Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Dwa Kaski

Mieliśmy się spotkać na peronie w Katowicach. Pociąg z Pragi spóźnił się ponad godzinę. Pobyt na brudnym peronie nie należał do przyjemności. I właśnie w takiej scenerii, wśród namolnych alkoholików, podejrzanych panienek i patroli policji przyszło nam się spotkać. Pojechaliśmy pociągiem do Moskwy. Odwiedziliśmy muzeum paleontologiczne z zadziwiającymi kolekcjami kopalnych zwierząt. Ten dawny, intrygujący świat był jakby wprowadzeniem do tego co nas czekało na Ałtaju. Wieczorem wsiedliśmy do pociągu jadącego do Nowosybirska. Byłem dwa razy starszy od Markety, i to dawało mi powód do nieustannych kpin. Zacząłem "małej" Markecie opowiadać bajeczki na dobranoc. Od razu pojawił się nieuchwytny nastrój wzajemnej akceptacji. Dobrze czuliśmy się w swoim towarzystwie. Używaliśmy w rozmowach trzech języków: polskiego, angielskiego i czeskiego. Potem pozostały już tylko dwa: czeski i polski. Stale byliśmy zaskakiwani przez nieoczekiwane zdarzenia.
Straciliśmy cały dzień w Nowosybirsku usiłując zdobyć rejestrację paszportów. Bezskutecznie. Pojechaliśmy wieczorem pociągiem do Bijska a potem taksówkami do Gornoałtajska i Czibitu. Wysiedliśmy koło rozwalającego się mostu na Czui. Padało. Taksówka odjechała. Byliśmy w górach, na słynnym Czujskim Trakcie. Przeszliśmy przez drewniany most. Drugi most był mocno uszkodzony. Były to właściwie jedynie rozpięte stalowe liny i tylko gdzieniegdzie zachowały się deski. Trzeba było nogi przesuwać po dolnej linie a ręce po górnej. Było dotkliwie zimno i mokro. Dłonie drętwiały na śliskich i zimnych linach. W dole pod nogami huczała wściekle Czuja. To były pierwsze emocje. Patrząc na przechodzącą po linach Marketę wstrzymałem oddech..... wystarczyło się poślizgnąć....Potem był trzeci most....w jeszcze gorszym stanie. Przejście po klekoczących deskach położonych luźno na szczątkach mostu. Przeszliśmy.

Ałtaj - torfowiska © Andrzej Chlebicki
Ałtaj - torfowiska © Andrzej Chlebicki

O Wielorybie

Wieloryb był baaaardzo duży. Miał szeroki ogon, krągły brzuszek i duże oczy z powiekami. Wypłynął z głębin oceanu i unosił się na fali. Spał. Miał zamknięte oczy. A na jego powiekach były zaczarowane plaże. Trzy piękne dziewczyny wygrzewały się w słońcu na takiej wielorybiej "plaży". Jedna z nich zobaczyła dziwnego ptaka. Leciał wysoko. Z rozpostartych skrzydeł zwisały w dół długie złote nici. Każda taka nić to było ludzkie życie. Ale dziewczyna o tym nie wiedziała. Jedne nici były długie inne krótkie. Złote nici przesuwały się po plaży i oceanie. Dziewczyna załapała jedną z nici i zaczęła się po niej wspinać do góry. I wtedy zaczęła się robić coraz młodsza i młodsza, w końcu stała się dzieckiem i wtedy ze strachu zeszła na dół, i znowu stała się dziewczyną jak dawniej. Zrozumiała. Koniec tej nici znikał w wodzie oceanu. Jak długa jest moja nić, pomyślała. Nagle wieloryb się zbudził. Otworzył oczy i wszystko znikło.

