Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Triglav

DZIEŃ - 2: SENJ (CHORWACJA)

Mam plan, szalony ale - plan. Skoczymy na Triglav, takie szybkie wejście trzydniowe. Pójdziemy na lekko, bez śpiworów, jedzenia i z lekkimi plecakami. Nawet mapy nie mamy (została w Łodzi, bo kto by pomyślał, że pojedziemy w Julijskie?) ale ją się kupi na miejscu. Jeśli będzie pogoda to się uda, musi się udać. Byleby tylko była pogoda, od niej wszystko zależy. Byleby tylko dopisała ...

Żar leje się z nieba, choć spadł deszcz i podobno była burza, nie czuć tego w ogóle. Widzę, że Sylwek myśli co zrobić, żeby wyrwać się z tej krainy wiecznego upału, ale żeby nie stracić ostatnich dni wspaniałego urlopu.
Delikatnie zagaduje mnie o Słowenii i próbie zdobycia Triglava....
Tak. Jedziemy. Zapadła decyzja. Szalony pomysł, więc pewnie będzie fajnie.



Masyw Triglavu w całej okazałości (fot.Sylwester Grabarczyk)

DZIEŃ 0: STARA FUŻINA - JEZ. BOHINJSKIE (SŁOWENIA) ... wieczorem

Jutro start. Plan jest prosty: jutro dojdziemy do Vodnikov Domu przez dol. Voje, w pojutrze zaatakujemy szczyt i zejdziemy do Domu Planika na nocleg, a za dwa dni zejdziemy na dół. Wygląda nieźle, choć na mapie widać, że to straszny kawał. Jesteśmy na wys. 550 m npm, a Triglav ma 2864 m npm. Kawał drogi w górę, kawał w dół, ale najgorsze jest to, że sam masyw Triglavu jest położony sporo kilometrów w poziomie od jez. Bohinjskiego. Jakoś to będzie, nie my pierwsi i nie ostatni. Pakujemy plecaki, bierzemy tylko najpotrzebniejsze rzeczy do ubrania: polar, kurtkę, podkoszulki. No właśnie mieliśmy nie brać żarcia, ale w sklepie kupiliśmy serki, kiełbaskę, pasztecik i już to waży, a jeszcze menażka (nie wiem po co), kubeczki, chleb chrupki, sztućce i sporo picia. Boimy się braku wody wysoko w górach więc bierzemy po 2 litry napojów. Agata ma malutki plecak 25 l, więc za dużo w nim nie pomieści, więc ja biorę całe jedzonko i naczynia. I mój plecaczek już waży odpowiednio, a ponieważ też nie jest duży, to jest wypchany jak balon, ledwo go dopinam. A tam ... byle już było jutro, byle już ruszyć do góry, byleby tylko pogoda dopisała ...

W drodze do Słowenii miałam mieszane uczucia, a gdy zobaczyłam ogromne pasma Alp Julijskich, zaczęło ogarniać mnie przerażenie.
Tak, jutro będzie pamiętny dzień, plecaki mamy w sumie już spakowane. Dobrze, że znaleźliśmy dobry nocleg, spokojna noc gwarantuje pełnię sił na dzień jutrzejszy. Z pokoju widać ogromny Triglav, myśl że pojutrze będę stała na jego szczycie wydaje mi się niemożliwa.
Różnica wysokości z jakiej startujemy, między wysokością na którą mamy wejść to ponad 2300 m!
Opowieści Sylwka o Triglavie, o trudnościach i ciężkich odcinkach szlaku sprawiły, że całą noc "zdobywałam Triglav".


DZIEŃ 1: STARA FUŻINA - JEZ. BOHINJSKIE (SŁOWENIA) ... 09.00

Płacąc za nocleg opowiadam naszej gospodyni mój plan. Słysząc go zaczyna z mężem mi coś szybko tłumaczyć. Jej niemiecki jest lepszy od mojego, ale zaczynam rozumieć, że trasa przez dol. Voje jest długa, męcząca i bez sensu. Coś wiem na ten temat, bo pięć lat temu też próbowałem tamtędy podejść i też mi się nie udało, ale zwaliłem to na karb ciężkiego plecaka. Teraz powinno być lepiej, ale Pani mówi mi, że najszybciej na Triglav podejść z Pokljuki, z Rudnego Polja, gdzie można dojechać samochodem. Pokazuje mi na mapie i faktycznie to Rudne Polje leży na wys. 1300, a więc bez porównania startuje się z wyższego miejsca. Mówi mi, że nawet jak się ma dobrą kondycję i się jest zaaklimatyzowanym to w 6 godz. można podejść aż na Kredaricę. Ooo ... to brzmi super, można by się zmieścić w dwa dni, jeśli oczywiście pogoda dopisze ...

Poranek jest ładny. Zapowiada się piękna pogoda, w sam raz na górską wyprawę. Plecaki gotowe. Jestem przerażona bo nigdy nie szłam w góry z ciężkim plecakiem, a wydaje mi się że wzięliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy. W chwili gdy opuszczamy kwaterę, plany się zmienią, nasza gospodyni radzi podjechać samochodem na wysokość 1300 m npm i stamtąd wyruszyć na Triglav. Informacja ucieszyła mnie choć z tego co widziała na mapie i tak mieliśmy do pokonania spory kawałek drogi, lecz bardziej w poziomie. Zapowiada się wcale nie tak strasznie skoro startujemy z wysokości 1300 m, a do planowany nocleg jest na wysokości 1815 m - nie jest źle.


