Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Zwyczaje i obrzędy Muszyńskie w XX wieku

Doroczna obrzędowość religijna

Kultura ludowa obszaru, objętego przez muszyńską gminę, była z troską przekazywana z pokolenia na pokolenie. Rodowa duma i dostojeństwo muszyńskich mieszczan objawiały się przede wszystkim podczas uroczystości rodzinnych oraz kościelnych. W nich to muszyński świat zachował najdłużej swoje charakterystyczne znamiona.
Przypadający na 30 listopada dzień św. Andrzeja jest początkiem roku kościelnego. Dawniej był bogaty w obyczaje i obrzędy, z których w Muszynie w drugiej połowie XX wieku pozostały już tylko wróżby, zwane "andrzejkami". Repertuar wróżb był duży, jednak z biegiem czasu ograniczył się do lania wosku (ołowiu) i przekładania bucików. Za pomocą przekładanych jeden przed drugim - w kierunku drzwi - lewych trzewików, dziewczyny wróżyły, kto opuści dom rodzinny w ciągu nadchodzącego roku. Zarzuconym w zasadzie zwyczajem stało się wkładanie do wazonów gałązki wiśni. Zazielenienie się gałązki do świąt Bożego Narodzenia oznaczało dla dziewczyny pomyślną wróżbę.
Dzień 6 grudnia jest poświęcony zarówno przez Kościół zachodni, jak i wschodni, św. Mikołajowi. W Muszynie, podobnie jak w innych regionach Polski, pielęgnowany był zwyczaj obchodzenia domów przez mężczyznę przebranego w szaty liturgiczne, z mitrą na głowie i pastorałem w ręce. Towarzyszył mu zwykle chłopiec w bieli, grający rolę anioła, oraz umorusany na czarno chłopiec - diabeł, który podzwaniał łańcuchami. W domach przekazywano mu dary, przeznaczone do wręczenia dzieciom. "Św. Mikołaj" nieodmiennie pytał, czy dzieci były dobre i posłuszne w ciągu roku. W nagrodę za to otrzymywały jabłka, słodycze i inne drobiazgi. Natomiast psotników "diabeł" okładał kijem.
Żaden dzień w roku nie był tak bogaty w obrzędy i wróżby, jak wigilia Bożego Narodzenia (nazwa wywodzi się od łacińskiego słowa "vigilare" - oczekiwać), w Muszynie nazywana "wiliją". Od przebiegu wigilii miała wręcz zależeć jakość nadchodzącego roku. Panowało przekonanie, że w dzień ten los człowieka może zyskać nowy, szczęśliwy obrót. Pannę, która tarła mak, czekało wnet zamążpójście. Myśliwy, który zdołał tego dnia coś upolować, mógł liczyć na powodzenie w łowach przez następne miesiące. W wigilię obowiązywał post ścisły, potrawy mleczne i mięsne były wykluczone. Przed wieczerzą można było zjeść tylko śniadanie, które składało się z czarnej kawy, chleba i kawałków śledzia moczonego w occie. Zwracano uwagę, by liczba osób przy stole wigilijnym była parzysta, w przeciwnym razie ktoś z rodziny nie wziąłby udziału w następnej wigilijnej wieczerzy. Natomiast liczba potraw była nieparzysta, co miało sygnalizować, że jest jeszcze miejsce na kolejne danie. Wszystkie potrawy były postne; w ich skład wchodziły np. kapusta, groch, śliwki suszone, śledź lub karp, kluski, pierogi itp. Jako omasty używano oleju lnianego. Po wieczerzy następowało wróżenie, kolędowanie oraz karmienie zwierząt. Gospodarz zabierał pozostałości z wigilijnej kolacji i udawał się do obory. Podawał zwierzętom kawałki chleba z opłatkiem oraz resztki potraw. Wierzono, że w wigilię o północy krowy rozmawiają ze sobą ludzkim głosem.
W okresie świąt odbywało się "kolędowanie". W Muszynie chodziły trzy grupy kolędników: z turoniem, gwiazdą i szopką. Turoń miał na kiju osadzoną głowę, zrobioną z drewna na wzór głowy konia, kozy czy niedźwiedzia z rogami; ruchoma dolna szczęka kłapała, pociągana za sznurek. Jeden z pozostałych przebierańców prowadził turonia na łańcuchu, a w odwiedzanych domach pozwalał mu gonić dziewczęta - ku ogólnej uciesze. Druga grupa kolędników wędrowała natomiast z "płonącą gwiazdą". Był to zwykle stary przetak ze świeczką w środku, umieszczony na drążku. Przyjmowanie kolędników traktowane było jako wielki zaszczyt dla każdego domu.
