Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Jak "odkryliśmy" Sławsko

Roman Kordys

Sławsko leżące obecnie na terytorium Ukrainy stanowi po dzisiejszy dzień główny ośrodek sportów zimowych dla mieszkańców Lwowa i okolic. Prezentując poniższy artykuł Romana Kordysa, który był opublikowany w pierwszym numerze "Wierchów" (1923r.) pragniemy przypomnieć jakie były początki turystyki zimowej na tamtych terenach.

Dwa są w kraju "eldorada" narciarskie: Zakopane i Sławsko. Pierwszego nie trzeba było odkrywać. Gdy w Zakopanem pierwszy narciarz przypiął narty do nóg swych, aby wypróbować na stokach regli ten egzotyczny przyrząd, "letnia stolica Polski" była już znana, modna nawet. Ale o Sławsku, cichej wioszczynie górskiej w Bieszczadach nikt nie słyszał. Leżała wprawdzie przy uczęszczanej linii kolejowej Lwów - Ławoczne - Budapeszt, jednakże zapewne dlatego, że mało w niej lasów, nie stała się odwiedzanym w porze wakacyjnej letniskiem, jak sąsiednie miejscowości: Skole, Hrebenów, Zełemianka i Tuchla. Toteż gdy w ostatnim dziesiątku lat ubiegłego wieku rozpoczęły się w Karpatach Wschodnich i we Lwowie próby z nartami, nikt nie wiedział, że nie trzeba wyjeżdżać w daleką Czarnohorę, aby znaleźć dobry teren narciarski, lecz że wystarczy czterogodzinna podróż koleją i tuż przy linii kolejowej otworzą się góry, jakby stworzone na to, aby po nich jeździć na nartach. Stało się zatem, że lwowski światek narciarski był już wcale liczny i niezgorzej z nartami obeznany, że wyłonił z siebie pierwszy u nas klub narciarski, a mimo to żaden narciarz nie słyszał jeszcze o Sławsku i nigdy - jak pamięć ludzka sięga - nie przerzynały chyże narty nieskalanie białych stoków Trościana, Ilsy i Wysokiego Wierchu.
Sławsko musiało być "odkryte". Raz kiedyś musieli przyjść tam narciarze, nasycić się pięknością gór zimowych i zawrotnym pędem zjazdów. Stało się to w marcu 1907 r. i od tego czasu coraz liczniejsze gromady narciarzy przybywały do nieznanej dawniej wioski, i przybywać będą tak długo, jak długo w młodych piersiach bić będą serca spragnione oszałamiającego pędu na nartach w otoczeniu gór przybranych w najpiękniejszą szatę zimy. A jak to było, gdy pierwszy raz przybyli narciarze do Sławska, opowiemy. Zima 1906/7 r. była wspaniała, może najbardziej śnieżna ze wszystkich, które pamięta pierwsze polskie pokolenie narciarzy. Góry, doliny, wioski górskie - wszystko spało zasypane takimi masami śniegu, jakie w Europie Środkowej spotyka się dziś tylko w niektórych wysoko położonych okolicach Alp. Rok ten jest także epoką w dziejach polskiego narciarstwa. W styczniu 1907 r. 22 lwowskich narciarzy założyło Karpackie Towarzystwo Narciarzy, które położyło ogromne zasługi w krzewieniu królewskiego sportu na obszarach kraju.
Dla stowarzyszonych w KTN narciarzy trzeba było znaleźć tereny narciarskie i to takie, które mogłyby być odwiedzane w jeden dzień ze Lwowa. Móc wyjechać w sobotę wieczorem i powrócić w niedzielę nocą, a dzień cały przepędzić w zimowych górach - oto zagadnienie bytu dla narciarzy lwowskich. Wycieczka w Czarnohorę lub Gorgany była bowiem wyprawą kilkudniową, wymagającą i wprawy turystycznej, i sprzętu obfitszego, i co najważniejsze więcej czasu, niż ma go normalnie do rozporządzenia oddany zajęciom zawodowym mieszkaniec miasta.
Stało się zatem jasnym, że pożądanych terenów narciarskich szukać należało przy drodze kolejowej Lwów - Stryj - Ławoczne, która łączyła miasto najkrótszą linią z Karpatami i miała najlepsze połączenie kolejowe.
