Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Lubię te barrrowe chwyty

Wracałem z Pirenejów. W górach - jak w górach: woda ze strumieni, gęste kolczaste chaszcze, słońce wstające spod chmur przykrywających Morze śródziemne, żar z nieba w ogromnym stepie płaskowyżu.
Rano wprost od schroniska pod szczytem Canigou zjechałem z dwójką Niemców na dół i potem jakąś wygodną okazją błyskawicznie znalazłem się na ostatniej stacji benzynowej pod Paryżem. Było wczesne popołudnie, a ja i tak zamierzałem w tej okolicy rozstawić gdzieś po zmroku namiocik - łóżko w stolicy leżało poza moim zasięgiem finansowym, jak to na autostopie. Plan był taki: rankiem wjechać, wieczorem wyjechać (w rezultacie zabawiłem dłużej, ale to już inna historia). Miałem więc cały hektar czasu.
Znajdowałem się w jednym z miejsc najbardziej w Europie komunikacyjnie napakowanym. Po autostradzie (5 czy 6 pasów w każdą stronę) śmigały nieustannie samochody, po niebie - w różnych kierunkach samoloty, po bliskich torach - jeden po drugim ekspressy.
Stacja benzynowa, na której wylądowałem nie była z tych największych. Pomimo, iż wszystko dokoła było w ruchu, za szybami bistra panowała senna atmosfera, a ludzi było niewielu. Cały świat przelatywał obok, tu się nic nie działo.
Pod parasolką, przy stoliczku nie należącym do bistra postawiłem plecak, rurki oparłem o blat i rozpocząłem taniec, momentalnie pokrywając całą przestrzeń różnymi rzeczami. Po chwili znów wszystko było w kupie; to co trzeba - wyjęte, to co będzie wkrótce potrzebne - przełożone na wierzch.
Idąc w kapciach do łazienki ukłoniłem się barmanowi. Wyszedłem czysty, z butlami wypełnionymi świeżą wodą. Po wystawnej kolacji zakropionej zaparzoną na juwlu mocną herbatą, rozprostowałem kości i odpakowałem gitarę. Miałem rozgrzebaną piosenkę, trochę ułożonych nutek, część już nawet zdążyła się zapomnieć, a ta pora najlepiej się na jej dokończenie nadawała.
Brzdąkałem dobrą godzinę. Czasem jakiś wóz się zatrzymał, ludzie w bistro szybciutko coś wrzucali na ruszta i puszczali się w dalszą drogę. Upał dochodził do tego stanu, który musi się zakończyć burzą.
Nagle przede mną wyrósł barman i trzymając w jednej ręce miseczkę z jadłem, a w drugiej butelkę piwa, gestami zapraszał do siebie. Próbowałem się wytłumaczyć, że mi tu dobrze i że podjadłem właśnie, ale nie znaliśmy żadnego wspólnego języka poza migowym. W dyskusji stanęło na jego: przeniosłem plecak za płotek i siadłem przy stoliku tuż przy bocznym wejściu do bistro - tam, gdzie postawił kolację. Zanim zabrałem się za danie, podszedłem do baru zaproponować uiszczenie rachunku (nie ma to jak jasna sytuacja), ale barman odżegnał się od pieniędzy. W porządku.
Pracowałem dalej. Taka robota nie jest efektowna. Dziesiątki razy powtarza się te same akordy, frazy, urywa się w połowie zwrotki, by coś zapisać, szuka się ciekawych przewrotów - słowem rzeźbienie, które słuchacza raczej może wnerwić, niż zachwycić.
Zaczęło kropić, ale przestało się zanosić na ulewę. Mój barman zaserwował drugi raz to samo już w środku bistra. Tym razem język gestów mieliśmy wypracowany, przeniosłem się głębiej, upewniwszy się ponownie, jakiego rodzaju jest to poczęstunek.
Praca była skończona, nie miałem już wątpliwości: nie zostanę przegoniony za śpiewanie. Pomyślałem chwilę, co tu najlepiej zabrzmi i pociągnąłem piosenkę za piosenką. Barman promieniał.
Na dworze ściemniło się od chmur, zaczął padać deszcz, a ja siedziałem w połowie drogi między Paryżem i Chartres. Czułem się, jak Colin Muset, który tysiąc lat wcześniej przemierzał tę samą trasę, zatrzymując się w mijanych zamkach i opowiadał przy dźwiękach strun o tym, co widział, słyszał i myślał.


Dominik Księski