Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



O wyższości liny nad łańcuchem

Ukształtowany przez dziesięciolecia, a zwłaszcza przez lata 60 i 70 XX wieku, model turystyki tatrzańskiej nie służy dobrze ani turystom, ani górom i ich przyrodzie. Kilka pokoleń wczasowiczów i turystów zostało nauczonych i przekonanych, że każdy może wejść na każdą górę, może korzystać z każdego szlaku. To skutek kształtowania modelu tzw. turystyki masowej i jakkolwiek nie neguję samego pojęcia, to zupełnie je inaczej interpretuję. Nie przeceniając czynnika politycznego w umasawianiu turystyki, w tym górskiej, można stwierdzić że pęd do gór, do Tatr w szczególności jako do perły krajobrazu i narodowego dobra, był i jest czymś naturalnym. Są Tatry górami wyjątkowymi i nie ma co do tego wątpliwości. Sporo jednak szkody w świadomości ówczesnych turystów zrobiły rzeczywiście masowe imprezy turystyczne oparte na ideowym podłożu oraz upowszechnienie na masową skalę łatwo dostępnego wypoczynku w górach przy okazji korzystania z popularnych wczasów pracowniczych. Wszystko to spowodowało masowy napływ wczasowiczów, wycieczkowiczów i turystów w Tatry, które wkrótce zaczęły pękać w szwach. Jednocześnie nie prowadzono odpowiedniej turystycznej edukacji, myślę o skali masowej, bo właściwą pracę prowadzono i prowadzi się w środowiskach klubowych wśród turystów, których pasją stało się poznawanie gór i przebywanie w nich.
Pogląd, że każdy może wejść wszędzie zaowocował wkrótce masową eksploracją szlaków wysokogórskich. Przejście niektórych szlaków stanowiące przed II Wojną nobilitację turysty, świadczące o jego umiejętnościach i turystycznym wyrobieniu, stało się tym, czym jest przejście zakopiańskiego deptaka. W wysokie partie gór ruszyli wszyscy: szkolne wycieczki, zakonnice w habitach, zakładowe wycieczki w półbutach i w garniturach. To może nieco przesadzony obraz, ale i takich widoków nie brakowało i nadal nie brakuje pod Zawratem, czy na Rysach. Wiedząc, że wiele można zobaczyć na Orlej Perci i tak byłem zdumiony zobaczywszy kiedyś na Zmarzłej Przełączce Wyżnej kilka dziewcząt w bikini, obutych w sandały bez śladów obecności plecaków, czy obuwia turystycznego. Takie i podobne widoki potwierdzają jedynie błędne przekonanie setek tysięcy osób o łatwości szlaków i dostępności gór.
W sezonie letnim, bo na nim należy się skupić frekwencja na wysokogórskich szlakach w Tatrach często przekracza granice pojemności tych szlaków, często turyści podążają jeden za drugim tworząc zatory w trudniejszych miejscach, stwarzając zagrożenie bezpieczeństwa tak dla ludzi, jak i dla przyrody gór. Efektem są nieszczęśliwe wypadki wśród turystów, hałas i zaśmiecenie terenu i najbardziej widoczna erozja turystyczna. Tłok powoduje wymijanie się turystów obok szlaku co skutkuje naruszaniem głazowisk i piargów oraz spuszczaniem kamieni. Jest to codzienność na zboczach Świnicy, w Żlebie Kulczyńskiego, czy w żlebie pod Rysami. W węzłowych i widokowych miejscach gromadzą się turyści by odpocząć lub zjeść posiłek. Próbowano zapobiec zaśmiecaniu terenu, jednak działania takie, jak ustawianie koszy na śmieci np. na Zawracie nie tylko nie przyczyniają się do utrzymania czystości, ale wręcz powodują dodatkowe zaśmiecenie rejonu przełęczy. Bardzo wiele osób, by nie powiedzieć większość, nie ma zwyczaju znoszenia odpadków w doliny, stąd wszelkie opakowania, pojemniki i butelki zostają w górach - albo po prostu porzucone na szlaku, albo wciśnięte pod kamień albo w koszu lub najczęściej obok niego, ponieważ rzadko opróżniane kosze nie przyjmują już odpadków.