Masyw Triglavu widziany z dol. Velje polje (fot. Agata Grabarczyk)


DZIEŃ 1: RUDNO POLJE (1340) ... 11.30

Właśnie ląduje śmigłowiec. Zwozi z jakiegoś schroniska śmieci i za moment startuje niosąc ze sobą zapasy jedzenia i picia w góry. Ekstra to wygląda, jak na filmie. Dojechaliśmy tu po prawie godzinnej jeździe serpentynami i szutrową drogą. Jest tu wielki parking na przeciwko jednostki wojskowej, lądowisko dla helikopterów zaopatrujących schroniska i bufet z piwem. No i jest wielka drewniana strzałka z napisem: TRIGLAV. Słoneczko świeci wysoko, zakładamy buty, dopinamy plecaki rezygnując z kolejnych ciuchów. Czas pożegnać się z "perełką", będzie tu na nas czekała, aż zejdziemy: z tarczą lub na niej ... hmmm wierzę mocno, że zejdziemy ze szczytu jeśli starczy nam sił ... i pogoda dopisze ...

Dojechaliśmy do punktu wyjścia - Rudno Polje. Myślałam, że kręte drogi we Włoszech były ostatnimi jakie pokonywaliśmy w tegoroczne wakacje - jednak nie - kolejne serpentyny - katorga! Zaparkowaliśmy samochód i obserwowaliśmy startujący śmigłowiec (taki to ma dobrze). My skierowaliśmy się do kierunkowskazu na Triglav i ... i nie było już odwrotu. Idziemy.

DZIEŃ 1: szlak RUDNO POLJE - VODNIKOV DOM ... 11.45 - 16.00

Po opuszczeniu wygodnej drogi, podchodzimy początkowo stromo przez mroczny, nieprzyjemny las. Już na samym początku podczas przekraczania zwalonego drzewa, pień "atakuje" Agatkę. Jest pierwszy spory siniak. Spoko, to na dobry początek. Powoli ścieżka przestaje piąć się do góry i teraz idziemy bardzo długi odcinek raz w górę, raz w dół trawersując jakąś wapienną ścianę, wysoko ponad doliną Uskovica. Słońce grzeje nieźle, plecak daje się we znaki, mijamy co jakiś czas schodzących ludzi, którzy wyglądają na wykończonych. Ciekawe czy my będziemy wyglądać też tak jutro lub raczej pojutrze. Nie wierzę, że uda nam się dziś podejść wyżej niż do Vodnikov Domu, bo czas leci, idziemy bardzo wolno, Agatka wlecze się z tyłu często przystając. Mnie idzie się znakomicie ale muszę co chwila przystawać i czekać na nią oglądając widoki. Szukam wzrokiem przełęczy Studorski Preval, jak na nią wejdziemy to do schroniska będzie już po równym, a nawet lekko w dół. Wydaję mi się, że to już niedaleko, ale domniemana przełęcz okazuje się progiem doliny Jezerce, do której docieramy po 2 godz. wędrówki. Jest tu przepięknie: białe wapienne ścianki, zielone murawy traw, cicho szepcze potoczek (ostatnia otwarta woda na naszej trasie), pasą się owce. Robimy dłuższy odpoczynek. Jest tak ślicznie, że nie chce się ruszać dalej. Agatko ... idziemy dalej. Widać już Studorski Preval, stąd jakieś 30 minut podejścia. Powoli ruszamy, staram się przyspieszyć, ale nic to nie daje, tempa nie zmieniamy. Okey i tak dojdziemy. 30 minut zmienia się w 45 ale wreszcie dochodzimy na przełęcz. Agatka dochodzi bardzo zmęczona. Kurcze podeszliśmy dopiero 500 metrów, nie mam złudzeń na Kredaricę dziś nie dojdziemy. Dobrze, że pijemy picie z jej plecaka, robi się przez to lżejszy.

Początek zapowiada mało męczącą trasę. W końcu wchodzimy w las, a tu stromymi ścieżkami nabieramy wysokości. I pierwsza kontuzja, nie mam siły podnieść wyżej nogi - opadam już chyba z sił! Jednym słowem jest ciężko. Wlokę się, przyśpieszam kroku chcąc dorównać Sylwkowi, ale nie mam siły. Praży słońce, bolą mnie ramiona od ciężkiego plecaka i czuję się jakbym szła po bieżni, która osuwa się spod nóg. Nie widać końca. Marzę aby dotrzeć do Vodnikov Domu, tam przenocujemy i odzyskamy siły. Docieramy do doliny Jezerce. Robimy przystanek, bardzo chce mi się jeść, przy konsumpcji towarzyszy nam stado oswojonych owieczek czekających na kąsek. Teraz wiem, że już będzie lżej, przed nami tylko wejście na przełęcz Studorski Preval, a potem będziemy schodzić do schroniska. Nie chce mi się ruszać, ale wiem, że dłuższe siedzenie nie wpłynie dobrze na moje zmęczone nogi. Ciężko ale podeszliśmy na przełęcz, piękny widok, tu jest cudownie, wieje wiatr, a on dodaje życia. Widać, ścieżkę którą będziemy szli dalej, cały czas w słońcu... Ruszamy.

Dalej jest już w dół, a potem powinno być równym. No i jest po równym, tylko że straszny kawał, idziemy, idziemy i doliny Velje polje jakoś nie widać, schroniska też. Mijają kolejne kwadranse, godzina, wydaje mi się, że Agatka zostaje coraz bardziej w tyle, a my przecież wcale nie podchodzimy. Zaczynam w głowie układać strategie na dzień jutrzejszy, o której wstać aby w tym tempie wejść na szczyt o rozsądnej godzinie, aby w ogóle wejść. Aha, widzę już próg doliny, powoli wchodzimy w nią. Agatko pójdę szybciej to zajmę lepsze miejsca na nocleg w schronisku. Zresztą to bez sensu, jacyś ludzie i tak idą za nami, a już widać schronisko, więc to niedaleko. Cieszę się, że budynek stoi na stoku na wysokości równej z nami, a nie na łące w dolinie, bo trzeba by było sporo wysokości tracić aby do niego dotrzeć. Krok za krokiem zbliżam się do schroniska, jeszcze parę minut i już siadam na ławkach przed nim. Pogoda jak na razie jest ładna ...

