Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Wśród wirchów turni i przełęczy (część II)

"Wśród wirchów, skał i przełęczy" Tadeusza Radlińskiego to relacja z tatrzańskiej wyprawy, wydana w formie książeczki przez Jana Buriana w Warszawie, w 1918 r. Jest to dobry przykład literatury turystycznej z tamtych lat...

Tadeusz Radliński

Dolina śmierci i Śpiczasty.

Rzeźwiący chłód poranny przerwał nam stan pół snu, pół czuwania, w jakim się spędza noce w górach: jest wpół do trzeciej rano - czas do drogi. Pośpiesznie myjemy się więc w zimnym, jak lód potoku, - gorąca herbata, i w drogę!
Ostro i rzeźko idziemy w zimnym powietrzu, na trawie wszędzie szron biały - górski termometr (13 lipca!). Gdzieniegdzie słychać przenikliwy gwizd świstaków, które uciekają w zabawnych człapiących podskokach. Widzimy parę kozic, pyrgających po pod kosówką; zwierzęta te mają wielką sympatję u górali: nie zdarzyło mi się widzieć, żeby góral, wypatrzywszy kozicę, nie stanął, aby jej się przyjrzeć i zaopinjować, w którą dąży ona stronę, lub zaśpiewać "o kozickach".
Szybko wznosząc się w górę, mijamy linję lasów iglastych i kosówek, pozostawiamy z lewej strony dolinę Suchą, idącą wprost po pod Lodowy, którego szczyt rzuca olbrzymi cień na całą dolinę, "wywijamy" na lewo po coraz spadzistszych "upłazkach" (Upłazy są to mniej lub więcej spadziste, trawą porosłe stoki gór, zwykle tarasami wznoszące się jedne nad innemi.), pozostawiając po prawej ręce Jaworowe turnie (Turnia - jednolita ogromna skała - spadzista i nieprzystępna.) i skręcamy w lewo, to jest na wschód, w ostatnią kondygnację doliny Jaworowej t. zw. Zadnią dolinę, której dno, Żabim Jaworowym stawkiem ozdobione, wnosi się na 1900 metrów nad powierzchnię morza. czyli, stojąc - na dnie doliny, jesteśmy mniej więcej na wysokości szczytu poczciwego Giewontu. Dolina zamkniętą jest ze wszystkich stron przez niedostępne szczyty, tworzące jakby czworobok murów fortecznych, potężnemi basztami wzmocnionych. Jedna z potężniejszych baszt tego zamczyska - to Mały Lodowy (2466 m.), wznoszący się w południowo - wschodnim narożniku - na północ od niego poszczerbiona grań (Granią nazywają ostry skalny zrąb, czyli kant, ciągnący się od szczytu do szczytu. Grań z natury rzeczy jest mało dostępna. Najniższe miejsce czyli najdostępniejsze obniżenie grani nosi nazwę przełęczy. Przez nią zwykle prowadzi droga z doliny do doliny.) obniża się w Przełęcz Lodową (2380 m.), za nią Kopa Lodowa (2611 m), skąd granią zębatą wciąż w górę dosięga Lodowego szczytu (2630 m.).
Od Małego Lodowego na zachód grań obniża się znacznie, tworząc nadzwyczaj spadzistą przełęcz Białą ławkę - za nią pionowa wieżyca, to nasz Śpiczasty (czyli Ostry szczyt, 2356 m.) dalej grań ostra i zębata do Jaworowego szczytu i Jaworowych turni, które z tyłu za nami pozostały.