Rozpoczęliśmy studiowanie map sztabowych, poprzez które wiodła wspomniana kolej. I przy tej robocie - pamiętam tę chwilę dziś jeszcze - ujrzeliśmy na karcie Tuchla, pokrytej w większej części zielonymi pasmami lasów, w jej południowo-zachodniej połaci, przestrzeń prawie bezleśną. Co więcej: szeroko rozstawione warstwice, głosiły każdemu obeznanemu choć trochę z kartografią okolic górskich, że są to góry o łagodnych, mało stromych stokach, a więc takie, które nadają się najlepiej pod narty. Od razu postanowiliśmy pojechać tam z nartami przy najbliższej sposobności. Stało się to 10 marca 1907 r.
Była ciemna, ale gwiaździsta i bezchmurna noc, gdy z pustego niemal pociągu wysiedli na stacji w Sławsku, dwaj narciarze. Jednym z nich był Zygmunt Klemensiewicz, wówczas student chemii na uniwersytecie lwowskim, drugim piszący te słowa, w ową zimę zgłębiający z ubolewania godnym brakiem gorliwości tajniki Instytucji i Pandektów. Obu tym panom było wcale nieswojo, gdy znaleźli się w czarną noc na pustej drodze wiodącej do wsi, w której nigdy nie byli. Jakiś pies uciekł ze strachem, ujrzawszy na tle gwiazd zakrzywione rogi nart. Na pierwszym zakręcie mieliśmy, wedle otrzymanych wskazówek, natrafić na karczmę. Kierując się zmysłem powonienia, wyczuwającym bynajmniej niesubtelne wonie lichej wódki i zepsutego piwa, odkryliśmy rychło "hotel", który miał nas ugościć. Tu jednak zaczął się dramat.
Trzeba było nieszczęścia, że właśnie w tym czasie w jakiejś wiosce górskiej wymordowano rodzinę karczmarza. Toteż, gdy zbudzony kołataniem ze snu Żydek ujrzał na tle okna niebezpiecznie wielką sylwetę narciarza, którego grozę powiększały jeszcze sterczące z poza pleców dziwnie długie, do niewiadomego celu służące przyrządy - za żadną cenę nie chciał otworzyć wrót swego domostwa. Trzeba było dłuższej dysputy i dopiero na miły uszom żydowskim dźwięk mowy niemieckiej, rozwarły się drzwi karczmy. Reszta była już prozą, o której lepiej zamilczeć.
Z pierwszym brzaskiem dnia wyruszyliśmy. Niebo było zasnute mgłami, ale doświadczone oko turysty widziało, że pogoda jest pewna. Był silny mróz i w powietrzu spokój zupełny. Wieś spała jeszcze. Przeszliśmy szybkim krokiem wzdłuż chałup, kierując się na południe, w dolinę potoku Sławsko. Z gór niewiele było widać, białe ich stoki ginęły w mgle poranku.
Z mapą w ręku przeszliśmy ubitą drogą 1,5 km, a potem obok wylotu bocznej dolinki wspięliśmy się w górę zalesionym stokiem, mijając samotnie stojące domostwo. Zaraz powyżej kończyły się ślady człowieka i rozpoczynało niedotknięte stopą ludzką państwo zimy. Założyliśmy narty, kierując się w stronę różowiejących od wschodzącego słońca mgieł. Otworzyły się przed nami łagodne polany, przedzielone tu i ówdzie kępami świerków. Nagle rozwiały się kłębiące się nad grzbietem mgły i wszystko wokoło ozłociło się promieniami słońca. Zatrzymaliśmy się, aby obejrzeć po raz pierwszy okolicę. To, co ujrzeliśmy było nadzwyczajne. Czy sprawiły to mgły ranne, włóczące się jeszcze w połowie wysokości gór, czy nieprawdopodobna obfitość szaty śniegowej, która zdawała się, że wprost przygniata wszystko wokoło, czy też pełne zachwytu oczy narciarza, patrzące pierwszy raz na góry przedtem niewidziane - dość, że nigdy później, ten zakątek górski nie wydał się piękniejszym, góry wokoło wyższymi i potężniejszymi, błękit nieba i nieskalana białość śniegu cudniejsza.