Wieczorem byliśmy tak zmęczeni całodziennych marszem z plecakami, że po posiłku i szybkim umyciu się natychmiast zasnęliśmy. Rano trzeba było doczekać się słońca, aż stopi lód na ściankach namiotu. A potem śniadanie. Mieliśmy dużo produktów. Początkowo mogliśmy sobie pozwolić na wybrzydzanie. Zabrałem ze sobą nawet małą patelnię. Smażyliśmy na niej rydze, placki z mąki i  sojowe kotlety. To było duże urozmaicenie. Marketa zabrała ze sobą marchewki. Chrupanie było słychać każdego wieczoru. Ja natomiast jadłem leśne jagody.
Przejście przez cudowny syberyjski las, pełen starych modrzewi i rosochatych limb z gałęziami oblepionymi żółtawymi porostami, brodaczkami (Usnea). Ich zwiewna struktura widoczna na tle nieba, informowała nas o tym, że jest tu czyste powietrze. A w runie lasu rosły krwistoczerwone borówki, błękitne łochynie (Vaccinium uliginosum) i brunatne porzeczki (Ribes nigra). Wszystko to wyrastało na grubym, uginającym się pod nogami kożuchu mchów. Tyle zapachów i kolorów, tyle finezyjnego piękna w urzeźbieniu kory modrzewi a wyżej świeża, niemal wiosenna zieleń ich zwiewnych koron. W tym tak pięknym lesie czuliśmy się jak małe dzieci. Biegające po pniach burunduki, przypominające nasze wiewiórki pojawiały się dosłownie wszędzie. Jak w bajce. Na brzozach rosnących na przełęczach wisiały wstążki. Białe brzozy były uważane przez tubylców za święte. Wstążki tak jak porosty falowały na wietrze....Przystrojone drzewa świadczyły o tym, że dawne szamańskie tradycje zostały zachowane. Tubylcy mieli nieco szczęścia. W północnym Tien Szaniu tubylców już nie ma, góry są puste, osamotnione.

Dawne szamańskie tradycje zostały zachowane... © Andrzej Chlebicki
Dawne szamańskie tradycje zostały zachowane... © Andrzej Chlebicki

Przecież jesień wiruje nade mną
A nad tobą schyłek wiosny ledwo...


Tym razem doszliśmy do pięknej starej limby o potężnych korzeniach-ramionach wpijających się w ziemię. Można było na nich wygodnie usiąść. Limba osłaniała nas od deszczu. Siedzieliśmy na jej konarze odczuwając nieuchwytną przychylność limby nad nami, pewien rodzaj szczęścia, którego nie da się nazwać ludzkim językiem.
Jak zwykle pod koniec każdego wieczoru opowiadałem bajeczkę. Druga bajeczka była bardzo gorzka. Raczej nie dla dzieci. Między naszymi śpiworami leżały plecaki. Po bajeczce następowało sakramentalne "dobranoc" i szybkie muśnięcie dłonią po włosach "grzecznego dziecka".

Szawliński potok © Andrzej Chlebicki
Brzeg Szawlińskiego potoku © Andrzej Chlebicki


O Nietoperzach

Nietoperze mieszkały w szklanych kulach. Kule były zawieszone pod sufitem. Latały. Próbowały dolecieć do siebie. Tłukły skrzydłami po szklanej kuli starając się znaleźć najmniejsza dziurę aby się wydostać. Ale kule były szczelne i twarde. Nietoperze opadały z sił, spadały na dno kuli i patrząc na siebie przez szklane ściany powoli zdychały samotnie. Każdy z nich w swojej własnej kuli...