Jest strasznie ciężko, po prostu nie mam siły, szybko się męczę,
co parę kroków przystaję, w końcu plecy Sylwka znikają mi z oczu. Nie zauważył że stanęłam, a ja nie mam siły krzyczeć. W czasie odpoczynku Sylwek pyta gdzie śpimy, czy zostajemy w Vodnikov Domu czy uderzamy do Planika lub na Kredaricę. O nie! Na dziś mam już dość. Sylwek zostawia mnie i śpieszy się do schroniska w obawie przed brakiem noclegu. Lecz za parę minut widać już schronisko Vodnikov Dom. Padam na ławkę... teraz tylko łyk wody mnie uratuje.



W dolinie Jezerce (fot.Sylwester Grabarczyk)


DZIEŃ 1: schr. VODNIKOV DOM NA VELJEM POLJU (1817) ... 16.00 - 16.20

Pięknie stąd wygląda masyw Triglavu. Na tle nieba przed nami i ponad nami wyrasta z doliny szary, potężny mur obu wierzchołków tego szczytu z uczepionym na krawędzi kotła Domem Planika. Całość sprawia imponujące wrażenie, jutro stąd będziemy mieć długą drogę. Chwilę po mnie dochodzi Agatka, sprawia wrażenie bardzo zmęczonej. "Śpimy tu, tak?" pytam retorycznie. Odpowiedź szokuje mnie kompletnie ... masz siłę iść dalej, dojdziesz ... jesteś pewna? Ekstra by było gdybyśmy jeszcze dziś doszli na Kredaricę lub do Planika. Wg przewodnika na Kredaricę jest jeszcze 2,30 h i 700 metrów w pionie - znaczy się będziemy szli 3 godz.. Do Planika jest ciut bliżej ale już wcześniej zdecydowaliśmy się, że jeśli damy radę to pójdziemy przez Kredaricę, większe schronisko, jest woda, no i przed nami cała grań Triglavu. Nie wspomniałem oczywiście, że i szlak stamtąd jest najtrudniejszy. Cieszę się, że pójdziemy dziś jeszcze dalej, bo choć Vodnikov Dom sprawia przytulne wrażenie, to świadomość, że jeszcze dziś dotrzemy tak wysoko i tak blisko szczytu jest ekscytująca. Bylebyś tylko dała radę Agatko. I byleby tylko pogoda się nie zmieniła ...

Jest tu pięknie, schronisko jest milutkie i wcale nie zatrzymuje się tu dużo ludzi. Stwierdzam, że jeśli miałabym jutro stąd uderzać na Triglav to wolę się dziś przemęczyć i wejść wyżej, żeby jutro mieć przed sobą tylko samo finiszowe zdobycie szczytu. Podjęliśmy decyzję, że musimy dziś dojść na Kredaricę, to jakieś 3 godziny marszu. Wiedziałam, że jak wyruszymy to nie będzie już odwrotu i trzeba będzie iść.