Żadna jednak topografja nie da pojęcia o rzeczywistym wyglądzie doliny, która przez swą niesłychaną dzikość i śmiertelną pustkę czyni wprost przygnębiające wrażenie. Jeśli kto pragnie namacalnie wyobrazić sobie całkowitą śmierć przyrody, absolutny brak życia i straszną lodem przejmującą nicość, niech postara się znaleźć o wschodzie słońca w tej obumarłej dolinie. Jakaś straszliwa pustka, jakiś brak nadziei i smutek bezbrzeżny wieje od tych szarych rumowisk, gdzie każdy złom granitu do innych jest podobny, gdzie żadna skała nie wznosi się ponad usypisko, jakby bojąc się swą indywidualnością naruszyć tę okropną, martwą jednostajność! Ostre kontury potrzaskanych granitów zacierają się gdzieś w tej olbrzymiej przestrzeni; ani jednej roślinki nigdzie, ani płatka śniegu; wszędzie też same potrzaskane szare granity; zmęczone oko nie ma gdzie spocząć i wzrok cofa się z przestrachu w głąb wylękłej duszy: niegościnna, szara martwota - zimna i bezlitosna śmierć! Wrażenie potęguje się jeszcze przez cień ponury (gdyż grań Lodowego od wschodu słońca nam zasłania) i przejmujący do szpiku kości chłód: jest 7°C niżej zera, pomimo, że dziś 13 lipca!
Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w życiu tak strasznie zmarzł, jak w tej dolinie śmierci. Stojąc, a właściwie drepcząc w miejscu dla rozgrzania się, spożywamy naprędce zimne śniadanie, zostawiamy wszystko co nas obciążać może, pod kolebą (Koleba - duży głaz, pod którym znajduje się szczelina gdzie się skryć można od burzy lub deszczu.) i, biorąc ze sobą jedynie zwój liny i ciupagę, puszczamy się w górę. Zostawiając po lewej stronie gruzami zasłane wyniosłości Małego Lodowego a szczyt Śpiczasty na prawo, chcemy przejść przez przełęcz Białą ławkę na południowy jej stok, na t. zw. strzeleckie pola i dokładnie obejrzeć Śpiczasty od strony południowej. Wspinamy się tedy w górę po prawie prostopadłej ścianie, że idący z tyłu dotyka literalnie nosem do pięt poprzedzającego. Robi to wrażenie pięcia się na jakiś olbrzymi mur, którego granitowe cegły wielkości wzrostu ludzkiego luźno ze sobą spojone, tworzą zlekka tylko od pionu odchylającą się ścianę. Szybko, zwinnie, żwawo zdobywamy piędź za piędzią, cegłę za cegłą tego muru tytanów, nieprzeparta siła pcha nas naprzód i unosi w górę tam wyżej i wyżej - dalej od tej doliny śmierci, tam w górę, gdzie bliżej do złotego słońca i nieba błękitnego!
Dalej naprzód! Patrzcie, jak cudownie złoci się ów olbrzymi "koń" (Koń - olbrzymi kamień lub skała na grani, przeważnie ostrym kantem w górę stercząca, tak, że idąc granią, często trzeba się po niej okrakiem posuwać (kto nie ryzykuje, oczywiście, przejść równemi nogami po wązkim kancie). Znany powszechnie jest olbrzymi "koń" przy wejściu na Lodowy od 5 stawów.) granitowy nad nami w promieniach wschodzącego słońca, a myśmy tu w chłodnym cieniu pogrążeni, zmarzli i drżący! Naprzód! prędzej skąpać się w jego życiodajnych promieniach i blaskiem się jego upoić! Oto ostatni skok przez ziejącą chłodem rozpadlinę między dwiema ścianami z granitu, i jesteśmy na "ławce". Żadne pióro opisać nie zdoła wrażenia; jest ono wprost olbrzymie. Pod nami prostopadle prawie opada ściana czarnych, wilgotnych granitów - i wprost wierzyć się nie chce, żeśmy przecież przed chwilą zrobili tę niepodobną zda się do przebycia drogę, i oto teraz stoimy na fantastycznie poszarpanym grzebieniu grani, kąpiąc się z rozkoszą w gorących promieniach wszechpotężnego słońca. O jakże silnie odczuwa się potęgę jego! Jak cudownie podnosi ono kontrasty białego światła i czarnej otchłani! Jak olśniewający jest blask jego w tym rzadkim górskim powietrzu - jakże gorące promienie! Dzięki nadzwyczaj silnym kontrastom świetlnym zdaje się, żeśmy raptem zostali przeniesieni na księżyc: tu olśniewająco białe, drgające życiem potoki światła - tam czarna, przeraźliwa pustka i chłód - przejmująca cisza i potęga śmierci. Wrażenie nigdy dotąd nieodczuwane, olbrzymie, wstrząsające!