Okres od dnia Trzech Króli do środy popielcowej był okresem wesel i hucznych zabaw, a ponieważ prac w gospodarstwie było wówczas mało, ludzie spędzali czas na rozrywkach. Znaczący był też okres od Popielca do Wielkanocy. Muszyniacy bardzo przestrzegali zasad dotyczących rytuałów religijnych. Post był więc ściśle przestrzegany. W środy, piątki i soboty nie jadło się ani mięsa, ani nabiału. Na śniadanie był chleb albo "bulonik" (placek pieczony na blasze), kawa zbożowa, rzadko kiedy słodzona.
Świętowanie Wielkanocy rozpoczynano w Wielką Sobotę. W tymże dniu, podobnie jak dziś, ludzie przynosili do kościoła potrawy do poświęcenia: szynkę, kiełbasę, kraszanki, chrzan, sól, strucle, buchty, maść szołdrową itp. Po zachodzie słońca odbywało się w kościele nabożeństwo rezurekcyjne. Po modlitwach przy Grobie Pańskim i procesji wracano do siebie, unikając wstępowania do innych domów, by w nich nie pozostawić błogosławieństwa Bożego, jakie otrzymywało się w kościele. W Niedzielę Wielkanocną rano spożywało się "święcone". Pokrojone na cząstki jajka nabijano na widelce i każdy z uczestników śniadania stukał w jajko innego domownika, wymieniając życzenia. Skorupki ze święconych jajek przechowywało się i następnie wrzucało do siewnego ziarna, co miało chronić zasiew przed zniszczeniem przez robaki.
O ile na Boże Narodzenie mięsem świątecznym była gęsina, to na Wielkanoc tę samą rolę spełniała wieprzowina, a u biedniejszych rodzin mięso z jagniąt lub koźląt. W pierwszy dzień Wielkanocy nie wolno było spać ani się wylegiwać, bo "żyto w polu będzie się przewracało". W tym dniu wstrzymywano się z odwiedzinami. Zebrana w domu rodzina śpiewała pieśni wielkanocne. Drugi dzień wielkanocny również był obchodzony uroczyście. Chłopcy polewali wodą dziewczyny; zazwyczaj przychodzili do domów wcześnie rano, otrzymując za to kraszanki. Świętowano również trzeci dzień Wielkanocy, ale później stracił on swój uroczysty charakter.
Kolejnym znaczącym świętem w kalendarzu było Zesłanie Ducha świętego. W sobotę przed Zielonymi świątkami majono domy w Muszynie gałązkami brzozy, modrzewia i innych drzew. Nie wolno było ścinać leszczyny, bo według legendy pod nią schowała się Matka Boska podczas ucieczki z Egiptu. Dzięki temu w krzak leszczyny nigdy piorun nie uderzy! W drugi dzień Zielonych świątek w Muszynie kultywowano zwyczaj strojenia grobów bliskich zmarłych, a na cmentarzu ksiądz odprawiał mszę św.
Ważnym świętem była też - jak i obecnie - uroczystość Bożego Ciała. W Muszynie ustawiano na Rynku cztery ołtarze, udekorowane gałązkami brzozy i modrzewia. Kiedy ksiądz po modłach przed jednym ołtarzem udawał się do drugiego, łamało się gałązki, ogołacając ołtarze. Ułamane gałązki zabierano do domów, przechowywano i palono podczas burzy, gdyż miały moc odpędzania piorunów od zagrody.
Bardzo uroczyście obchodzono noc poprzedzającą dzień św. Jana (23/24 czerwca). Zwyczaj ten zachował się do tej pory, choć w zmienionej formie. Odbywały się tańce i miały miejsce różne obrzędy, skierowane zwłaszcza przeciwko czarownicom, które w tę noc miały być szczególnie aktywne.
Święto Matki Boskiej Siewnej tradycyjnie związane było z dożynkami i początkami zasiewów zimowych. Żniwiarze splatali wieniec z kłosów i kwiatów, ustrojony wstążkami, i nieśli go do gospodarza. Procesję prowadziła najpiękniejsza żniwiarka, którą w czasie powitania przez gospodarza obficie polewano z ukrycia wodą. Następnie odbywała się uczta, śpiewy i tańce.
W trzecią niedzielę października, kiedy nie tylko zboże było już w domu, ale i ziemniaki wykopane, i buraki zebrane z ogrodów, w kościele odprawiano dziękczynne nabożeństwo zwane "kiermaszem", a w domu miał miejsce "odomasz", czyli uczta.
Również dzień Wszystkich Świętych obchodzono bardzo uroczyście, podobnie jak i dzisiaj.
Podsumowując krótki opis dorocznej obrzędowości religijnej, kultywowanej w Muszynie, należy podkreślić, że wiele jej elementów zachowało się w zupełnie niezmienionej formie. Część jednak uległa znacznemu uproszczeniu i unowocześnieniu, a część została zaniechana, zwłaszcza przez ludzi młodych.

