Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Pierwszy na linie (3)

Roger Frison-Roche

(fragmenty - część trzecia)

[W góry wyruszyła ośmioosobowa wyprawa, mająca na celu ściągnięcie zwłok Jeana Servettaz spod szczytu Aiguille de Dru. Pierwsza próba (rozpoczynająca obecny odcinek) zakończyła się wycofaniem wspinaczy. Tego wieczora, w schronie Charpoua do grupy dotarł Pierre Servettaz z Rudym (ten ostatni nie wziął już udziału w akcji na ścianie Dru).]

Ośmiu mężczyzn związało się liną w piętnastometrowych odstępach, nawijając przez pierś kilka dodatkowych zwojów liny. Potem, założywszy rękawice i kominiarki, wyszli gęsiego linę trzymając starannie zwiniętą w lewej ręce, a prawą opierając na czekanie. Przy świetle latarni wspięli się stromą ostrogą Charpoua, brnąc w śniegu powyżej kolan; na szczęście torowanie było łatwe, ponieważ leżał sypki i lekki śnieg. Mróz szczypał mocno. W miarę jak posuwali się do przodu, ogromne ściany cyrku rysowały się coraz wyraźniej w ustępującej nocy. Poblask świtu zaznaczał już siną czapę Aiguille Verte. Długa, biała smuga - kuluar Mummery'ego - łączyła szczyt z górnym kotłem lodowca, dzieląc tę masę cieni na dwoje.
Bardzo szybko znaleźli się na szczycie ostrogi. Stąd, przetrawersowali poziomo u podstawy olbrzymiej ściany Dru, w momencie gdy w górze jej skały nabierały powoli bladoróżowej barwy. Tu na dole, zimno zdawało się akumulować i przewodnicy mogli oddychać tylko poprzez podciągnięte aż na wysokość oczu kominiarki; przez wełnę przenikała lodowata mgiełka, osiadająca w postaci szronu. Brwi mieli pozlepiane a mróz kąsał wściekle te fragmenty twarzy, które odważyli się wystawić na powietrze.
- Gorzej niż w zimie! - klął Maxime Vouilloz - nie ma siły, żebyśmy dotarli wyżej. - Postanowiliśmy dojść do skał - zauważył Boule.
Co dziesięć minut zespoły zmieniały się w torowaniu długiego śladu w śniegu. Należało bardzo uważać, ponieważ szczeliny były zakryte grubymi ale delikatnymi mostkami śnieżnymi. Raz, Jacques a Batioret zapadł się obydwoma nogami, przebił warstwę śniegu i na łokciach tylko utrzymał się ponad niezmierzoną, niebieskawą próżnią. Na jego przekleństwa Boule, który uważał całe zajście za dość zabawne, roześmiał się i nie mógł się powstrzymać od żartu:
- Opuszczasz nas, Jacques? - Jednak równocześnie, dla złagodzenia dowcipu, szybko przeskoczył dziurę, chwycił towarzysza i wyciągnął z przykrego położenia.
Wspinaczka skałami była wyjątkowo trudna. Poprzedniego dnia śnieg topniał; kamień lśnił teraz jak szkło - a trzeba było pokonać wysoką, granitową płytę, kompletnie pokrytą lodem. Maxime przystawił się do niej z zapałem, wirując czekanem, odbijając ogromne płaty lodu; reszta bez słowa posuwała się za nim. Stanęli na pierwszej półce ściany i odpoczywając naradzali się.
- Iść dalej to szaleństwo - mruknął Paul Mouny. Wszyscy się z nim zgadzali, ale Michel (najmłodszy) błagał:
- Dojdźmy przynajmniej do Epaule. Jak będziemy się zmieniać na prowadzeniu, to pójdzie bez problemu!
- Cicho siedź, smarkaczu - przerwał mu sucho Maxime Vouilloz. - powiesz swoje zdanie, jak cię zapytają. Ja jestem odpowiedzialny za wyprawę, tak? A więc oświadczam, że trzeba zawrócić. Nie jest nawet pewne, czy jutro będziemy mogli pójść!
- A jeśli pojutrze wróci niepogoda - podsunął Boule - można powiedzieć, że z Dru będzie koniec w tym roku. Jednak Maxime ma rację; iść dalej to czyste szaleństwo.
- Poczekajmy, zobaczymy jak będzie dzisiaj grzało w skałach; czasami jeden podmuch południowego wiatru i wszystko jest w porządku.
- Jeżeli wracamy, to nie ma co zwlekać; marzniemy na darmo. Chodźmy szybko, do schroniska! Zostawimy stałą linę przy zejściu przez płytę, przyda się jutro.
Paul Mouny oczyścił młotkiem występ skalny i przymocował solidnie dwudziestometrową linę. Ześlizgnęli się szybko aż do lodowca i weszli na ślad podejścia. Godzinę później byli z powrotem w schronisku, otrzepywali zaśnieżone ochraniacze, i wzniecali ogień w piecu.