Trzeba stwierdzić, że do takiego stanu rzeczy niebezpiecznego dla turystów i dla gór przyczynia się budowa niektórych szlaków wysokogórskich. Problem ten prawie nie występuje po słowackiej stronie Tatr, gdzie bardzo ograniczony jest dostęp w wysokie partie gór, możliwy jedynie z wynajętym przewodnikiem. Taki model organizacji turystyki w górach na obszarach chronionych jest w Europie ewenementem i nie jest praktykowany chociażby w Alpach. Nie ma co ukrywać, że wielu turystów o wysokogórskich ambicjach i wspinaczy zwłaszcza z Polski i z Czech omija przepisy TANAP i realizuje swe górskie plany niezgodnie z obowiązującymi tam przepisami.
Sam przebieg szlaków w rejonie Doliny Gąsienicowej, Doliny 5 Stawów i w rejonie Morskiego Oka właściwie nie przyczynia się do ich masowej eksploatacji. Ową masowość powoduje p o z o r n i e ł a t w a d o s t ę p n o ś ć tych szlaków. Pozornie, ponieważ miejscami prowadzone są w trudnym dla przeciętnego turysty terenie, czym jednak nikt się nie zraża. Powszechna jest świadomość, bądź przekonanie że w tym terenie może poruszać się każdy ponieważ na szlaku są u b e z p i e c z e n i a. Tymczasem nie są to ubezpieczenia, jak czytamy w przewodnikach, folderach i na mapach, tylko s z t u c z n e u ł a t w i e n i a. Stosowane na tych szlakach łańcuchy są głównym elementem "uzbrojenia" szlaku. Do tego dochodzą drabinki i klamry. Takie wyposażenie szlaków przyjęto budując Orlą Perć i takie stosuje się na szlakach dojściowych, także na szlaku na Rysy, na Przełęcz pod Chłopkiem i w innych miejscach, także po stronie słowackiej. Ani klamry, ani ciągi łańcuchów nie są ubezpieczeniami, stalowe drabinki to też tylko element ułatwiający, a raczej umożliwiający pokonanie trudnego terenu. Dlatego nie można się dziwić ilości wypadków mających miejsce najczęściej w miejscach tzw. ubezpieczonych: ktoś pośliznął się na klamrze, komuś wyleciał z ręki oblodzony czy mokry łańcuch. Sposób korzystania z tych ułatwień stwarza zagrożenie w masowym ruchu na szlakach. Najprostszym przykładem są grupy ludzi trzymające się jednego łańcucha. Wystarczy, że ktoś poruszy mocniej łańcuchem, a już stwarza zagrożenie - inny nieprzygotowany na to turysta może zareagować nerwowo, może też wypuścić łańcuch z dłoni, często poruszany przez innych łańcuch przyciska dłoń turysty do skały, co skutkuje jej obrażeniami. W sezonie letnim na Orlej Perci przebywa codziennie nawet kilkaset osób, a powinno kilkadziesiąt. Takie są właściwe proporcje dla terenu i dla szlaku. W Alpach, nawet na bardzo popularnych szlakach nie spotyka się takich sytuacji, choć bywają w pewnych porach dnia, w niektórych miejscach zgromadzenia turystów. Nie jest to jednak stan ciągły, jak na Orlej Perci lub w drodze na Rysy.

W drodze na Czerwoną Ławkę  © S. Łukasik
Turystka "ciągnąca się po łańcuchach" na szlaku na Czerwoną Ławkę w Tatrach.

