Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Dent d'Oche

Znaleźliśmy się w Szwajcarii - to wspaniały kraj jeśli chodzi o turystykę górską i nie trzeba tego długo tłumaczyć. Możliwości jest więcej niż możnaby sobie wyobrazić - a skoro już tu się znaleźliśmy, trzeba tę okazję wykorzystać. Jako pierwszy cel wybraliśmy Dent d'Oche. Jeśli stanie się na brzegu Jeziora Genewskiego, w Lausanne-Ouchy - na przeciwnym brzegu wyrasta okazały masyw Chablais. To już Francja... A szczyt, który z tego miejsca wydaje się być najwyższy to właśnie Dent d'Oche (2222 m. n.p.m). Niech więc będzie - będąc w Szwajcarii na pierwszą wycieczkę wybierzemy się do Francji. A początek grudnia to odpowiednia pora na zaliczenie dwutysięcznego szczytu. W przewodniku wyczytaliśmy, że pod szczytem, na wysokości jakichś dwóch tysięcy z kawałkiem znajduje się schronisko. Zatrzymamy się więc tam, ale na wszelki wypadek Michał zabrał namiot.
Na drugi brzeg jeziora Genewskiego - do Evian, stolicy wody mineralnej -przedostajemy się statkiem. To najkrótszy, najtańszy i zdecydowanie najprzyjemniejszy sposób. Super sprawa taki statek. Pogoda jest wymarzona, na tyle jest ciepło, że mimo wiatru można siedzieć na pokładzie i obserwować jak z jednej strony Lozanna znika za rufą a z drugiej strony szybko przybliża się brzeg francuski i naszą górę widać coraz wyraźniej. Widoczność jest znakomita, szczyty przyprószone śnieżkiem, ale w dolinach jeszcze całkiem jesiennie.
Kiedy dotarliśmy do Evian, postanowiliśmy odszukać informację turystyczną a tam sprawdzić najdogodniejsze połączenia autobusowe, z którąś z małych wiosek u podnóży naszego masywu. I tu pierwsze zaskoczenie - informacja turystyczna w weekendy nie jest czynna. Co za bezsens. Po co ona istnieje, jeśli jest zamknięta w weekendy???
Klnąc pod nosem poszliśmy więc prosto na stację kolejową i tu przekonaliśmy się, że jesteśmy na francuskim końcu świata. Na stacji prowadzona jest szybka sprzedaż biletów - jak głosi napis. Czekaliśmy z 15 minut, aż pani sprzeda bilety jakimś dziadkom, po to tylko żeby się dowiedzieć, że tu nawet diabłu nie chce się powiedzieć dobranoc. Pociągi jeżdżą tylko w jedną stronę - nie w tę, która nas interesuje, a autobusy ponoć w weekendy nie jeżdżą wcale. Pani poradziła nam żeby wziąć taksówkę. Nie uwierzyliśmy jej i poszliśmy na dworzec. Zamknięty na głucho. Szlag - to jest jednak okrutna prawda. Nie pozostaje nam nic innego niż łapać stopa. Ale kto zabierze trójkę podejrzanych ludzi z ogromnymi plecakami? Mamy przecież namiot, butlę turystyczną, a jeszcze wcześniej zaopatrzyliśmy się w kontenerek piwa, aby się nam wieczorem nie nudziło. Szliśmy więc drogą przekonani o beznadziejności tego przedsięwzięcia. Spędzimy tu co najmniej pół dnia zanim coś złapiemy i weekend diabli wezmą. I zupełnie niespodziewanie, po dziesięciu może minutach, zatrzymał się samochód - wcale pełny, trzy osoby w środku, ale jakoś się dopakowaliśmy, wszyscy do tyłu z plecorami. Podwieźli nas tylko kawałek za Evian, ale po kolejnych 10 minutach zatrzymała się brudna bagażówka i podwiozła nas do kolejnej wioski, St-Paul-en-Chablais. Nadzieja powróciła. Jakoś się stąd wydostaniemy.

Masyw Dent d'Oche foto: Magda Konior

Za chwilę przejechał kolejny samochód. Nie zatrzymał się, ale kierowca się uśmiechał (jak się zdawało sarkastycznie). "Głupek" podsumował Michał krótko, acz dosadnie.
Za minutę patrzymy a samochód wraca i zatrzymuje się. Co za głupek!!! Głupek okazał się zdecydowanie najsympatyczniejszy, bo zawiózł nas specjalnie w miejsce, z którego w masyw było najbliżej.
Pierwszymi słowami po wydostaniu się z samochodu było wprawdzie "Gdzie my do cholery jesteśmy?" - chwila konsternacji, bo nie kontrolowaliśmy gdzie jedziemy, teraz potrzebowaliśmy chwili, żeby się odnaleźć i zorientować gdzie należy iść. Byliśmy w La Fetiuere, już na zboczach naszego masywu. Trudno lepiej. Ludzie czasami bywają dziwnie sympatyczni...
Ledwo wyszliśmy na szlak zachciało nam się jeść. No tak, nie musimy się spieszyć bo czasu mnóstwo do wieczora, więc jak tylko znajdziemy odpowiednie miejsce z widokiem to sobie usiądziemy. Może nawet uda się zagotować wodę na herbatę?
Im wyżej tym więcej śniegu. Na początku szlaku, gdzie nas "głupek" wysadził nie było wcale śniegu, teraz już brodzimy po kostki. Ale jest pięknie! Słońce, oprószone śniegiem zrudziałe murawy i piętrzące się wokół skały wapiennego masywu. Wspaniały widok na sąsiedni szczyt - Chateau d'Oche.
Zardzewiała tablica ni stąd ni zowąd informuje, że w pobliskim szałasie jest degustacja sera. To już historia o tej porze roku, ale może znajdziemy dogodne miejsce żeby zjeść własne zapasy. Niestety, wiatr był dość silny a gazu niewiele, i nawet pod osłoną szałasów nie byłoby szans na zagotowanie wody. Musimy więc zaczekać do wieczora z czymś ciepłym. Za to szczyt wydaje się być tuż tuż. Na wyciągnięcie ręki. Kiedy podeszliśmy kawałek wyżej, roztoczyła się wspaniała, niesamowita panorama na masyw Mont Blanc za oddzielającą go doliną Arve. Po drugiej stronie widać płaskowyż Jury Szwajcarskiej.

