Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Samotnie przez lodowiec Rodanu

Fragment wspomnień - "Z kart kroniki Klubu Wysokogórskiego Winterthur, rok 1945 (zima) - rok 1946"

W Göschenen - ostatniej stacji przy północnym wylocie tunelu Gothard'skiego - lało jak z cebra. Wobec tego zdecydowałem się na wybór planu operacyjnego nr 2 i kupiwszy bilet do Andermatt, pojechałem dalej koleją.
Moje rachuby, że w Andermatt, leżącym 350 metrów wyżej, opad będzie miał charakter bardziej dla narciarza przyjemny, nie zawiodły. Jednak pomimo to, że w optymiźmie swym nazywałem śniegiem tę formę wody, która siąpiła z nieba - zmoczyła mnie ona wystarczająco w drodze do Realp, gdzie wypadało nocować.
Humor miałem przeto pieski. Szedłem z opuszczoną głową klnąc w żywy kamień pogodę, Wielkanoc i towarzyszy, którzy skrewili w ostatniej chwili, zmuszając mnie do samotnego tłuczenia się po nocy. W moim żalu tak się zapamiętałem, że wcale nie spostrzegłem co się z pogodą dzieje. Dopiero już niedaleko Realp dojrzałem to dziwne, a radosne zjawisko: samotną gwiazdkę na niebie wśród przeganianych wiatrem strzępiastych chmur.
Czy wiecie, co taka gwiazdka zwiastuje turyście w noc Wielkoczwartkową? Jeśli nie wiecie, to wam powiem. To znaczy, że w piątek, sobotę, Wielkanoc i poniedziałek będę się pławić w słońcu i rozkoszować pogodą, którą tak haniebnie przeklinałem w czwartek.
Teraz dopiero zrozumiałem, że bogi gór zesłały pluchę ostatnich dni umyślnie dla mnie. Nie potrzebuję się obawiać ścisku w Alpach, bo niewielu będzie fanatyków, którzy w taki czas pójdą w góry. Nie darmo cepry szwajcarskie śmiały się ze mnie i z moich ociekających wodą nart i czekana na ulicach Zürichu. Gits no Schee? Niech siedzą w domu! Dobrze im tak!
Jak widzicie, nastrój poprawiał mi się. Nawet słony rachunek w wytwornym hotelu nie przewidzianym dla takich dziadów jak internowani Polacy nie zdołał mu bardzo zaszkodzić. Cena posiłków wpłynęła za to na męskie decyzje. Ażeby oszczędzić wydatku 3 franków na śniadanie, bez uszczerbku dla prestiżu szanującego się alpinisty, należało wyjść świtkiem, zanim hotel zbudzi się do życia. Plany miałem, oho! Tysiąc metrów do schroniska Alberta Heima przejdę swobodnie w trzy godziny i będę miał jeszcze cały dzień do dyspozycji.
A juści! Bagno śniegowe, w którym tonąłem godzinami dało mi taką szkołę, że ledwie w południe dobiłem do schroniska. A że i worek, jak to zwykle w zimie, był niczego sobie, więc - wspomniawszy na dawne dobre hasło "czy musisz chodzić w góry?" - ogłosiłem strajk generalny. Bo i po co gdzieś łazić, kiedy dobrze jest leżeć na słoneczku, czerpać z bezdennej misy birchermüsli, popijać kawkę i marzyć. Marzyć o górach. Po raz pierwszy jestem w tej dolinie i łapczywie rozglądam się po szczytach. A jakie tu ładne góry. Ot, Galenstock. Piękna grań północna jest stąd widoczna ze wschodniego profilu: naprzód połogo, potem krótki stok lodowy, parę skałek i szczyt. Prawdziwa tour de dames. W dziewięć godzin można obrócić. Trzeba tam pójść w lecie... A tymczasem spać.