W Alpach, zwłaszcza w Dolomitach niezwykłą popularnością cieszą się wysokogórskie turystyczne szlaki wspinaczkowe, czyli "via ferraty". Dzięki nim wielu turystów ma możliwość bezpiecznego wspinania się wysoko w górach i w sposób naturalny dokonuje się selekcja turystów na szlakach. Upraszczając nieco można podzielić ruch turystyczny w Dolomitach na: wycieczki po drogach i ścieżkach w dolinach, wycieczki górskie w łatwym terenie, wycieczki wysokogórskie nie wymagające wspinania, wycieczki wysokogórskie z wykorzystaniem szlaków ubezpieczonych - "via ferrat" i częściowo ubezpieczonych "via normale". Szlaki są znakowane i odpowiednio przedstawione na mapach, przy czym w legendzie znajduje się krótka, ale wystarczająca charakterystyka szlaku np. szlak w całości znakowany , szlak częściowo znakowany - dla wspinaczy, szlak wspinaczkowy - via ferrata . Inaczej pokazano na mapach łatwe szlaki w dolinach, inaczej odcinki wyprowadzające na przełęcze, inaczej perci w terenie wysokogórskim. To zróżnicowanie powoduje zupełnie inną niż w naszych Tatrach strukturę ruchu turystycznego w górach. U nas na 100 osób wychodzących (lub wyjeżdżających kolejką) z Kuźnic na Halę Gąsienicową lub Kasprowy Wierch połowa idzie dalej i wyżej na Orlą Perć lub przez grań do Doliny 5 Stawów. Tam na 100 osób wychodzących z dolin (z pensjonatu, parkingu) 50 dochodzi tylko do najbliższego schroniska (co można porównać z dojściem do schroniska Murowaniec i do Czarnego Stawu na Hali Gąsienicowej), kolejnych 30 wychodzi na zwykłe szlaki wysokogórskie ( jak np. u nas z Hali Gąsienicowej przez Krzyżne do Dol. 5 Stawów), a co najwyżej 20 idzie na szlaki poprowadzone w trudnym terenie skalnym przez ściany, żleby i granie. Dość powiedzieć, że idąc via ferratą na Tofanę di Rozes można w ciągu dnia spotkać 10 - 30 osób, gdy tymczasem przez schronisko Giussani, ostatnie przed kopułą szczytową, przewija się kilkaset osób. Podobnie jest pod Civettą, pod Marmoladą, pod każdą z popularnych gór w Dolomitach. Nie jest to spowodowane żadnym przepisem administracyjnym i żadnym ograniczeniem wynikającym z przepisów ochrony przyrody. Wynika to jedynie z odpowiednich informacji na mapach i w przewodnikach i z właściwego rozumienia tych informacji przez turystów.
To powoduje że tak niewielu turystów, w stosunku do ogólnej ich liczby, idzie na trudne skalne szlaki. Po prostu wszyscy zainteresowani chodzeniem po górach wiedzą co to jest via ferrata . Kto chce tam iść odpowiednio się przygotowuje i to wszystko.
Jest via ferrata szlakiem poprowadzonym najczęściej w terenie eksponowanym, w ścianie lub po grani. Rozróżnia się v.f. łatwe, nieco trudne, trudne, bardzo trudne i skrajnie trudne. Stopień trudności zależy od ilości ubezpieczeń i od poziomu ekspozycji. Czasem wspinania nie ma wiele, ale szlak wiedzie terenem eksponowanym np. jest to długi trawers w ścianie, innym razem turystę czeka naprawdę duży wysiłek fizyczny i musi wykazać się niezłą techniką w naturalnej wspinaczce w skale przy pokonywaniu pionowych kominów lub przewieszonych fragmentów ściany. Głównym elementem v.f. jest lina stalowa zakotwiona sztywno w skale. Do tej liny turysta wpina się przy pomocy zestawu do autoasekuracji. Dzięki temu turysta ma pełną swobodę poruszania się po szlaku, może wspinać się w naturalny sposób, a nie tak, jak na tatrzańskich szlakach, gdzie turyści trzymają się sztucznych ułatwień. W razie poślizgnięcia lub utraty chwytu albo stopnia upadek w przepaść na odcinku ubezpieczonym v.f. jest w praktyce niemożliwy. Turysta co najwyżej może się trochę potłuc, nawet złamać nogę, ale nie zabić bo upadek zostanie zatrzymany przez przybory do autoasekuracji. Na v.f. także spotyka się sztuczne ułatwienia, ale występują sporadycznie i w ograniczonej formie. Wyjątkiem jest v.f. Merlone, którą wielu turystów omija, bo jest to ciąg drabin na 300 metrowej pionowej turni, a jej atrakcyjność polega na niesamowitej ekspozycji. Czasem są to tylko żelazne pręty wbite w skałę, rzadziej drabinki i klamry. Zawsze towarzyszy turyście stalowa lina.

