Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Mnich

Postanowiłem odwiedzić Bukowinę, aby zebrać w tamtejszych górach okazy dębika ośmiopłatkowego, który jest od wielu lat obiektem moich zainteresowań naukowych. Ale nie tylko to. W okolicach Suczawy są przepiękne warowne monastyry. Zabytki kultury sakralnej niebywałej piękności. Chciałem choć kilka z nich zobaczyć, a przede wszystkim posłuchać mszy w wykonaniu mnichów. I z takim nastrojem oczekiwania na "zanurzenie się w świat duchowy ortodoksyjnych mnichów" wyruszyłem w podróż swoim samochodem. Choć miałem także takie przeświadczenie, że mogę wrócić bez samochodu. Taka obawa stale mi towarzyszyła - ale nie było wyjścia.
Zdecydowałem się na wyjazd w ciągu jednego dnia. Załatwiłem psie "papiery" dla Hańczy, zaliczkę na benzynę i kilka map Rumunii. Odnalazłem w swojej bibliotece książkę o sztuce Rumunii. I z duszą na ramieniu, a z drugiej strony z radością, że znowu jadę w góry, pojechałem przez Przełęcz Dukielską, Słowację, Węgry, aż w końcu zatrzymałem się na przełęczy Przysłop w Górach Rodniańskich. W Rumunii lało od 2 tygodni. Rzeki zbrązowiały od spływającej potokami ziemi, łąki były pozalewane, drogi pełne błota po kostki. Mokro, zimno, szaro. Nic nie widać. Na przełęczy widziałem tylko hotel i kawałek drogi. Następnego dnia, jadąc w deszczu, w końcu zdecydowałem się na wjechanie w boczną drogę we wsi Valea Putnei. I trafiłem w "dziesiątkę". Można było zostawić samochód u leśniczego. Załadowałem do plecaka żarcie i powiadomiłem leśniczego, że wieczorem wrócę. A on uśmiechnął się i powiedział mi, że tak wieczorem ale następnego dnia! W związku z tym doładowałem śpiwór, namiot i trochę żarcia na drugi dzień. I tak zaczęła się najpierw przeprawa przez drogi zalane błotem, zwłaszcza w miejscach gdzie pracowali drwale. Ziemia pocięta korytarzami błota, którymi spuszcza się pnie świerków ze stromych zboczy. Przejście przez taką drogę to średnia przyjemność. Przejście w deszczu! Po dwóch godzinach i Hańcza i ja byliśmy usmarowani błotem po kolana. Ale w końcu weszliśmy w las. I tu szybko zapomniałem o błocie, deszczu i obawach związanych z pozostawionym samochodem. Przejaśniło się. Nareszcie zobaczyłem cel swojej wycieczki, czyli Giumalau. Już byłem na grani zalesionego odrogu masywu i wydawało mi się, że za chwilę wejdę na połoniny. Pogubiłem jednak w lesie drogę i w końcu musiałem zejść stromym zboczem na dno innej nieznanej doliny. Tam na szczęście pracowali drwale i dostałem dokładną wskazówkę, gdzie jest Giumalau. Było jednak zbyt późno, i znowu zaczął padać deszcz. Rozbiłem namiot i razem z Hańczą staraliśmy się przetrwać całonocną ulewę. Teraz wiem, że nie należy rozbijać namiotu pod dużymi świerkami. Krople deszczu spadające z dużej wysokości są czymś w rodzaju tortury. Ich uderzenia w płótno namiotu ciągną się jeszcze długo, długo, choć deszcz już dawno przestał padać. Po raz pierwszy spałem w mokrym śpiworze.
Rano wokół mleko, widoczność na 10 metrów. Jak tu wyjść i odnaleźć Giumalau? A jednak po zjedzeniu śniadania mgły się podniosły i widoczność się poprawiła. Ruszyliśmy stromą ścieżką pod górę przedzierając się przez stary świerkowy las. Zimny prysznic z każdej gałązki, spodnie mokre od ziół i stopy ślizgające się na grząskim błocie. Ale to się da wytrzymać i pokonać. I wtedy właśnie zupełnie nieoczekiwanie dotarłem do pustelni. Na bardzo stromym zboczu, zarośniętym potężnymi świerkami stała pustelnia, a ściślej, była to ziemianka zbudowana z czarnych pni świerkowych, z dwoma okienkami, drzwiami, stryszkiem z płaskim dachem przykrytym półmetrową warstwą ziemi na której rosły trawy i zioła: była to najprawdziwsza łąka na dachu! Przed budyneczkiem malutki placyk z karmnikiem dla ptaków, zapasem drzewa, urządzeniem do mycia rąk, pniakiem do rąbania drzewa, kozłami i.... czaszką krowy. A nad tym wszystkim krzyż i potężne świerki. Ta pustelnia nie była na pokaz. Tu bardzo trudno trafić. Niestety nikogo nie było. Myślę, że dwa tygodnie nieustannego deszczu mogą wypłoszyć nawet bardzo zawziętego anachoretę. Jeszcze nie zdawałem sobie sprawy jakie znaczenie będzie dla mnie miało to "spotkanie". Jedno było pewne, ten ktoś był mi bliski przez to, że karmił ptaki, i nie szedł na odludzie na pokaz, tylko z potrzeby serca.

