Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Moje spotkania z Nieńcami

1. Wstęp


     Mieszkańcy Arktyki to najczęściej niewielkie narody lub plemiona takie jak Lapończycy, Nieńcy, Ewenkowie, Czukcze, Aleuci i Inuici. Do najliczniejszych grup etnicznych Arktyki można zaliczyć Inuitów (Eskimosów) i Nieńców. Znamienne jest, że oba te narody zostały jednakowo nazwane przez sąsiadów. Rejchman (1882) pisze, że Nieńcy w Rosji byli nazywani Syrojedami (Surowojadami). Z kolei Inuici są bardziej znani jako Eskimosi. W języku Indian to określenie oznacza ludzi jedzących surowe mięso. Spożywanie surowego mięsa było podstawowym warunkiem życia w Arktyce, zapewniało uzyskanie wszystkich potrzebnych do życia substancji odżywczych. Dzisiaj gdy tradycyjne domy, kajaki i psie zaprzęgi zastąpiły importowane wyroby przmysłowe, również i styl życia ludzi uległ zmianie.
    Zwarte tereny zamieszkane przez Nieńców obejmują wschodnie obszary Europy od rzeki Mezeny poniżej Półwyspu Kanin aż po rzekę Jenisej w Azji. Na południu Nieńcy sięgają do rzeki Peczory, Usy, Szczuczej i dalej do Jeniseja w pobliżu Igarki, i na północy aż do wybrzeża. Zamieszkują też niektóre wyspy arktyczne jak np. Wajgacz, Biała Wyspa, Wyspa Szokalskiego. Na Nową Ziemię Nieńcy zostali przywiezieni przez Rosjan dopiero w 1877 roku. Ale już w 1955 roku na skutek decyzji Chruszczowa o utworzeniu poligonu jądrowego na Nowej Ziemi, wysiedlono 104 rodziny Nieńców na kontynent. Obecnie liczba Nieńców sięga prawie 35 tysięcy osób, z tego w Jamalsko-Nienieckim okręgu żyje ich około 21 tysięcy. Jest to obecnie najliczniej przez nich zamieszkane terytorium.


Syn Maszy Laptander, wnuk kniazia I. Laptandera (c)A.Chlebicki


1.1 Etymologia

    Zarówno słowo Nieniec jak też i Inuit oznacza człowieka. Przy okazji chciałbym zwrócić uwagę na prawidłową pisownię nazwy tego ludu. Powinno się pisać Nieniec a nie Neniec. Prosiłem kilkunastu Nieńców o wolne wypowiedzenie tego słowa. Wszyscy stosowali zmiękczenia pierwszej głoski. W liczbie mnogiej Nieńcy to "Nieńcia". Jeszcze do niedawna Nieńców nazywano Samojedami. Nazwa ta narobiła sporo zamieszania. Jej rosyjskie tłumaczenie sugerowałoby, że Nieńcy są ludożercami! B. Rejchman (1882) nie bez pewnej ironii postawił pytanie "Czy sami siebie zjadają, czy rzeczywiście są ludożercami? Zdaje nam się, że samojadem nazwałby raczej słowianin człowieka, który z głodu swe własne ciało pożera, aniżeli prawdziwego kanibala". Kuriozalne są również inne z palca wyssane tłumaczenia. "Sam-jediot" - miał podobno wykrzyknąć jakiś Rosjanin na widok jadącego na nartach Nieńca. Inne to "Sam - jedin" odwołujące się do samotnego życia w tundrze itp. Zdaniem Fischer'a i Hogstrom'a słowa "same" oznaczało Lapończyków a "adne" - ziemię, stąd samejadne lub sameladne dawniej łączono z północną Finlandią (Laponią). Również Hajdu (1963) uważa, że określenie "Samojadź" nie jest słowem etymologicznie rosyjskim. Nazwę tą można znaleźć już w  kronice latopisa Nestora, z końca XI wieku.

1.2. Polacy o Nieńcach

    Istnieje około 1000 opracowań, dokumentów, dzienników i notatek poświęconych kulturze, religii i życiu Neńców. Wśród nich jest kilka prac autorów polskich np. rozprawka B. Rejchmana (1882) drukowana we Wszechświecie, dwie książki M. Czaplickiej (1914, 1916) wydane w Anglii, drobne informacje ogłoszone przez Morozowicza (1896) i zestaw zdjęć z "Albumu podboju Północy" przygotowany przez T. Kiznego (1996). Kuczyński (1994) w swojej pięknej antologii "Polskie opisanie świata" poświęcił jeden z rozdziałów Nieńcóm. Są jednak również w polskiej literaturze informacje sprzeczne a czasem wręcz fantastyczne. Stanisław Vincenz w III tomie swojego monumentalnego eposu "Na wysokiej połoninie" opisał baśniowy lud Syrojidów następująco: "Żółte to i zwiędłe, zeschłe z rodu. Bo od dawna wygłodzone, od wieków pewnie wystraszone głodem. Z daleka wyglądają jak olbrzymie liście z drzewa piekielnego, ugniecone na mary piekielne. Gęba to niby ludzka maszkara, jakby z drzewa z grubsza ociosana. A z bliska naprzód na maszkarze widne dziupło trójkątne. W dziuple tym jedna gała oczna. Okiem tym łypią chyżo i toczą na wszystkie strony, tak, że więcej widzą, niż my, chrześcijanie, dwojgiem oczu...". To oczywiście licentia poetica, niemniej jednak należy sądzić, że Vincenz prawdziwego Nieńca (Syrojida) nie widział nawet na fotografii.
     Natomiast inny Polak, J. Morozewicz, zetknął się z prawdziwymi "Samojedami" na Nowej Ziemi. Jego opis jest również niezbyt pochlebny: "Ludzie ci, nadzwyczaj szpetni, o płaskich jak łopata, twarzach mongolskich (ludność pomorska zwie uszczypliwie tubylców samojedzkich łopatami, robiąc aluzję do ich płaskich twarzy) o czystość ciała i mieszkania wcale nie dbają..." (Morozewicz 1896). Bliższy prawdy jest wspomniany już B. Rejchman (1882): "Samojedzi są starannymi i zdolnymi rzemieślnikami. W wielu miejscach wyrabiają wszystkie statki domowe dla Rosjan, a tam gdzie osiedli, stawiają domy lepiej zbudowane niż rosyjskie. Ich sanki, jak się sam własnym doświadczeniem przekonał, są czymś nieporównanym w swoim rodzaju. Podobnież ich bardzo lekkie wiosła, łyżwy (narty) itp. Statki nic nie pozostawiają do życzenia pod względem czystości roboty, mogłyby zawstydzić wielu rzemieślników niemieckich. Wyroby kobiet, specjalnie odzież dla obu płci, odznacza się również starannością wykończenia i nie jest pozbawiona pewnego artystycznego gustu". Dzisiaj po przeszło stu latach opracowanie i opinia Rejchmana o Nieńcach zadziwia trafnością sądów i interpretacji.