Kozice prygajace po upłazach
Kozice pyrgajace po upłazach

Szybko spuszczamy się na południowy, daleko mniej stromy stok Białej ławki: ja, mając widocznie w naturze coś z jaszczurki, (Jaszczurka lubi bardzo wygrzewać się na słońcu.) oddaję się z rozkoszą grzaniu się w młodym słońcu na porosłym trawą upłazie, towarzysz zaś mój z Klimkiem i Jaśkiem idą wypatrywać z dołu zachody, (Zachody (górale wymawiają zahody) są to niezbyt stromo pod górę idące gzemsy wśród urwistych ścian, częstokroć na południowych stokach gór trawą porosłe, często nieregularną linją zygzakami aż pod sam szczyt podchodzące. Lubią tędy chodzić kozice.) któremi dałoby się wedrzeć na Śpiczasty od strony Strzeleckich pól, czyli od południa. Ale jest to rzecz całkiem niemożliwa: olbrzymie krzesanice (Krzesanica - prostopadle skrzesana czyli ścięta skała, często paruset metrowej wysokości, absolutnie niedostępna. Szczególnie zdradliwe jest spuszczenie się na dół zachodami (nieznanemi naturalnie), po których często schodzimy parę godzin, aby się przekonać, że są one u dołu "podcięte" czyli zakończone krzesanicą.) kilkadziesiąt metrów wysokie tamują wszelki dostęp do szczytu. "Tam do ty trawki to byk doseł" wyrokuje Klimek, wypatrując mały "zachodzik", "ale po ksesanicy nie pódem". Po długotrwałych próbach i wypatrywaniach przekonywamy się namacalnie, że sforsowanie szczytu z południowej strony jest wręcz niemożliwe.
Powracamy tedy na przełęcz, aby "prógować" granią, wedrzeć się na szczyt z boku.
Z daleka jednak widać 2 olbrzymie granitowe konie jeden na drugim spiętrzone, które dumne swą trzypiętrową co najmniej wysokością zdają się mówić: "I nie próbujcie nawet".
Toteż napróżno tracimy parę godzin na sforsowanie tej niedostępnej grani: obejście koni okazuje się absolutnym niepodobieństwem. Spuszczamy się więc napowrót w Dolinę śmierci, która teraz oświetlona częściowo przez słońce straciła trochę ze swej grozy i martwoty. Jest godzina pierwsza po południu - apetyty bajeczne; brak wody jednak zmusza nas do poprzestania na suchym przegryzaniu, do jeziorka bowiem daleko, śniegu niema, a wina też niewiele ze sobą mamy.
Po półtoragodzinnym odpoczynku mój towarzysz, który już był na Śpiczastym, zostaje na dole, a ja z Klimkiem i Jaśkiem - wszyscy po raz pierwszy - ruszamy ku czarnemu ziejącemu kominowi, prostopadle opadającemu z samego szczytu śpiczastego w Dolinę śmierci.