* * *

Trzy zespoły szły do góry szybko. Na ich widok wydawałoby się, że to całkiem zwykła wspinaczka. Tymczasem była ona bardzo niebezpieczna i wrażenie łatwości sprawiała tylko dzięki całej zręczności i technice wspinaczy. (...) W miarę, jak się wznosili, trudności wzrastały. Na szczęście, ciepłe tchnienia foehnu rozmiękczały śnieg, a im pozwalały rozgrzewać się na platformach pomiędzy dwoma trudnymi wyciągami.

© M. Ronikier
© M. Ronikier

Za każdym razem powtarzały się te same manewry: oczyścić z lodu szczeliny, wgryźć się w skałę, czasami wykuwać w żywym lodzie małe wgłębienia dla rąk i nóg.
- Przecież tu już nie ma w ogóle skały! - pomrukiwał Boule - prawdziwa wyprawa zimowa.
- Poczekaj, jeszcze nie widzieliśmy wszystkiego, dopiero się zaczyna... Psiakrew, co za warunki! - klął Jacques.
Dotarli do podstawy wielkiego, bardzo wysokiego komina tak szczelnie wypełnionego lodem, że wszystkich naszły wątpliwości. Tylko Pierre Servettaz, w uniesieniu walki, chciał pójść na pierwszego, jednak Boule zatrzymał go gestem:
- Zostaw, teraz moja kolej.
Boule nie powiedział tego, co pomyślał - że ten kawałek był zbyt niebezpieczny, żeby puścić Pierre'a. Mały, gruby człowieczek zaatakował komin. Wznosił się powoli, sprawiając wrażenie że nie rusza się z miejsca, ale wciąż niezauważalnie zyskując na wysokości. Wspinając się starannie sprawdzał chwyty, wyważał każdy gest unikając wszelkich zbędnych ruchów. Z góry dobiegały jego głośno wypowiadane do siebie uwagi:
- No, staruszku... lód coś cienkawy... No nieźle, przecież tu nie ma chwytów; trzymaj się Boule, trzymaj się... O, dziadkowie, co za robota!
W samym środku zatrzymał się pod oblodzonym wybrzuszeniem skalnym i, nie spuszczając wzroku z górnych partii komina, rzucił:
- Obawiam się, że dalej nie puści... Musicie mi jakoś podać młotek, może wyrąbując chwyty...
- Poczekaj - powiedział Fernand - idę!
Przyczepiwszy sobie do paska młotek, dwa karabinki i hak, Fernand ruszył w górę. Mimo, że komin był już częściowo przygotowany przez cierpliwą robotę Boule'a, zaskoczyło go ogromne nagromadzenie trudności. Wspinając się dawał upust swojemu podziwowi.
- Jak tutaj przeszedłeś? Diabelny Boule, psiakość! I jeszcze sobie żartuje! O, cholera! - krzyknął, na wpół zaklinowany w kominie - przecież tu jest zupełnie gładko, wszystko oblodzone... Hej, tam na dole, asekurujcie... Tu się ledwo da przejść...
- Banda wariatów... Złaźcie! - wrzasnął Paul Mouny.
- Tak, schodźcie! - nakazał Jacques ŕ Batioret - warunki są zbyt ciężkie, pospadacie na mordy!
W górze, pod swoją przewieszką, Boule podśmiechiwał się ciągle, ale już trochę bardziej nerwowo. Zaklinował w szczelinie jedno kolano i ramię; wisząc tak męczył się coraz wyraźniej. Doglądał wspinającego się Fernanda, jednak obaj mężczyźni nie mogli na razie w żaden sposób pomóc sobie nawzajem.
- Pośpiesz się, Fernand... pośpiesz się... łapie mnie skurcz... - wycedził Boule półgłosem.
- Trzymaj się, dochodzę... trzymaj się dobrze.
Boule czuł, że palce ześlizgują mu się niezauważalnie z chwytu; skurczone mięśnie spinały się boleśnie. - Szybciej... - wysapał z trudem.
W dole, pozostali obserwowali z niepokojem tę bezsensowną walkę wspinaczy z górą. Patrzyli bez słowa, świadomi swojej bezsilności.