Nienieckie Mia ze skór reniferów (c)Andrzej Chlebicki.


    Dawniej nieznane były wśród Nieńców ani kradzieże ani kłamstwa. Łatwowierni i prostoduszni, dawali się łatwo oszukiwać przybywającym z południa Rosjanom. Niewinność duszy i serdeczną dobroć tych dzieci przyrody Rosjanie wyzyskiwali w sposób bezwzględny. Handlarze futer w znacznym stopniu przyczynili się do rozpowszechnienia się alkoholizmu wśród narodów Dalekiej Północy. Nieńcy do dzisiaj zachowali w swojej naturze dużo szlachetności i dobroci. Piszę o tym mimo, że moje ostatnie doświadczenia skłaniałyby do przeciwnego wniosku. W "Albumie podboju Północy" przygotowanym przez T. Kiznego (1996) znajdują się zdjęcia Nieńców z Wajgacza. Autor tych zdjęć, czekista F. Ejchmans był naczelnikiem geologicznej ekspedycji, której celem było zbudowanie pierwszego osiedla na Wajgaczu przy pomocy więźniów. Ejchmans został rozstrzelany w okresie Wielkiej Czystki w 1938 roku. Prezentowane w nim zdjęcia przechowane przez żónę Ejchmansa zostały po raz pierwszy opublikowane właśnie w Polsce.

2. Relacje ze spotkań z Nieńcami i ich kulturą


     W czasie moich podróży kilkakrotnie spotkałem się z Nieńcami. Rozmawiałem również z Rosjanami, którzy mieli częste kontakty z tym ludem. Obraz jaki się wyłania z tych obserwacji nie jest jednoznaczny ani też zbyt optymistyczny.
    1) Rosjanin, pracownik naukowy, wielokrotnie przebywający na ekspedycjach naukowych w Bolszeziemielskiej Tundrze i Jamale: "Nieniec w zachowaniu przypomina świnię. Będziesz miał dość kontaków z tymi ludźmi bardzo szybko. Są brudni, zaniedbani i nachalni. Stale szukają okazji do wypicia wódki. Gdyby nie my pewnie dawno by ich już nie było".
    2) Tatar, pracownik kolejowy mieszkający na stałe w republice Komi: "Nieńcy i Chantowie mają pchły, wszy i mendoweszki, które żyją w ich futrzanych malicach. Stale piją wódkę i bez niej żyć nie mogą. Picie wódki to jedyny cel w ich życiu."
    3) Rosjanin, komendant milicji pracujący w Workucie: "Nie zbliżaj się do obozowisk Nieńców. Większość z nich jest chora na gróźlicę i inne choroby. Często piją i są wtedy nieobliczlni."
    4) Ukrainka, deputowana do rady, mieszkająca na stałe w Jamało-Nienieckim Autonomicznym Okręgu: "Brałam udział w pertraktacjach dotyczących przedłużenia lini kolejowej na Jamale. Nieńcy w żadnym wypadku nie chcieli się zgodzić na dalsze prace. Tłumaczyli nam, że konsekwencją zbudowania lini kolejowej będzie zniszczenie tundry i silne zanieczyszczenie środowiska co doprowadzi do upadku hodowli reniferów. Poradziłam moim kolegom aby suto zastawili stoły i zaprosili nieprzejednanych Nieńców na wieczerzę. Tłumaczyliśmy ich kniaziowi, Laptanderowi, że dzięki lini kolejowej będą do nich częściej docierały produkty, zostaną zbudowane dla nich szpitale a także będą mogli do stacji kolejowych dostarczać mięso i skóry reniferów itd. I o dziwo podchmielony kniaź, pierwszy podpisał zgodę. W chwilę później uczynili to wszyscy pozostali Nieńcy i natychmiast odjechali."*
    * O konsekwencjach budowy lini kolejowej i nowych osiedli dla sezownowych pracowników wspominam w moim artykule pt. "Jamał czyli koniec ziemi" (Chlebicki 1997).
    5) Ukrainka, nauczycielka w Salechardzie: "Nieńcy są prawie jak dzieci, naiwni i prostoduszni, choć my ich niestety zepsuliśmy. Ich dzieci są bardzo zdolne, szczególnie pięknie rysują. Mają wspaniałe uzdolnienia plastyczne i techniczne. Dobrze uczą się także matematyki"