Zwykły śmiertelnik, lub przeciętny taternik, nie ma zupełnie pojęcia, co go czeka w tym czarnym ponurym kominie pod Śpiczastym. Szczyt wzniesiony jest nad Doliną śmierci na 400 z górą metrów, z których połowa przypada na prostopadle idący w górę komin, - czyli należy sobie wyobrazić, że wspinamy się po rynnie i gzymsach ukrytych w rogu muru 50 -kilkopiętrowej kamienicy. Tworzące komin granitowe głazy, po których, jak po rynnie, ścieka lodowata i marznąca woda (jest to strona północna - słońca absolutnie pozbawiona), przedstawiają gładką ścianę, na której z trudnością wyszukuje się oparcia dla końców palców u nóg (często całej stopy niema na czym postawić!) lub szczerby w granicie dla schwycenia ręką lub choćby palcami - a pod nami zieje czarna otchłań, na dnie ostre złomy granitu czyhają zda się na spadającą zdobycz. Odwracajmy jednak oczy od tej piekielnej czeluści: "i myśli tam nie puszczaj - bo myśl jak kotwica" pociągnie nas i runiemy w przepaść!
Lecz baczność! Klimek, który długo badał drogę - a raczej absolutny brak jej - woła z za skały, że przejść tędy można jeno na linie po gzymsiku na 3 cale szerokim, pod wystającą kopulasto skałą; w języku turystycznym nazywa się to, że skała "odpycha", gdyż wystaje ona bardziej nad przepaść niż gzymsik. Jest to wyrażenie, zdaje mi się, dobrze ilustrujące rzecz samą. W takim wypadku trzeba albo przepełznąć pod ową odpychającą skałą, lub mieć punkt oparcia w linie - w każdym jednak razie jest to mało "wygodna" droga, szczególnie, o ile się ma pod sobą paręset metrów przepaści. Tak podłego, nawiasem mówiąc, miejsca nie zdarzyło mi się widzieć, choć wogóle w górach nie lubię chodzić utartemi szlakami. Jasiek podzielał widocznie wyrażone to przezemnie zdanie, bo przyjrzawszy się dokładnie wystającej skale nad gzymsikiem, oświadcza stanowczo, że ma żonę i dzieci i nie myśli ryzykować: "nie głupim, powiada, nie pódem"! A nie jest to byle jaki tragarz, tylko najlepszy po Klimku przewodnik pierwszej klasy.
Spojrzawszy tedy po raz ostatni na czarną ziejącą rozpadlinę u mych stóp, jakby pragnąc ją sobie zjednać, lub przekonać się o jej magicznej, przyciągającej sile, opasuję się bez słowa i spokojnie linką i pomimo odradzań Jaśka puszczam się na gzymsik - "jakto! Klimek tędy przepełznął, a ja nie miałbym tego zrobić?" linka to pyszny środek na nerwy - przepaść wobec niej nie jest straszna, dzięki niej nie potrzebuję pełznąć pod odpychającą skałą, bo mam punkt oparcia - dalej w drogę!
Przylepiam się więc do skały, cały w łuk wygięty kurczowo, starając się pochwycić jakąkolwiek chociażby wystającą nierówność granitu, poomacku szukając oparcia dla nóg -poomacku, powtarzam, bo jestem tak przylepiony do skały, że głowy schylić zupełnie nie mogę, a zresztą, gdybym nawet mógł, to i tak wystająca "bula" mi je zasłania (teraz rozumiesz zapewne, czytelniku, tę nazwę: skała, która odpycha?). Jasiek, stojąc z boku, mówi mi, gdzie trzeba nogę stawiać, żeby trafić na odsłonięty odłam granitu, Klimek zaś, oparty o zrąb skały nademną, trzyma mnie na lince - nie widząc mnie jednak, tak, że muszę dyktować, czy ma linkę popuścić, czy podciągnąć, czy przesunąć dalej i t. p. Takie tu jest potrzebne skupienie się, tak wszystkie komórki mózgu pracują nad jedną myślą: gdzie postawić nogę - za co schwycić ręką, jak przesunąć się dalej, - że się stanowczo nie ma czasu myśleć o przepaści z tyłu, nawet nie mówiąc już o tym, że się o całym świecie zapomina i że najpoważniejsze zagadnienia życia całego są zerem w porównaniu z myślą np., czy w tym miejscu najpierw trzeba zgiąć kolano, a potym podnieść rękę, czy naodwrót! Wyda się to wam przesadzonym, czytelnicy, ale przecież od tego życie całe w tej chwili zależy!
