Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Powroty w Wielką Fatrę (cz. 2)

Dzień pierwszy
Od mojego ostatniego wypadu w Wielką Fatrę minęło już trochę czasu. Teraz, tzn. 11 listopada 1999 r. znów staliśmy razem z Kierownikiem w "restauracji" dworcowej na stacji kolejowej w Rużomberku gdzie w czasie jedzenia tutejszych sałatek planowaliśmy dzisiejszą trasę. W tej wyprawie towarzyszyć nam mieli nowi kompani: Roni i Misiek z Krakowa. Niestety, nie zdążyli oni jeszcze dojechać i w tej chwili zapewne "tłuką się" gdzieś autobusami lecz zapobiegawczo ustaliliśmy wcześniej z nimi "rezerwowe" miejsce spotkania na skrzyżowaniu szlaku czerwonego z zielonym pod górą Sipruń (1461 m) leżącą w paśmie Rakytowa.
Teraz razem z Kierownikiem musieliśmy odpowiedzieć sobie na pytanie: jak będzie przebiegała nasza dzisiejsza droga? W końcu decyzja zapadła. Nigdzie dalej nie jedziemy tylko od razu prosto ze stacji idziemy szlakiem przez Tlstą hore (1208 m). A więc w drogę...
Pierwszy odcinek naszej drogi prowadził ulicami miasta. Na początku, w swojej starej części miasto to prezentowało się bardzo przyjemnie i ciekawie, jednak już wkrótce weszliśmy w "nowoczesne" osiedla mieszkaniowe, które w połączeniu z wielkimi zakładem przemysłowym zupełnie zepsuły nam wizerunek tego miasta.
Po przejściu ok. 3 km wreszcie zeszliśmy z drogi i zaczęliśmy strome podejście na Dedoń (689 m) pod szczytem, którego szlak przechodził w leśną, łagodną aleję doprowadzającą nas do miejsca właściwego podejścia na Tlstą hore (1208 m). Dalsza droga była dość wyczerpująca, tak że często w czasie podchodzenia odpoczywaliśmy przy ruinach niewielkich szopek pasterskich, których tutaj było całe mnóstwo. W końcu po około 2 godzinach stanęliśmy na szczycie wspomnianej wcześniej Tlstej hory (1208 m). Dalej szlak nasz biegł już łagodnie grzbietem, prosto w kierunku południowym. Po drodze dane nam było spotkać kilka szop pasterskich zdatnych do ewentualnego noclegu. Jednak my podążaliśmy dalej na umówione miejsce spotkania.
W konsternację wprawił nas wkrótce szczyt Vtacnika (1236 m). W tym miejscu ścieżka znikała. Według mapy mieliśmy iść prosto przed siebie, jednak tam prowadziło tylko bardzo stromo opadające zbocze porośnięte gęstym lasem. Pogoda dodatkowo była brzydka i zamglona, więc widoczność ograniczała się tylko do ok. 20 m. Ponieważ sam szczyt Vtacnika jest płaski ciągle mieliśmy wrażenie, że gdzieś zgubiliśmy grzbiet główny. Ostatecznie zaryzykowaliśmy zejście w dół stromym zboczem i ta decyzja okazała się słuszna. Po opuszczeniu się około 100 m stanęliśmy na przełęczy gdzie natrafiliśmy na znaki szlaku, którym podążaliśmy wcześniej.