2.1. Moje własne obserwacje

20 VIII, 1996

    Przypadkowo trafiłem w tundrze na cmentarz Nieńców. Było to dla mnie niecodzienne przeżycie. Cmentarz na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniał. Wzgórze było tak wtopione w krajobraz tundry, że pionowe tyki utrzymujące konstrukcję grobu i odwrócone do góry nogami sanie stały są widoczne dopiero z pewnej odległości. Zbliżając się do tego miejsca zdawałem sobie sprawę co zobaczę a mimo to namacalność życia i śmierci nigdy tak do mnie nie przemówiła jak właśnie w tym momencie. Odwrócone drewniane sanie stały w różnych miejscach wzgórza, dopiero później zobaczyłem skrzynię z ciałem zmarłego. Na każdym kroku spotykałem rozwleczone kości i wspaniałe poroża reniferów, muszle, drobne drewniane fragmenty rozsypujących się ze starości sań, zardzewiały czajnik i drewnianą łódź. Wśród mchów leżały zbielałe czerepy Nieńców. Podniosłem jeden z najpiękniejszych wieńców zastanawiając się czy nie zabrać tego eksponatu do naszego Muzeum Etnograficznego. Wieniec sięgał mi prawie pod pachę, był cały pokryty porostami dzięki czemu bardziej przypominał jakiś fantasyczny przedmiot wydobyty z głębi morza niż prawdziwy wieniec. Była to na szczęście bardzo krótka myśl! Po chwili położyłem wieniec obok trumny. Drewnianą powierzchnię skrzyni pokrywały rdzawe porosty. Tuż obok były odciśnięte w piasku świeże tropy reniferów. Zapewne przechodziły tędy niedawno... To wymieszanie reniferowych i ludzkich kości, pokrytych porostami a także obecność świeżych tropów ułożyły mi się w krótką i jakże sugestywną opowieść o życiu w tundrze*.
    *Chomicz (1995) pisze, że zmarły był najczęściej chowany następnego dnia. Wkładano go do drewnianej trumny w takiej odzieży w jakiej umarł. Mężczyznę zawijano w płótno namiotu, kobietę w płótno przykrywające sanie. Każdy ród miał swoje miejsce pochówku. Najczęściej były to niewielkie wzniesienia w tundrze w pobliżu rzek. Charakterystyczną cechą pochówku nenieckiego są naziemne groby. Zmarły jest umieszczony wewnątrz drewnianej skrzyni-trumny stojącej na powierzchni ziemi. Czasem trumną była połowa łodzi. Wraz ze zmarłym do trumny wkładano różne narzędzia i broń, które były potrzebne zmarłemu w świecie umarłych. Po zamknięciu trumny zabijano renifery którymi została przywieziona. Dawniej zostawiano cały zaprzęg obok grobu, z tym, że sanie odwracano do góry nogami, obok trumny w ziemię wbijano chorej (rodzaj długiej włóczni). Później zostawiano tylko renifery bez uprzęży. Na zakończenie uroczystości pogrzebowej szaman lub krewny zmarłego prosił go aby szedł dalej swoją drogą i nie powracał już do żywych. Uczestnicy pogrzebu wracali inną drogą, a przybywszy na miejsce przestawiali namiot (mia) w inne miejsce aby zmylić zmarłego, gdyby przyszło mu do głowy powrócić. Znany jest jeszcze jeden bardzo rzadki rodzaj pochówku. Zmarłego zawijano w płótno, wkładano na sanie, którymi zawożono go po lodzie na środek jeziora i tam zostawiano. Na wiosnę po stopieniu lodów, sanie wraz z ciałem zmarłego tonęły w jeziorze.


Mia po burzy śnieżnej, sanie używane są czasem do zabezpieczenia namiotu przed silnymi podmuchami wiatru. (c)Andrzej Chlebicki.


2.1.1. W o r k u t a

27 IV 1998

    Po dwu godzinach stania w kolejce udało mi się kupić bilety do Workuty. Przede mną stało zaledwie sześć osób. I te sześć osób obsługiwano dwie godziny. Panienka w okienku często wychodziła do innego pomieszczenia, piła herbatę lub po prostu siedziała nikogo nie obsługując. Rosjanie stali spokojnie. Nikt nie protestował. Bez specjalnych problemów załadowałem cały bagaż do wagonu. Pociąg ruszył. Siedziałem w przedziale z młodą i ładną kobietą. Za chwilę przyszedł milicjant, spojrzał badawczo na nas i ... wybrał młodą kobietę do kontroli. Zaczęło się wypytywanie i sprawdzanie paszportu itd. Ciekawe jak by się dla mnie skończyła taka akcja. Zamknąłem oczy i ostentacyjnie zasnąłem. Na stacji "110 km" wsiedli Nieńcy. Na peronie stali ich krewni i trzy zaprzęgi reniferów. Żegnali się tak jakby to miała być daleka podróż zakończona długa rozłąką. Tymczasem jechali jedynie do Workuty. Nieniec z rodziną przeszedł przez korytarz wagonu, i to dało się fizycznie odczuć. Był kompletnie pijany, bełkotał i machał rękami. Jego wręcz małpia twarz była tak odrażająco wykrzywiona, że aż trudno było na to patrzeć. Miał niemal murzyńskie, wyciągnięte wargi, sflaczałe pod wpływem alkoholu, czerwono-brązową twarz i chrapliwy krzyczący głos. Towarzyszące mu kobiety były spokojne i nawet miłe, choć też co nieco "pod muchą". Wszyscy byli w malicach pachnących starym tłuszczem i skórami. Podróżujący Rosjanie z pogardą i pobłażliwością patrzyli na swoich "Indian". Przykro było patrzeć jak pijany Nieniec tłukł się po wagonie przeganiany przez podróżnych: "Idi, idi, dalsze, idi, idi k' czortu" itd. Nieniec darł sie przy tym w niebogłosy. To był mój pierwszy kontakt z tundrowymi Nieńcami. Jak u takich alkoholików szukać pomocy w tundrze wtedy gdy zdarzy się coś niedobrego?

