Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Z czasów mego narciarskiego niemowlęctwa

Było to w roku 1897 lub może 1898, na każdy sposób tak dawno, że aż nieprawda, gdy zobaczyłem w handlu sportowym Władysława Łukasiewicza, przy ulicy Akademickiej we Lwowie, parę nart na wystawie. Dechy były morowe co się zwie, blisko 2,5 m długie, a szerokie na jakie 15 cm. Stawała przed wystawą gawiedź, sami specjaliści od ślizgania się po rynsztokach i obmarzniętych chodnikach, więc rekordowcy pierwszej marki, i nuż opowiadać dziwy z pełną znajomością rzeczy, jako się na tych deskach po śniegu jeździ, że się z niego i puchu nic zetrze, choćby był i 3 m gruby. A i największa góra to nic nie znaczy, bo sam wiatr niesie. Słuchali i inni, i tylko kiwali głowami, jako że nie można się przecie sprzeciwiać znawcom. Słuchałem i ja, jako całkiem "ciemny kmiotek" w tych sprawach, i tylko łykałem ślinę, jakby to było bosko spróbować, czy to wszystko prawda, co oni mówią. Pewnie, myślałem, to bardzo drogie, bo zamorskie, tak przynajmniej twierdzili znawcy, a chuda akademicka kabza nie pozwalała na wybryki.
Wysłuchałem raz tych sportowych wykładów przed wystawą p. Łukasiewicza, potem niby to niechcąc, zaszedłem znowu, a potem to już stałym byłem słuchaczem, tym bardziej, że wciąż zmieniali się prelegenci, bo się sprawa stała głośną na całym górnym Łyczakowie aż po Kaiserwald włącznie, i wciąż napływali asy narciarskiego kunsztu, aby zluzować towarzyszy, zmęczonych wykładami przed wystawą. A ja się już stałem stałym słuchaczem i co raz bardziej sumiennie przeliczałem swój budżet, obracający się jedynie tylko w zakresie liczb dwucyfrowych najwyżej, czyby się przecież nie puścić. Myślałem sobie: "wprowadzę oszczędności, nie zapłacę krawca, szewcowi dam połowę, to się może złoży". Ale nie miałem odwagi wejść do sklepu i tym pilniej słuchałem wykładów.
Aż tu raz jakiś stary wyga, pewno z "Wężowej Doliny", bo go okrutnie honorowali, rozstawił nogi, a włożywszy ręce za sznur, którym był opasany, tak prawi: "ja ci Józku mówię, jak siądzież na te dechy, to tak poknajesz, że cię nawet i dziad nie spozna".
Nic wytrzymałem i wpadłem do sklepu jak w 40 stopniowej gorączce, a w uszach wciąż mi dźwięczało, "że cię i dziad nie spozna". Okazało się, że deski nie były znów tak drogie, ale mimo to na dwucyfrowy budżet niedostępne. Że jakoś amatorów na towar już od dłuższego czasu zupełnie nie było, przyszła do skutku umowa na spłaty ratalne. Tak stałem się właścicielem finlandzkich nart. Z paradą założyłem deski na ramię i pomaszerowałem do domu.
Zaprawdę, gdyby żył Cezar, to by mi pozazdrościł triumfalnego pochodu, tym bardziej, że nastąpił on bez poprzedniej uchwały senatu. Bo co by było, gdyby się o tym wszystkim choć o jedną godzinę naprzód dowiedział górny Łyczaków, strach dziś pomyśleć. Urwał w pół zdania prelegent przed wystawą, gdy zabierano z niej przedmiot, który dotąd służył jemu i jego kolegom za demonstrację wykładom prowadzonym ściśle pokazową metodą. Ale tym bardziej wzrosło zaciekawienie, zaś tłum gęstniał, że policjant, stojący nad niedawno zasklepioną Pełtwią w płaszczu jak ornat i ceratowym kasku na głowie, rozmyślał, czyby nie należało zrobić użytku z "władzy".
Nie było to potrzebne, bo tłum poszedł za mną w stronę Stryjskiego Parku, przy którym wówczas mieszkałem, zaś "władza" urzędowała dalej przy mostku świętego Jana.
