Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Maliniak

    Aby wejść w góry musieliśmy się zameldować w ostatnim posterunku leśnictwa. Dalej były wytęsknione góry i chińska granica. Mieliśmy wszystkie niezbędne dokumenty na tą okoliczność. Zdjąłem plecak, zabrałem ze sobą kijek do odganiania się od psów i ruszyłem w stronę leśnictwa. Pierwsze zareagowały psy. Trzy rozjuszone kundle i przeraźliwie chudy młody bokser. Maliniak ujadał razem z całą czeredą. Był to jedyny tutejszy pies, który chodził swoimi drogami. Czyj był? Jego sterczące żebra i bojaźliwa postawa mówiły o tym, że raczej niczyj. Ale w jaki sposób udawało mu się przeżyć zimę? Tymczasem leśniczy na nasze przyjście przygotował przyjęcie. Okazało się wkrótce, że to nie on a żona młodego podleśniczego, który akurat był nieobecny, zaserwowała nam specjały kazachskiej kuchni, herbatę z tutejszych ziół (Origanum vulgare z domieszką owoców górskiej róży) i biały ser o konsystencji budyniu. Leśniczy specjalnie przyjechał z miasteczka, aby wykorzystać nadarzającą się okazję. Tego jeszcze nie wiedzieliśmy na pewno, ale przeczuwaliśmy, że coś się może zdarzyć nie po naszej myśli. Jego umizgi do niektórych pań, tańczenie kozaka i wymachiwanie czapką z czerwoną gwiazdą było zupełnie chybione. Nie wiedział cymbał, że Polacy a Rosjanie to troszkę różne narody. Piszę "cymbał" nie bez powodu. Ale o tym przekonaliśmy się dopiero pod koniec wyprawy. Na razie nasza wódka lała się w jego gardło, a chodziło o załatwienie koni na przeprawę przez Mały Baskan.
    Przejście przez górską rzekę jest delikatnie mówiąc dość trudnym przedsięwzięciem: silny prąd, niewidoczne głazy na dnie i piekielny ból nóg wywołany gwałtownym wychłodzeniem. Użycie małego pontonu nie wchodziło w grę. Musieliśmy przeprawić na drugi brzeg 200 kg bagażu i 9 osób. Leśniczy zabrał nam zezwolenie na pobyt w strefie przygranicznej. Twierdził, że dopiero jak oddamy zezwolenie wpuści nas w góry. Przyjęliśmy to za dobrą monetę, choć miałem pewne obawy. Uspokoił mnie mówiąc, że wyżej nie ma już posterunków wojsk pogranicznych. Rozeszliśmy się do namiotów. Wieczorem wykopałem spory dołek na śmieci i przykryłem je kopczykiem dużych kamieni. Niektóre z nich ledwie mogłem ruszyć. Zabezpieczyłem naszą żywność przed wizytą psów i poszliśmy spać. Nad ranem zbudziły mnie szmery i szelesty. Po wyjściu z namiotu zorientowałem się, że jakiś pies roztrącił ciężkie głazy, wykopał całą zawartość śmietnika i w dodatku zżarł całe nasze mydło! To był oczywiście Maliniak. Zresztą stał niedaleko nieśmiało machając ogonem. Przegnałem łobuza. Wiedziałem już, że ten pies nie opuści nas tak szybko. Trzeba było się liczyć z nocnymi wizytami i stale chronić żywność. A namiot mieliśmy dość mały, ledwie trzy osoby się mieściły i jeden plecak. Dwa plecaki musieliśmy trzymać w przedsionku. Byłem zły i myślałem o tym jak przepędzić tego natręta. Ale on nic sobie nie robił z moich "demonstracji siły". Odwiedzał wszystkie namioty, zwłaszcza w porach posiłków. Początkowo spał blisko mojego namiotu i stale próbował w nocy coś uszczknąć. Zwędził drugie mydło. Czasem nawet w biały dzień potrafił ukraść podzieloną na kawałki tabliczkę czekolady. Szedł stale z nami. Spał na zewnątrz namiotu zwinięty w kłębek. Spodziewałem się, że opuści nas jak wejdziemy w piętro alpejskie, gdzie w nocy temperatura spada poniżej zera. Wytrzymał i to. Wytrzymał i nocne ulewne deszcze, przeprawy przez potoki i wiele innych niedogodności. Wysoko w górach usiłował przedostać się do przedsionków. Ale jego złodziejska natura uniemożliwiła przyjście mu z pomocą. Żal było drania, gdy każdego dnia nad ranem otrzepywał z siebie szron. Ale cóż było robić. Mieliśmy wyliczoną żywność. Nie można było pozwolić na jej uszczuplenie. Maliniak korzystał z różnych resztek, a zwłaszcza z obrzydliwych liofilizatów lub z niezbyt smacznych potraw, różnych chińskich zupek, kuskusa itp. Miał bardzo przykry dla nas zwyczaj. Chodził za każdą osobą odczuwającą potrzebę fizjologiczną. Jednym słowem dzięki niemu góry po nas pozostały czyste. Po tygodniu przyzwyczailiśmy się do niego. Stał się prawie pełnoprawnym członkiem ekspedycji, choć bez zaprowiantowania. Bardzo szybko zaakceptował całą naszą dziewiątkę. Jak każdy pies, sygnalizował szczekaniem swoje niezadowolenie, gdy próbowaliśmy iść różnymi drogami. Upatrzył sobie dwie osoby: Daniela i Rafała. Nic dziwnego, tam dostawał najwięcej jadła. Odwdzięczał się swoim towarzystwem. Daniel razem z Maliniakiem doszedł do lodowca tuż przed chińską granicą. Maliniak biegł tuż przed nim i ani na chwilę go nie opuścił. Największy wyczyn Maliniaka to wejście na szczyt o wysokości 3600 metrów.