W drodze przez amfiteatr Tofany  © J. Wysłouch
Na via ferracie w "amfiteatrze" Tofany.

Co innego na Orlej Perci. Turyści trzymają się łańcuchów - mokrych, rdzewiejących lub oblodzonych, wspinają się po klamrach i drabinkach bez żadnego zabezpieczenia. W tych warunkach k a ż d y przypadek ześlizgnięcia z klamry, czy utraty chwytu na łańcuchu kończy się upadkiem, najczęściej z tragicznym skutkiem. Nie ma też mowy o naturalnym wspinaniu po skale jeśli niemal wszyscy trzymają się "żelastwa". Na via ferracie nie ma praktycznie możliwości zejścia ze szlaku, zabłądzenia, tak jak dzieje się dość często na Orlej Perci, gdzie wydeptano sporo "wariancików" omijających ostrze grani, lub wyprowadzających na grań. Dość często mniej uważni turyści, zwłaszcza przy ograniczonej widoczności błądzą zapuszczając się w coraz trudniejszy teren i komplikując swoje położenie. Na v.f. turysta idzie bądź wspina się wzdłuż ubezpieczeń, nikt normalny nie zbacza ze szlaku, zresztą prawie nie zdarzają się skróty czy warianty. Ma to zasadniczy wpływ na otoczenie szlaku. To że nikt nie wydeptuje wspomnianych skrótów lub obejść skutecznie zapobiega erozji turystycznej, zaś odpowiedni sprzęt, budowa i przebieg szlaku zapobiega wypadkom. Wymogi stawiane turystom przez tego typu szlaki w praktyce eliminują wszystkich tych nieprzygotowanych, którzy w tatrzańskich warunkach poruszają się po szlakach wysokogórskich. Tam po prostu nie można poruszać się inaczej jak z odpowiednim sprzętem i umiejętnościami. Zatem nie administracyjne nakazy lub zakazy, nie żadne przepisy tylko charakter szlaku dokonuje selekcji turystów i w naturalny sposób rozprowadza ich po górach tak, że nie nawet duża ich ilość nie powoduje spustoszeń w terenie.
