzegał młodego Servettaza, który 45 metrów niżej coraz bardziej wahał się nad wyborem drogi. Wkrótce przewodnik zdał sobie sprawę, że musi przejąć prowadzenie, bo tylko on może zorientować się wśród wszystkich skałek, wyrastających tu i ówdzie w lodowego stoku i ograniczonych głębokimi bruzdami którymi spływały niewielkie lawinki.
- Poczekaj, Pierre - zawołał - idziesz za bardzo na lewo. Puść mnie naprzód, te wszystkie grańki są do siebie podobne.
Servettaz usłuchał z lekkim ściśnięciem w gardle: schodzić ostatnim oznaczało zajęcie miejsca przewodnika i jego odpowiedzialności. Dopóki szedł z przodu, dobrze asekurowany przez linę, która łączyła go poprzez obie klientki z niezawodnym Ravanatem, czuł się całkowicie bezpieczny. Zmęczone i zdrętwiałe z zimna dziewczęta niejednokrotnie obsuwały się ze stopni; za każdym razem Ravanat, suchym i zdecydowanym szarpnięciem uprzedzał upadek i przywracał równowagę.
- Trzymać się prosto, panienki - woła - trzymać się prosto na stopniach!
Teraz, los zespołu spoczywał w mocnych niewątpliwie, ale jeszcze niedoświadczonych rękach tragarza.
Po raz pierwszy w życiu, Pierre był obarczony pełną odpowiedzialnością za ludzkie życie. Powoli, ściskający go niepokój ustąpił miejsca nowemu odczuciu, kiełkującemu z siły, zaufania do siebie samego, dumy. Przyspieszony puls uspokoił się i kiedy przyszła jego kolej w schodzeniu, jako ostatni, gdzie nie było już mowy o pomocy, pewnie wbił pięty w śnieg i, twarzą do ekspozycji, dotarł do reszty.
Przez sześć godzin które, przez straszliwe napięcie wydały mu się minutami, Servettaz asekurował zespół. Wreszcie, po ostatniej długości liny stanął na plateau lodowca gdzie siedzieli już Ravanat i jego klientki. Stary przewodnik był zmęczony. Sześć godzin rąbania stopni w zejściu, jedną ręką, to zbyt duży wysiłek dla sześćdziesięciolatka. (...) Gdy stwierdził, że postój był wystarczający, wstał i powiedział po prostu, tak jakby wskazał już swojego następcę:
- Poprowadź, Pierre, muszę odpocząć.
Chłopak przeszedł zatem na czoło zespołu. Prowadził przez gmatwaninę szczelin i seraków nieznanego mu lodowca ze śmiałością, której nigdy by się u siebie nie spodziewał. Pierre Servettaz doświadczył właśnie najpełniejszej satysfakcji, jaka może być dana alpiniście - satysfakcji wypływającej z chodzenia jako pierwszy na linie. To już nie było ślepe deptanie za kimś, spokojnie i bezpiecznie; został przywódcą, tym, który prowadzi, walczy, bierze na siebie odpowiedzialność i od którego zależy życie, które zostało mu powierzone. (...)
To wydarzenie zmiotło w jednej chwili jego spokojną przyszłość bogatego hotelarza, tak jak nawałnica, której skłębiona masa oddalała się na wschód zmiatała źdźbła traw, pozostawiając góry całe w bieli, jeszcze bardziej tajemnicze niż zazwyczaj.