Dalsza droga przebiegała już łagodnie aż do szczytu Chabzdova (1197 m), gdzie zaraz po minięciu węzła szlaków rozpoczęliśmy podejście w kierunku Sipruńskiej przełęczy. Droga ta była dość nieprzyjemna gdyż prowadziła przez hale, na której widoczne były ślady intensywnej gospodarki pasterskiej. Idąc więc tędy przypominałem sobie słowa naszego prezesa Koła: "Czym były by góry bez pasterzy?". No właśnie! Czym byłyby gdybym nie musiał brnąć teraz po kostki w czymś co tylko w moich dobrych życzeniach było błotem. Pod szczytem najbliższego wzniesienia czekała nas kolejna niespodzianka czyli śnieg. Tak, na to raczej nie byliśmy przygotowani.
Wkrótce też osiągnęliśmy węzeł z zielonym szlakiem czyli miejsce umówionego spotkania z Ronim i Miśkiem. Tu zaniepokoiła nas jednak sprawa iż na tym odcinku szlak zielony i czerwony szły razem więc mogła zaistnieć sytuacja, że jest gdzieś w innym miejscu jest inny węzeł szlaków zielonego z czerwonym, ale na razie się tym nie przejmowaliśmy. Póki jeszcze było jasno postanowiliśmy znaleźć zaznaczone na mapie szałasy gdyż nie widział nam się nocleg w namiotach na śniegu. Wdarliśmy się, brodząc w głębokim śniegu na przełęcz pod Sipruniem, po czym rozstałem się z Kierownikiem i każdy z nas zaczął szukać szałasu na własną rękę. Ja trawersowałem południowe zbocze Siprunia (1461 m), a następnie wspiąłem się na jego grzbiet tuż szczytem. Kiedy wróciłem na przełęcz tam czekał już Kierownik, który zarządził ze względu na późną porę zawieszenie akcji szukania szałasu oraz powrót do węzła szlaków. Ja jednak nie dałem jeszcze za wygraną i spróbowałem poszukać innego szałasu tym razem poniżej wspomnianego węzła szlaków, jednak poza odkryciem obfitego wodopoju dla zwierząt pasterskich żadnego szałasu tu również nie było. Wróciłem więc do Kierownika i razem szybko rozbiliśmy namiot, po czym zabraliśmy się za przygotowywanie gorącej kolacji. W ten sposób szybko minął nam czas aż do wieczora kiedy to zaniepokojony Kierownik zdecydował się w końcu aby wyjść Roniemu i Miśkowi na spotkanie. Lecz gdy tylko zdążył wygramolić się z namiotu w lesie rozbłysło światło nadchodzącego Roniego. Jak się okazało byli oni już tutaj od godziny ale zgodnie z naszymi obawami szlak czerwony z zielonym ma tutaj dwa węzły dlatego oczekiwali na nas w innym miejscu (marznąc przy tym niemiłosiernie). Prawdę powiedziawszy, to żadna dostępna nam mapa tego terenu nie odzwierciedlała rzeczywistego położenia szlaków, nie mówiąc już o lokalizacji szałasów, dlatego lepiej do oznaczeń na tych mapach odnosić się z rezerwą.
Wieczór tego dnia był bardzo uroczysty gdyż Misiek obchodził osobiste święto (jak i zapewne państwowe) dzięki temu wsparty przez Roniego zgotował nam prawdziwą ucztę.