Obrzędowość rodzinna

Najważniejszymi wydarzeniami w rodzinie były - i są - narodziny dzieci, śluby i pogrzeby. Często miały one swą "oprawę magiczną", związaną z licznymi wierzeniami, obrzędami i zwyczajami. Kobietę w ciąży obowiązywały przeróżne zakazy, po których pozostały obecnie nikłe wspomnienia. Przestrzegano przyszłe matki przed tzw. "zapatrzeniem się", podając konkretne przykłady jego skutków. W latach powojennych wszystkim muszynianom znany był na przykład mężczyzna, mieszkający nieopodal kościoła, który miał dziwne rysy twarzy i brak mu było prawej dłoni. Ludzie opowiadali, że jego matka podczas ciąży lubiła klęczeć na stopniach ołtarza św. Jana, koło chrzcielnicy. Obok znajdowała się figura anioła, któremu ktoś oderwał prawą dłoń. Kobieta długo wpatrywała się w figurę i "się zapatrzyła". Urodziła chłopca o twarzy anioła, bez prawej dłoni. Podobno istotnie człowiek ten, nawet w starszym wieku, zachował rysy twarzy owego bezrękiego anioła.
Muszyńskie kobiety w ciąży unikały "zapatrzenia", mijały więc ludzi brzydkich czy ułomnych, odwracając wzrok, bądź zasłaniając rękami oczy.
Po narodzinach odbywały się chrzciny dziecka. Do kościoła zanosili je "kumowie" - rodzice chrzestni dziecka. Gdy wracali z kościoła, mówili: "Wynieśliśmy poganina, przynosimy chrześcijanina! Gdzie jest ojciec?" Jemu oddawali dziecko, a ten z kolei przekazywał maleństwo matce.
Kolejnym ważnym etapem w życiu rodziny było wesele. W Muszynie miało ono odpowiednio tradycyjną oprawę. W niektórych rodzinach - zwłaszcza bogatych -uważano, że córkę (narzeczoną) należy kupić. Syn dobrze sytuowanej rodziny nie miał z tym problemów. Gorzej było, gdy pochodził z rodziny biednej. Wtedy jedynym dlań wyjściem było porwanie ukochanej (dość powszechnie praktykowane). Wstępem do wesela były zmówiny. Dwaj starsi mężczyźni, reprezentujący młodzieńca, udawali się w czwartek wieczorem do domu rodziców panny młodej. Szedł z nimi też sam zainteresowany, ale zostawał przed domem. Swatowie pytali rodziców panny młodej o zgodę na jej zamążpójście. Jeżeli rodzicom - czy dziewczynie - konkurent się nie podobał i odmawiali - wówczas swatowie odchodzili. W wypadku przyzwolenia, swatowie wyciągali z kieszeni butelkę wódki i wołali szczęśliwego narzeczonego. Rodzice informowali wtedy, jaki będzie posag panny. W tym czasie dziewczyna kryła się przed młodzieńcem i wychodziła dopiero, gdy ją wywołano. Narzeczony od swych rodziców otrzymywał ziemię, panna pieniądze i wyprawę. Wyposażenie jej w ziemię nie przysparzało szacunku panu młodemu. Zamiejscowych chłopców, którzy ożenili się w Muszynie, nazywano "przystasiami", jako że "przystawali" do miejscowej rodziny.