Dróżka Maliniaka - boczna grań Dżungarskiego Alatau (Tien Szan). (c)Andrzej Chlebicki.


    Trzeba było iść po stromej granitowej grani usianej ostrokrawędzistymi głazami. Biedak płakał długo przed każdą przeszkodą. Jego rozpaczliwy głos niósł się po okolicznych dolinach, a my, z konieczności, nie patrząc na jego protesty wchodziliśmy coraz wyżej. Maliniak płakał coraz głośniej. Serce się krajało. Takiej rozpaczy dawno nie słyszałem w psim wydaniu. Obserwowałem całą sytuację z brzegu jeziora. Trwało to prawie pół godziny. W końcu jednak się zdecydował i przeszedł najtrudniejszy odcinek grani. Był doświadczonym psem umiejącym chodzić po ostrych kamieniach. Doskonale sobie radził. Potrafił upolować tłustego susła. Nie dał go sobie wydrzeć. Kolejny wyczyn Maliniaka to przejście przez olbrzymi powalony świerk umożliwiający nam przejście przez rwący Wielki Baskan. Niewiele brakowało aby nasza wyprawa się źle skończyła. Mieliśmy jednak dużo szczęścia. Przeszliśmy przez przełęcz Suurły w stronę doliny Wielkiego Baskanu. Leśniczy mówił nam, że nie ma pojęcia o tym czy są tam jakieś mosty czy też nie. Wiedział tylko tyle, że u wylotu tej doliny jest posterunek kolejnego leśniczego. Wchodząc w dolinę Wielkiego Baskanu sporo ryzykowaliśmy. Przejście w bród przez znacznie większy górski potok nie wchodziło wogóle w rachubę. Kończyliśmy już wyprawę. Za trzy dni mieliśmy się spotkać z przewoźnikiem który miał nas odebrać i odwieźć nad jezioro Bałchasz. Ugrzęźnięcie mogło mieć fatalne konsekwencje, łącznie z utratą rezerwacji miejsc powrotnych.
    Wieczorem dotarliśmy do dopływu Wielkiego Baskanu. Mostu nie było. Jedyną szansą było przekroczenie rzeki przez zwalony potężny świerk tienszański. Rozpięliśmy czerwoną linkę i powoli plecak za plecakiem, Rafał z Danielem i Arturem przenieśli na drugą stronę. Każdy z nas przechodząc przez śliski pień zdawał sobie sprawę, że upadek może mieć katastrofalne skutki. Przeszliśmy wszyscy. Pozostał Maliniak. I to nas bardzo zdziwiło. Myśleliśmy, że dla niego takie przejście będzie błahostką. Maliniak jednak bał się wejść nawet na pień świerka. Huk wody zagłuszał nasze nawoływania. Maliniak przemocą postawiony przez Artura na pniu położył ze strachu uszy po sobie i usiłował się wycofać, ale Artur był nieugięty. Zachęcał psa głaskając i lekko popychając go do przodu. A my stojąc już na drugim brzegu przywoływaliśmy go do siebie. Maliniak znieruchomiał. I nagle... ruszył do przodu bardzo szybko pokonując przeszkodę.