Pustelnia  foto:A.Chlebicki

A potem był cudowny stary świerkowy las... w deszczu oczywiście, potem połoniny Giumalau i w końcu sama piramida szczytowa ze skałami... kwaśnymi kwarcytami! I ani śladu dębika, który rośnie na wapieniach! Któryż to już raz przychodzi mi spotkać się z fiaskiem moich usiłowań.
Na chwilę odsłonił się sąsiedni masyw Rarau i tam było widać skały wapienne. Musiałem się zdecydować co robić. Dojście do Rarau zajmie około 4-5 godzin. Zatem dojdę do tego masywu o zmroku. Nie wrócę w związku z tym do samochodu. Odległość wzrośnie do 30 km. Żarcie na ukończeniu, mokry śpiwór i namiot, pies z cieczką... ale nie ma wyjścia, trzeba było iść. I rzeczywiście dotarłem przed zmrokiem do masywu Rarau, do tych skał, gdzie... nie było dębika! I tu przypomniał mi się list od Ani Pytel z Wrocławia, która napisała mi, że na samym Rarau nie znalazła dębika lecz na szczycie z krzyżem obok. Jedyny szczyt z krzyżem jaki zauważyłem to był właśnie Giumalau. Ponieważ zbocza tej góry były kwarcytowe, w związku z tym nie wszedłem na sam wierzchołek, bo i po co? A teraz zdałem sobie sprawę, że właśnie trzeba było tam wejść! Co za absurdalny zbieg okoliczności.

Rarau  foto:A. Chlebicki Zaczął lać deszcz, coś trzeba było zrobić. Na szczęście na Rarau jest schronisko. Zanocowaliśmy tam z psem. Całą noc się wierciłem z niepokoju: znowu fiasko z moich usiłowań, a tyle ryzyka, trudu i pieniędzy na to poszło. Rano wokół mleko, mowy nie było o tym aby można wrócić na Giumalau. A więc fiasko pewne! 300 metrów od schroniska znajdował się drugi zespół skał. W pełnym deszczu tuż przed wycofaniem się z gór poszedłem dla świętego spokoju sprawdzić i te skałki - i tam był dębik! Jaka to radość! Pozostało mi teraz te 30 km przejść w deszczu do samochodu. A co będzie, jeżeli tego samochodu nie będzie? Pies z cieczką, wszystko mokre, brak smyczy i kagańca, niemożebnie brudne ciuchy i buty. Jak tu wejść do pociągu w takim stanie? A poza tym trzeba te 30 km przejść. Ostatnie kilometry to już była prawdziwa mordęga i dla mnie i dla psa. Ostatnie 2 km pokonaliśmy w samochodzie mieszkańca Valea Putnei, który nas rozpoznał po drodze.