W połowie lat 90-tych była szansa takiego przemodelowania Orlej Perci oraz towarzyszących jej szlaków dojściowych, by spowodować radykalne, ale i naturalne ograniczenie ilości turystów na terenie między Świnicą a Krzyżnem. Podjęto remont Orlej Perci trwający wiele lat, pochłaniający wiele wysiłku i środków finansowych. W jego efekcie nie osiągnięto żadnego z założonych celów, choć po prawdzie jedynym celem była wymiana starych tzw. ubezpieczeń na nowe. Mówię o tym ze sceptycyzmem ponieważ w wielu przypadkach nowe skoble z łańcuchami wypadały ze skały co stanowiło dodatkowe niebezpieczeństwo, dopiero kolejne prace i kolejne wydatki wyeliminowały niedoróbki. Przed remontem środowisko wspinaczy i turystów postulowało przebudowe wspomnianych szlaków na szlak typu via ferrata. Uzyskanoby także podniesienie poziomu bezpieczeństwa turystów, a niewielka korekta przebiegu szlaku spowodowałaby znaczne ograniczenie erozji turystycznej bowiem w terenie skalnym niemal zawsze istnieje możliwość takiego poprowadzenia szlaku, by biegł po skale, bez konieczności przemieszczania bloków skalnych, przekopywania ścieżek i układania sztucznych stopni lub chodników. Ówczesna dyrekcja TPN odrzuciła ten wniosek, przy czym rozważano następujące rozwiązania organizacji ruchu turystycznego w rejonie Orlej Perci: po pierwsze całkowite zamknięcie Perci i demontaż ówczesnych "ubezpieczeń", po drugie dopuszczenie ograniczonego ruchu wyłącznie z  przewodnikami z licencją TPN, po trzecie dopuszczenie ruchu na dotychczasowych zasadach po gruntownym remoncie nawierzchni szlaków i tzw. ubezpieczeń. Sposób remontu uzasadniano brakiem tradycji budowy i korzystania ze szlaków typu via ferrata w Tatrach. Argumentowano, że nasi turyści nie posiadają odpowiednich przyborów do autoasekuracji i szlak musi być powszechnie dostępny, albo.....wcale. Tak wylano dziecko z kąpielą i zmarnowano niepowtarzalną szansę prawdziwej modernizacji szlaku. W rezultacie zamiast kilkudziesięciu osób dziennie przez Perć i  szlaki dojściowe przewija się osób kilkaset, nie podniesiono poziomu bezpieczeństwa szlaku, stare zagrożenia powodowane tłokiem w miejscach szczególnie trudnych pozostały. Pozostał hałas, pozostała możliwość wydeptywania skrótów i błądzenia - niekoniecznie we mgle. Tu wspomnę zdarzenie, kiedy to z przygodnym turystą wyprowadzałem czeską turystkę z górnych partii Żlebu Drege'a , która znalazła się kilkanaście metrów nad przepaścią schodząc śladem wydeptanej ścieżki. Muszę podkreślić, że via ferraty w Dolomitach i podobne szlaki w innych częściach Alp także są powszechnie dostępne, o czym już wspominałem i nikt nikomu nie zabrania po nich chodzić. Argumentacja o konieczności powszechnego dostępu jest zupełnie chybiona. Czym innym jest powszechny dostęp, którego nikt nie zabrania, a czym innym dostępność terenu górskiego. Gospodarze terenu nie zrozumieli istoty szlaku typu via ferrata . Argument o braku odpowiedniego wyposażenia naszych turystów także nie jest do przyjęcia, przecież nikt nawet na Zachodzie nie rodzi się w uprzęży i z karabinkiem. Każdy turysta przygotowuje się odpowiednio do przejścia jakiegoś szlaku, nawet zwykłej beskidzkiej ścieżki, zatem także do chodzenia, wspinania się po via ferracie można się przygotować. Biorąc pod uwagę wszystkie elementy wyposażenia turysty górskiego i związane z nimi wydatki zakup zestawu do autoasekuracji nie jest szczególnie uciążliwy, nie przekracza kwoty wydanej na przeciętnej klasy górskie buty, choć można wydać także więcej pieniędzy. Przypuszczam więc, że grono osób chcących świadomie korzystać z tatrzańskich szlaków przebudowanych na wzór via ferraty szybko rozrosłoby się, ale do rozmiarów rozsądnych, natomiast zmalałaby ilość osób idących w góry bez przygotowania, by nie powiedzieć przypadkowo, a jest ich bardzo dużo. Skoro w krajach alpejskich świadomość odpowiedniego wyposażenia w górach jest powszechna wśród turystów, to również nasi turyści wzorem innych uzupełniliby wymagany ekwipunek. W każdym razie nie jest to kwestia braku dostępu do sprzętu i wysokich cen, jest to wyłącznie kwestia informacji i świadomości.