- Przecież to jest wariactwo... Jak dałeś radę tędy przejść? - wołał dysząc Fernand - Psiakrew, myślałem że jestem dobry, ale nigdy, słyszysz, nigdy bym tego nie przeszedł.
- Nie gadaj, bo się zadyszysz...
W ostatnim wysiłku wydźwignął się pod nogi Boule'a. Był już najwyższy czas.
- Zaklinuj się szybko - wyrzucił z siebie głucho Boule - Sekunda wystarczy, ale... szybko, złapał mnie skurcz w ramieniu, muszę zmienić pozycję, bo puszczę...
Fernand zaklinował się w szczelinie i Boule mógł stanąć na ramionach kolegi. Wydał długie westchnienie ulgi, jego twarz się rozluźniła i z powrotem stała się jowialna. Już zapomniał o całym niebezpieczeństwie, ekspozycji i myślał tylko o tym, jak przejść dalej.
- Mówiłeś o tym kawałku - stwierdził wybuchając śmiechem - a sam widzisz, że gdybyś nie przyszedł to bym nieźle poleciał. Podaj mi młotek i haka.
Powoli, wyważonymi ruchami, uważając, aby nie naruszyć równowagi kruchej piramidy, Fernand przekazał mu sprzęt.
- Musisz wytrzymać do chwili, aż wbiję hak - poinformował Boule.
- Dawaj!
Dyskutowali tak w tej nieprawdopodobnej pozycji, jakby siedzieli rozparci w fotelach. Boule odpoczął na ramionach Fernanda. Gwoździe jego butów boleśnie wbijały się w ciało kolegi, który wytrzymywał ciężar bez drgnięcia. Tylko żyły na jego szyi z każdą sekundą nabrzmiewały coraz bardziej wskutek ogromnego wysiłku. Nie dawał jednak nic po sobie poznać i tylko od czasu do czasu rzucał cicho, tak aby pozostali nie spostrzegli niczego:
- Pospiesz się, Boule... jesteś ciężki.
Jedną ręką Boule wsadził hak do niewielkiej szczeliny, po czym wbił go uderzeniami młotka aż po kolucho. Szybko wpiął karabinek i przełożył linę.
- Wybierzcie linę! - nakazał kolegom na dole. Teraz był bezpieczny.
Fernand podciągnął ręką, a potem zębami, kawałek swojej liny i podał Boule'owi, który wpiął ją również do karabinka. Nie mogli powstrzymać długiego westchnienia ulgi. W dole Paul Mouny i Jacques ŕ Batioret, ciągle pod wrażeniem tych zmagań, z których dramatyzmu dobrze sobie zdawali sprawę, zaczęli krzyczeć:
- Wystarczy już! Schodźcie... dosyć ryzyka...
Pierre Servettaz nerwowo obserwował te manewry i nie mógł się powstrzymać od pytania, aż nazbyt jasno zdradzającego jego myśli:
- Dacie radę przejść?
- Spróbujemy...
Fernand Lourtier wykonał bardzo śmiały manewr. Wspiął się po mocno uczepionym haka i wtulonym w skałę towarzyszu i zdołał stanąć mu na ramionach. Wykonał tę akrobację niesłychanie wolno, koncentrując się na tym, aby nie wyrwać zaklinowanego w kominie Boule'a. Gdyby ten puścił lub zachwiał się przez ułamek sekundy, oznaczałoby to upadek. Boule z niezwykłym stoicyzmem znosił ciężar kolegi i ucisk jego podkutych butów. Był w stanie nawet dowcipkować, mimo że jego okrągła, duża głowa była dosłownie wciśnięta w ramiona.
- No, staruszku... to chyba przesada. Nie zdjąłeś raków? Masz mnie za fakira...
Fernand, gdy tylko znalazł się na ramionach przyjaciela, nie tracił czasu; musiał działać szybko i postawić wszystko na jedną kartę. Wyrąbał ostrożnie małe chwyty w lodzie pokrywającym dno komina, po czym opuścił swoją żywą podporę, zresztą ku jej wielkiej uldze. Boule miał wrażenie, że momentalnie urósł z dziesięć centymetrów. Fernand wznosił się z największą ostrożnością. Najmniejsze obsunięcie mogło mieć fatalne skutki. Po kilku metrach miał za sobą oblodzoną przewieszkę i mógł wspinać się swobodniej.