Mój samochód stał nienaruszony. Pełen żarcia, ciepłych, czystych ciuchów, płyt z muzyką i... kupioną wcześniej w przygodnym monastyrze ikoną ukrzyżowania, z Chrystusem na krzyżu, na czarnym tle. Była to bardzo znana średniowieczna ikona, którą kiedyś widziałem w Asyżu. Pozostawiłem ikonę na desce rozdzielczej samochodu, tak aby była widoczna dla każdego kto się do samochodu zbliży. Pozostawiłem ją jak strażnika. I teraz po powrocie spotkaliśmy się znowu. Ta taniutka reprodukcja stała się od tej chwili bardzo bliska i rzeczywiście zacząłem ją traktować jak stróża. Nie mogłem się doczekać chwili wyruszenia do monastyrów. Ostatnie pożegnania z leśnikami, jeszcze tylko kąpiel psa w potoku, krótki posiłek i w drogę. Mknąłem samochodem mijając rozświetlone miejscowości. Kilka razy zatrzymywałem się pytając ludzi o monastyr. Już w kompletnej ciemności mijałem cerkiew gdzie właśnie ktoś wychodził i na chwilę odsłoniły się drzwi, a stamtąd błysnęły w moją stronę złocenia ikon z wrót, cały ten świat monastyrski zapachniał mi, chciałem się nawet na chwilę zatrzymać i wejść do cerkwi, posłuchać mszy, ale przede mną był o wiele piękniejszy monastyr i wydawało mi się, że tam zdążę na mszę. Więc gnałem naprzód jak sto koni. I w końcu dojechałem. Zobaczyłem policjanta i mnicha. Zatrzymałem się i zapytałem się o monastyr. Policjant i mnich pokazali mi gdzie to jest, ale mnich po chwili wahania powiedział, że mi pokaże i wsiadł do auta. Pojechaliśmy do monastyru. I w tym momencie zaczęła się chyba jedna z najgorszych przygód w moim życiu. Jechaliśmy do wymarzonego przeze mnie monastyru. Po drodze zabraliśmy siostrę zakonną. Wjechaliśmy na dziedziniec. Chciałem nocować w samochodzie, ale mnich i siostra zaprowadzili mnie do pokoju w którym miałem spać. Nieskazitelna czystość pościeli, posadzek, dywanów i różnych materii była tak powalająca, że żartując poinformowałem gospodarzy, że mogę spać ale na podłodze i w śpiworze: jestem człowiekiem gór! I z gór wracam. Jestem brudny i zmęczony. Przeszedłem 30 km w deszczu i nic nie potrzebuję oprócz miejsca na samochód!
Jednak natychmiast zorganizowano dla mnie i dla mnicha posiłek w reprezentacyjnej jadalni. Przepych, czystość, porządek i doskonała organizacja w tym klasztorze był zdumiewający. Wszak to Rumunia! Podano do stołu, prawie jak na wystawnym przyjęciu, nie zapominając o serwetce na kolana. Styl podania, szkło, porcelana i sztućce, haftowane serwety itd. Wszystko to świadczyło o luksusie w jakim żyją gospodarze. A mnich posadził mnie naprzeciwko siebie i bezceremonialnie nalał mi duży puchar czerwonego wina i nałożył cały talerz "gołąbków" (każdy wielkości śliwki!). Jedliśmy przyglądając się sobie nawzajem. Był to młody człowiek z krótką brodą i kręconymi czarnymi włosami. Był wysoki, szybko się poruszał, dużo mówił i stale zwracał się do sióstr. Widocznie wydawał jakieś dyspozycje. Bo co chwilę jedna z sióstr przynosiła inne wiktuały. Kto to zje, pomyślałem? Kto to wypije?
Mój mnich już śmierdział alkoholem. Poczułem to wtedy gdy wsiadł do samochodu. Poczułem się nieswojo. Przyszła jakaś starsza siostra - Anastazja, jak się okazało - i coś ostro powiedziała do mnicha. Nie znam rumuńskiego. Ale na pewno było to coś nieprzyjemnego. Mnich wziął mnie pod rękę i zaprowadził mnie do mojego samochodu. Wsiedliśmy, chciał abyśmy pojechali. Dał mi do zrozumienia, że jedziemy gdzieś spać. Gdzie? Włączył magnetofon i puścił na cały głos rozrywkową muzykę. Ja ściszałem, a on z powrotem podkręcał gałkę. Nie dało się tego opanować. W końcu przestałem ściszać. Mnich otworzył okno i krzyczał coś do mijanych po drodze ludzi. Początkowo nie mogłem go zrozumieć, ale w końcu do moich uszu doleciało: Politia criminale! Mnich informował przygodnie spotykanych mieszkańców, że oto jedzie policja kryminalna, która ściga jakiegoś przestępcę. Zorientowałem się natychmiast, że mam do czynienia z kimś chorym. Ale czy naprawdę? Włos zjeżył mi się na głowie. Jechaliśmy wieś za wsią w stronę skąd właśnie przyjechałem. A tam po drodze jest hotel z 3 gwiazdkami i... dziewczynkami. Mnich zachowywał się tak, jakby wyrwał się z więzienia. Jechał poszaleć. Byłem bezbronny. Z ludźmi chorymi nie potrafię postępować. W końcu dojechaliśmy do jakiejś wsi i wysiedliśmy. Mnich ściągnął z siebie habit i cisnął go w kąt samochodu. Weszliśmy do knajpy! Odmówiłem picia trunków. Zaprowadził mnie do domu właściciela knajpy i pokazał łóżko, gdzie... będziemy razem spać! Uśmiechnąłem się szyderczo do niego i pokazałem mu, gdzie ja będę spał! Nie będę komentował tego zdarzenia. Mnich poprosił o kluczyki od samochodu i włączył znowu muzykę na cały regulator. Otworzył drzwi samochodu aby wszyscy słyszeli jak "on" gra!