Zbliżaliśmy się do górnej granicy lasu. Wieczorem rozpaliliśmy ognisko. Magia tańczących płomieni, ognia i ciepła. Wokół prastary las i huczący potok a nad nami rozgwieżdżone niebo. Noce było coraz zimniejsze. Doszliśmy do wielkiego górskiego torfowiska. Widok zupełnie nieoczekiwany. Dziesiątki małych i dużych jezior obramowanych kolorowymi pasami roślinności. Rude płaty torfowców poprzetykane białymi wzgórkami porostów (Cladonia cucullata, Thamnolia vermicularis) i jasną zielenią wierzb (Salix myrsynites, Salix reticulata). Wszędzie małe oczka wodne i szemrzące strumienie. Nogi grzęzły w gąbczastej masie mchów. Co chwilę podrywały się pardwy, na jeziorach gnieździły się pomarańczowe kazarki i biegusy. Ten bogaty świat przyciągał naszą uwagę już od wielu miesięcy. Właśnie tutaj spodziewaliśmy się najciekawszych rzeczy. I nie pomyliliśmy się. Znalazłem także dębika, roślinę (Dryas), która od lat jest głównym celem moich ekspedycji. Dwie ostatnie ekspedycje w Tien Szan okazały się bezowocne pod tym względem.
Pracowaliśmy oddzielnie. Wracaliśmy do namiotu późnym wieczorem, zmęczeni i zadowoleni z wyników pracy. Wspólne gotowanie posiłków, uroczysty sposób spożywania, zawsze blisko siebie by nie tracić ciepła, zawsze z życzeniami. Potem bajeczka, długie rozmowy i sen. W końcu trzeba było opuścić torfowisko i przenieść się jeszcze wyżej na alpejskie łąki pod lodowcami. Powoli posuwaliśmy się wzdłuż potoku aż dotarliśmy do lasów limbowych nad Jeziorem Szawlińskim. Kąpiel w jeziorze zasilanym wodą z lodowców to trochę masochistyczna "przyjemność". Ale potem jak człowiekowi gorąco! I jaki sen przyjemny. Czasem tak długo szliśmy, że umycie się było problemem nie do pokonania. Nie przeszkadzał nam zapach naszego własnego potu. A raczej Markecie nie przeszkadzał mój zapach. To dość ważna okoliczność. W czasie moich zimowych wypraw umycie się było zawsze problemem. Także pranie bielizny. Rzadko która dziewczyna jest w stanie zaakceptować tak ciężkie warunki. A więc czasem śmierdzieliśmy paskudnie. Jak pojawiało się słońce myliśmy się w potokach lub jeziorach. Tylko ten kto zaznał takich warunków wie co to znaczy umyć się w czystej wodzie. I jakie to cudowne uczucie być czystym.

Szawlińskie jezioro © Andrzej Chlebicki
Szawlińskie jezioro © Andrzej Chlebicki


O Sośnie i Dzięciołku

Rosła piękna sosna na brzegu rzeki. Jej rudy pień wystrzelał wysoko w niebo, a gąszcz gałęzi skrywał niejedno gniazdo. Zielony dzięciołek przylatywał każdego dnia i biegał po pniu wyłapując owady. Każdego roku sosna była coraz piękniejsza. Szumiała gałęziami, jej pień był coraz wyższy, wysmukły i zdrowy. Po dziesięciu latach dzięciołek nie przyleciał wiosną do sosny. Złapali go w sieci ptasznicy w dalekiej Italii. Od tego czasu sosna rosła samotna. Z żalu szumiała gałęziami, wsłuchiwała się w odgłosy lasu czekając na wesołe stukanie dzięciołka. Ale dzięciołek nie wracał. Sosna powoli zaczęła chorować, traciła gałęzie, przestała kwitnąć, korniki zniszczyły jej piękny pień. Aż któregoś dnia w czasie silnej wichury sosna upadła na ziemię. Nie ma już ani dzięciołka ani sosny, ale czasem w lesie słychać delikatne stukanie a wtedy zaczynają szumieć gałęzie....

