Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Pięć twarzy schroniska w Pięciu Stawach

Z każdym tatrzańskim schroniskiem łączą mnie dziesiątki wspomnień. Każde z nich też ma kilka twarzy. Najwięcej chyba ma ich w mej pamięci schronisko w Dolinie Pięciu Stawów.
Twarz pierwsza. Bez kłopotu dostajemy miejsca w pokoju. Ludzi prawie nie ma - przełom lipca i sierpnia. W sali pustawo. Wieczorem - msza. Ciemnożółte światło żarówek niczym światło świec. Podniosła atmosfera, tworząca poczucie wspólnoty, porównywalne tylko z niektórymi prawdziwymi harcerskimi ogniskami kończonymi w ciemności, nad dogasającym ogniskiem słowami: "Bratnie słowo sobie dajem...".
Druga twarz. Leje. Cały dzień jemy i śpiewamy. Po jedenastej pojawiają się pierwsi turyści. Mokrusieńcy. Jedni z Wodogrzmotów, inni - z worami - z Moka. Ludzie przychodzą, podsuszą się trochę, napiją się herbaty, zjedzą co nieco, przysiądą się, pogadają, ciężko westchną, że już trzeba iść - i już za chwilę przychodzą następni. Zmoknięci, weseli (bo już nie pod deszczem), spragnieni herbaty. A my jemy. Andrzej otworzył półtorakilogramową puszkę wołowiny (na trzech!). Do tego makaron, ogóreczki. I herbata za herbatą. Znów jemy, potem śpiewamy. Po południu - obawa, że nie starczy repertuaru. Ale są jeszcze piosenki słowackie, łemkowskie, ukraińskie, macedońskie... W kuchni już nam dali szarlotki za darmo, a my jemy, jemy, jemy. Ludzi przychodzi powoli coraz mniej, w schronisku coraz puściej, w końcu zostają już tylko ci, którzy nocują. Dzień minął. Pada dalej.
Trzecia twarz. A raczej - ta sama twarz z innej strony. 20 lipca, dzień płanetników. Leje od rana, my po kilkugodzinnej drodze z Murowańca. Mokre wszystko, łącznie z gitarą. A do schroniska nie można wejść. Po prostu nie można. Główna sala napakowana tymi, którzy już tam mieszkają, suchutcy, jedni bombią w brydża, inni śpiewają. Z sufitu zwieszają się mokre ciuchy, na wąskich półkach pod sufitem rzędy plecaków, między nimi jakiś agent leży na wystającej poza gzyms karimacie i czyta Stachurę. Ludzie i plecaki są wszędzie. Pod okapem schroniska (na zewnątrz) wisi klient w hamaku, na korytarzach rzędy plecaków, w kuchni buzuje kilkanaście maszynek, smród, jak z rury wydechowej. Wszechobecna agresja, będąca skutkiem przegęszczenia. Nasuwające się nieodparcie skojarzenie z pożerającymi się nawzajem lemingami. W tym wszystkim gość w kapciach i z fajeczką, sączący buteleczkę żywca, opowiadający głośno koledze o swych licznych przewagach wspinaczkowych.
Ten gość to pierwszy spotkany przeze mnie okaz występującego masowo w tym schronisku gatunku ludzi gór, jaki zwykliśmy nazywać lujarstwem. To schronisko stanowi ulubiony teren działalności wiary, która szpanowanie uważa za podstawowy element taternickiego etosu. Kto nocował w Pięciu Stawach, zapewne zwrócił uwagę na towarzystwo gnieżdżące się na podeście na pierwszym piętrze, przed wejściem na korytarz z pokojami. To jest tak zwana tratwa - nieregularnych kształtów podłoga wyłożona wykładziną, która stanowi najcenniejsze dla lujarstwa miejsce noclegowe. Najcenniejsze - bo tanie, a i widoczne - rozmów tam prowadzonych muszą wysłuchać wszyscy przechodzący. Nocne pijatyki, użeranie się z Krzeptowskimi, trawka, sępienie żarcia i pieniędzy, chamskie odzywki, przechwałki, jakie trudno usłyszeć gdzie indziej - oto cechy charakterystyczne tej formacji środowiskowej. Czy w ogóle chodzą po górach, czy się wspinają - trudno mi było ustalić. W każdym razie czas poświęcany na pilnowanie, by nikt nie zajął im miejsc na podłodze, skutecznie uniemożliwiał znacznej części z nich jakiekolwiek wyjście ze schroniska. To najmniej ciekawa twarz Pięciu Stawów, niestety, zachowana w wielu wspomnieniach.
Piąta twarz. Wieczór. Wróciliśmy z Dolinki za Mnichem, z ładnej wycieczki, pięknie zrobionej. Choć mamy pokój, lokujemy się przy stole w salce kominkowej. Ty, Dominik graj, my już ci wszystko przyniesiemy. Co robić na takie dictum? Po takiej drodze można śpiewać tylko najpiękniejsze, najmocniejsze kawałki. W mięśniach - zmęczenie, w duszy - radość, w żołądku - makaron z konserwą, w prawej ręce - kubek z herbatą, wokół - nieogolone pyski przyjaciół.


Dominik Księski