W nocy przyszła jakaś partia i tłukła się po schronisku. Oho! Ci już mnie nie dogonią. O czwartej zamknąłem za sobą drzwi budynku i ruszyłem na moją samotną wędrówkę. Pytał mnie ktoś, czy nie nudzę się w czasie ciągnących się godzinami podejść. No i o czym wtedy myślę. Zabawne pytanie! Szliście kiedy takim zjadającym przestrzeń, długim, rytmicznym krokiem, kiedy każdy ruch stanowi skończoną część harmonijnej całości, kiedy mięśnie współzawodniczą ze sobą w najdoskonalszym wywiązaniu się z trudnego zadania, jakie im natura powierzyła? Taki marsz upaja swoim rytmem jak muzyka.
A myśli? Na szlaku turysty leży tyle problemów do rozwiązania. Tu śnieg ma inną barwę od otoczenia - należy przewidzieć, czy oznacza ona twardą pokrywę, czy mokry placek - i rozstrzygnąć, który gatunek lepiej ci odpowiada. A jeśli plama zdradza zgoła ukrytą pod cienkim mostem śnieżnym szczelinę, to lepiej ominąć ją z daleka. Tutaj trzeba wziąć trochę w lewo, ówdzie obniżyć ślad, żeby wypadł ładnie między tamte dwa kamienie. Musisz mieć w głowie czas i strony świata, ten szósty zmysł stający się instynktem człowieka gór, i wiele innych mądrych rzeczy.
A jeżeli już wszystkie problemy rozwiązane, to możesz patrzeć. Patrzysz na czapy okiści na smrekach, na czerwonawe cienie rzucane przez grube pnie. Patrzysz na kryształy zamarzniętego śniegu, na prześwietlony niebieskim światłem ślad kijka. Tam znowu mały czerwony pajączek spaceruje po twardej szreni; skąd się wziął na trzech tysiącach? Wiosną spotkasz kosa, z którym możesz przekomarzać się godzinę - aż spóźnisz się na pociąg. Nie, na nudy w górach nie możesz się uskarżać. I nagle stoisz u stóp zbocza Tiefensattel. Do przełęczy sto metrów, za pół godziny będziemy na górze.
Ale tu duch gór chciał się snuć za mną, trochę podroczyć. Musiałem wiele mądrych rzeczy wymyślić i wypróbować i dużo stracić czasu zanim w bezdennym puchu, przetykanym dla urozmaicenia idiotycznie stromymi skałkami wygrzebałem się na górę.
No tak, Galenstock na południu wygląda ślicznie i lodowiec Rodanu na zachodzie, którym wiedzie moja dalsza droga, także piękny. Ale naprzód trzeba wejść na szczyt Tiefenstocka a potem jeszcze dostać się te dwieście metrów w dół na lodowiec. A przyznam się, że nie bardzo wiem którędy. Nie czas więc jeszcze na zachwyty szczytowe.
Tiefenstock (3513 m) zdobyłem na nartach. śnieg był nawet miejscami zdatny do zjazdu. Odpoczywać miałem dopiero na lodowcu, po rozwiązaniu zagadki dalszej drogi. W prawo i wprost pode mną skały podcinały stok wykluczając możliwość zjazdu. Zatem w lewo, skos w dół. Tam powinno się znaleźć przejście na otwarte stoki Galenstocka.
Wiatr, który powitał mnie na grani, dął teraz w oczy, naciągnąłem więc kaptur głęboko na głowę i zawiązałem szczelnie. Ale to nie należało do mądrych rzeczy. Byłem jak szkapa dorożkarska w okularach, która widzi tylko prosto nosa. Nigdy więcej nie włożę kaptura na niepewnym stoku trudnego zjazdu. Pytacie dlaczego? Posłuchajcie.