Mieliśmy dużo szczęścia. Nikt nas nie okradł, nie mieliśmy problemów z policją ani tubylcami. Może z jednym wyjątkiem. Młody Ałtajec na koniu próbował nastraszyć mnie swoim karabinem. Chciał w ten sposób wymusić na mnie podarowanie noża. Zareagowałem śmiechem. Spotkaliśmy bardzo życzliwych naukowców z Petersburga i Moskwy. Okazało się, że mamy wspólnych znajomych, mieli przy sobie klucz do oznaczania roślin. Pomogli nam oznaczyć niektóre sity.
Ścieżka w lesie po deszczu zamieniała się w koryto pełne brunatnego błota. Konie przemierzające trasę wydeptały drugą ścieżkę, z której czasem dało się korzystać.
Zaczęliśmy wykorzystywać do potraw miejscowe zioła. Na początku były to listki porzeczki (Ribes nigrum), używaliśmy także cebulek dzikich czosnków i szczypioru (Alium schoenoprassum), liści szczawióru alpejskiego (Oxyria digyna) a nawet ogonków liści rabarbaru, wykorzystywaliśmy niektóre grzyby.
W końcu doszliśmy do Górnego Jeziora Szawlińskiego. Postanowiliśmy rozbić namiot jak najbliżej lodowców. Tuż za jeziorem był niewielki płaski teren porośnięty modrzewiami, dalej były już tylko strome, kamieniste zbocza moren. Przeszedłem po przerzuconym przez potok pniu i na drugim brzegu zobaczyłem dwa alpinistyczne, czerwone kaski. Domyśliłem się, że alpiniści są gdzieś na grani. Miejsca było dużo. Ale ani śladu namiotu...Coś mi tu nie pasowało. Dwa kaski były trochę od siebie oddalone. Jeden był zawieszony na ściętym pniu modrzewia na którym ktoś wyrzeźbił twarz, drugi leżał na olbrzymiej kłodzie limby a obok kasku leżały rękawice na małe ręce. Rozglądałem się po polanie nieco zaskoczony. Aż w końcu znalazłem dwa zdjęcia w plastikowych etui, zabezpieczające je przed deszczem. Leżały oparte u podstawy pnia modrzewia. Było to zdjęcie młodej dziewczyny o miękkich rysach i nachmurzonego chłopaka. To były ich kaski. A te małe rękawice należały do dziewczyny... Zginęli w tym roku na grani.

Kaski © Andrzej Chlebicki
Kaski © Andrzej Chlebicki

Zaczął padać deszcz. Marketa jeszcze była na drugim brzegu jeziora. Zbliżała się burza. Zaczęły walić pioruny. Rozbiłem szybko namiot i ruszyłem pędem w jej stronę. Zejście z stromego zbocza po śliskich kamieniach to nic dobrego. Spotkaliśmy się na szczycie wzgórza. Wkrótce przemoczeni dotarliśmy do namiotu. Pokazałem Markecie jakich mamy "sąsiadów". Uznaliśmy to za ważne zdarzenie. Stale myśleliśmy o tym chłopaku i dziewczynie. Taka łączność z nimi uczyniła góry jakby bliższe, jakby bardziej nasze. To paradoksalne. Te dwa czerwone kaski. I cudowne góry nad nimi o poetycznych nazwach: Krasawica, Bajka, Marzenie.