29 IV 1998

    Zadymka. Zrobiło się szaro od wirującego śniegu. Pociąg odjeżdżający do Petersburga wyglądał jak zjawa. Cały biały, tylko czerwone światełka ostatniego wagonu jakoś wyróżniały się w wirującej bieli. Patrzyłem jak powoli znikał w białej masie śniegu. Szczęśliwcy, którzy wyrwali się z białej matni. Zawieja szalała. Wiedziałem co to znaczy. Minie kilka dni zanim oczyszczą z zasp drogę. Czekał mnie los "bicza" koczującego na dworcu w Workucie. Wkrótce milicjanci poinformowali podróżnych, że dworzec zostanie zamknięty i nikt nie może w nim pozostać. Nakłaniali wszystkich do przeniesienia się do hotelu. Jak tu przenieść 100 kg sanie do hotelu w taką zamieć! Podszedł do mnie Rosjanin, taki sam "bicz" jak i ja i zaczęliśmy rozmawiać o naszej sytuacji. Postanowił pójść do hotelu i sprawdzić czy są miejsca a ja w tym czasie pilnowałem naszych rzeczy. Okazało się, że w hotelu nie ma miejsc. Co robić w taką zamieć w Workucie? Liczyliśmy na to, że milicjanci pozwolą nam zostać w hali dworca. I rzeczywiście po kilku godzinach bezowocnych wysiłków aby nas się pozbyć w końcu pozostwiono nas w spokoju. Nad ranem zorientowałem się, że ci sami Nieńcy którzy ze mną jechali w pociagu spali na podłodze w pobliżu przechowalni bagaży. Nikt ich tam nie zauważył. Rano załadowali swoje rzeczy do automatycznych schowków nie zamykając ich (sic!). Jak się wkrótce dowiedziałem, małe dziecko jednej z kobiet było chore i trzeba je było zawieźć do szpitala. Matka tego dziecka miała niemal brązową twarz, zakrwawione usta i rozczochrane włosy. Była zrozpaczona, poruszała się powoli człapiac w pimach i malicy nie odzywając się do nikogo. Skacowani Nieńcy zachowywali się spokojnie. Podszedłem do jednej z kobiet, która wyglądała dość schludnie i zapytałem ją o nazwisko. W ten sposób poznałem Marię (Maszę) Laptander z domu Taborej. Ród Laptander jest dobrze znany, mówi się nawet, że to ród kniaziowski. Masza jednak, swojego pijanego "księcia" nazywała "nieszczasnyj durak". Zapytałem ją czy mogę odwiedzić jej obóz w górach. Masza opisała mi dolinę rzeki Pajpudyny i z grubsza określiła położenie obozu: "na skraju lasu modrzewiowego". Mieliśmy się spotkać za cztery dni.

2.1.2. C h a n m e j

3 V 1998

    Wysiadłem na stacji kolejowej, lakonicznie nazwanej "110 km". Przywitała mnie zawieja, jak zawsze w górach. Minąłem przysypane aż pod dach domy. Poruszałem się wzdłuż głębokich kolein ciągników gąsienicowych. Kilka razy ustąpiłem drogę wyłaniającym się z kurzawy metalowym gigantom. Na końcu zabudowań dokonuję pierwszego odczytu GPS i wprowadzam dane do pamięci. Miejscowość szybko ginie w kłębach wirującego śniegu.


Stacja (c)Andrzej Chlebicki.


Ruszam nieco w prawo w stronę wzgórz. Będąc nieco wyżej, łatwiej będę mógł odnaleźć namioty Nieńców. Wbrew obawom idzie się całkiem nieźle w rakietach śnieżnych. Bez specjalnego wysiłku pokonuję skłony i słabo nachylone zbocza. Tym razem sanie łącznie z bagażem ważą około 50 kg. Taki ciężar da się uciągnąć w górach. Po przejściu pięciu kilometrów nie mogę w żaden sposób odnaleźć namiotów. Namioty miały stać na skraju lasu modrzewiowego, po prawej stronie rzeki. Znając niepewną ocenę odległości Nieńców, postanowiam iść dalej do rysującego sie w oddali lasu modrzewiowego. Dwukrotnie przeszedłem przez koryto potoku. W kilku miejscach w lodowych szczelinach było widać płynącą wodę. Pod wieczór pogoda się polepszyła, uspokoił się wiatr i zaświeciło słońce. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem górę Ponpeliz. Był to jeden ze szczytów w masywie Chanmej. Nie przypuszczałem, że tam dotrę, nie wiedziałem jak ciężkie chwile są przede mną.
    Po przejściu dalszych ośmiu kilometrów rozkładam obóz obok rosłego modrzewia. Jest tak pięknie, że postanawiam po kolacji zrobić krótką wycieczkę na nartach w głąb doliny. Po przejechaniu jednego kilometra zauważam na zboczu po lewej stronie dwa niewielkie trójkąciki: namioty! A więc udało się. Idę tam na przełaj przez modrzewiowy las i dolinki potoków. Jest już dość późno, a mimo to widzę, że ktoś kręci się koło sań. Zbliżam się powoli do obozowiska do "indiańskiej wioski". Nieniec oparty o sanie z daleka przyglądał się jak powoli, w biegówkach pokonuję zbocze. Psy mnie poczuły, podniósł się zgiełk. Zdejmuję narty i podchodząc do Nieńca, mówię Ań torowo! Od razu podaje mi rękę i szeroko się uśmiecha. Ilja Laptander ma aż 84 lata, a zastałem go przy pracy. Właśnie przygotowuje płozy do kilku sań transportowych. Po chwili wychodzą kobiety pytając mnie kim jestem i czego sobie życzę. Wyrażają zgodę na postawienie namiotu i robienie zdjęć. Przy okazji dowiaduje się, że już dawno minąłem namioty obozowiska Maszy Leptander. Stawiam swój namiot w pewnym oddaleniu od obozowiska Ilji, tak aby nie przeszkadzać Nieńcom i nie psuć zdjęć widokiem europejskiego namiotu. Stary Ilja przygląda się jak rozbijam namiot. Uśmiecha się z podziwem jak po kilku minutach stanął mały zielony "mia". Tak bowiem nazywa się namiot w j. nienieckim.


80 letni kniaź I. Laptander pracujący przy budowie sań. (c)Andrzej Chlebicki.