Ale to nie było najgorsze. Zaczął coś majstrować przy samochodzie, włączył alarm i ten dźwięk bardzo go ucieszył. Bawił się alarmem jak mały chłopczyk samochodzikiem. Ale to był prawdziwy samochód! I w każdej chwili mógł przekręcić klucz i włączyć silnik! I co potem? Staranuje ogrodzenie i rozwali samochód? Na szczęście miałem włączony hamulec ręczny. Ale musiałem wrócić do samochodu i przez 2 godziny słuchać muzyki na pełny ful. Byłem już bliski rozpaczy. Jak się tego durnia pozbyć? Jak stąd uciec? Nie było wyjścia. Musiałem akceptować bieg wydarzeń. A to się dopiero zaczęło.
Teraz przerwę dalszy ciąg tego opowiadania. Miałem być na mszy w monastyrze. Wymarzonej mszy, w ciszy, harmonii ze światem i sobą. A mam spotkanie z...demonem?
Dlaczego nie zastałem pustelnika w pustelni, a "otrzymałem" spotkanie z tym zdemoralizowanym mnichem? Dlaczego, zamiast zobaczyć przepiękne ikony monastyru, zaserwowano mi ekskluzywne przyjęcie w ich pomieszczeniach domowych? Czyżbym zasługiwał tylko na takie spotkania? Czy to jest, jak to się mówi w języku religijnym, "dane mi przez Boga doświadczenie" - takie na jakie zasługuję? Takie myśli zaczęły mi przebiegać po głowie. A może to coś innego. Może właśnie ten człowiek stanął na mojej drodze nie bez powodu. I mam mu jakoś pomóc?
Położył swoje cuchnące nogi na pulpicie samochodu, puszczał bąki, odbijało mu się co chwila, śmierdział, był niedomyty. Pokazałem mu ikonę ukrzyżowania leżącą na pulpicie samochodu i powiedziałem mu, że Chrystus jest zawsze ze mną. Mnich chwycił ikonę i natychmiast ucałował! I mnie kazał zrobić to samo. To był dla mnie obrzydliwy moment. Wyczyściłem ją potem spirytusem po takim "pocałunku". Dla mnie to był świętokradczy pocałunek. Zorientowałem się, że sprawy religijne nie zainteresują mnicha. Był od nich bardzo daleko. Tańczył w takt muzyki J. M. Jarre'a i muzyki bukowińskiej. To było zdumiewające, że ludowa muzyka Bukowiny tak się podobała mnichowi. Zacząłem odczuwać nikłą sympatię do tego człowieka, skazanego na monastycyzm, na życie wbrew normalnemu życiu. Kto go do tego zmusił? Jaką rolę może pełnić tak zdemoralizowany mnich w ortodoksyjnym świecie? Realizacja marzeń rodzinnych? A może oczekiwanie zupełnie czegoś innego od życia w monastyrze. Może dla niego to jest awans społeczny, poczucie ważności, ale za jaką cenę? A może to rzeczywiście agent policji wpleciony w struktury kościelne? Z kim ja mam do czynienia? Czy to tylko psychicznie chory człowiek?