W dzień ślubu rano (śluby kościelne odbywały się w soboty) pan młody przybywał z drużbami do domu narzeczonej. Wpuszczano go do środka po specjalnej ceremonii targowania się. Panna młoda z płaczem całowała bochenek chleba, po czym oboje z narzeczonym wysłuchiwali oracji starosty. Następnie młoda para prosiła rodziców o błogosławieństwo.
W pierwszą noc po ślubie następowały oczepiny, czyli wprowadzenie panny młodej w krąg mężatek. Kobiety sadzały ją na dzieżce pośrodku izby i śpiewając pieśni obrzędowe obcinały jej warkocze, a następnie nakładały czepek na głowę. Panna młoda protestowała, płakała, zrzucała czepek, ale w końcu godziła się z losem.
Smutnym wydarzeniem w rodzinie była śmierć któregoś z jej członków. Agonia uważana była za "zbieranie się" duszy do wyjścia z ciała. Dawano choremu gromnicę do ręki i zabraniano płaczu i hałasu, by "nie przecinać duszy". Jeżeli chory męczył się i nie mógł skonać, uważano, że jest wielkim grzesznikiem. Oczy zmarłego zamykano, aby nie "wypatrzył kogoś z rodziny na drugi świat". Ciało ubierano w nowe okrycie i nakładano mu specjalne obuwie, ponieważ uważano, że nieboszczyka czeka daleka droga.
Domownicy wciągali na siebie odświętne stroje, a do pogrzebu nie wolno im było pracować. Ciało pozostawało w domu przez dwie noce, które zwano "pustymi". Zmarłe dzieci wkładano do trumny białego koloru. Dla panien przeznaczony był niebieski, a dla starszych osób - czarny. Jeżeli umarło jedno z małżonków, pozostały przy życiu partner (partnerka) siekierą rozcinał najdrobniejszą monetę i jedną połowę kładł do trumny, drugą zatrzymywał dla siebie. W ten sposób symbolicznie dzielił majątek na dwie połowy, dzieląc się ze zmarłym, by ten nie miał pretensji i nie wracał z drugiego świata. Przy wynoszeniu trumny z domu lekko trzy razy stukano nią w próg. Mówiono, że w ten sposób zmarły żegna się z domem.
Żałobę celebrowano w rodzinie przez czterdzieści dni. Po tym czasie zbierali się znów krewni i znajomi na odmawianie różańca i śpiewanie pieśni pogrzebowych.