I właśnie w tym bajecznym wprost skupieniu całej uwagi w jeden punkt, w tej zależności wszystkiego od swojej zręczności, odwagi i zimnej krwi, w tym zwyciężeniu wszelkich trudności zebraniem całej energji i wytrwałości leży cały czar wycieczki po niebezpiecznej drodze. Powoli, cal za calem posuwam się w lewo gzymsikiem, mijam odpychającą skałę i z jakimś zadziwieniem (jakto? więcem nie spadi, więc to tylko tyle?! dostaję się na "bezpieczne" miejsce t. j., jestem nad tą samą przepaścią, na tym samym gzymsiku, lecz skała już mnie nie odpycha i "widzę" pod całą stopą punkt oparcia i całą dłonią mogę schwycić głaz granitowy; jestem więc zupełnie w bezpiecznym miejscu, - wszelako, gdyby przeciętnemu nieboszczykowi, który, zdawałoby się, nic już absolutnie do stracenia nie ma, zaproponowano chwilę spoczynku na owym bezpiecznym miejscu, to by na pewno po raz drugi umarł ze strachu!
Jeszcze parę kroków w górę - i oto jestem obok Klimka. Ileż się wtedy czuje zadowolenia z siebie, ile rozsadzającej pierś dumy: oto nie zawahałem się spojrzałem w oczy zimnej śmierci, a ona odwagą mą strwożona zlękła się i tam oto w tej siniejącej przepaści skryła się zwyciężona i pobita. Jestem mocny i wielki, i potężny, i nic, nawet ona, nie jest dla mnie straszna! śmiało, z podniesioną przyłbicą wyzywam do walki te skały - tytany, te przepaści bezdenne i wychodzę z niej zwycięzcą!
Szybko odwiązuję linkę i rzucam ją Jaśkowi, który, zachęcony moim przykładem, przyłącza się do nas. Odpocząwszy, puszczamy się dalej w drogę - szczyt już niedaleko nad nami. O jakże nam miło będzie ogrzać się na nim w słońcu, bo tu mamy temperaturę 3 stopni mniej więcej niżej zera. Jeszcze ostatnia niedługa rura naszego komina, i będziemy na szczycie. Wtym, o zgrozo, okazuje się, że ten niewielki kawałek komina jedyna droga, którą puścić się możemy, jest cały pokryty lodem! Na szczycie widocznie leży topniejący w słońcu płat śniegu - woda ścieka kominem i zamarza - tworząc gładką ścianę! Około godziny oglądamy to miejsce - staramy się lód obłupać - lecz daremnie: woda wciąż spływa i wciąż zamarza, obłupany granit wnet pokrywa się na nowo lodem. A lód w takich miejscach jest jedynym przeciwnikiem, z którym walczyć niepodobna - pokrywa on szczelnie wszystkie szpary w granicie i niema sposobu wynaleźć punktu oparcia ani dla nóg, ani dla palców. Klamry wbić w lód nie można, bo warstwa jego jest za cienka, w granit zaś klamra nie pójdzie, trzeba szukać szpar - pod lodem zaś ich nie widać, a przytym mamy klamr ze sobą niewiele, a komin ma ze 30 m. wysokości. Wszystkie próby okazują się bezowocnemi; ręce nam z zimna drętwieją, klapiemy zębami, czas mija na próżno! "Nic z tego - zda się nam mówić zlodowaciała granitowa ściana - zawcześnieście się wybrali, robaczki! Trzeba wam było przyjść, jak śnieg w górze stopnieje, to tu lodu nie będzie!" Posłuszni kamiennemu głosowi, po krótkiej naradzie decydujemy się zejść na dół. "Jeszcze my tu powrócim" powiada Klimek, "ino w sierpniu jak lód stopnieje". Rzeczywiście wybraliśmy się zawcześnie. Englisch, który ten szczyt pierwszy zwiedził, był tu 25 sierpnia (1902 roku), po nim był tu również Chmielowski, lecz lodu też nie znalazł.