4 V 1998

    Tej nocy po raz pierwszy trząsłem się z zimna. Rano zrobiło się nieco cieplej i wiatr zaczął początkowo nieśmiało targać namiotem, w chwilę później zaczęła się kolejna zawieja. Syk osypującego się, śnieżnego pyłu i gwałtowny łopot szarpanych płacht namiotowych to stały element życia w górach. Zamiast śledzi szybko powbijałem w śnieg gałęzie wierzbowe i narty. Sanie musiałem również umocować. Wiatr je swobodnie przesuwał po śniegu. Ilja zaprosił mnie do swojego namiotu. Nienieckie "mia" składa się z 40 żerdzi pokrytych podwójnymi skórami. Skóry są ustawione licem do środka i futrem na zewnątrz. Tworzą trzy oddzielne płachty o kształcie trójkąta, które nakłada się od zewnątrz na żerdzie przy pomocy długiego drąga (choreja). Na samym środku stoi metalowy piec zaopatrzony w długą metalową rurę wychodzącą przez otwór na szczycie "mia". Wokół pieca na podłodze leżą metalowe płyty. Pod podłogą leżą ścięte gałęzie wierzbowe a na nich, po dwu stronach pieca długie, gładkie i pomalowane olejna farbą deski, a wokół, aż do brzegu namiotu, skóry reniferów, poduszki i coś w rodzaju zasłon, uszytych z materiału i podwiązanych do żerdzi. Nowością było dla mnie kwadratowe okienko z plastiku, które od zewnątrz miało moskitierę, a od wewnątrz plastik i skórzana klapę zamykaną paskami ze skóry. Okienko to podobno po raz pierwszy zostało zastosowane kilkanaście lat temu przez Nieńkę koczującą w okolicach faktorii Laborowaja. Wewnątrz "mia" było bardzo czysto i przyjemnie. Żadnych "zapachów' i zjełczałych tłuszczy. Kobiety podały na stoliku herbatę, chleb, makaron i mięso zająca bielaka. Ja z kolei poczęstowałem wszystkich czekoladą i herbatą z malwy sudańskiej. Mała łajka pasterska przywiązana na postronku u wejścia do namiotu szybko mnie zaakceptowała. Taki jeden mały piesek wystarczy aby pilnować całego stada reniferów. Wyglądem przypomina małego niedźwiadka. Jest jednak bardzo szybka w ruchach, agresywna i odważna. Namioty stały u wylotu wąskiego wąwozu, na podwyższeniu, otoczone wałem zarosli wierzbowych. Wokół stały załadowane sanie, na pobliskim modrzewiu suszyły się rzeczy i dwie skóry młodych reniferów. Między namiotami stał pień. Ilja przy pomocy siekiery ociosywał specjalnie wyszukane, odpowiednio wykrzywione pnie modrzewiowe z których powstaną płozy do sań. Zapach palących się gałęzi wierzbowych i modrzewiowych przypominał mi kadzidło z Kościoła Mariackiego w Krakowie.
     Patrzyłem na "swoją" wioskę indiańską starając się zachować jej obraz w pamięci. To niedowiary, że udało mi się dotrzeć do tego prastarego świata hodowców reniferów. Każdy szczegół tego obozowiska był świadectwem takiego życia. Żadnych zbędnych rzeczy, prawie wszystko wykonane własnymi rękami. Moja uwagę przyciągnął zdobiony pas Ilji z zębem niedźwiedzia zawieszonym na metalowym łańcuszku.
    Cywilizacja powoli wkracza w świat Nieńców. Tradycyjne kościane przelotki w saniach są zastąpione przez metalowe kółka. Wewnątrz "mia" stoi radiomagnetofon i budzik elektroniczny. Nieńcy starają się mnie przekonać, że są chrześcijanami. Mała, kilkuletnia Rima podnosi rączkę do góry i wtedy pozostali członkowie rodziny mówią "Alleluja".
    Zawieja się wzmaga, żegnam się z Nieńcami i wracam do mojego namiotu. Jedną z nart wiatr już wyrwał ze śniegu, a przecież była wbita prawie po wiązania! Usuwam nagromadzony śnieg. Po ściankach namiotu spływa woda. Przetrwanie zawieji to walka z gromadzącym się śniegiem i zapewnienie dobrej izolacji. Po południu wiatr się uspokaja a chmury znikają. Biorę aparaty fotograficzne, statyw, wkładam rakiety śnieżne i idę na najbliższy wierzchołek pasma Wielkiej Pajpudyny. Około 19-tej wchodzę na kamieniste plato pokryte w całości glebami strukturalnymi. Pogoda cudowna. Powietrze jest tak przeźroczyste, że widać nawet odległy o 200 km najwyższy szczyt Polarnego Uralu, Pajer. Groźne zaśnieżone góry stoją w ciszy, oświetlone promieniami zachodzącego słońca. Najbliższy mi znany szczyt to Ponpeliz. Odległość od obozowiska nie powinna przekroczyć 12 km. Jutro tam pójdę jeżeli pogoda pozwoli. Staram się wypatrzeć stado reniferów przebywające podobno gdzieś w pobliżu. Wszędzie gdzie wiatr wywiał śnieg i odsłonił płaty porostowej tundry spotykam ich ślady i odchody. Samych reniferów jednak nie udaje mi się znaleźć.