Lecznictwo ludowe

Niski poziom higieny, złe odżywianie się i ciężka praca były powodem szerzenia się wielu chorób. Walcząc z nimi, ludowe lecznictwo wspierało się magią. Stąd utarło się mniemanie, że jest ono niczym innym, jak tylko zbiorem zabobonnych środków i praktyk. Tymczasem ludzie, stosując dostępne środki, by zbić gorączkę, czy uśmierzyć ból, mimochodem znajdowali racjonalne lekarstwa i metody leczenia. Stąd lecznictwo ludowe można podzielić na racjonalne i nieracjonalne.
Do lecznictwa racjonalnego należało picie wody mineralnej, picie naparów ziół, kąpiele w wodzie zaprawionej ziołami, nacieranie chorych części ciała maściami, alkoholem, tłuszczem, stosowanie okładów na chore miejsca. Podobnie, jak i gdzie indziej, w Muszynie stosowano - jako okład na rany - chleb ugnieciony z pajęczyną, długo przed wynalezieniem penicyliny. Opowiadając o lecznictwie ludowym, warto przytoczyć autentyczny przypadek, jaki miał miejsce w pewnej muszyńskiej rodzinie. Dziesięcioletnia dziewczynka zapadła na "tyfus wodny", a przywołany lekarz stwierdził, że nie ma lekarstwa na tę chorobę. Przewidział stopniowy zanik działalności zmysłów i mięśni, w końcu śmierć. Nawet gdyby dziecko jakimś cudem przeżyło, byłoby kaleką, niedorozwiniętą umysłowo z powodu uszkodzenia mózgu. Istotnie zapowiedź lekarza sprawdzała się - dziewczynka chudła i stopniowo traciła władzę w kończynach, a żywiła się jedynie śmietaną, wlewaną jej przez matkę do gardła. W krytycznym momencie odwiedziła tę rodzinę znajoma, która wcale nie uważała się zresztą za znachorkę, i poradziła matce dziewczyny, by wykąpała ją w wodzie zaprawionej w połowie... gnojówką. Kolejne kąpiele stopniowo polepszały stan dziecka - ku osłupieniu lekarza.
W nieracjonalnym postępowaniu leczniczym nie tylko, że stosowano środki nie mające nic wspólnego z leczeniem, ale również używano "odpowiednich" słów, bądź "wyklinano" chorobę. Wiara w skuteczność tych środków była tak wielka, że zdarzało się, iż osoby leczące ziołami, na wyraźne żądanie chorego, musiały wymyślać specjalne czynności i zaklęcia (na przykład: chory ma wstać z łóżka o północy, obejść izbę tyłem trzy razy, odmawiając "Ojcze nasz"). Pacjent stosował się do instrukcji, a wtedy "zioła pomagały". Więcej kłopotu sprawiało czasem wymyślanie różnych praktyk magicznych, niż poznanie choroby i dostosowanie do niej odpowiednich ziół.
Na skutek wiary, że chorobę można wywołać przez wymówienie jej nazwy, muszynianie unikali oficjalnych określeń, znajdując zastępcze, często - dla udobruchania choroby - zwąc ją "ciotką", "babką", czy "siostrą". Do dziś czasem używa się w Muszynie podobnych określeń.
Ludzie podawali różne powody powstawania chorób, np.: wichura miała powodować ból głowy, choroby skóry, padaczkę, a nawet obłęd u ludzi i zwierząt; woda miała powodować wodną puchliznę; wiele chorób powodowały robaki, które mogły zagnieździć się w jelitach, sercu i mózgu człowieka; choroby mogły być wywoływane też przez pewne osoby, zwłaszcza te, które rzucały zawistne spojrzenia, powodując ból i zawroty głowy, nudności itp.
Jeszcze długo po II wojnie światowej w Muszynie cieszyły się powodzeniem trzy "znachorki", które leczyły przy pomocy magii. Chociaż korzystano z ich usług, nie cieszyły się sympatią, jako że były "nieczystymi kobietami", zadającymi się z "czartami", a więc - czarownicami. O tym nie wolno było jednak głośno mówić, bo znachorki mogły się srogo zemścić.
Mężczyźni w Muszynie raczej nie zajmowali się leczeniem, pozostawiając tę czynność kobietom. Niemniej jednak znani byli znachorzy wśród "baczów" wołoskich, którzy w okolicznych górach doglądali juhasów wypasających owce i bydło. Muszynianie często korzystali z usług baczów (także słowackich) w leczeniu różnych chorób.
Wiele z wymienionych zwyczajów i obrzędów rodzinnych zachowało się do dnia dzisiejszego. Kultywowane są głównie w domach, gdzie żyją jeszcze starsi członkowie rodzin, którzy doskonale je pamiętają i pragną jak najdłużej podtrzymać tradycję.

Od autorki:

Artykuł oparto m.in. na książkach i opracowaniach Franciszka (Franka) Kmietowicza: Zwyczaje i wierzenia dawnych mieszkańców Muszyny, Wyd. Cyryla i Metodego, Montreal 1996; Czarownica, Londyn 1956; Dzieje Muszyny, Katowice 1987. Patrz też artykuły Witta Kmietowicza: Muszyńskie czarownice, mamuny, boginki i..., Almanach Muszyny 1993; Muszyńskie wesele, Almanach Muszyny 1996; Muszyńskie chrzciny, Almanach Muszyny 1997.




Jadwiga Kracoń
"Almanach Muszyny"2002