Dzień drugi
Ranek tego dnia był bardzo chłodny, dlatego szybko przenikliwe zimno wypędziło mnie z namiotu. Kiedy zaspany przetarłem oczy i rozejrzałem się dokoła przeżyłem miłe zaskoczenie. Oto przede mną ścieliło się "morze chmur" (jest to zjawisko atmosferyczne polegające na tym, że chmury utrzymują się na pewnej wysokości w dolinach, natomiast, ponad nimi góruje jasne błękitne niebo, a chmur leżących poniżej "wyrastają" tylko wysokie wierzchołki gór). Te zjawisko olśniło mnie zupełnie, że dopóki w naszym "obozowisku" nie zaczął się poranny ruch; nie mogłem oderwać od niego wzroku.
Przygotowanie śniadania ze względu na niską temperaturę przebiegło dość sprawnie. Wkrótce też zwinęliśmy nasze namioty i byliśmy gotowi ruszyć dalej.

O wschodzie słońca © St. Łukasik O wschodzie słońca © St. Łukasik

Dalsza nasza wędrówka przebiegała łagodnym fatrzańskim grzbietem, raz się wznosząc to znów opadając. Bardzo często otwierając nam wśród drzew piękne widoki na zaśnieżony łańcuch Niżnych Tatr. Widoczność tego dnia naprawdę była szokująca. Idąc szlakiem wkrótce trawersowaliśmy szczyt Smrekowicy (1458 m) i doszliśmy do położonego pod nią zespołu obiektów hotelowo-sportowych. W miejscu tym dane nam było spotkać się z dużą ilością tzw. "dresiarzy" snujących się po okolicy w poszukiwaniu jakiejś rozrywki. Zabudowania te minęliśmy dość szybko i zaczęliśmy wspinać się na jedną w tej okolicy górę o cechach alpejskich czyli - Skalną Alpę (1463 m). Z wyjściem troszeczkę trzeba się było napocić ale za to widoki otwierające się ze szczytu na pasmo Klaka, wynagrodziły nam cały włożony trud.
Idąc dalej grzbietem, doszliśmy do miejsca rozwidlenia szlaków. Tu mogliśmy zadecydować czy będziemy zdobywać najwyższą górę tego pasma - Rakytov (1567 m), czy też damy sobie spokój i pójdziemy trawersem. Ponieważ dzień był przepiękny, a duch ochoczy stwierdziliśmy, że są to wystarczające argumenty za odbyciem "szczytowania", sprawnie więc zaczęliśmy piąć się do góry aby już po ok. 40 minutach stanąć na szczycie i móc wpisać się do księgi wejść.
Zejście ze szczytu okazało się w warunkach błotno-śniegowych dość mało przyjemne lecz nie było w stanie zepsuć naszych dobrych humorów.
Wkrótce na naszym szlaku wyrosła kolejna ciekawostka w postaci grupy skałek tworzących na efektowną "skalną bramę" bardzo zachęcającą do wspinaczki. Niestety ze względu na stosunkowo późną porę nie mogliśmy tutaj zabawić dłużej.
Niebawem mieliśmy spotkać się z jeszcze bardziej ciekawym "tworem" geologicznym: Czarnym Kamieniem. Czym jest Czarny Kamień? Ciężko to opisać słowami, to trzeba po prostu zobaczyć. W skrócie jest to wyrastająca z grzbietu skalna ściana o wysokości około 200 m i długości ponad 1 km, porośnięta u podstawy "starym" (reliktowym) lasem. Robi ona na wędrujących turystach naprawdę duże wrażenie. Cały Czarny Kamień stanowi rezerwat przyrody, a szlak turystyczny obchodzi go u podnóża od strony zachodniej. Mimo, że szlak ten jest tylko obejściem Czarnego Kamienia, warto nim pójść gdyż otaczający las ma w sobie niepowtarzalny urok.

Rakytov (1567 m) © St. Łukasik Rakytov (1567 m) © St. Łukasik

Warto też zapewne tutaj wspomnieć, że całe otoczenie Czarnego Kamienia jest bardzo dobrze nawodnione dlatego w lecie "zasuszeni" już nieco turyści znajdą tutaj coś więcej niż tylko piękne widoki.
Ale my pójdźmy dalej. Po wyjściu z lasu otaczającego Czarny Kamień stanęliśmy na wprost przed olbrzymim "wielorybim cielskiem" Ploski (1532 m). Ta potężna objętościowo góra, porośnięta na grzbiecie tylko trawami stanowi ostatnią przeszkodę dzielącą nas od schroniska pod Borisovem (1510 m). Trawers tej góry zajął nam ostanie resztki czasu do szybko zapadającego zmroku. Zapewne zająłby jeszcze więcej ale w czasie wędrówki napotkaliśmy na śniegu odciski łap niedźwiedzia, co spowodowało znaczne przyśpieszenie tempa naszego marszu.
I tak na krótko przed zmrokiem osiągnęliśmy schronisko pod Borisovem. Schronisko to jest bardzo nietypowe w porównaniu do reszty słowackich schronisk przypominających raczej hotele górskie. Obszerna izba z małym żelaznym piecykiem opalanym drewnem, sala z długimi ławami oraz część noclegowa umiejscowiona na jadalni (piętrowe łóżka "oddzielone" są od głównej izby tylko zwisającą luźno kotarą) przywodzą na myśl schroniska z poprzednich epok. Jest tu też bufet wraz z "mini-sklepikiem" (piwo). Najsłabszą część schroniska stanowi ubikacja i sanitariaty, ale przy cenie 5 zł za nocleg myślę, że jest ono godne polecenia górskim turystom.