* * *

Słońce stało już wysoko na niebie, kiedy Ravanat i Servettaz, po przeszło dwóch godzinach podejścia, wyszli z modrzewiowego lasu na rozległe hale Mont-Fréty, ponad Courmayeur. (...) Położyli plecaki na prostym stole przylegającym do ścian schroniska, oparli czekany o pobielony wapnem mur i weszli prosto do sali przewodnickiej.
- Cześć wszystkim! - powiedział Ravanat. Servettaz powtórzył powitanie. Usiedli przy wspólnym stole, zadowoleni z okazji do przerwy w podejściu.
Nie musieli nic zamawiać, znająca zwyczaje gospodyni już niosła im dwa talerze dymiącej zupy, kawał świeżo dostarczonego od pasterzy żółtego sera i pół bochenka chleba. Powoli, mężczyźni wkrawali kawałki chleba i sera do zupy; Ravanat pokręcił młynkiem do pieprzu, posypując wszystko szarym pyłem, który następnie dokładnie rozmieszał. Pierre, chociaż bardziej subtelny, próbował naśladować proste gesty krewniaka. Również zmielił trochę pieprzu i powoli obracał łyżką w ciężkim, fajansowym talerzu. Wdychali zapach dymiącej zupy; ser ciągnął się długimi nitkami, które przyczepiały się do wąsów Rudego. Stary nie przestawał jednak powoli przeżuwać, oparty łokciami na stole, z beretem przesuniętym na tył głowy, w prawej ręce trzymając otwarty swój duży scyzoryk. Nagłymi pociągnięciami ostrza odcinał ściekające strużki sera. W tej starej, górskiej gospodzie gest ten nie miał w sobie nic wulgarnego; w jakiś sposób przywodził na myśl ruchy nomadów którzy niegdyś, gdzieś w stepach Azji środkowej odcinali przy samych ustach trzymane w zębach kawałki surowego mięsa.
W kącie sali, na trójnogim taborecie obok paleniska w którym płonęły modrzewiowe szczapy siedział opiekujący się schroniskiem stary, emerytowany przewodnik, czekając aż skończą posiłek. Pierre skończył pierwszy, wyskrobując ostatni kawałek sera, który przywarł do dna talerza. W końcu Rudy też skończył jeść, wierzchem grubej, sękatej dłoni wytarł wąsy i  - zsuwając sobie beret z powrotem na czoło - zapytał:
- Co u ciebie słychać, Joset?
- Jakoś idzie, idzie - odpowiedział stary, w tej śpiewnej francuszczyźnie z doliny Aosty, której nie zniszczą ani wieki, ani ludzie, ani żywioły. - Wczoraj śnieg dotarł aż tutaj, ale dzisiaj rano stopniał aż do wysokości la Porte; możliwe, że w skałach przełęczy będzie jeszcze trzymać.No, ale cóż ci przeszkadza świeży śnieg!
- Jeżeli masz coś do przekazania na górę, to daj, mamy w workach sporo miejscach.
- Młody idzie tędy pierwszy raz?
- Tak, to mój siostrzeniec, syn Jean'a z Moussoux. Ma zostać hotelarzem.
- Zobaczymy wuju, zobaczymy czy raczej nie przewodnikiem... - wtrącił zdecydowanym głosem Pierre, przysłuchujący się z szacunkiem rozmowie starszych.
- Gdyby to zależało ode mnie, to radziłbym ci w to wejść, jesteś do tego uzdolniony. Dobrze widziałem to w żlebach Aiguilles Grises. Żeby tak stawiać stopy w lodowych stopniach jak ty, trzeba być - Rudy szukał odpowiednich słów - trzeba być urodzonym do tego. Zresztą, to jest sprawa między tobą i twoim ojcem.
Opiekun schroniska dał im duży bochen świeżego chleba, wyniesionego tego ranka przez mulnika, oraz list dla swojego kuzyna na przełęczy. (...) Trasę z Mont-Fréty do Col du Géant liczy się w dwóch etapach. Pierwszy prowadzi wygodną ścieżką dla mułów, wiodącą zakosami pomiędzy przepaściami wyżłobionymi przez lodowce po obu stronach grzbietu prowadzącego na przełęcz. Początkowo idzie się piękną ląką, usianą wielkimi blokami skalnymi, pokrytą różanecznikami, niebieskimi dzwonkami goryczek i żółtymi kępami arniki; dalej, powoli roślinność ubożeje, ustępując miejsca mchom i porostom. Jeszcze wyżej, piarżyska zastępują murawy a szerokie początkowo zakosy ścieżki wiją się tu bez przerwy w prawo i w lewo, jakby próbowały uciec z tej wąskiej grzędy, która w końcu zanika w skalnej ścianie. Dociera się w ten sposób do podstawy kruchej łupkowo-gnejsowej grani, którą prowadzi na przełęcz niewyraźna ścieżka. To miejsce zwane jest la Porte - "brama". Muły zawracają tutaj, na wysokości 2800 m., a transport przenosi się dalej na plecach tragarzy do schroniska, zawieszonego na grani szczytowej jak miniaturowa forteca, na wysokości 3341 m.
(...) Dzień był piękny i można było stąd wyróżniać w nieskończoność kolejne plany panoramy; najbliższe - Alpy Walijskie: Grivola - "ardua Grivola Bella", Gran Paradiso, lodowa niecka Ruitoru, olbrzymy granicy francusko-włoskiej z la Saissiere i la Ciamarella - krainą koziorożca; dalej na południowy zachód - la Vanoise.