© M. Ronikier
© M. Ronikier

W końcu stanął na górnej półce. Był u kresu sił i nie miał czucia w palcach, zesztywniałych wskutek kontaktu z lodem; przed odpoczynkiem, wybrał linę łączącą go z Boule'm i zaasekurował dojście towarzysza.
Usiedli na niewielkiej platformie, z nogami dyndającymi ponad potężną przepaścią.
- Co o tym powiesz? - rzucił Boule.
- Jeżeli wyżej jest podobnie, nie przejdziemy.
(...) Aby iść dalej, trzeba było pokonać płytę o nachyleniu jakichś 70 stopni, w górze całkowicie pokrytą lodem i twardym śniegiem.
- Powiedziałbym, że płyta jest nie do przejścia - stwierdził Boule - a o tym co dalej, wolę nawet nie myśleć. Trzeba dać znać reszcie.
- Hej tam, na dole! - wrzasnął Fernand - Dalej jest coraz gorzej, Nie damy rady!
- Pozwólcie mi chociaż dojść do was - błagał Pierre.
Boule zamocował zjazdówkę i spuścił do towarzyszy. Po kolei docierali do górnej platformy, gdzie zawiązało się coś w rodzaju narady wojennej. Jacques ŕ Batioret, jako nastarszy, doradzał ostrożność.
- Zrobiliśmy wszystko, co się dało. Obaj, Boule i Fernand, bardzo ryzykowaliście, żeby przejść ten kawałek. A wyżej jest gorzej. Więc chyba wystarczy? Pierre, nie miej żalu, twój ojciec nigdy by się nie zgodził, żebyśmy szli dalej... mam rację?
(...) Nastąpiło długie milczenie, zakłocane tylko kanonadą kamieni, wytapianych przez foehn w kuluarze Aiguille Verte.
- Macie rację, to wy zrobiliście wszystko. Ale teraz moja kolej - odpowiedział Pierre - To mój ojciec; ja powinienem iść go szukać i się narażać. Przejdę płytę, zobaczycie że się uda.
Stanął na wąskiej półce i, ściskając nerwowo zwoje liny w ręce, zlustrował płytę jak zapaśnik stający przed przeciwnikiem.
- Pierre, daj spokój - krzyknęli wszyscy.
Ale Servettaz rzucił się naprzód jak szaleniec. Michel miał ledwo czas na sklarowanie liny, aby się nie splątała. Pierre już zaatakował trudności i żadna siła nie byłaby w stanie go powstrzymać. Prawdę mówiąc, zaskoczył ich wszystkich. Nigdy nie widzieli, żeby ktoś wspinał się tak śmiało i zarazem z tak doskonałą techniką. Wspinacz wykorzystywał najmniejsze występy, aby oprzeć na nich gwóźdź buta; podciągał się na jednym palcu, wspinał się z precyzją docierając w ten sposób na skraj oblodzenia.
- Uważaj, Pierre, uważaj. Dochodzisz do lodu! - krzyknął Paul.
- Doskonały wspinacz, naprawdę! Doskonały wspinacz - mruczał do siebie Jacques ŕ Batioret - Można by pomyśleć, że to jego ojciec gdy miał trzydzieści lat.
Doszedłszy do krytycznego miejsca, Pierre zatrzymał się i zwrócił na dół z prośbą:
- Boule, przyślij mi młotek lodowy, to wygląda zupełnie jak pancerz lodu na skale.
Boule podał mu za pośrednictwem liny lekki, stalowy czekan. Wówczas stali się świadkami nieprawdopodobnej roboty. Pierre wyrąbywał końcem czekana w warstewce lodu malutkie zagłębienia… Dźwięk był głuchy i wszyscy wstrzymywali oddech przekonani, że przy silniejszym uderzeniu cała skorupa lodu się oderwie.
- Delikatnie, Pierre, delikatnie. To wszystko poleci... dźwięczy głucho - błagał Boule - wyjedziesz razem z płytą.
- Utrzyma - krzyknął Pierre z pasją.
(...) Przez godzinę Pierre rąbał tak bez odpoczynku, niewrażliwy na ekspozycję i zimno, atakujące jego palce. Dziesięć minut zabierało mu delikatne wyrzeźbienie jednego chwytu. Wreszcie zniknął kolegom z oczu, jakby połknięty przez ścianę. Lina zaczęła uciekać bardzo szybko, po czym znieruchomiała. Usłyszeli triumfalny krzyk:
- Gotowe!
A po kilku minutach:
- Możecie iść!
Znów lina przecięła powietrze i pozostali, pokonani tym niezwykłym uporem, posłusznie przygotowywali się aby do niego dotrzeć. Pierwszy przybył Fernand.
- Piękna robota, Pierre, twój ojciec byłby dumny... Naprawdę piękna robota, nikt z nas by tego nie przeszedł.
Ale Pierre już obserwował dalszą drogę.

