Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



MIGAWKI Z PIRENEJÓW 1999 - część I

30.7 - La Grande Cascade
Obudziłem się o dziewiątej z zapchanymi zatokami nad oczodołami. Poza tym czułem się OK. Dziś ruszamy w góry. Na całym właściwie podejściu, mimo sporego ciężaru plecaka, idzie mi się lekko. Urywam się od czasu do czasu do przodu...
Zostawiliśmy samochód na kempingu "La Bergerie" w Gavarnie. Ruszamy dopiero kwadrans po 11. Wcześniej uiszczamy opłatę za cztery osoby w wysokości 126 F. Wiara wymyśla różne boczne warianty. Wersja na dzisiaj to: Cirque de Gavarnie - piękny bok cyrku, który pokonujemy nieco eksponowanym zachodem - dolinka pod Pic des Sarradets - refuge des Sarradets ou de la Breche (2587).
Sceneria cyrku jest zaiste bajkowa. Z rejonu Pics de la Cascade spada chyba najwyższa w Europie - la Grande Cascade (423 m wysokości).


Kaskada Gavarnie © M. Myśliwiec
Kaskada Gavarnie © M. Myśliwiec


Nad progiem pobrzękują owce i jest mi jakoś tak radośnie. Nareszcie w górach. I do tego w takich. Dochodzimy do schronu Sarradets, w którym pichcimy obiad. Później siadamy w jadalni przy herbacie. Tuż przed siódmą "chatar" proponuje nam nocleg, a po mojej przeczącej odpowiedzi, uprzejmie prosi o opuszczenie schronu. Noc w schronisku kosztuje jedyne 80 F. Dzięki członkostwu w PZA (UIAA) mamy 50% zniżki.
Rozbijamy się w specjalnie do tego celu przygotowanych miejscach. Nieopodal tabliczka: "biwakowanie dozwolone od 19 do 9". Jeszcze rzut oka na mgły w Valee des Poney Aspe. Trochę "fot" w kierunku le Taillon (3144) i Przełęczy Rolanda (2807). W przedziwnej scenerii górnych pięter cyrku Gavarnie, pożeranych przez chmury, przez które widać - jak w oknie - przyróżowione zachodzącym słońcem ściany Pic du Marbore (3248), zapisuję dzień dzisiejszy.

31.7 - Monte Perdido.
Nastawiłem budzik na 6.15, ale nikt nie raczył się obudzić - ja również. Do 9. Pośniadaliśmy i poskładaliśmy namioty. Jeszcze Jurek uskutecznia szybki myk do schroniska po krem przeciwsłoneczny (o ironio! Pogoda będzie pod psem) i ruszamy.
Krzych daje do przodu, za nim - z małym plecakiem na nas dwóch - Jurek, potem długo-długo nic i... ja z Martą. Jak przystało na dżentelmena, wziąłem od niej jedyne obciążenie (spory aparat fotograficzny Krzycha) i niespiesznie podchodzimy ścieżką przez piarg w kierunku Przełęczy Rolanda.
Za pierwszym pasem skał, na którymś z kolejnych zakosów Marta nagle siada - niżej kilkakrotnie odpoczywaliśmy - chowa twarz w dłonie i zaczyna płakać. Nie pytam jej o nic. Po chwili sama zaczyna mówić.
- Przez te grzmoty piorunów w nocy bardzo źle spałam. Trochę mnie boli brzuszek i źle się czuję.
- To całkiem normalne objawy, jak na pierwszy dzień w wysokich górach - usiłuję ją uspokoić, po czym zaczynam jej opowiadać swoje górskie przypadki ze zdrowiem. Kompletnie zagadana - nie zauważa jak zeszła reszta podejścia i już jesteśmy na przełęczy, z górą 350 metrów powyżej najwyższego szczytu Polski. Słynna ta przełęcz, Breche de Rolland, została wyciosana 100 m w głąb i 60 m wszerz mieczem Rolanda, równie słynnym "durandalem".