5 V 1998

    Rano spakowałem swój ekwipunek i załadowałem do sań. Dałem Ilji mały karabinek wspinaczkowy na pamiątkę, od kobiet dostałem 2 bochenki chleba. I tak w idyllicznym nastroju rozstalismy się. Przypiąłem rakiety i powoli pokonywałem moreny i zbocza strumyków. Mogłem spokojnie przeżyć w górach jeszcze 3-5 dni. Po 6 kilometrach trafiłem na wypukły wierzchołek małego wzniesienia, który był kompletnie pozbawiony śniegu. Dalej posuwałem się korytem potoku, który wypływał gdzieś tam z pod Chanmeja. Około 17-tej zacząłem szukać miejsca na obozowisko. To jak się już wielokrotnie przekonałem, jedna z najważniejszych decyzji. W płaskiej dolinie, meandrujący potok pozostawił różnej wielkości płaskie jak stół wyspy, całkowicie zarośnięte bażyna i mącznicą. Wybrałem jedną z takich wysp, zwłaszcza, że była kompletnie pozbawiona śniegu. Po raz pierwszy będę mógł spać na ziemi a nie na śniegu. Wkrótce nadleciał biały jak śnieg myszołów włochaty, kołował nad moim namiotem kwiląc przeciągle. Nieco bliżej na skałach odzywały sie dwie śnieguły, obok na pobliskiej wierzbie znalazłem stare gniazdo. Nie byłem więc sam. Bażynowa górka na której stoi mój namiot jest odległa w lini prostej o 21 km od najbliższej osady. Do wieczora wiał silny wiatr, napędził sporo chmur. Właściwie zaczęły się już białe noce. Słońce znika za choryzontem tylko na kilka godzin. Może będę miał nieco szczęścia i wyjdę jutro w góry. Wokół na wzgórzach występują dobrze wykształcone gleby poligonalne i fantastycznie urzeźbione skałki. Wieczór był wyjątkowo piękny, wręcz uroczysty, pełen różowiejącego światła i kryształowo czystego powietrza. Aż trudno mi było uwierzyć, że to co mnie otacza jest rzeczywistością a nie snem. Długo patrzyłem na skalistą grań Ponpeliz zasłaniającą dalsze szczyty w masywie Chanmej. Nieńcy powiedzieli mi, że Chanmej to nazwa ptaka - orła. Rzeczywiście, szczyt przypowmina orła, który zaczyna zwijać skrzydła w locie. Nareszcie jestem u siebie, w swoim górskim świecie. Niezwykła aura dobrych myśli moich przyjaciół stale mi towarzyszy. Tak to odczuwam i w zasadzie już dość dawno przestałem decydować o dalszym biegu wydarzeń. Przestałem sie także bać.


Ponpeliz - szczyt w masywie Chanmeja (Polarny Ural) (c)Andrzej Chlebicki.


6 V 1998

    Noc była zimna ale spokojna. Szybko przygotowuję śniadanie i pozostawiam w namiocie litr gorącej herbaty. Powinienem wrócić z grani najpóźniej o 19-tej. Dlatego nie biorę ze sobą ani termosu ani śpiwora choć jest to niezgodne z moimi zwyczajami. Zabieram ze sobą aparaty, statyw i dwie kurtki polarowe, zapasowe rękawice. W ostatniej chwili dorzucam pakiet z wszystkimi filmami, które dotychczas zrobiłem. To najcenniejsza rzecz jaką mam. Idę w towarzystwie trzech myszołowów. Ich białe skrzydła lśnią w słońcu. Robię ostatnie zdjęcie bażynowej górki z namiotem i w drogę. Początkowo idę dnem szerokiej, płaskiej doliny. Pogoda zaczyna się psuć, ale to dopiero początek. Zapewne jutro zacznie sie kolejna zawieja. Pokonuję pierwsze plato w rakietach a później już bez rakiet, idę zboczem ku górze. Na plato, na wysokości 700 m zbieram kolejne materiały. Bardzo brakuje mi raków. W zamian za to mam czekanmłotek, który umożliwia mi bezpieczne utrzymanie się na zalodzonym śniegu. Grań szczytu Ponpeliz do złudzenia przypomina tatrzańską Orlą Perć. Od strony północnej śnieg jest twardy i zbity. Od strony południowej topi się i jest grząski. Idę zębatą granią nie odchodząc ani o krok od głównego grzbietu. Pogodę mam wspaniałą choć wszystkie okoliczne szczyty toną już w morzu chmur. Masyw Chanmej jest najwyższy i chmury nie mają do niego dostępu. Przechodzę całą grań i powoli zaczynam schodzić w dół. Schodzę tyłem z czekanem w ręce. Tą samą trasą szli mniej wiecej tydzień temu dwaj turyści w rakach. Ich ślady są już nieco nieczytelne, choć czasami wyraźnie widać długie rysy poślizgu na przednich zębach raków. Idę bardzo ostrożnie. Śnieg "śpiewa" pod uderzeniami moich butów. Na wysokości 900 m i 800 m zbieram dalsze bezcenne kolekcje roślin. Mam dobry dzień. Docieram do strumienia nad którym piętrzą się skały. Na jednej z nich znajduję stare, wysokie prawie na metr gniazdo myszołowa. Jest zawiane śniegiem. Robię ostatnie zdjęcia. Bardzo chce mi się pić. Czuję już zmęczenie w nogach. Zostawiona w namiocie herbata pewnie będzie już letnia. Wchodzę na płaską powierzchnię doliny potoku i za zakrętem powinienem zobaczyc namiot na bażynowej górce. Na mojej trasie nagle pojawiają się ślady sań i czterech reniferów. Będę więc miał gości. Ślady prowadzą prosto na bażynową górkę, gdzie stał namiot. Lecz na bażynowym kobiercu ...zostały tylko narty, polarowe spodnie, dziennik, karimata i zielnik. Resztę rzeczy złodzieje zabrali ze sobą. Tyle sprzętu gromadzonego od pięciu lat przepadło!
      Mimo zmęczenia postanawiam iść śladami złodzieji mając nadzieje, że i tym razem opatrzność przyjdzie mi z pomocą. Jest 18-ta wieczorem. Pójdę tak daleko ile wytrzyma mój organizm. Po godzinie ślady zaprowadziły mnie do dwu myśliwskich izbuszek. Ale to był tylko fortel. Złodzieje liczyli na to, że wiatr zaniesie śniegiem ich ślady. Ponadto przyczepili moje pulki z tyłu swoich sań. Ich charakterysztyczny ślad łatwo mogłem rozpoznać w gmatwaninie innych tropów. Po minięciu myśliwskich izbuszek ślad prowadzi mnie na płaski szczyt góry, gdzie złodzieje dali wypocząć reniferom. Wysiedli z sań i zostawili odbicia swoich futrzanych butów. Byli to więc Nieńcy a nie Rosjanie. To mnie bardzo zmartwiło. Pozostał tylko zdeptany śnieg, mocz i plamy krwi od zranionych racic reniferów. Po 3-4 kilometrach pod kątem prostym skęcili w stronę mojego obozowiska, po czym przecięli potok i skierowali się na sąsiednie wzgórze a dalej w dolinę rzeczną. Tutaj Nieńcy odpoczywali drugi raz. Dalej jechali zaroślami wierzbowymi wzdłuż potoku po czym przejechali na drugą stronę doliny a ich śłady skrzyżowały się z śladami wielu reniferowych zaprzęgów.