DZIEŃ 1: szlak VODNIKOV DOM - TRIGLAVSKI DOM ... 16.20 - 19.00

Nie ma na co czekać, ruszamy. Szlak łagodnie pnie się do góry, trawersując olbrzymie piarżysko. Perć jest wygodna, widoki dookoła zapierają dech w piersiach. W ogóle nie czuję zmęczenia, idzie mi się kapitalnie, nawet Agatko raźno dotrzymuje mi kroku. Będzie dobrze. Powoli wkraczamy w najwyższe partie Alp Julijskich. Krajobraz zmienia się diametralnie, znikają zielone łąki, trawy i kwiaty, a my wkraczamy w świat białych, nagich skał, piargów i żwiru. Po przekroczeniu Konjsko sedla (2020) roślinność zanika prawie zupełnie. Jesteśmy na wapiennej pustyni, ani śladów wody. Znikają nawet porosty na głazach. Jesteśmy zupełnie sami, reszta ludzi poszła do Planika. Jest cudownie, otaczające nas kamienne pustkowie kontrastuje z soczystą zielenią dolin, bezchmurne wieczorne niebo nadaje całości ten nieopisywalny czar wysokich gór. Nawet płaty śniegu mają inny kolor niż w Tatrach, są różowo-szare. Cisza jest niewyobrażalna dla kogoś kto całe życie spędza w mieście, słyszymy swoje oddechy i potęgowany przez echo stukot kijków uderzających o kamienie. Ścieżka coraz stromiej prowadzi nas pod próg kotła Kalvarija położonego pod ścianą Małego Triglavu. Zaczynamy stromo piąć się do góry. Agatka zostaje coraz bardziej z tyłu, czasami znika mi zupełnie. Czekam na nią na początku ciągu ubezpieczeń. Stalowa lina i wbite w skałę pręty pomagają nam pokonywać kolejne spiętrzenia. To wstęp do jutrzejszego dnia, myślę sobie patrząc jak Agatka radzi sobie z pokonywaniem tych trudności. Idzie jej bardzo dobrze jak na osobę, która ma w tym sezonie dopiero pierwszy kontakt z wysokimi górami i ze skałą. Niezauważalnie, stalowa lina wyprowadza nas do kotła. Widać ludzi chodzących na grani, gdzieś tam gdzie powinno być schronisko. Uff, to jeszcze dobre 200 metrów nad nami. Drogowskaz podpowiada - 1 godz. Ale o wiele ciekawsze rzeczy widać na ścianie M. Triglavu. Widać wspinających się tamtędy w zupełnej ekspozycji ludzi. Ich głośne nawoływania świadczą o trudnościach jakie tam napotkali. Na pytanie Agatki kto to, puszczam bajeczkę o alpinistach wspinających się tą ścianę. Odpoczywamy kilka minut obserwując malutkie figurki na ścianie. Nie ma co dalej okłamywać dziewczyny, mówię jej że tam biegnie szlak z Kredaricy na Triglav i że jutro my będziemy też tam wisieć na tej ścianie. Reakcja jej jest łatwo przewidywalna, ona tam nie idzie, nie ma mowy. Okey, nie będziemy teraz o tym rozmawiać, najpierw dojdźmy do schroniska, bardzo późno już. Patrząc cały czas na ścianę i poszukując w niej drogi szybko podchodzę stromymi zakosami w górę. Agatka została daleko w dole, widzę że ma już absolutnie dość. Czekam na nią, staram się ją pocieszyć że już niedaleko, bo już słychać cichy warkot agregatu prądowego. Czuję, że idzie resztką sił, a właściwie to ich już dawno nie ma. Dzielna dziewczyna, nie spodziewałem się, że dziś tu dojdziemy, taki kawał z plecakami do góry. Ja też odczuwam już trudy dzisiejszego dnia, coraz trudniej mi jest ustabilizować oddech, ramiona bolą od plecaka i w ogóle od dawna marzę już tylko o tym aby coś zjeść. Śniadanie jedliśmy o 9-ej a jest już 19-asta. Znów przegięliśmy, przez ten czas tylko piliśmy, Agatka zjadła jakąś kanapkę a ja dwa herbatniki. Teraz żołądek wykręca mnie z bólu. Przyśpieszam kroku, wzrok wbijam w ziemię, kolejny zakos, kolejne potknięcie o kamień i wreszcie widzę schronisko, jeszcze parę kroków. Krzyczę do Agatki, że już koniec ale ona jest tak nisko, że pewnie mnie nie słyszy. Dopiero teraz rozglądam się dookoła. Na wyciągniecie ręki wznosi się Triglav, ale dostęp do niego broni niesamowita grań. Super, jutro będzie niesamowicie, tylko jak przekonać Agatę? No i pogoda się jakoś popaprała, szara wata otacza sąsiednie szczyty, byleby tylko jutro była ładna ...

Wyruszyliśmy. Nie jest źle, słońce jest coraz niżej, już tak nie dokucza. Jest pięknie, cudowne widoki nad którymi góruje ogrom Triglavu. Dochodzimy do Konjko sedla. Stąd wszyscy kierują się do Planika tylko my podchodzimy na Kredaricę. Szlak zapowiada się ciekawie. Pierwszy raz widzę takie góry, jest inaczej - skały i kamienie lekko mnie przerażają. Szlak pnie się stromo w górę, co czują już moje nogi...zostaję w tyle. Sylwek czeka na mnie przy trudniejszym odcinku z ubezpieczeniami. I teraz zaczyna się najgorszy odcinek szlaku, szczerze mówiąc niewiele z niego pamiętam, idę ale w sumie jest mi obojętne gdzie i  po co. Nogi odmawiają mi posłuszeństwa, Sylwek jest już znacznie wyżej, a ja czuję że w ogóle nie nabieram wysokości. Po prostu stoję w miejscu. Nie wiem jak, ale dochodzę do schroniska. Stawałam co parę minut, podziwiając piękne widoki. Widziałam ludzi, którzy pokonywali szlak na Triglav, wyglądało to niesamowicie, zupełnie jakby ich ktoś tam poprzypinał - wisieli na skałach.


Kocioł Kalvarija, w tle M. Triglav. (fot. Sylwester Grabarczyk)


DZIEŃ 1-2: schr. TRIGLAVSKI DOM NA KREDARICI (2515) ... 19.00 - 08.45

Podczas załatwiania noclegu dochodzi Agatka ... a właściwie jej cień. Chyba ... umarła po drodze. Zostawiamy bety na łóżkach i schodzimy coś zjeść. Schronisko jest pełne ludzi, może pomieścić 300 osób choć z zewnątrz na takie nie wygląda. Dziewczyna przy bufecie mówi tylko po słoweńsku więc udaje mi się zamówić tylko gulasz i kiełbasę. Jest to nawet niezłe, grunt że pożywne. No i piwo jest niedrogie, puszka 300 SIT (5,5 zł) to tyle co na dole z beczki. Super, piwko na 2500 m npm smakuje wybornie. Po jedzeniu idziemy się przejść na pobliski wierch Kredaricy (2541) ale niestety nic prawie nie widać. Tematu jutrzejszego wejścia na szczyt nie poruszam, na wątpliwości Agatki odpowiadam wymijająco. W jadalniach przy stolikach atmosfera jak w knajpie: leje się piwo i wino. Widać że Słoweńcy luźno traktują góry, lubią się bawić. Jesteśmy zmęczeni, przy "tysiącu" prawie zasypiamy. Szybko mija czas i jest już prawie 22.00. Stoliki pustoszeją, więc i my zbieramy się do zasłużonego wypoczynku. Nocleg mamy w tzw. "skupnych leziscach" czyli salach zbiorowych. Nie, nie przypomina to naszych sal zbiorowych, na Kredarici są to takie przejściowe podłużne boksy, z łóżkami piętrowymi przy ścianach, coś jakby duża kuszetka. Wybieramy sobie niestety najgorsze miejsce, pomimo zmęczenia nie mogę zasnąć, ciasnota i duszno. Faceci chrapią jak stare traktory. Myślę cały czas o Triglavie ... jak sobie da radę Agatka, czy pójdzie, jak ją przekonać. Mijają godziny a ja nie mogę zasnąć, myślę ... planuję ... układam ... Jakoś to będzie, byleby tylko ta cholerna noc minęła i byleby tylko jutro pogoda dopisała ...