Biwak pod Przełęczą Rolanda © M. Myśliwiec
Biwak pod Przełęczą Rolanda © M. Myśliwiec


Pogoda niedeszczowa, ale i niesłoneczna. Robimy naradę "wojenną". Tzn. widząc, że coś nie gra - zagajam:
- Niech każdy się wypowie, na co ma ochotę. Zaczynam ja. Mam zamiar zrealizować program w stu procentach, tzn. iść na Monte Perdido. A wy?
Jurek twierdzi, że właśnie rozbolała go kostka i w związku z tym nie wie. Marta też nie wie, ale z góry zastrzega, że nie chce być dla nas ciężarem. Krzych wymyślił nowy, całkiem "odklejony" wariant: przejazd samochodem do Hiszpanii i tam - działać. Wywaliłem na ludzi szeroko otwarte oczy. Jesteśmy na wysokości 2807 m, pogoda jest ustalona (nie pada) - nagle program siada...
Sądziłem przez moment, że faktycznie Krzych z Martą połażą po okolicy, a ja, z Jurkiem, "siekniemy" zaplanowaną trasę. Niestety, gdzieś podział się ten chłop z ikrą, z którym przeszedłem swego czasu w niebanalnie krótkim czasie z Tatrzańskiej Polanki, wielicką, przez Polski Grzebień, na Polanę pod Wysoką, przez Ciężką na Wagę, potem Rysy i w dół Mięguszowiecką. To już się nie wróci... Najnowszy "odlot" jest następujący:
Wczoraj wieczorem zapytał pracowników schroniska o to, jak długo trzeba iść na Monte Perdido, po czym nie zdradził nam o co pytał. Rewelacja wybuchła na Przełęczy Rolanda - Jurek stwierdził, że nie idzie na Perdido, bo tam i z powrotem zajmuje to 10 godzin, a już jest w pół do jedenastej.
Myślałem, że mnie trafi. Gość wytrzymał dopóki nie weszliśmy na przełęcz i nagle... bomba! Zmieniamy diametralnie plany. Nie było wcześniejszych ustaleń. O, nie! Tym razem to przegięcie.
- Dawaj plecak, bierz swoje bety, a ja idę na Perdido!
Migiem wyciągam rzeczy Jurka (niestety, łącznie z większością żarcia i aparatem fotograficznym), zarzucam plecak i zbiegam pod ścianami le Casque (3006). Po co przyjechaliśmy w Pireneje?
W gruncie rzeczy, nie wiem, co mnie wzięło. Na ogół w takich sytuacjach jednak ustępuję. Jeszcze przed moim odejściem wygłosiłem dość długą tyradę, żeby przekonać Jurka. Przecież zawsze, jak coś nie będzie grało, możemy się wycofać - przekonywałem. Niż z tego, ekipa w składzie osób trzy, ruszyła na le Taillon (3144). W końcu też trzytysięcznik. Poszedłem więc sam.
Nie przypuszczałem, że będę chodził po Pirenejach samotnie. Gdy już mi przeszła złość, odkryłem, że ma to również swoje dobre strony. Mogę iść moim własnym tempem, sam wyszukuję drogę, nie ma tych wszystkich wątpliwości i kłótni nad mapą, no i ode mnie tylko zależy czy wrócę cało i zdrowo.
Po pierwszych dwóch godzinach, zachciało mi się do kogoś zagadać. A tu nigdzie nie ma żywej duszy. Od czasu do czasu mgła i te niesamowite, przepastne scenerie budowy płytowej. Wykopczykowana perć wiodła najpierw pod, a potem przez uskok o trudności '0+' (tzn. trzeba używać rąk) wychodziła ponad podwójny pas skał. Następnie "putnąłem" nieco we mgle i znalazłem się na głównej grani Pirenejów. To, że się w zasadzie cofam, zrozumiałem po tym, jak nieoczekiwanie usłyszałem odgłos spadającej wody, czyli Kaskadę Gawarni, z prawej strony; a przecież miałem iść na wschód. Już nie schodziłem z grani, więc niejako mimochodem zaliczyłem la Tour (3009).
Od tego momentu bacznie zwracałem uwagę na to, co zostawiam za plecami. Będę wracał tą samą drogą i pobłądzenie nie byłoby wskazane. Cóż z tego, i tak się "machnąłem" drugi raz. Miałem mapę w skali 1 : 50 000 i... nie zwróciłem uwagi na to, że świat umyka mi spod stóp nieco szybciej. "Winkiel" l'Epaule minąłem bez zatrzymywania - choć tu należałoby skręcać w lewo - zorientowałem się dopiero przed bocznym grzbietem Perdido (czyli kolejnym "winklem"), kiedy ujrzałem w dole hiszpańskie doliny, Ordesa i Aniscio, jak również schronisko Goriz (2160). Z błędu wyprowadzili mnie dwaj Hiszpanie, których zapytałem o drogę. Wskazali mi "bardzo wysoki tył i do lewa" oraz poczęstowali na pociechę czekoladą.
- Monte Perdido, si?
- Si.
- Muchas gracias - to wszystko, co potrafiłem odpowiedzieć.
Idę więc "hiszpańską drogą". No, teraz mi się wszystko zgadza. Poprzednio zasłaniały mgły. To jest Cuello del Cilindro, a tu wejście pod Lago Helado. Za kopczykami, klucząc wśród skalnych złomów, a następnie przez trzy charakterystyczne progi z resztkami śniegu w załomach (znów '0+') - do kociołka z jeziorkiem (2980). Z kierunku Perdido schodzą ludzie, a tu zaczął padać deszcz.
Podejście na przełączkę pod Perdido zostanie mi chyba w pamięci na zawsze. Najpierw skalistą grzędą na prawo od lodowczyka, a potem drobniutkim piarżyskiem - monotonnie, krok za krokiem, w deszczu, na przyspieszonym oddechu, z błyskami i grzmotami zbliżającej się burzy, w mroku ołowianych chmur. - święta Marto! Daj mi wejść na Perdido i zejść.