    W nocy dotarliśmy do dużego Baskanu gdzie... był najprawdziwszy most. Przy rozpalonym w nocy ognisku dominowały rozmowy o różnych potrawach, jakie sobie w Polsce zaserwujemy po powrocie. Biały ser ze śmietaną, boczek wędzony, piwo "Żywiec" i zupa ogórkowa. Tymczasem jedliśmy różne zupki, musli, kuskusy i resztki słodyczy. Maliniak wygrzewał się przy ognisku. Otrzymał nieco więcej pokarmu niż zwykle. Rano zaczęliśmy schodzić w dół. Pojawiły się pierwsze maliny. Obżeraliśmy się nie zdejmując plecaków. I wtedy ze zdumieniem zobaczyliśmy jak sprawnie i szybko pies wyłuskuje maliny z krzaków. Od tej pory nazywaliśmy go Maliniak. Przeprawiliśmy się jeszcze przez jeden pień świerka. Rzeka płynęła stromym wąwozem. Pofałdowania gór sprawiły, że uwarstwienie łupków przebiegało pionowo. Dawało to niecodzienne efekty wizualne. Wąwóz był zachwycający. Stale jednak odczuwałem niepokój. A może za kolejnym zakrętem natkniemy się na przeszkodę nie do przebycia? Zwłaszcza, że stromość wąwozu uniemożliwiała obejście. Pod wieczór wkroczyliśmy w część doliny o mniej stromych brzegach. Byliśmy już pewni, że nawet brak mostu nie utrudni nam powrotu. Dałoby się takie miejsce obejść górą. Zatrzymaliśmy się na chwilę nad rzeką. Usiadłem pod dużym świerkiem czekając na maruderów. Nagle zza zakrętu wyłonił się jeździec na koniu. Przedstawił się jako żołnierz i zażądał od nas dokumentów. Dobrze, że trafił akurat na mnie. Zawsze na początku staram się pokojowo załatwić sporne sprawy. Był to dowódca placówki straży w ubraniu cywilnym. I właśnie to cywilne ubranie mogłoby być przyczyną zatargu. Moi koledzy uznali, że to nie jest wojskowy, lecz jakiś miejscowy watażka chcący od nas wyłudzić pieniądze. Nie można tego było wykluczyć. Ale zachowanie jeźdźca było bardzo czytelne. Niewątpliwie mieliśmy do czynienia z żołnierzem. Dostaliśmy ostrzeżenie, że jeżeli ruszymy się z miejsca natychmiast zaczną do nas strzelać. Czekaliśmy na konie, które miały nas przewieźć na drugą stronę. I rzeczywiście za 20 minut przyjechał mały oddział żołnierzy z dowódcą, tym razem ubranym nienagannie w strój wojskowy służb pogranicza. Przeprawa odbyła się szybko i sprawnie w atmosferze przyjaznych drwin z obu stron. Nie ukrywaliśmy swojej radości. Choć być może wyglądało to trochę sztucznie. Tymczasem Maliniak zaczął znowu płakać. Nikt go nie wziął ze sobą na konia. Pies płakał, szczekał. Został sam. Ale jak i poprzednio poradził sobie. Przybiegł do nas cały mokry po przeprawie. Sam pokonał Wielki Baskan! Jak on to zrobił?