Ilsa nad Sławskiem


Szliśmy w górę z radością w piersi, narty ślizgały się bez szelestu po niezmąconych wiatrem puchach śnieżnych, coraz szerzej i przestronniej było wokoło. Przed nami wyrosła wyniosła czuba Wysokiego Wierchu, dalekiego jeszcze celu naszej wyprawy. Ponad okrytymi lasami stokami szczytu odcinała się na tle ciemnego, aż w granat wpadającego nieba, olśniewająco biała, potężna kopuła wierchu. Szeroki, wijący się wężową linią grzbiet, wywiódł nas drogą, która dziś już jest znana tysiącom narciarzy - do zboczy samego szczytu. Tu weszliśmy w las. Białe postacie drzew zakute w szaty ze śniegu i lodu, stojące nieruchomo jak posągi, błękitne cienie wśród złotych plam słońca, miejscami mrok zupełny pod kopułą zasypanych okiścią koron, taki las zimowy budzi zawsze w duszy narciarza uroczysty nastrój świątyni. Słowa milkną i jakiś lęk osiada na duszy, i tęsknota za słońcem, które jaśnieje w górze na śniegach szczytu. Rychło byliśmy już ponad lasem, nakrytym od strony grani szczytowej szerokim pasem pionowych gzymsów śnieżnych, świadczących, że nie zawsze panuje tu cisza i świeci słońce na bezchmurnym niebie.
Wreszcie stanęliśmy na kopule szczytowej. Łagodną linią wygięty biały przestwór śniegów wywiódł nas na sam wierzchołek Wysokiego Wierchu. Tam wśród gromadki w cudne, białe potworki zamienionych drzewin, usiedliśmy na dłuższy odpoczynek; było ciepło jak w lecie. Leżąc na wznak w puchu śniegów, patrzyliśmy na białe obłoczki, które wypłynęły na niebo. Świat był taki jasny, taki piękny i tak samo jasno i radośnie było w duszach naszych.
Gdzieś koło południa zaczęliśmy zjeżdżać. Przed nami w dół łagodnie schodziły pola śnieżne. Jeszcze ostatnie spojrzenie wokoło, troskliwy rzut oka na narty i uprząż i powoli zanurzyliśmy się w dolinę. Ogarniał nas pęd coraz szybszy, wiatr świszczał w uszach, u stóp podnosiła się z sykiem chmura prutego nartami śniegu. Zjazd! Brzeg lasu, od którego szliśmy w górę na szczyt pół godziny, był w chwil kilka przy nas. Las był stromy, nie raz jeden pęd kończył się niespodziewanie w kąpieli śnieżnej. Ale potem terenem otwartym pędziło się znowu bez troski po wybornym śniegu. Gdzieś za Kazanowcem opuściliśmy nasz ślad, którym zdążaliśmy na szczyt, i pierwszą z brzegu dolinką zjechaliśmy w dół, do potoku Sławsko, szemrzącego cicho pod skorupą lodową.
Bez namysłu przerzuciliśmy się na drugi brzeg strumienia, aby wejść jeszcze na Wierch Zielony, osłaniający od zachodu dolinę. Dwie pełne godziny mozoliliśmy się w skwarze południa po stromym stoku, którego końca nie było widać. Wreszcie stanęliśmy na szczycie. U stóp naszych, w niepokojącej głębi widoczna była wieś i stacja kolejowa. Czy zdążymy tam na czas do pociągu?
Nie zatrzymując się zaczęliśmy zjeżdżać w dolinę. Na północnym, niedotkniętym promieniami słońca stoku góry, śnieg był wymarzony: zda się wprost, że wystarczy pomyśleć, a narty same słuchały rozkazu narciarza. Łuki, skręty, węże - w owym czasie szczyt techniki narciarskiej - łączyły się z bajeczną łatwością w jedną nieprzerwaną linię zjazdu. Pęd nart upajał nas. Nie szukaliśmy drogi, ona sama otwierała się przed nami. szereg polan leśnych, łączących się ze sobą nieprzerwanym ciągiem, wiódł nas w dół. Pagórki, które przed chwilą mijaliśmy, już były wysoko w górze. Nagle ściana lasu zagrodziła dalszą drogę - krok w lewo i nowa polana otwierała się na zachodnim zboczu grzbietu. Niespodziewanie urwało się wszystko strumyczym uskokiem; wedle wielkich wzorów szukałem ratunku w kiju narciarskim i za chwilę byłem na ubitej drodze, wiodącej dnem doliny. 10 minut przedtem staliśmy jeszcze na szczycie Zielonego Wierchu.
Ten zjazd był niezrównany. Dziś jeszcze po latach wielu, po wielu wyprawach narciarskich w rozmaite góry, po zwiedzeniu terenów uchodzących za najlepsze w Europie, dziś jeszcze wspominam ten zjazd z Zielonego Wierchu, jako niezapomnianie wspaniały; byłem tam potem wiele razy, nigdy jednak nie powtórzył się w sposób tak cudny. Może dlatego, że nie było już później takiego śniegu, a może tylko - że nie powraca nigdy urok pierwszej wyprawy w nieznane przedtem światy...
Zachodziło słońce, gdy wracaliśmy do wsi. W godzinę potem pociąg unosił nas z powrotem do Lwowa.