Gdy wchodzę do schroniska, marzy mi się gorąca herbata i coś do jedzenia. Wielkiego wyboru nie mamy, choć po dłuższym zastanowieniu, dziwię się, że i tak tyle tu mają. Zakwaterowaliśmy się w ciekawych warunkach. Przyszło nam spać pod samym dachem (dosłownie pod samym dachem - ja leżąc na plecach nie mam możliwości ugiąć nóg w kolanach). Kładąc się spać w końcu miałam okazję w spokoju przemyśleć to co ma nas spotkać jutro. Muszę podjąć ostateczną decyzję, czy wchodzić czy nie. Jestem zmęczona i wykończona więc spodziewam się, że sen przyjdzie szybko i jak się przebudzę będzie już rano. Okazuje się, że wcale nie jest tak łatwo. Sylwek przekłada się z boku na bok, jest strasznie duszno, w sumie koce są wcale niepotrzebne.
W rezultacie około godziny pierwszej w nocy, Sylwek postanawia zejść na dół i położyć się spać do łóżka trzyosobowego na dole. Może to trochę pomogło, w końcu zasnęłam, choć i tak wciąż czuwałam żeby nie spaść.
Po ciężkiej nocy obudził nas śmigłowiec, w sali nie było nikogo. Poczułam, że dziś jest mój dzień. Raz się żyje. Jemy śniadanie i ruszamy ... Triglav na nas czeka....


Słońce nieśmiało wdziera się przez małe okienko, spoglądam na zegarek - ok. ósmej. Dziwne ... nie słychać chrapania. Rozglądam się dookoła i z totalnym zdziwieniem stwierdzam, że jesteśmy sami. Budzę Agatkę i sprawdzam w sąsiedniej izbie - też pusto. Nie ma śladu po jakichkolwiek ludziach. Ale jaja, pewnie wszyscy już dawno wyszli i tylko my ostaliśmy się w schronisku. Ciekawe, może tu taki zwyczaj? Szybko ubieramy się i schodzimy na dół do jadalni. Tu napotykamy tylko parę osób. Agatka mówi mi, że chce iść na szczyt, super, dzielna dziewczyna, doszła tak daleko więc chociaż jak tu nie spróbować wejść na górę, która jest już tak blisko. Nie mam ochoty na śniadanie, na siłę z rozsądku wpycham w siebie dwie kanapki, myślami jestem już na grani. Chodźmy już, przed nami długi dzień i mam nadzieję że jeden z najwspanialszych w życiu. Pogoda jest piękna, świeci słoneczko, chmury pozostały w dolinach, byleby tylko się nie zmieniła ...

Boję się. Nie ukrywam, że strasznie się boję. Przeraża mnie pion ściany i skały ...


Widok na oba wierzchołki Triglavu z Kredaricy (fot. Sylwester Grabarczyk)