Skazka © Andrzej Chlebicki
Bajka © Andrzej Chlebicki

Krasawica © Andrzej Chlebicki
Krasawica © Andrzej Chlebicki

Każdego dnia przychodziły grupy alpinistów. Każdego dnia inna. Zawsze mieli gitary i śpiewali do późnej nocy. Gwar życia górskiego. Salwy śmiechu i piski opalonych dziewczyn słychać było z każdego namiotu. Ten świat nas żywych i ta dwójka już po drugiej stronie życia. Świat prawdziwy, bez złudzeń. Co jakiś czas ktoś z alpinistów podnosił zdjęcia i przyglądał się obu postaciom.
Dobrze wiedziałem jak kruche jest życie. Marketa też intuicyjnie to wyczuwała. Co się wtedy dzieje między kobietą i mężczyzną. Jak silne więzi powstają, bynajmniej nie seksualne. To zupełnie coś innego. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, zauroczeni samym faktem że żyjemy. To zdarzenie zapisywało się w nas....Kolejna grupa alpinistów ruszyła w góry.
A my i burunduki zostaliśmy w obozowisku. W końcu i my ruszyliśmy na lodowce. Uruchomiłem całą swoją wiedzę glacjologiczną, rozpoznawałem jeziorka marginalne, moreny boczne, morenę recesyjną, potoki warkoczowe, wrota lodowca i seraki. Szliśmy powoli pod górę po burym cielsku bocznych moren. Kamienie sypały się spod nóg. Pod nimi bulgotała woda. Pod koniec dnia doszliśmy do najwyższej części lodowca. Tabliczka czekolady, zdjęcia i szybki marsz w dół. Zaczęło się robić coraz ciemniej. Wróciliśmy późno. Jak smakuje herbata po takim dniu!

Czoło lodowca © Andrzej Chlebicki
Czoło lodowca © Andrzej Chlebicki


O Wężu, Jeziorze i Grażynie

Grażyna była piękną dziewczyną. Miała dwóch starszych braci. Każdego dnia wieczorem przychodziła się kąpać do pięknego szmaragdowego jeziora. Kładła swoje ubranie na piasku i wchodziła nago do jeziora. Wracała śpiewając wesołe piosenki. W głębokich wodach szmaragdowego jeziora był zamek wodnego króla węży. Król miał syna, który czasem wypływał na brzeg jeziora. Któregoś wieczoru młody wąż zobaczył piękną Grażynę i od razu się w niej zakochał. Nie chciał jej spłoszyć. Chował się za kamieniami. Któregoś jednak dnia postanowił się ujawnić. Po wyjściu z wody zamienił się w pięknego chłopca. Grażyna zobaczywszy pięknego chłopca speszyła się bardzo i szybko się ubrała. Ale nie uciekła. Od tego czasu spotykali się każdego dnia wieczorem i długo rozmawiali ze sobą. Bracia zauważyli, że od jakiegoś czasu ich siostra dość późno wraca z jeziora. Zamknęli ją w izbie na klucz i sami poszli nad jezioro zobaczyć co też tam się dzieje. Wieczorem ujrzeli dużego węża w wodzie. Zabili go kijami. Woda w całym jeziorze zrobiła się czerwona. A wężowe łuski rozsypały się po dnie jeziora. Król węży zobaczywszy, że zabito mu syna zamienił braci w dwa wielkie głazy. Grażyna przyszła następnego dnia. Wąż nie przyszedł na spotkanie. Widząc czerwoną toń domyśliła się. Jej serce zamarło z przerażenia. Poprosiła króla węży aby ją zamienił w sosnę. I od tej pory samotna sosna rośnie nad szmaragdowym jeziorem, stoi z opuszczonymi gałęziami i patrzy na szmaragdową toń, na łuski-płaskie kamienie rozsypane na dnie, a po drugiej stronie jeziora stoją dwa zwaliste głazy.