Trzeba było teraz jak najprędzej spróbować tego wszystkiego, czego się nasłuchałem na tylu wykładach przed sklepem Łukasiewicza. Najtrudniejsza była sprawa z więźbą i tę trzeba było wypróbować w domu, co znów nie było tak łatwą rzeczą wobec wymiarów nabytych nart, jak i samego systemu wiązania, przystosowanego do lapońskiego futrzanego obuwia. Tworzył go trzcinowy pręt, obszyty skórą i zgięty w pętlę, której oba końce ujęte były metalową sprzączką, przytwierdzoną na stałe do deski. Nieco ku tyłowi łączył oba ramiona pętli silny, szeroki rzemień, którego oba końce były nadto wpuszczone w nartę.
Włożyłem stopę w pętle, wsuwając palce pod łączący ją rzemień i wszystko byłoby w porządku, gdyby moja stopa miała wymiary przynajmniej dwa razy większe, niż w istocie. Na to była prosta rada - skrócić pętlę, ale nie na wiele się to przydało, bo za każdym podniesieniem obcasa, pętla zsuwała się z buta. Poradziłem sobie w ten sposób, że uzupełniłem lapońską więźbę rzemieniem, przymocowanym do łuku pętli i nim przypinałem ją do nogi.
Teraz było już zupełnie dobrze, deska narty trzymała się stopy, więc należało rozpocząć próby w terenie. Wyzyskałem w tym celu sąsiedztwo Stryjskiego Parku, który wówczas wyglądał znacznie skromniej aniżeli dzisiaj. Zajmował małą część obecnej przestrzeni, a poza nim w tyle były puste debry, przecięte tylko ścieżką miejskiej akcyzy, zresztą najzupełniejsza pustka.
Zrazu odbywałem pierwsze ćwiczenia bez asysty entuzjastów wszelkiego sportu sprzed sklepu p. Łukasiewicza, ale niedługo to trwało, gdyż rychło rozniosły się wieści o moich sportowych wyczynach i na "Żelazną Wodę", dokąd się zapuszczałem, i na Pełczyńskie Wzgórza i na Wólkę, aż hen do rogatki. Odtąd nic miałem już spokoju i każdemu memu upadkowi towarzyszyły brawa nie mniej rzęsiste, jak udałemu zjazdowi. Już ten i ów przywiązywał zwykłe deski sznurkami do butów, tak więc miałem towarzystwo niezgorsze.
Moje długie narty finlandzkie okazały się jednak nic bardzo przydatne do nierównego terenu. Podgięte do góry z obu końców, miały wprawdzie tę zaletę, że przy wychodzeniu pod górę dawały możność także zjazdu i tyłem, przy zlodowaciałym zwłaszcza śniegu, i powtórzenia nieudałego zabiegu, ale przy zwrotach w miejscu, szczególnie na zboczach, okazały się wręcz nie do użycia. Brakowało mi zawsze jeszcze drugie tyle nogi, jakkolwiek nie należałem do karłów.
Rychło jednak wstąpiwszy do nauczycielskiego zawodu do ówczesnego gimnazjum Franciszka Józefa we Lwowie, utworzyłem sam szczupłą narciarską drużynę, tym razem już prawdziwą z uczniów mego gimnazjum, i uniezależniłem się wreszcie od przygodnych podmiejskich towarzyszy. Drużyna była nieliczna, bo koszt sprawienia nart był niemały, ale dobrana jak wymarzył. Same zuchy, dla których nie znaczyły nic mróz czy zawieja, a dla których wykręcanie rąk i nóg przy upadkach w zjazdach, należało do dziwnych rozkoszy.
Dziś już nie pamiętam osobowego składu drużyny, bo czas już wiele zatarł w pamięci, ale byli tam Janusz Gąsiorowski, obecnie dypl. pułkownik, p. Tadeusz Czeżowski, obecnie profesor filozofii, i paru jeszcze serdecznych towarzyszy, którzy niechaj mi wybaczą, jeśli ich tutaj nie wspominam, ale niechaj będą pewni, że i później byłem nieraz myślą przy nich, gdy los mną rzucał tu i tam.
Nadszedł również czas, że pojawiły się narty z więźbą Zdarsky'ego, więc je zaraz nabyłem, w nie też zaopatrzyli się moi towarzysze.
Ale trzeba już było wylecieć i na szerszy świat. Wybór padł na Dolinę, a to głównie z tego powodu, że tam posiadałem krewnych, więc był punkt oparcia. Zawagonowałem więc moją bandę i w pewien mroźny poranek zwaliłem się z nią na głowę mojej familii, robiąc sensację w mieście i przyległych gminach.


Boleslaw Błażek