Dzień trzeci
Ranek znów okazał się piękny. Jednak przed nami stała trudna decyzja wyboru dalszej drogi.
Problem polegał na tym, że choć były dogodne warunki aby ruszyć dalej na południe w stronę Kriżnej (1574 m) to mimo to cała okolica niestety była pokryta śniegiem. Ponieważ nie znaliśmy żadnej możliwości suchego noclegu pod Kriżną w grę wchodził jedynie kolejny nocleg w namiotach, które już teraz były dobrze przemoczone. Ranek zaczęliśmy więc od suszenia namiotów i choć to ogólnie się nam udało to i tak ostatecznie zrezygnowaliśmy z wyprawy na Kriżną (1574 m) i postanowiliśmy zrobić tylko krótką trasę do szałasu pod Suchym Wierchem (1550 m).
Zaraz po wyruszeniu znów czekała nas mozolna wspinaczka na szczyt Ploski (1532 m). Uff jaka ta góra jest wielka. Jednak i ona wynagrodziła nas pięknymi widokami. Chwila na szczycie poświęcona była sesji zdjęciowej, a potem szybkie zbiegniecie na dół. Na przełęczy spotkaliśmy pierwszy zdatny do zamieszkania szałas ale tak krótka trasa nas jeszcze nie zadowoliła więc poszliśmy dalej do podnóża Suchego Wierchu (1550 m).
Tutaj zgodnie z planami znaleźliśmy piękny pasterski domek.
Prawdę mówiąc nie wyszaleliśmy się tego dnia, dlatego powstał w głowie Kierownika dość głupi pomysł aby pójść do schroniska pod Borisovem po piwo i jak to bywa z wszystkimi głupimi pomysłami w górach został on zrealizowany. Tzn. ja z Kierownikiem poszliśmy do schroniska, a Roni z Miśkiem mieli zagospodarować w tym czasie domek.
Kiedy stanąłem z Kierownikiem na przełęczy pod Ploską (1532 m) zupełnie nie było w nas zamiaru aby znów na nią się wspinać. Dlatego też obeszliśmy ją trawersem. Na trawersie oczywiście spotkaliśmy tablice informacyjne, że prowadzi on przez bardzo lawiniaste żleby i żeby tego w zimie nie robić, gdyż wiele osób zginęło już w ten sposób. Jednak my oceniając zalegającą kilku centymetrową warstwę śniegu jako nie groźną ruszyliśmy dalej. Tutaj spotkaliśmy samotnego Czecha wędrującego na południe (zapewne do tego samego domku, który my zajęliśmy wcześniej).
Po zaopatrzeniu się w schronisku wracaliśmy pośpiesznie do naszego domku. Choć wyciągaliśmy nogi jak się dało i tak czekała nas już wędrówka po zmroku.
I właśnie będąc już niedaleko domu czekało nas ciekawe przeżycie. Oto nad naszymi głowami zabłysło jasne poruszające się światło przypominające spadającą gwiazdę i kiedy było gdzieś na wysokości Suchego Wierchu, bezgłośnie eksplodowało rozpadając się na wiele mniejszych odłamków, które spadły na zbocza wspomnianej już góry. Czym było to zjawisko, przypominające do złudzenia wybuch petardy???
Kiedy wróciliśmy do domku okazało się, że faktycznie oprócz naszych towarzyszy jest tu również spotkany po drodze Czech. Jednak z tego co się okazało jest to typ samotnika i zupełnie się nie odzywa i tylko swoją postawą daje do zrozumienia swoje niezadowolenie z powodu naszego towarzystwa. Nasi towarzysze opowiedzieli nam również o spotkaniu grupy z klubu górskiego z Żabokreków, którzy mają poniżej swoją chatkę i użyczyli nam siekiery. Tego wieczoru dane nam było objadać się na kolacje zapiekankami.
W nocy na dworze zrobił się wielki mróz, jednak nam to nie przeszkadzało gdyż zapas drewna wystarczał na sute palenie. Co właściwie omal nie stało się przyczyną konfliktu między narodowego. Otóż nasz małomówny Czech położył się wcześniej na górnym łóżku. W międzyczasie Roni zdecydował się dobrze "dopalić" w piecu i nagle po kolejnym dołożeniu do pieca usłyszeliśmy jak nasz spokojny dotychczas czeski towarzysz zrywa się i pełen nienawiści w oczach jest gotów do rozprawy obcymi najeźdźcami. Popatrzyliśmy po sobie z Kierownikiem. Oj, pokojowo to tu chyba się już nic nie da dogadać, po prostu najwidoczniej ktoś tu musi dostać "w ryja". Czech zmierzył Roniego nienawistnym wzrokiem i... No cóż biorąc nawet tylko stosunek masowy to wypadał on na niekorzyść Czecha przynajmniej jak 3:1 dlatego też wkrótce rozsądek wziął górę i kościste pięści nasz Czech zmienił prymitywny grzebień, którym kilka razy podrapał się w głowę, a potem zadecydował, że właściwie to można spać na razie bez śpiwora.
Dalsza noc choć raczej nie należała do spokojnych, nie obfitowała już raczej w godne opisania ciekawości.