Kandahar mocno trzyma stopę. Jadę w poprzek stoku, ześlizgami utrzymując mierne tempo. Spod desek ucieka mi fala śniegu. Aha, lawinka. Nie szkodzi, ucieknę ci. Nagle - co to? W polu widzenia kaptura ukazuje się na stoku ponademną, daleko w przodzie, czarna pręga i wydłuża się błyskawicznie. Narty zachowują się jakoś dziwnie. Za mną też jest coś nie w porządku. Oglądam się i wiem już: podciąłem cały stok i jadę wraz z lawiną. Zniesie mnie w dół skałkami i koniec.
Ale jeszcze się nie dam. Uciekać!
Prawą deskę kieruję w dół. Lewa nie nadąża, uwięziona w lawinie. Przez ten kaptur przeklęty za późno zobaczyłem niebezpieczeństwo. Bryły śniegu przewracają mnie natychmiast i niosą przed sobą.
Teraz należy, według przepisów taternickich, wykonywać ruchy pływackie. Bardzo to mądrze powiedziane - ale niechby ten, kto to wymyślił, spróbował pływać mając obcas przypięty na sto dwa kandaharem, kije pod lawiną i ręce w pętlach. Nie pływam zatem, tylko patrzę, bo nic innego nie mam już do roboty. Spieniona fala śniegu sięga coraz bliżej skałek i już ma spłynąć w dół, a potem - addio la caserna.
Nie spłynęła... Dlaczego - nie wiem. Muszę mieć protekcję u ducha gór, tego samego, który zrobił mi taki brzydki figiel po przeciwnej stronie przełęczy. Kto mi ją wyrobił, nie wiem, ale coś trochę podejrzewam. Dość, że stanęliśmy oboje, lawina i ja. Tego nie należy oczywiście brać dosłownie. Osobiście leżałem głową w dół, z kończynami uwięzionymi w śniegu; tylko jedną rękę miałem na powierzchni.
Wysunąć dłoń z pętli i uwolnić drugą rękę było błyskawicą. Cholerny plecak przytłacza grzbiet. Zrywam rzemienie z ramion i składam worek ostrożnie obok, aby nie poleciał. Jedna noga już wolna. Drugą odgrzebuję gorączkowo, aby dostać się do kandahara. Szarpnięcie i druga stopa też uwolniona. Teraz wstaję i grzebię dalej za deską, już na całej długości ocementowaną twardniejącymi zwałami lawiny. Wreszcie mam ją na wierzchu. Ale gdzie mój kij? Mój piękny, nowy, stalowy kij, dar Ruthli za odkrycie przed nią świata gór. Teraz już trochę spokojniej sonduję pozostałym kijem i w końcu mam cały dobytek w kupie.
Przypiąłem deski zastanawiając się, czy lepiej "rozluźnić wiązania nart i wysunąć dłonie z pętli" - jak każe podręcznik taternictwa, czy też przypiąć sprzęt jak należy i ryzykować, że druga lawina nie wypuści mnie tak łatwo. Zaryzykowałem, bo serce narciarza wzdrygało się przed zmarnowaniem zjazdu. Za to całą szerokość stoku ku owym polom pod Galenstockiem szmyrgnąłem jak na Parsennderby.
Lecz tam czekało mnie nowe rozczarowanie. Drogę ku wymarzonemu stokowi zagradzała olbrzymia szczelina, a w którą wlazłyby chyba całe Sukiennice. Ano cóż. Trzeba było wracać na te skałki, na których zatrzymała się lawina i przeciąć raz jeszcze groźny stok. Ale skoro nie pojechał do tej pory, to już i nie pojedzie.

Lodowiec Rodanu foto: Maciej Mischke

Przy skałkach odpiąłem deski i trochę skacząc, trochę sunąc się, dotarłem wreszcie - utytłany w śniegu, jak nieboskie stworzenie - na płaśnię lodowca. Uff - w pół do dwunastej. Dziewięć godzin od wymarszu a w tym półtorej godziny śtyrbnej przeprawy, w której najadłem się tyle strachu. To jest Przygoda. Dla Niej ukochaliśmy góry, bo nam daje to, czego szukamy - pełnię przeżycia.