7 V 1998

    Z pewnym trudem udaje mi się odnaleźć ślady moich pulek. Po przejechaniu kilku kilometrów odbili stromo w górę w kierunku skalistego grzbietu. Patrząc na drogę, którą jechali straciłem nadzieję, że coś wogóle zostanie z plastikowych pulek. Jechali po skałach, glebach poligonalnych, pagórach palsa i szutrowej drodze. Cały czas jadłem śnieg i czekoladę. Mdliło mnie ze zmęczenia. W końcu ślady zaprowadziły mnie do obozowiska. Z odległości 2 kilometrów zobaczyłem drugą "wioskę indiańską", składającą się z czterech namiotów. Było już dawno po północy. Natknąłem się na świeżo odrąbaną głowę renifera z futrem i rogami. Leżała jak przestroga, otoczona dużą plamą czerwonego od krwi śniegu. Podgrzałem moją "broń" gazową (anti-dog), miałem także czekanmłotek w pogotowiu. Ruszyłem prosto na obóz. Byłem mocno zdesperowany. Pierwsze jak zwykle poczuły mnie psy. Zgraja wściekle ujadających łajek szybko mnie otoczyła, ale były bezsilne, ...kijki od nart zupełnie wystarczyły aby odpędzić najodważniejsze z nich. Podszedłem do dwu męższczyzn stojących przy saniach. I w tym momencie poznałem moich znajomych Nieńców z Workuty, których szukałem już od tygodnia. Całe napięcie opadło. Czyżby to oni ukradli mi cały sprzęt? Nie chciało mi się wierzyć. Powiedziałem im, że ślady moich sań, które mi ukradziono prowadzą do ich obozowiska. Obaj Nieńcy jednak stanowczo stwierdzili, że nie mają z tym nic wspólnego. Dopiero później przyznali, że wieczorem przyjechali dwaj chłopcy z moimi pulkami i odjechali. Doskonale wiedziałem, że chłopcy przyjechali pochwalić się zdobyczą, oczywiste było również to, że moi rozmówcy dobrze wiedzieli kto to zrobił. Poprosiłem o kubek wody. W tym momencie przyjechał zaprzęg reniferów z którego wysiadła kompletnie pijana Masza. Poznała mnie, rzuciła mi się na szyję. Powiedziałem jej o wszystkim. Zaprosiła mnie do namiotu. Odpowiedziałem jej z ironią w głosie: "A wy mnie nie zabijecie?" Masza oburzyła się - "Przecież my jesteśmy chrześcijanami!" - odpowiedziała. To było wzruszające. Po chwili wszedłem do namiotu. Obok pieca stał stół na krótkich nogach wokół którego siedzieli Nieńcy na brudnych skórach i poplamionych tłuszczem deskach. Smród zgnilizny, tytoniu i wódki unosił się w powietrzu. Czasem dolatywał do moich nozdrzy aromatyczny zapach dymu z palących się modrzewiowych polan. Do stołu podawały dwie młode i czyste Nieńki. Dwie butelki wódki i szklanki stały już na stole. Poprosiłem o herbatę. Wypiłem kolejno cztery szklanki herbaty. W międzyczasie jedna z pijanych kobiet siadła pod piecem i zaczęła śpiewać zawodzące pieśni. Słuchałem jak urzeczony. Śpiewała chrapliwym głosem z zamkniętymi oczami. Neńcy wypili już pierwszą butelkę. Otworzono następną. Rozmawiałem z nimi o akcji "Mandala", którą prowadzili ich przodkowie broniąc się przed chciwością Rosjan. Mieli na ten temat bardzo mętne pojęcie.
     Wódka robi swoje w kraju Nieńców. To najlepszy sprzymierzeniec przybyszy z południa. Wiedziałem, że muszę się szybko wycofać. Pijani Nieńcy są nieobliczalni. Używają broni palnej i noży. To też spadek po Rosjanach, tak jak i złodziejstwo. Pożegnałem się z wszystkimi i udałem się w kierunku obozowiska Ilji Laptandera. Wszedłem do znajomego namiotu około 3-ciej nad ranem. Położyłem się spać w przemoczonym ubraniu, przykryłem się metalizowaną folią. Było jednak piekielnie zimno. Nogi mi zamarzały. Musiałem się całą noc gimnastykować na leżąco. O siódmej rano stara Nieńka rozpaliła w piecu. Po 10 minutach było już tak ciepło, że trzeba było zdjąć polarową kurtkę. Opowiedziałem wtedy dokładnie o kradzieży i pościgu w najdrobniejszych detalach. Aleksiej Laptander (syn Ilji) ubrał się szybko i poszedł w góry do obozowiska gdzie były renifery i wszyscy męższczyźni. Ilja kazał natychmiast oddać cały skradziony sprzęt. Złodziejem był Wasia, młody jasnowłosy Nieniec. Miał zwyczaj zamykać jedno oko a drugim świdrująco wpatrywać się w rozmówcę. Jego kolor włosów i słowiańskie rysy twarzy były zapewne "pamiątką" po spotkaniu Nieńki z jakimś Rosjaninem. Świadczyły o tym również jego ... złodziejskie nawyki. Wasia ukrył cały mój sprzęt w śniegu około 3 godziny jazdy zaprzęgiem reniferów od obozowiska. Był na tyle bezczelny, że żądał ode mnie abym mu w zamian za oddanie rzeczy podarował namiot. Podszedłem do jego zaprzęgu i długo przyglądałem się czterem reniferom. To ich ślady tropiłem przez całą noc. Na saniach leżała broń. Była to pojedynka, kaliber 12 z obwiązaną drutem kolbą. Wasia miał założone alpinistyczne okulary. Patrzył na mnie nieufnie. Część ekwipunku jak np. nożyczki, piłkę do drewna, fińską lampę, żywność, karimatę, noże i lekarstwa oddałem Nieńcom którzy mi pomogli odzyskać rzeczy. Wasia odszedł z kwitkiem.
     Zostałem w mojej "wiosce indiańskiej" jeszcze dwa dni. Pomogłem Aleksiejowi zrobić nowy przewód kominowy do pieca, rąbałem drzewo i bawiłem się z małą Rimą. To był sielski pobyt. Mogłem spokojnie oglądać różne sprzęty i narzędzia. Moją uwagę zwrócił duży drewniany nóż do cięcia śniegu, z ostrzem tak wyciosanym jak klinga fińskiego noża. Długi chorej (rodzaj włóczni) był zakończony malutkim pierścieniem z rogu, tak aby nie kaleczyć skóry reniferów. Arkan do chwytania reniferów był tak samo zbudowany jak arkan używany przez Chantów (Chlebicki 1996). Na niektórych saniach leżały zerdzewiałe paści i różnej wielkości potrzaski, głównie jednak skóry reniferów i zapasy żywności. Posiłki przeważnie składały się z gotowanego mięsa reniferów, chleba i rzadziej, ziemniaków. Tylko jeden raz Nieńcy jedli w mojej obecności surowe mięso. Półmisek z pociętym na kawałki mięsem został przez nich bardzo szybko opróżniony. Pomagałem Nieńcom przy zmianie pokrycia namiotu. Wymieniliśmy trzy trójkątne płachty na nowe. Po zdjęciu zawilgoconych płacht odsłoniło się wnętrze "mia". Dzieki temu udało mi się zrobić unikatowe zdjęcia. Kobiety w wolnych chwilach zajmowały się szyciem papci i burek na sprzedaż. Pokazywały mi gotowe wyroby, upakowane w tekturowe pudełka. Czas szybko mijał na różnych pracach. Tuż przed odjazdem Natasza dała mi całego renifera. Przypiąłem rakiety śnieżne i nie oglądając się ruszyłem na południe. Moja "wioska indiańska" znikła w kłębach wirującego śniegu.