DZIEŃ 2: szlak TRIGLAVSKI DOM - TRIGLAV (2864) ... 08.45 - 10.30

No, zaczęło się. Instruuję Agatę jak ma się wspinać i ruszamy na grań. Dobrze, że wyruszyliśmy później, będzie po drodze w górę mniej ludzi, choć już na początku mijamy się ze schodzącą grupką. Wschodnia grań Triglavu zaczyna się potężnym uskokiem, który stromieje z każdym pokonywanym metrem. Agatka idzie pierwsza, ja za nią parę kroków podpowiadając jej gdzie wybierać stopnie. Wspinamy się raźno, szybko zyskując wysokość. Droga jest bardzo dobrze ubezpieczona, nie ma liny ale w skałę wbite są małe pręty pełniące rolę chwytów. Szlak schodzi z grani i przewija się na ścianę M. Triglavu. To tu wczoraj widzieliśmy ludzi, pewnie my wyglądamy dziś podobnie. Trudności rosną bardzo szybko, szlak wchodzi w prawie pionowe zacięcie. Jak dla mnie jest ekstra, czuje się świetnie, lubię takie "żelazne drogi". Właśnie schodzi jakiś facet, a właściwie nie schodzi, a czołga się w dół. Przywarł ciałem do skały i zsuwa się po niej, łapiąc się haków. Patrzy tylko w skałę pod sobą, pewnie nie wie, że ktoś go wymija. Zapomniałem dodać, że ekspozycja w tym miejscu jest kompletna, jesteśmy zawieszeni jakieś 300 metrów nad kotłem Kalvarija. Super!!! Patrzę na Agatkę jak to znosi, ale spokój jest w porządku a przynajmniej tak mi mówi. Idziemy dalej w górę, minuty lecą, metry npm też. Szlak wiedzie cały czas u stóp ostrej grani bezpośrednio w ścianie. Trudności obiektywnie są bardzo duże, moim zdaniem większe niż na Orlej Perci. Sporo odcinków jest prawie pionowych w pełnym lufcie. Sceneria jest wspaniała, przez grań przewala się wata chmur, słońce świeci wysoko, zaczął wiać silny wiatr. Doganiamy rodzinkę idącą przed nami. Przyglądamy się im zaciekawieni, jak się później okazuje jest to typowy obrazek całych rodzin Słoweńców idących na Triglav. Wygląda to tak: mama + tata (wiek 40-45) + syn lub córka (18-25) i ... małe dziecko w wieku 7-10 lat związane liną w pasie. Koniec liny dzielnie dzierży w dłoni ojciec, a dziecko przerażone czołga się po skale nawet wtedy kiedy stromizna pozwala na spokojne podejście na nogach. Wygląda to jak prowadzenie ... psa na smyczy. Wygląda to groteskowo i koszmarnie, przecież to wszystko odbywa się na wys. 2700 m npm często w pionie (tata podciąga na linie dziecko) w pełnej ekspozycji. Nawet nie chce myśleć co będzie jak to dziecko poleci, co niby tatuś go utrzyma na linie w dłoniach ... Obłęd. Niestety jest to normalny widok w tym miejscu. Dla odmiany później spotykamy też ludzi wspinających się z asekuracją (kask, uprząż, lonże itp.) Z trudem wymijamy tę "ekspedycję" i dalej w górę. Ubezpieczenia wyprowadzają nas na grań, jest bardzo "powietrznie". Widzę, że Agatkę bardzo zmęczyła ta intensywna wspinaczka ale wierzchołek Małego Triglavu jest już bliziutko. Niestety, nad cały masyw góry nadciągnęła skądś szara chmura i nawet główny szczyt ledwo widać. Z Domu Planika dochodzą kolejne "zespoły" i grań Triglavu zaczyna powoli przypominać deptak. A sama dalsza grań wygląda ekstra, jest wąziutka, cała ubezpieczona poręczą ze stalowej liny. Agata ma dość, widzę że się bardzo boi, zwłaszcza zejścia. No jak to, doszłaś aż tu i chcesz odpuścić? Odpoczywamy i ruszamy dalej, to już finał. Powoli posuwamy się do przodu. Co kilkadziesiąt metrów mijamy tabliczki upamiętniające tych co zostali na grani Triglavu na zawsze ... Będzie ich kilkanaście osób, większość zginęła od trafienia przez piorun. Staram się o tym nie myśleć, moja uwaga skupiona jest na Agacie. Zaczyna się najbardziej eksponowany odcinek, grań urywa się pod naszymi stopami na obydwie strony. Najtrudniejsze okazują się dwa uskoki, zwłaszcza ostatni tuż pod szczytem jest prawie pionowy. Agata pomimo strachu radzi sobie znakomicie, widzę ją nad sobą jak płynnie pokonuje ostatnie metry. Jeszcze parę chwytów, lina rani dłonie i ...

Cały czas myślę o tym, żeby rozważnie stawiać nogi i pewnie chwytać się rękoma. Sylwek idzie za mną i widzę, że wchodzi "ze sobą i ze mną". Podpowiada mi cały czas co dużo mi pomaga. Gdy już stoimy na Małym Triglavie, wydaje mi się, że na nasz cel to już całkiem niedaleko ... - mylę się. Dalej pokonujemy ostrą grań, momentami jestem poważnie przerażona i marzę tylko, żeby usiąść na kamieniu i powiedzieć "wreszcie". Mijamy bardzo dużo ludzi, za nami idzie jakaś rodzinka z małymi dziećmi, niesamowite jak ludzie są odważni, ciągnąc takie dzieciaki, w takie góry. Zaczyna robić się zimno i co najgorsze psuje się pogoda, nie widać nic, ciemna chmura zasłoniła nam drogę , którą mamy jeszcze do przebycia i wciąż nie wiadomo jak daleko do celu. Zaczynam czuć zmęczenie, czuję się bardziej zmęczona psychicznie niż fizycznie. Z tego co widzę to do pokonania zostały tylko dwa uskoki i będziemy na miejscu ... spragniona jestem tej chwili.

DZIEŃ 2: TRIGLAV (2864) ... 10.30 - 11.15

JESTEŚMY!!!

... widzę już wreszcie masę ludzi i  Aljażev Slop...

Od wczorajszego południa wchodziliśmy tu w sumie 8.5 godz. Czuję wielką ulgę, że wreszcie udało mi się wejść na szczyt o którym marzyłem od 5 lat. Kolejne marzenie się ziściło. Szczyt jest szeroki, stoi na nim słynny, aluminiowy Aljażev Slop. Na najwyższym miejscu w Słowenii panuje atmosfera pikniku, w tym momencie jest tu ponad 20 osób. Jest nawet gość, który sprzedaje napoje i piwo w puszce (sic!) oraz podkoszulki upamiętniające wejście na tę górę. Ciekawe jak on to tu wniósł, pewnie dostarczył mu to śmigłowiec, bowiem od rana słyszymy i widzimy go jak uzupełnia zapasy w schroniskach. Niestety ze słynnej panoramy nici, znajdujemy się w środku chmury, która zawisła nad szczytem i nie zamierza się przemieścić pomimo stosunkowo silnego wiatru. Agatka nie ma zbyt wesołej miny, bardzo boi się zejścia. No właśnie, o tym którędy schodzić zastanawiam się już od pół godziny. Pierwotnie mieliśmy schodzić szlakiem przez Triglavską Strbinę, ale widok wspinających się półkami bezpośrednio w pionowej ścianie Triglavu ludzi przeraził Agatę. Chyba zdecydujemy się na zejście z M. Triglavu do D. Planika południowym żebrem. Ponoć to najłatwiejsza z dróg, choć z powrotem musimy pokonać grań szczytową tym razem w przeciwnym kierunku, w dół. To będzie najtrudniejszy etap, bo choć przed chwilą tamtędy weszliśmy, to zejście będzie bardziej trudne i emocjonujące. Na razie staram się zagadać Agatkę, aby nie myślała ciągle o tym. Przypatrujemy się ludziom, jak reagują na zdobycie Triglavu, jak się cieszą, boją itp. Wiem, że w nas prawdziwa radość pojawi się dopiero w Domu Planika jak będziemy mieli już za sobą najtrudniejszy etap zejścia. Agatko, gotowa jesteś ... chodźmy ... im szybciej ruszymy tym szybciej będziesz miała za sobą zejście, a i  pogoda też jest jakaś taka niewyraźna ...