Około godz. 4 jesteśmy na dole zmarznięci ze zdrętwiałemi z zimna palcami, lecz głowę trzymamy wysoko; zrobiliśmy wszystko, co można było, - cofnęliśmy się przed niepodobieństwem! Wrócim tu jeszcze, jak lód zejdzie, a teraz w drogę przez Lodową Przełęcz do Pięciu Stawów Spiskich na noc!
Nudną i zmudną drogę na Przełęcz po kaleczących nogi i buty grubych piargach (Piargi - ostre granitowe gruzy - osypiska osuwające się na dół - dlatego też wejście na nie w górę męczy, schodzi się zaś bardzo szybko.) odbywamy w milczeniu a pośpiesznie. Szedł raz tędy regiment piechoty austryjackiej podczas manewrów, o czym poucza nas tablica umieszczona na szczycie przełęczy (2380 m).
Schodzenie na dół po piargach przypomina do pewnego stopnia bajkę o siedmiomilowych butach - każdy niewielki krok posuwa nas w dół o parę metrów wraz z osuwającą się lawiną gruzów. Trzeba tylko "uważować", żeby nie spuścić kamienia na głowę idących przed nami: spadają one, warcząc w powietrzu w szalonych łukowatych podskokach, roznosząc wszędzie woń spalenizny przy uderzaniu o skałę. Brawo w połowie drogi zaczyna się pole śniegowe, stromo na dół opadające: bajeczna szlichtada (choć często niebezpieczna). Staje się szeroko i pewnie na nogach, ciupagę mocno w prawą garść i podlewą pachę: służy ona za hamulec, ryjąc śnieg przy tej szalonej i ryzykownej jeździe. Można również zjeżdżać w pozycji leżąco-siedzącej na spadzistym polu śniegowym - oba te jednak sposoby dużej wymagają umiejętności, bo nic łatwiejszego, jak stracić równowagę, a wówczas siła pędu zwraca człowieka na dół głową - jako najcięższą częścią - która to część ciała łacno może być "rozćwiartowana na trzy nierówne połowy" o wyglądające z pod śniegu na dole "skale".
Po szalonej jeździe otośmy z Klimkiem na dole. Doczekując się towarzyszy, wyszukujemy dla przyjemności nowych kawałków do szlichtady - dzięki czemu z moich butów i "niewymownych" śmiało można wykręcać wodę. Oto i schronisko węgierskie Teryego na środku doliny - a w nim gulasz "madziarski".
W schronisku spotykamy dwóch członków Węgierskiego Towarzystwa Karpackiego, panów Döri i Dery. Są to dwaj zaciekli turyści i opiekunowie schroniska Teryego. Nieopatrznym śmiałkom, którzyby chcieli nazwę towarzystwa po węgiersku wymówić, grozi niechybna śmierć przez zadławienie się własnym językiem, lub przynajmniej jego zwichnięciem.
Pan Gyula Döri (czytaj Diula - znaczy Juljusz) opowiada nam przy gulaszu, że właśnie dzisiaj starał się wedrzeć na niezwiedzonego dotąd Egenhofera, lecz bezskutecznie!
Pysznie się składa, myślimy sobie, spoglądając na ten nietknięty jeszcze stopą ludzką szczyt, którego dumny wierzchołek w kształcie trójzęba wspaniale się zarysowuje na tle wieczornego nieba - pójdziemy tam jutro - sprobujemy, kto mocniejszy!
(cdn.)