3. Konkluzje

    Kradzież ekwipunku w zimie jest niebywałym zdarzeniem w Arktyce. W pewnym sensie można je traktować niemal jak wyrok śmierci. Stoi w jaskrawej sprzeczności z ogólnie panującymi zwyczajami w Arktyce. Taką opinię wyrazili zarówno Rosjanie mieszkajacy w Łabytnangach jak też moi znajomi polarnicy z Danii i Finlandii. Sami Nieńcy przestrzegali mnie abym nie zostawiał swoich rzeczy bez opieki w tundrze. "Będziesz stale okradany" - taką uzyskałem przestrogę. Nie wiem czy złodziej został w jakiś sposób ukarany przez starszyznę rodową. Jak się dowiedziałem, nie była to jego pierwsza kradzież. Niestety nie jestem w stanie ustalić nazwiska Wasi. W dolinie Pajpudyny koczowały takie rodziny jak Laptander, Taborej i Ledkowy. A więc głównie te rody, które przeszły na prawosławie i od dawna kontaktują się z Rosjanami.

    Nieńcy przeżywają obecnie renesans swojej kultury. Chętnie powracają do życia w tundrze. Są również otwarci na nowe zdobycze cywilizacyjne, ktore starają się szybko sobie przyswoić. Prezydentem Stowarzyszenia Małych Narodów Północy w Rosji jest Nieniec S. N. Chariuczi. Jego zdaniem nadszedł już czas aby państwo korzystające z dóbr naturalnych Północy pozostawiało pewną część uzyskanych z wydobycia dochodów do dyspozycji mieszkających na tych terenach narodów północy. W 1998 roku odbyła się w Salechardzie III Międzynarodowa Konferencja Parlamentariuszy Regionu Arktycznego poświęcona różnym problemom życia ludzi w Arktyce. Nieńcy i Chantowie przekonali się, że nie są osamotnieni.

4. L i t e r a t u r a

Chlebicki A. 1995. Z Hańczą na Polarnym Uralu. Wierchy 61
Chlebicki A. 1997. Jamał czyli koniec ziemi. Aura 6/97.
Czaplicka M. A. 1914. Aboriginal Siberia. A study in social anthropology. Oxford
Czaplicka M. A. 1916. My Siberian year. London
Chomicz L. V. 1995. Nency. Oczerki tradicionnoj kultury. Russkij Dwor, St. Petersburg.
Hajdu P. 1963. The Samoyed peoples and languages. Indiana University Publications. Uralic and Altaic Series 14.
Kizny T. 1996. "Album podboju Północy". Karta 18.
Kuczyński A. 1994. Polskie opisanie świata. Studia z dziejów poznania kultur ludowych i  plemiennych. T. 1. Azja i Afryka, Wrocław, 434 ss.
Morozewicz J. 1896. Z dalekiej północy. Wszechświat 30, 31, 32, 34.
Rejchman B. 1882. Samojedzi, studium etnologiczne. Wszechświat 13,, 20, 21, 28, 31, 32, 34, 36, 37, 38.

P o d z i ę k o w a n i a

  Chciałbym serdecznie podziękować prof. dr. hab. A. Kuczyńskiemu za zachęcenie do napisania artykułu a także Januszowi Kaźmierczykowi za udzielenie wsparcia finansowego. Uzyskane fundusze umożliwiły mi zakup bezcennych sań. Gorąco dziękuję także PGNG w Warszawie za zawarcie umowy z moim instytutem, dzięki czemu ekspedycja mogła dojść do skutku. Dziękuję także moim przyjaciołom z Polski, Danii, Finlandii i Rosji którzy pomogli mi zdobyć niezbędne wyposażenie i zorganizowali bezpieczny pobyt w Moskwie.

Andrzej Chlebicki