Atmosfera to jest bardzo ciekawa, raczej luźna. Jest facet, który sprzedaje pamiątki i czekoladę (ciekawa praca!). Sylwek się nic nie odzywa, podobno minę mam nie za ciekawą, myślę już o zejściu, wiem, że będzie gorsze niż wejście i wiem, że strach będzie jeszcze większy. Jakoś dziwnie się czuję, cieszę się że tu jestem, że dałam radę, ale moje przerażenie jest chyba większe i przytłacza radość ze zdobycia szczytu.


Na szczycie Triglavu (fot. Sylwester Grabarczyk)


DZIEŃ 2: szlak TRIGLAV (2864) - schr. DOM PLANIKA ... 11.15 - 13.00

Na "ostrej jak brzytwa" grani idziemy powolutku. Na szczęście strach nie paraliżuje ruchów Agatki i radzi sobie całkiem przyzwoicie. Idę przed nią i doradzam gdzie postawić stopy, za co chwycić się dłońmi. Pokonujemy pierwszy uskok, potem drugi, grań na M. Triglav jest już łatwiejsza. Mijamy sporo ludzi brnących przed siebie do góry, na wąziutkiej grani wymijanie ich dostarcza dodatkowych emocji. Nawet się nie obejrzeliśmy, a już jesteśmy na niższym wierzchołku. Szkoda tylko że wciąż jesteśmy w chmurze i nic nie widać, choć ma to i swoje plusy - nie czuć tak bardzo luftu. Trochę odpoczywamy i ruszamy dalej w dół. Schodzimy bardzo wolno, starannie dobieram Agacie najpewniejsze chwyty i stopnie. Ja sam czuję się znakomicie, zdaję sobie sprawę, że od wyruszenia z Kredaricy w ogóle nie czuję zmęczenia, sam wspinam się automatycznie, myślami jestem cały czas przy Agacie. Zejście tą drogą technicznie jest faktycznie łatwiejsze, wszystkie najtrudniejsze odcinki są znakomicie ubezpieczone i prowadzą systemem kominków i zacięć w taki sposób, że ekspozycja jest dużo mniejsza niż na pozostałych drogach. Poręczówka stromo i szybko sprowadza nas w dół, z każdym krokiem i chwytem przybliżamy się do prostokątnej bryły schroniska. Dostrzegam, że w ruchach Agatki jest coraz więcej pewności i opanowania, szybko się uczy ... jeszcze będą z niej "górołazy" !!! Koniec ubezpieczeń i już możemy paść sobie w ramiona, wychodzi słońce, pogoda robi się cudowna ... Triglav jest nasz i już nam go nikt nie odbierze.

Ruszamy w dół, nie ma co dłużej siedzieć, bo jak widać chmura opornie schodzi ze szczytu i najprawdopodobniej jeszcze trochę trzeba by było poczekać żeby ujrzeć widok - a zapewne byłby piękny. Drogę, którą schodzimy znam, więc wiem czego się spodziewać i gdzie czekają mnie niebezpieczne momenty. Sylwek idzie przede mną i kontroluje każdy mój ruch, dzięki czemu czuje się pewniej. Już na górze postanowiliśmy schodzić do Planika rzekomo łatwiejszym szlakiem. Na M. Triglavie mijają nas dwie dziewczyny w adidasach z trzy-, czteroletnią dziewczynką, dziecko jest przerażone i ciekawe czy w przyszłości będzie pamiętała cokolwiek z tego wejścia. Krok po kroku i jesteśmy coraz niżej. Widać już Planika i ludzi wokół jak mróweczki. Teraz my musimy wyglądać tak jak wczoraj Ci ludzie, którzy tędy wchodzili gdy my szliśmy na Kredaricę. Koniec zabezpieczeń, schodzimy na ścieżkę, która prowadzi do Planika. Puszczają nerwy, przerażenie zostało gdzieś wysoko, bez słów wpadamy sobie w ramiona, a mnie w głowie nie mieści się to co przeżyłam.

DZIEŃ 2: schr. DOM PLANIKA (2401) ... 13.00 - 13.30

Już na Kredaricy podjęliśmy decyzję, że schodzimy dziś do oporu, na sam dół. Tu w Planiku jesteśmy jeszcze w pełni sił, ale co będzie dalej ? ... przed nami jeszcze długa droga w dół. Ale najważniejsze, że przed 2 godz. byliśmy na szczycie. Popijam piwko, myślami cały czas jestem jeszcze na grani, obserwuję ludzi zbierających się do "ataku" na szczyt i zazdroszczę im. Tak zazdroszczę im ... bo sam chciałbym jeszcze raz przeżyć to co oni mają przed sobą, jeszcze raz poczuć gładki wapień pod palcami, szorstką linę zaciśniętą w dłoni i oddech przepaści pod nogami. Dla nas to już przeszłość, tak bliska ale przeszłość. Została nam już tylko wyrypa w dół, czas powoli żegnać się z Triglavem ...

