Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Kilimandżaro 2001

W 2001 r. nasz przyjaciel, student teologii z Niemiec, spędził kilka miesięcy na misji w Kenii, zajmując się pracą z miejscowymi dziećmi. Jako pasjonat gór wykorzystał tę okazję między innymi do wejścia na najwyższy szczyt Afryki - i podzielił się z nami krótką relacją-dziennikiem z tej wycieczki, ciekawej, jak każdy kontakt z górami egzotycznymi.


Przed schroniskiem. fot. Stefan Schwarzer

Dzień pierwszy

Miejsce wymarszu: 1800 m n.p.m. Po dopełnieniu wszystkich formalności zaczynamy podejście, przebijając się przez niesamowitą plątaninę tropikalnego lasu. My, Europejczycy, niesiemy tylko niewielką część bagażu, natomiast miejscowi tragarze są obarczeni ciężarem po 35 kg - ale i tak zasuwają z niewiarygodną prędkością. Po pięciu godzinach marszu docieramy do Machamecamp, na wysokości 3000 m. Po dobrej kolacji kładziemy się wszyscy spać dosyć wcześnie, bo zaczyna się bardzo oziębiać. Namiot, z dobrym, austriackim śpiworem, jest w tych okolicznościach zdecydowanie najprzyjemniejszym miejscem.

Dzień drugi

Rozpoczynamy dalsze podejście koło 7:30. Wkrótce wychodzimy ponad granicę lasu, wszyscy czują się świetnie, co się zresztą niedługo zmieni... Idziemy wśród pięknych i dziwnych zarazem roślin. Szkoda, że nie mamy w towarzystwie żadnego specjalisty w tej materii.
Obserwujemy miejscowych, którzy nam towarzyszą. Widok tych Afrykańczyków, obutych w rozwalające się obuwie i niosących olbrzymie ciężary, budzi w nas, idących z lekkimi plecaczkami i w wygodnych górskich butach, pewne wyrzuty sumienia... Z drugiej strony, są oni bardzo zadowoleni z tej sytuacji ponieważ mają dobrą pracę.
Tę noc spędzamy na wysokości 3800 m (wg przewodników) lub 3600 m (wg GPS-a jednego z idących z nami Austriaków).

Dzień trzeci

Już od poprzedniego wieczora utrzymuje się tu mgła, która nie należy do czynników tworzących doskonały nastrój. Ale przecież nikt się nie nastawiał na mały, banalny spacerek.
Dzisiaj idzie nam się już powoli, zaczynają się pojawiać pierwsze symptomy choroby wysokościowej. Jest już wysokość przeszło 4000 m. Zabawne, że nawet tutaj można jeszcze znaleĽć różne kwiatki rosnące wśród kamieni.
Po pewnym czasie musimy znów stracić na wysokości - schodzimy do Barangocamp, położonego na wysokości 3800 m., w przedziwnym krajobrazie zdominowanym przez charakterystyczne olbrzymie Senecia (starce).

Dzień czwarty

Rano jest naprawdę bardzo zimno. Plus tego jest taki, że wszyscy chcą jak najszybciej zacząć iść do góry, żeby się rozgrzać. Dzisiaj czeka nas najstromsze podejście, chociaż ciągle nie ma w nim nic "alpinistycznego". Po godzinie podejścia wreszcie ogarniają nas promienie pełnego słońca. Widok o wschodzie słońca w stronę wierzchołka jest przepiękny!
Dzisiaj nie ma wiele czasu na odpoczynek. Po szybkim posiłku ruszamy dalej. Podchodzimy i podchodzimy, znów nadchodzi mgła. Już brniemy w śniegu. Dopiero tuż przed dotarciem do kolejnego obozu powraca słońce i możemy podziwiać godny respektu widok na Kibo.
Dla mnie, niestety, cieszenie się tym wszystkim jest utrudnione - choroba wysokościowa nie ogranicza się już do wysyłania znaków, kładę się spać z gorączką i strasznie dokuczliwym bólem głowy...

Uhuru Peak-5895m fot. Stefan Schwarzer

Dzień piąty

Budzimy się o 23:00 i o północy rozpoczyna się wielkie wydarzenie. Idziemy przez siedem godzin i każdy usiłuje tak jak umie ignorować większe lub mniejsze problemy i słabości własnego organizmu.
O siódmej rano docieramy - niesamowite! - do krateru na wysokości 5700 m, a po następnej godzince stoimy na dachu Afryki! Uhuru Peak, 5895 m! Nie będę nawet usiłował oddać uczucia, jakie towarzyszy takiej chwili. Ludzie chodzący po górach dobrze je znają sami, a ci którzy go nie doświadczyli, i tak nie zrozumieją, choćby nie wiem jak obszernego opisu...
Jesteśmy szczęśliwi! 3000 metrów zejścia, jakie nas jeszcze tego dnia czekają, nie należą do przyjemności, ale nie ma to już żadnego znaczenia. Wszyscy troje byliśmy na szczycie, wszyscy troje docieramy też na dół bez przykrych przygód.

Uhuru Peak fot. Stefan Schwarzer

Dzień szósty

Po dziesięciu godzinach snu znów schodzimy przez las, tonąc w 30-centymetrowej warstwie błota. Cała przygoda kończy się staniem w ogonku, razem z innymi turystami, aby otrzymać certyfikat, na którym stoi czarno na białym: Mr Stefan Schwarzer climbed the Mt. Kilimanjaro - Africas highest mountain - and he reached the Uhuru Peak: 5895 m.
Może kicz, ale cieszę się - bez tego dowodu za kilka lat chyba nie uwierzyłbym, że faktycznie tutaj byłem...


Stefan Schwarzer (Tübingen, Niemcy)
Tłumaczenie: Michał Ronikier