Widok na Mont Blanc ze szczytu Dent d'Oche 
foto: Magda Konior

Tymczasem ścieżka doprowadza nas zakosami do kominka, przed którym zresztą ostrzegał nas nasz przygodny znajomy-kierowca. Tres difficile, tres difficile! Nie jest źle, skała trochę oblodzona, ale ubezpieczona łańcuchem i przechodzimy go spokojnie. Im wyżej tym bardziej wieje - w końcu w wietrze i zawierusze docieramy do schroniska. I tu kolejna niespodzianka - schronisko jest zamknięte. Co za ludzie. Nie mamy słów. Po co w ogóle takie schronisko, które w zimie nie ma nawet komórki otwartej dla ewentualnych turystów, jak dobry zwyczaj alpejski nakazuje? Nawet kibel zamknęli na kłódkę.
No nic. Trzeba sobie jakoś radzić. Na szczęście jest kawałeczek płaskiego na namiot, ale dwa namioty by już się nie zmieściły. Niestety śnieg jest bardzo puszysty i nie da się wbić śledzia. Nie mamy nawet czekana żeby ubić miejsce pod namiot. Trzeba radzić sobie inaczej. Znaleźliśmy jakieś belki, wbiliśmy w śnieg, przywiązaliśmy do nich namiot a na koniec obłożyliśmy go drabinami i obsypaliśmy śniegiem, żeby wiatr go nie podwiewał. Nie jest to najlepiej rozbity namiot, ale nie dało się lepiej. Teraz możemy wejść do środka i zagrzać się, bo ręce całkiem nam zgrabiały. Trzeba więc zagrzać się piwem. Idealnie byłoby, gdyby nie trzeba było iść za potrzebą - to jakoś odstrasza nas od picia większych ilości. Trzeba potem wychodzić z namiotu na śnieg i zawieruchę..., ale za to przy piwie płyną najciekawsze opowieści, jak to zwykle bywa wieczorami w górach. Pille oblała Michała piwem, kiedy zapytał ją, która godzina. Po prostu przechyliła butelkę i wylała mu piwo prosto na spodnie. Dobrze że spodnie Michała są szybkoschnące. Położyliśmy się spać wcześnie. Wiatr jednak nie dawał spać, tak szarpał namiotem i co chwilę budził nas jakiś hałas. Może się przyśnić, że cały namiot odlatuje wraz z zawartością.
Jakoś jednak dotrzymaliśmy do rana, kiedy to najpierw zwinęliśmy namiot i posprzątaliśmy burdel po sobie - drabiny wynieśliśmy z powrotem na dach, belki schowaliśmy i ruszyliśmy na szczyt. Szczyt jest o rzut beretem, może sto metrów w pionie do pokonania. Widoki nie były już tak doskonałe jak wczoraj. Nie było już widać masywu Mont Blanc. Za to niezły widok na olbrzymie Jezioro Genewskie i Lozannę po drugiej stronie. I wieje tak mocno, że hej. Halny się ruszył. Można by pofrunąć prosto do jeziora.

Schronisko na Dent d'Oche widziane ze szczytu
foto: Magda Konior

Długo myślimy jak schodzić: można przekroczyć granicę i zejść do St. Gingolph - tylko nie wiadomo czy stamtąd będzie można się wydostać, może to jest szwajcarski koniec świata??? W końcu sprawa rozwiązała się sama. Noga zapadła mi się w głęboki śnieg a pod śniegiem był kamień. Efekt - stłuczone kolano tak, że ledwo mogę iść. No więc schodzimy tak jak przyszliśmy - najkrótszą drogą. A wszystko przeze mnie. Ale po drodze spotykamy różne ciekawe zjawiska. Np. facet w butach narciarskich, który ostro zasuwa do góry. Nawet niezły jest. Ciekawe czy to jest trening kondycyjny? Potem jeszcze wielokrotnie spotykaliśmy różnej maści ekstremalistów - np. grupę z czekanami na pastwiskach w Prealpach. W końcu, po którymś tam wyjeździe, przestało nas to dziwić.
Kiedy już zeszliśmy do asfaltu, nie pozostało nam nic innego jak łapać stopa z powrotem do Evian. I mimo, że mały był ruch na drodze dzisiaj, od razu ktoś nam się zatrzymał i zawiózł prosto do portu. A statek właśnie odpływał...


Magda Konior