Siedzimy przed Planikiem, jest cudownie, przed nami tylko ogrom Triglavu, o niczym innym nie można teraz myśleć. Nie martwię się nawet tym, że mamy dziś zejść na sam dół, a to jeszcze dosyć spory kawałek drogi. Teraz wiem, że na pewno dam radę. Jest cieplutko, słońce przygrzewa, zazdroszczę trochę ludziom, którzy teraz są na szczycie, bo do nas słoneczko na szczycie nie dotarło. Tu jest cudownie, ale czas nagli, musimy ruszać na dół.

DZIEŃ 2: szlak DOM PLANIKA - VODNIKOV DOM ... 13.30 - 15.00

Wielkimi, sypiącymi się zakosami schodzimy na przeł. Konjko sedlo (2020) dalej bez odpoczynku lecimy w dół. Żołądek upomina się o swoje prawo, przecież dziś prawie nic nie jedliśmy. Wyobrażam sobie jaki to gigantyczny obiad zjem w schronisku. Agatka tez jest strasznie głodna, adrenalina opadła więc nie ma co nas trzymać przy siłach. Drogę już znamy, wczoraj podchodziliśmy tędy do góry a dziś zbiegamy w dół na jedzenie. Jeszcze kawałek, widać chatę, ale będę jadł ... co tam jadł, pochłonę wszystko ... Jeść !!!

Schodzimy na przełęcz i dalej w dół do Vodnikov Dom na obiad. Strasznie chce mi się jeść i marzy mi się odpoczynek.


Widok na Triglav sprzed Domu Planika (fot. Agata Grabarczyk)


DZIEŃ 2: schr. VODNIKOV DOM NA VELJEM POLJU (1817) ... 15.00 - 16.30

Czekamy prawie 20 minut na posiłek !!! Mam ochotę zjeść drewniany stół przy którym siedzimy. Wreszcie jest ... mniam ... chleb własnego wypieku jest fantastyczny, takiego jeszcze nie jadłem. Cóż może być wspanialszego od obiadu przed schroniskiem, gdy właśnie zeszło się ze wspaniałej góry (którą widać stąd w całej potędze i krasie), a słoneczko przypieka i piwko się pieni w szklance? Pełny luz i odprężenie, świat jest cudowny !!! Chwilo trwaj ... !!!

Wyczerpani tym razem głodem padamy przed Vodnikov dom i zamawiamy obiad. Siedzimy przy stole w cieniu spoglądając i wspominając Triglav, było super, ciężko żałowałabym gdybym rozmyśliła się i nie chciała wchodzić na szczyt, teraz wiem, że było warto i zabrzmi to może egoistycznie ale jestem z siebie dumna! Czas w drogę. Liczę się z tym, że będzie ciężko, ale musimy teraz już zejść na sam dół.

DZIEŃ 2: szlak VODNIKOV DOM - RUDNO POLJE ... 16.30 - 19.30

To już ostatni etap i zgodnie z moimi przewidywaniami najgorszy. Siły fizyczne zostały tam na górze, teraz tylko siła woli pcha mnie w dół. Na Studorski Preval jeszcze jakoś dochodzę, ale potem zaczyna się koszmar. Dwa dni ciągłego podchodzenia i schodzenia robią swoje, nogi mam jak z waty. Dochodzi do tego upał, który dziś szczególnie doskwiera nam podczas zejścia. W myślach liczę metry, które zostały nam jeszcze do parkingu, ścieżka wydaje się nie mieć końca. Ostatnie 1,5 godz idę w jakimś stanie otumanienia, nie chce mi się nawet podziwiać krajobrazu. Marzę o butelce zimnej Coli, co tam jednej ... całej zgrzewce butelek. Szlak wiedzie to w górę, to w dół wyciskając z nas ostatnie poty. Mam dość, siadam ... nie lepiej nie będę siadał, bo dalej się nie ruszę. Wchodzimy w las, duszno, korzenie drzew tylko czekają abym się o nie potknął. Cholera ... kiedy to się skończy, wiem to się nie skończy ... usiądę tu i zostanę ... mam to w nosie ... o to już ten las ... chyba niedaleko ... ciemno się robi ... idziesz jeszcze ? ... nie to jeszcze nie koniec ... usiądę i odpocznę ... idziesz za mną ?... patrz widać już drogę ... zaparkowane samochody ... Agatko to już koniec ... !!! ... koniec ...

Szlak bardzo się dłuży, idziemy i idziemy, wciąż myślę o tym jak byliśmy na szczycie. Dziwne, ale dziś nie czuję już bólu ramion od wciąż ciężkiego plecaka, nie przeszkadza mi zmęczenie, które rośnie wraz z każdym kolejnym krokiem. Dziś liczy się tylko to, że tam byliśmy, co jakiś czas staję i odwracam głowę spoglądając na Triglav - jest piękny i potężny, teraz rozumiem Słoweńców, że są z niego tacy dumni.
Już widać samochody na parkingu, Sylwkowi marzy się zimne piwo, mnie zimna cola, niestety bar jest zamknięty, ale zapas napoju czeka w samochodzie.


DZIEŃ 2: RUDNO POLJE (1340) ... 19.30

Patrzę na drewniany drogowskaz - "Triglav pot borcev triglavske divizije nov" Byłem tam, dziś byliśmy na nim razem, pamiętasz ? ...

Jesteśmy wykończeni i zmęczeni, teraz dopiero dzielimy się wrażeniami z całej tej wielkiej przygody. Teraz możemy paść sobie w ramiona, podziękować za pomoc i pogratulować wyczynu. Łza kręci się w oku, żal opuszczać takie wielkie miejsce. Oboje jesteśmy bardzo szczęśliwi ... byliśmy tam, tak, tam wysoko, tam gdzie nie liczyło się nic... tam czuło się, że cały świat jest u naszych stóp. Wspaniałe i niezapomniane przeżycie...dziękuję.

Agata i Sylwek