Nasz szczyt © Andrzej Chlebicki
Nasz szczyt © Andrzej Chlebicki

Następnego dnia poszliśmy jeszcze wyżej na stożkowaty szczyt naprzeciw Bajki. Z tego miejsca były wspaniałe widoki na lodowce i śnieżne granie. Skały były mocno spękane. Trzeba było uważać aby nie polecieć razem ze skałą w dół. Na gliniastym stromym zboczu znaleźliśmy mnóstwo wysokich, niemal gigantycznych czosnków. Wykopywaliśmy je pracowicie. Słońce świeciło. Było ciepło i przytulnie. Góry były dla nas wyjątkowo przychylne. Alpejska roślinność na skałach powyżej lodowców jest zazwyczaj ograniczona do małych, niskich kęp. A tymczasem czosnki były wysokie, o tęgich, sztywnych liściach. W Tien Szaniu na tej wysokości występuje Saussurea involucrata. To również, wyjątkowo wysoka roślina jak na alpejskie warunki surowych turni. Być może efekt szklarniowy ma znaczenie również i w przypadku tych czosnków. Byliśmy pochłonięci pracą, dopiero czarne chmury zbierające się w dolinie zmusiły nas do ewakuacji. Zejście w dół, ostatnie zejście w dół. Świadomość konieczności wyjazdu z gór wzbudza we mnie coś w rodzaju wewnętrznego protestu. Staram się zatrzymać w pamięci jak najwięcej szczegółów. Zaczynam podnosić kamienie, przyglądam się korzeniom, staram się zapamiętać szmer strumyka, głosy pardw. Nawet ciężki plecak, jest symbolem szczęścia. Jeszcze jest się w górach, jeszcze plecy grzeją się o tkaninę plecaka. Jeszcze kilka nocy w namiocie i zawrotny kalejdoskop powrotnej podróży. Chciałoby się opóźnić biegnący nieubłaganie czas, ale to niemożliwe.
Przepakowaliśmy swoje rzeczy i następnego dnia ruszyliśmy w dół jeziora. Po raz ostatni podniosłem dwa zdjęcia i położyłem pod modrzewiem. Przeszliśmy przez rumowiska, potem las i stromy brzeg dolnego jeziora. Po dwudniowym, forsownym marszu wróciliśmy do torfowiska. Pozostaliśmy tu jeszcze dwa dni. Wykąpaliśmy się w jeziorze, wypraliśmy brudne koszule i bieliznę. Świadomość powrotu do cywilizacji nie była zbyt wesoła. Trzeba było jak najsprawniej przedostać się przez Rosję i przetransportować materiały naukowe. Byliśmy przygotowani na różne niemiłe przygody. A tymczasem spotykani ludzie przychodzili nam z pomocą na każdym kroku. Taka dobra passa trwała aż do końca. Tak jakby jakiś dobry aniołek czuwał nad nami. A może to Ci co zginęli w górach?.....Wróciliśmy.

Andrzej Chlebicki

EPILOG

W październiku 2003 roku trzęsienie ziemi zniszczyło drogi i setki domów na Czujskim Trakcie. Zaczęło się 1 października. Zarejestrowano 200 wstrząsów od 3,5 - 8,5 stopni w skali Richtera. 1889 domów uległo zniszczeniu, 25 szkół, 16 szpitali i drogi dojazdowe. Epicentrum znajdowało się w rejonie Koszagaczu, niedaleko granicy z Mongolią. W Czibicie, 3 kilometry od Koszagaczu jest szkoła (była?). W tym czasie, gdy tam byłem właśnie była remontowana. Wiem, że 3 października przyjechały tam ciężarówki z pierwszą pomocą. Wszystkim, którzy chcieliby pomóc mieszkańcom Ałtaju podaję adres nauczycielki ze szkoły w Czibicie, z którą można kontaktować się w tej sprawie:
Kugalo Galina Ilinichne,
649744
Republika Altai, Ulaganskij raion
Chibit.

W październiku 2003 roku trzęsienie ziemi zniszczyło drogi i setki domów na Czujskim Trakcie... © Andrzej Chlebicki
W październiku 2003 roku trzęsienie ziemi zniszczyło drogi i setki domów na Czujskim Trakcie... © Andrzej Chlebicki

W październiku 2003 roku trzęsienie ziemi zniszczyło drogi i setki domów na Czujskim Trakcie... © Andrzej Chlebicki
W październiku 2003 roku trzęsienie ziemi zniszczyło drogi i setki domów na Czujskim Trakcie... © Andrzej Chlebicki

Ałtajka © Andrzej Chlebicki
Ałtajka © Andrzej Chlebicki