Dzień czwarty
Dzisiaj jest dzień powrotu. Najszybciej zerwał się nasz czeski towarzysz, który zaczął się sprawnie pakować i po zjedzeniu szybkiego śniadanka oraz pożegnaniu się z nami (zapewne spluwając przy tym przez lewe ramię) udał się w dalszą drogę. My zebraliśmy się równie sprawnie i po opuszczeniu domku, który zapewnił nam tak piękny nocleg udaliśmy się w kierunku przełęczy pod Ploską (1532 m). Po przejściu kilkuset metrów zelektryzował nas jeden widok. Oto na śniegu zaraz obok naszych wczorajszych śladów widniały ślady niedźwiedzia. Popatrzyliśmy na siebie z Kierownikiem i przypomnieliśmy sobie nasz wczorajszy powrót po zmroku. Uff, ale się spociłem...
Na przełęczy weszliśmy na żółty szlak prowadzący do doliny, a następnie maszerując drogą doszliśmy do Wyżniej Revucy gdzie przy otwartym sklepie doczekaliśmy się w końcu na autobus do Ruzomberka. Aby w nim zakończyć nasz kolejny etap penetracji gór Wielkiej Fatry...
(cdn).

  • Rużomberk - Tlsta hora (1208 m): 2,5 godz.
  • Tlsta hora (1208 m) - węzeł szlaków pod Chabzdovem: 1,5 godz.
  • węzeł szlaków pod Chabzdovem - węzeł szlaków pod Sipruniem (1461 m): 0,5 godz.
  • węzeł szlaków pod Sipruniem (1461 m) - Smrekowica (1485 m): 1,5 godz.
  • Smrekowica (1485 m) - Rakytow (1567 m): 1,5 godz.
  • Rakytow (1567 m) - Czarny Kamień: 1,5 godz.
  • Obejście Czarnego Kamienia: 0,5 godz.
  • Czarny Kamień - przełęcz pod Ploską (1532 m): 0,5 godz.
  • przełęcz pod Ploską (1532 m) - schronisko pod Borisovem (1510 m): 1 godz.
Łączny czas przejścia pasma Rakytowa (1567 m) z Rużomberka do schroniska pod Borisovem wynosi 11 godzin.

SŁoń