* * *

A dalsza droga nie wyglądała zachęcająco. Przewieszkę w rysie pokrywały lodowe nawisy. Lód lśnił na chwytach; skała wyglądała jakby była pokryta niebieskawym szkłem. Nagromadzenie trudności na najbliższych dwudziestu metrach wywołałoby ciarki u najodważniejszych. I faktycznie, pozostali zadrżeli obserwując Pierre'a, przemyśliwującego nad sposobem pokonania dalszej drogi. Nie śmieli jednak nic mu powiedzieć dobrze czując, że żadna siła nie jest w stanie go zatrzymać. (...)
Rysa była bardzo wąska i przewieszała się nad olbrzymią przepaścią. Pierre już atakował pasaż. Słychać było zgrzyt gwoździ jego butów na granicie, wpadający w ciągłe pobrzękiwanie przypiętego do pasa pęku haków i karabinków. Pokonał tak, za cenę ogromnego wysiłku, jakieś piętnaście metrów wysokości. (...)
- Widzisz hak, Pierre? - krzyknął Fernand.
- Jest dwa metry ode mnie, całkiem pokryty lodem. Trzeba będzie go oczyścić młotkiem. (...)
Pierre szedł dalej z zapamiętaniem. Za każdym podciągnięciem zyskiwał kilka centymetrów wysokości, ale palce ześlizgały się z oblodzonych chwytów i zsuwał się z powrotem w dół. Każdy następny wysiłek kosztował coraz więcej trudu. Klinował się w szczelinie przywierając do skały, dysząc głośno, wciąż z tym przeklętym, przyspieszonym, męczącym biciem serca. "Trzeba iść, trzeba iść - powtarzał sobie - jak dojdziesz do haka, jesteś uratowany". (...) Cała jego wola, cała energia skoncentrowane były na jednym celu: wejść, dotrzeć do zwłok ojca i znieść je na dół. (...)
Wysunął się ze szczeliny, przesunął ciało na zewnątrz i zyskał w ten sposób metr wysokości. Pogładził śliską wypukłość, utworzoną przez lód wokół haka; spróbował rozbić ją paznokciami, jednak nie dał rady. Musiał użyć młotka. Zachowując równowagę na jednym gwoździu buta, przywierając do ściany, i powolutku puszczając jeden chwyt opuścił rękę wzdłuż ciała. Palce próbowały namacać zamek karabinka, na którym przy pasie wisiał młotek. Nagle poczuł, że noga na której spoczywał ciężar ciała wpadła w nerwowe drżenie spowodowane zmęczeniem. Wykonał gwałtowny ruch, próbując odnaleźć opuszczony chwyt, ale już odpadał. Jego palce zsunęły się po granicie nie znajdując zaczepienia i Pierre poleciał w tył nie wydając nawet krzyku.
W ostatnim odruchu wykonał w powietrzu niebezpieczne salto i rozłożył ręce. Szeroko rozwartymi oczami wyraźnie zauważył skamieniałych z przerażenia kolegów skupionych na małej półce i objął ostatnim spojrzeniem monstrualną czeluść, w której zaraz miał się roztrzaskać. Zdawało mu się, że jego upadek trwał wieki. Nie bał się, myślał tylko ze zdziwieniem: "A więc zaraz zginę". (...)Uderzył w ścianę na zaśnieżonej półce, co złagodziło szok. Spadł na równe nogi, wyprężone jak żelazne sztaby, jak kot którego ciśnięto w powietrze. Ciało jednak skurczyło się w kłębek i odskoczyło w przepaść.(cdn.)

tłumaczył: Michał Ronikier