Mnich tańczył od czasu do czasu na podwórku tuż obok samochodu. A była to już 23 w nocy! Absurdalny obrazek: zabłocone wiejskie podwórko z psami w budach, złotawe Clio z ryczącą muzyką i tańczący mnich! Tego nawet w filmie się nie zobaczy! Musiałem pilnować drania, aby mi nie uruchomił samochodu. A był bardzo sprytny. Na szczęście kluczyki od samochodu udało mi się zabrać. Rano szybko wstałem i spakowałem się. A mnich czujnie śpiąc natychmiast się zerwał i zaniepokojony moim zachowaniem starał się mnie nakłonić do pozostania jeszcze 2 dni w tym miejscu. Mielibyśmy zwiedzać razem monastyry! Wszystko tylko nie to! Moja główną myślą było pozbyć się jak najszybciej tego człowieka! Ale jak to zrobić? Znowu poprosił o kluczyki i włączył muzykę na cały regulator. Potem sprytnie schował kluczyki i poszedł do domu. Tym razem i ja użyłem fortelu. Powiedziałem mnichowi, że trzeba otworzyć okno w samochodzie bo inaczej pies się udusi i poprosiłem o oddanie kluczyków. Oddał je! I o to mi chodziło. Więcej już kluczyków do ręki nie dostał. Zorientowałem się, że jednym ze sposobów na tego człowieka jest... zwykła asertywność! Trzeba było od samego początku nie zgadzać się! Po dwu godzinach zabiegów udało mi się w końcu zagnać mnicha do samochodu i ruszyliśmy. Chciałem go odwieźć do monastyru. Tymczasem mnich wskazuje mi drogę w przeciwnym kierunku! Pytam się go czy to w stronę monastyru? On oczywiście potwierdza. A ja jestem pewien, że nie. Zatrzymuję samochód, zawracam i pytam się przygodnego człowieka gdzie jest monastyr? Oczywiście miałem rację. Jedziemy dalej. Mnich znowu na jakiejś krzyżówce wskazuje mi palcem drogę. A ja znowu pytam się mieszkańca, gdzie jest monastyr? Okazuje się, że w odwrotnym kierunku. Mnich w końcu przestał mnie oszukiwać. Powiedział mi, że nie jedziemy do monastyru ale do Cimpulung Moldovenesc. Czyli w przeciwnym kierunku, tzn. w kierunku Polski. I tu zdałem sobie sprawę, że nie zobaczę cudownych ikon i monastyru. Bardzo przykra świadomość. Lepsze jednak to niż jego towarzystwo. Ruszyliśmy w stronę Cimpulung. Prawie całą drogę mnich jechał na stojąco, wysunięty przez otwarte okno stale coś wykrzykując do mijanych ludzi. Niektórzy stukali się w czoło na jego widok. Ale znaczna większość uniżenie się kłaniała. W końcu zatrzymała nas policja. I tu zorientowałem się, że mój mnich nie ma z policją nic wspólnego. Był bardzo potulny. Przynajmniej tyle mu się udało, że nie wlepiono mi mandatu za wiezienie pasażera w takiej pozycji. Mnich oprzytomniał, wyciągnął z kąta samochodu sutannę i czapkę. I w takim przebraniu zaczął się normalnie zachowywać. Odwiedziliśmy po drodze inny monastyr, który był dopiero w budowie. I tu kolejna odsłona życia mnichów od podszewki, od kuchni. Zastałem młodego mnicha przy wlewaniu wina do butelek po wodzie gazowanej. Był ubrany w dżinsy przykryte od góry fartuchem, długie włosy miał spięte gumką. Nie przerywał pracy w trakcie rozmowy. Traktował mojego mnicha jak natrętną muchę. Inny młody mnich pracował na działce. Najstarszy mnich palił ognisko pod saganem z wodą. Był gruby, z trudem chodził. Długie siwe kosmyki włosów właziły mu na przybrudzony habit i zaczerwienioną od ognia twarz. Z ciekawością obejrzałem mieszkanie starego mnicha. Dwie ściany od góry do dołu przykryte kiepskimi reprodukcjami ikon, skromne wyrko, stół z szufladami i szafa. Na pozostałych ścianach wisiały różne kapłańskie utensylia. Obejrzałem potem rusztowanie z dzwonem i deskę z drewnianymi kołatkami, potem cerkiew w budowie i budynek gospodarczy, gdzie staruszka gotowała strawę dla czterech mnichów i ich gości. Poczęstowała mnie serem ze śmietaną, mamałygą i fermentowanym napojem z... ziemniaków! Było to bardzo skromna kobieta, życzliwa i cicha. Budynek kuchenny miał coś w rodzaju ganku. Wewnątrz był murowany piec przykryty metalowymi płytami na których stały duże gary, drewniane półki wzdłuż ścian, sagany, gliniane dzbany i obok drewniany stół z ławami. Mnich, którego przywiozłem żarł co mu tylko podano. Potem w samochodzie bez żenady drapał się po jajach i puszczał bąki. Chciał abym mu pozwolił poprowadzić samochód. Nie zgodziłem się. Po chwili sam położył swoją rękę na kierownicy i jakby kierował samochodem. Potem... pocałował mnie w podzięce w rękę. Zmieszałem się wtedy bardzo. Odwiozłem go do Cimpulung. W końcu nastąpił moment pożegnania. Zatrzymaliśmy się. Czekałem aż sobie pójdzie, a on też czekał, aż ja się domyślę.... W końcu mi to powiedział...."daj mi dolary".
Po jego wyjściu pozostał smród i nieopisany bałagan. Pierwsze co zrobiłem to wyłączyłem ryczący magnetofon i otworzyłem okna. Zapach świerkowego lasu uprzytomnił mi, że już jest po wszystkim. Wracamy do Polski.


Andrzej Chlebicki