Jakie jeszcze korzyści można osiągnąć zamieniając luźne łańcuchy na stalowe poręczówki? Przy jednoczesnym znacznym ograniczeniu ruchu i selekcji turystów takie szlaki przyciągnęłyby turystów z Europy Zachodniej, którzy chcieliby poznać coś nowego po doświadczeniach alpejskich. Dziś jedynie dziwią się, będąc w Tatrach, jak można iść w skałę bez sprzętu, skąd tu tyle ludzi, dlaczego połowa jest w nieodpowiednim obuwiu, nieodpowiednim ubraniu, a wszyscy są bez jakiegokolwiek zabezpieczenia - taka polska ułańska szarża z szabelką na armaty. Orla Perć przypominająca via ferraty może być jedynym wysokogórskim szlakiem długodystansowym na północ od Alp, szlaki dojściowe i inne szlaki np. na Rysy nieco przemodelowane byłyby równie atrakcyjne, a przede wszystkim dużo bardziej bezpieczne. Odpowiednia informacja o takich szlakach dostępna turystom poza Polską byłaby dobrą zachętą do odwiedzin Podhala, Zakopanego i Tatr. Podobne działania po słowackiej stronie gór wyeliminowałyby tzw. dziką eksplorację gór przez wielu turystów, choć oczywiście spadłoby zainteresowanie usługami przewodników, którzy i tak nie cieszą się dużym wzięciem.
Czy szansa właściwego i prawidłowego remontu - przebudowy tatrzańskich szlaków wysokogórskich została całkowicie zaprzepaszczona? Chyba nie, a biorąc pod uwagę jakość wykonanych prac i tłok w górach wydaje się, że już wkrótce trzeba będzie je poprawiać. I trzeba będzie to zrobić tak, by uzyskać stan pożądany dla bezpieczeństwa turystów, atrakcyjności szlaków i bezpieczeństwa przyrody gór. Powie ktoś - a za co?, skąd brać środki na wykonanie prac. Trzeba powiązać turystykę górską z systemem ubezpieczeń od wypadków, wówczas towarzystwa asekuracyjne mogą sponsorować odpowiednie prace. To dotychczas nierozwiązany problem, a rozwiązanie jest proste i także leży w świadomości rzesz turystów. Wystarczy, że powszechną będzie wiedza o konieczności ubezpieczania się przed wyjazdem w góry, tak jak robią to turyści w Austrii, Włoszech, w Niemczech. Tam nikt nikogo nie zmusza do wykupienia ubezpieczenia, wystarczy świadomość, że za ewentualną akcje ratunkową turysta będzie musiał zapłacić z własnej kieszeni.
Stoi przed środowiskami turystów i miłośników Tatr problem do rozwiązania. Można go rozwiązać wzorując się na przykładach z krajów alpejskich. Nie trzeba niczego niszczyć, nie trzeba niczego zabraniać, mnożyć przepisów i reglamentować dostęp do gór, kwestie techniczne leżą w zasięgu możliwości gospodarzy terenu. Potrzeba jednak chęci i zrozumienia proponowanych powyżej rozwiązań z jednej strony oraz informacji i edukacji środowisk turystycznych z drugiej. Obecny kształt Orlej Perci i podobnych jej szlaków nie może być uzasadniany tradycją, jak robiono to w roku 96. Już jako anegdotkę przytoczę wrażenia turystów, jeszcze ze Związku Radzieckiego, którzy tak opowiadali na łamach jednego z polskich pism turystycznych o Orlej Perci: "a wysoko w  górach spotkaliśmy łańcuchy, które prawie przed stu laty rozwiesili troskliwi mnisi". Może jest to atrakcja, jak dla turysty z Zachodu widok rolnika orzącego pole z pomocą konia, ale z bezpieczeństwem turystów i górskiej przyrody niewiele ma to wspólnego. Najwyższy czas to zmienić i choć raz skorzystać z pozytywnych wzorców urządzania gór, zamiast ulegać lobby narciarskiemu i reprezentantom tzw. przemysłu turystycznego budującym kolejki linowe wywożące w góry wielotysięczną liczbę pseudoturystów.

Juliusz Wysłouch
Bystra 27.06.2003.