Aiguille Noire de Péuterey © M. RonikierAiguille Noire de Péuterey © M. Ronikier

Z kolei na wschodzie można było podziwiać ciągnące się szeregiem szczyty Alp Szwajcarskich: le Vélan na pierwszym planie, przytłoczony potężną masą Grand Combin; w dali, masyw Zermatt z czerniejącym powyżej chmur Matterhornem i jego dziwacznym nosem Zmutt, lodowcowe przestrzenie Monte Rosa... Z doliny podnosiły się opary, łączące się ponad przepaściami, mieszające się w nietrwałe chmurki, wkrótce muskające cichymi falami całe doliny od Col Ferret aż po Col de la Seigne. Ku zachodowi pejzaż, całkiem bliski, był jeszcze bardziej nieludzki. Najpierw, jak wysunięta wartownia, granitowe ostrze Aiguille de la Brenva, z wznoszącą się obok dziwaczną iglicą, którą przewodnicy z Courmayeur ochrzcili nazwą "Ojciec Przedwieczny"; potem czeluść lodowca Brenva i sam lodowiec, brudny i kamienisty, pełznący pomiędzy swoimi morenami, przelewający się potężnym obrywem czołowym ponad doliną Veni i rozdzierający jak trąd modrzewiowe lasy Notre-Dame-de-Guérison. Potok wypływający z jeziora Combal przecinał go i hucząc wypływał z lodowej groty na poziomie łąk Entreves. Na trzecim planie rozciągała się ogromna, potężna, wznosząca się na 3500 m. grań Péuterey - z ponurą, pokiereszowaną żlebami piramidą Aiguille Noire, nierealną, powietrzną koronką Dam Angielskich i wreszcie majestatyczną strzałą Aiguille Blanche, lodowym wierzchołkiem ozdobionym groźnymi nawisami i łączącym się delikatną, srebrną granią z masą olbrzyma - Mont Blanc, którego himalajskie zbocza wznosiły się tak wysoko w powietrze że, widziane stąd, zdawały się rzucać wyzwanie patrzącym na nie alpinistom.
Czasami, gdzieś od strony Sentinelle Rouge dochodził huk pękającego seraka. Brzmiało to jak rozdzierające wysokogórskie powietrze uderzenie pioruna i dopiero znacznie później można było zauważyć chmurę mieniącego się pyłu poprzedzającą tuman lawiny na wysokich, lodowcowych płaszczyznach...

* * *

Warstwę świeżego, szybko topniejącego śniegu napotkali tuż poniżej wielkiego głazu, służącego za punkt orientacyjny przechodzącym tędy zespołom. Stąd kręta ścieżynka wspina się łatwą, ale kruchą i eksponowaną granią, pozostawiając pod stopami coraz więcej powietrza. Szerokie podeszwy podchodzących mężczyzn grzęzły w ciężkim śniegu. Gdy podnosili nogę, kształt buta wyraznie odciskał się na skale; łańcuszki ich kroków rysowały się czernią na zimnej bieli górskiego stoku. Od czasu do czasu krótkim uderzeniem czekana w podeszwę otrzepywali przylepiający się do butów śnieg. Opadającym po lewej stronie obszernym kuluarem co jakiś czas z szelestem spływały ku dolinie lawinki śniegu, żłobiąc niewielkie bruzdy łączące się dalej w szeroką rynnę, prawdziwy ściek wypluwający rozmarzające kamienie, śnieg i lód.
Od przełęczy dzieliła ich jeszcze niecała godzina drogi, gdy spotkali przewodnika i tragarza z Courmayeur schodzących ze swoim klientem. Pozostawiając schodzącego alpinistę pod opieką tragarza, przewodnik zatrzymał się, by zamienić z Ravanatem kilka słów.
- Wycofujesz się, Ravanat?
- Wracamy, jak widzisz... Jest jeszcze się czego napić na górze? - zażartował Rudy.
- Nie mają tam teraz serca do picia - odrzekł Włoch - ktoś od was odpadł na Dru.
- Ktoś z naszych, Swięta Panienko! - Ravanat przeżegnał się - Wiesz kto?!
- Nie mogłem się dowiedzieć. Wiadomość przyniosło dwóch Anglików, którzy szli bez przewodnika. Dowiedzieli się w Montenvers. Zdaje się, że wysłano już wyprawę ratunkową...
Ravanat i Servettaz ruszyli dalej, z nogami podciętymi tragiczną nowiną.
(cdn.)

tłumaczył: Michał Ronikier