W Pirenejach © M. Myśliwiec
W Pirenejach © M. Myśliwiec


Na siodle natknąłem się na murek z kamieni osłaniający od zachodnich wiatrów. Siadłem za nim, wdziałem plastikowy płaszczyk przeciwdeszczowy (ten sam, którym okryłem Dorotkę z Dynowa na Rysach - ha, ledwo trzy tygodnie temu), skuliłem się w sobie i zacząłem - w tej niesamowitej scenerii załamania pogody - jeść suszone śliwki. Po siedemnastej pestce - śnieg przestał padać. Strzepnąłem białą, mokrą maź, otrząsnąłem się jak pies i w nadal siąpiącym deszczu, przechodzącym w deszcz ze śniegiem, z towarzyszeniem kakofonii grzmotów, ruszyłem na szczyt.
Na bardziej stromym odcinku napotykam wykute w lodzie stopnie, potem jest nawet bezśnieżnie. Pomagam sobie kijkami. Czym bliżej szczytu, tym słyszę głośniejszy syk. Jak mniemam, to elektryczność tak syczy; z epicentrum na grani i uszkodzonym, betonowym słupku szczytowym. Klepnąłem słupek prawą dłonią i... odkryłem nie bez zaskoczenia, że nie mam czucia w palcach u obydwu rąk. No tak, w końcu to 3355 m. Dosyć tej celebracji. Jest 15.45. Opuszczam rychło wierzchołek. W tej "dupówie" i tak nic nie widać. Nawet tego, że jest to najwyższy wapienny szczyt Europy. Stopnie omijam dupozjazdem z prawej strony. Trochę mnie pokarało: cieniutka, dwucentymetrowa warstwa śniegu leży na czystym , żywym lodzie. Szosują siedzeniem po twardym, jak beton, podłożu i ląduje w piargu. Uff, zebrałem się do kupy i zacząłem opuszczać się piarżyskami.
To było cudowne uczucie. Taki okropny, olbrzymi i bardzo ostry ból w palcach rąk. Wracało krążenie. Wiedziałem, że nie będzie żadnych konsekwencji (bądź co bądź, właśnie własnymi palcami piszę te słowa). Przemknąłem obok jeziorka Helado. Wszystko wokół spowite było cienkim białym całunem, który szybko, niejako w oczach, topniał i przybierał barwę otaczających skał. Potem trzy progi w dół. Tu już się grubo napociłem (skała była mokra i śliska).
Na wykopczykowanej perci ruszam tym razem na zachód, w stronę Przełęczy Rolanda. Jeszcze upichciłem herbatkę pod l'Epaule i z trudem wmusiłem w siebie trzy kromki chleba z pasztetem. Jest 18.15 - pora wracać. Chwila wytężonej uwagi na łańcuchach pod przełęczą i.. pozwoliłem sobie "dychnąć" co nieco z widokiem na Hiszpanię. Jakoś nie chciało się jeszcze wracać w doliny, a przecież było trzeba. Po drugiej stronie, chmury się rozeszły i pojawiły się jakieś niebieskie płaskowyże i trójkątne szczyty (których nie potrafiłem nawet nazwać) poprzedzielane głębokimi kanionami. Ech...
Przy namiotach byłem punktualnie o 20.

Dariusz Dyląg