A więc byłem na lodowcu Rodanu i mogłem pomyśleć o zasłużonym odpoczynku i obiedzie. I to też stanowi część przygody. Byłem sam, samiuteńki na całym obszarze gór. Od wyjścia z Realp nie spotkałem przez trzy dni człowieka, a nawet nie widziałem, jak okiem sięgnąć, żadnego śladu na świeżo spadłym śniegu. Góry należały do mnie.
Rozkoszowałem się do woli sjestą, wytrenowanym ciałem i dobrym śniegiem. Cieszyłem się przebytą przygodą i życiem.
I tak wyszedłem niepostrzeżenie na wierzchołek Rhonestocka (3603 m) a stamtąd pięknym spacerem po grani na sąsiedni Dammastock (3633 m), najwyższy szczyt grupy. Pozdrowiłem z góry dawnych znajomych: Sustenhorn, na którego lodowcu omal nie ukatrupiłem pewnego Anglika, zagnanego przez wojnę z Himalajów w szwajcarskie strony. Oczyma wyobraźni widziałem na szczytach walijskich moich kolegów klubowych i cieszyłem się, jak to Polacy po wszystkich zakątkach Alp krążą. A potem odpiąłem foki i pojechałem po idealnym śniegu ku pozostawionemu w dole plecakowi. Przyjemność zjazdu przedłużałem do ostateczności, wijąc ciasne skręty po słonecznym stoku.
Nocleg wypadł dnia tego w malutkim i przytulnym schronisku Trift, gdzie tylko z rzadka zagląda turysta. W niedzielę miałem znowu trudną przeprawę w zjeździe, ale nauczony wczorajszym doświadczeniem, odpiąłem narty przy pierwszych oznakach niebezpieczeństwa. Miałem za to inne rozkosze: płynny zamach czekana rąbiącego lód, trochę skałek i przepiękną scenerię kilkusetmetrowego obrywu lodowca na przeciwnym stoku. I upajałem się samotnością.
Ale, gdy po tysiącmetrowym podejściu zobaczyłem z przełęczy Zwischentierbergen pierwszego narciarza, możecie mi wierzyć, nie było mi przykro. Przeciwnie, powitałem go jak brata-człowieka i brata-alpinistę. A w schronisku Tierbergli wyżebrałem papierosa, pierwszego od pięciu dni.


Maciej Mischke



Maciej Mischke - to jedna z ostatnich żyjących legendarnych postaci taternictwa; w tym roku, (11 marca) ukończył 94 lata. Zaczął się wspinać w Tatrach już przed II wojną światową. W czasie wojny, podczas internowania w obozie w szwajcarskim Winterthur, założył tam - wspólnie m.in. z Jerzym Hajdukiewiczem - polski Klub Wysokogórski Winterthur działający w Alpach Szwajcarskich aż do końca internowania w 1946 r. Mischke dokonał w tym okresie wielu wejść wspinaczkowych i narciarskich, w 1945 r. np. - wraz z Hajdukiewiczem - ścianą północną Dent d'Hérens. Działalność KWW jest niewątpliwie jedną z najciekawszych kart polskiego alpinizmu okresu okołowojennego. W ukazującym się już od dziesięciu lat roczniku "Pamiętnik PTT" (M. Mischke jest obecnie honorowym prezesem reaktywowanego Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego) od pięciu lat ukazywały się części opowiadań z Kroniki Klubu Wysokogórskiego Winterthur obejmujące cały okres działania Klubu - prawdziwie pasjonująca lektura, której ostatnia część ukaże się w najbliższym tomie Pamiętnika PTT (tom XI). Mamy możliwość zamieszczenia w GGI - z okazji świąt Wielkanocnych - wiosennego fragmentu niepublikowanej jeszcze, ostatniej części Kroniki KWW. Polecamy i zachęcamy do lektury całości.