Tien Szan (c)Andrzej Chlebicki.


    Przybliżał się czas rozstania. Był to już przedmiot naszych rozmów od kilku dni. Oczami wyobraźni widziałem naszą ekspedycyjną ciężarówkę i biegnącego za nią płaczącego Maliniaka. Była nawet myśl o tym, aby go zabrać do Polski. Jedynie Daniel zastanawiał się nad taką możliwością. Czekaliśmy na decyzję władz wojskowych. Nie mieliśmy zezwolenia na pobyt w strefie nadgranicznej. Zezwolenie zatrzymał u siebie leśniczy. Wojskowi byli jednak nieugięci. Brak zezwolenia był jednoznaczny. Zamówili ciężarówkę z odległej o 50 km jednostki wojskowej i postanowili nas przewieźć na przesłuchanie. Uświadomili nam, że leśniczy dlatego nam nie oddał zezwolenia, ponieważ liczył jeszcze na okup! Tego w żaden sposób nie mogliśmy się spodziewać. Dopiero teraz zorientowaliśmy się z jak nieuczciwym człowiekiem mieliśmy do czynienia. Nie dość, że ściągnął z nas kolosalny haracz za przeprawę przez rzekę, kosztem swojego podleśniczego urządził imprezę i jeszcze wpakował nas w takie tarapaty. Zaczęły się telefony pomiędzy różnymi wojskowymi. Sprawa zaczęła mieć coraz poważniejszy charakter. Wiedziałem o co chodzi i doskonale dawaliśmy sobie z tym radę. Śmialiśmy się cały czas. Żartowaliśmy z siebie na każdym kroku. A tymczasem obok biegło normalne wojskowe życie, z całym beznadziejnym wojskowym drylem. Oglądaliśmy drewnianą stanicę wojsk pogranicza. Stajnie dla koni, sypialnię dla żołnierzy i... strych na suszenie ziół, a także piekarnię do pieczenia chleba. Wszystko zrobione z drewna. Jedynie piec do chleba był murowany i biały. Zostaliśmy zaproszeni do stołówki i przed każdym z nas postawiono kosz z świeżym chlebem i kubek mleka! Jedliśmy śmiejąc się i smakując każdy kęs chleba. Nasze zabiedzone żołądki napełniły się natychmiast. Żałowaliśmy, że nie możemy fotografować tak pięknych drewnianych budowli, uderzających swoja prostotą i funkcjonalnością.
    Przed posterunkiem była psia buda z której wyszedł normalny, najedzony owczarek niemiecki. Maliniak natychmiast zabrał się za wyszukiwanie kości i resztek jedzenia zalegających okolice posterunku. Zniknął nam z oczu. Powiedzieliśmy żołnierzom, że jest to pies leśniczego. Za chwilę przyjechała ciężarówka z kolejnym dowódcą, który na razie przesłuchał tylko mnie. Żołnierze pomogli nam załadować się na pakę i chwilę później ruszyliśmy.
    Dopiero po kilku minutach zorientowaliśmy się, że nie ma Maliniaka. Pewnie dobrał się do resztek jedzenia i gdzieś tam w ukryciu ucztował. Może to i dobrze, że było mu zaoszczędzone rozstanie. Zastanawialiśmy się, co się z nim może stać. Był stary, chudy i zbyt samodzielny aby przydać się na coś na posterunku. Czy mógłby o własnych siłach wrócić do leśniczego? Raczej tak. To tylko 30 km. Ale co dalej? A może po prostu dostał już pałką w głowę i problem się skończył. Maliniak stale był obecny w naszych rozmowach w pociągu. Los zwierząt bywa okrutny. I nie tylko tutaj, w Kazachstanie.

Andrzej Chlebicki


Maliniak. (c)Andrzej Chlebicki.