Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Partner

"Partnera się nie zostawia, nawet jeśli jest już tylko bryłą lodu"
Wawrzyniec Żuławski
Zginął w Alpach, wierny maksymie którą głosił, szukając kolegi który był już tylko bryłą lodu.

Najlepiej jeśli naszym partnerem od liny jest mężczyzna, nieco gorzej gdy jest nim kobieta. Słuszność tej obiegowej opinii, opiera się na fizycznej przewadze mężczyzn. Ale w górach nie tyle siła się liczy, ile upór i wola walki, a te zależą najbardziej od determinacji i pewnych cech charakteru. Wiele jest czynników wpływających na powodzenie wyprawy, na siłę zespołu. Z pewnością bardzo pomocne jest wzajemne rozumienie się, jak też i jednakowy stosunek do gór i do przedsiębranych celów.
W każdym bądź razie, góry są szczególną areną (jeśli by rozpatrywać je w kategoriach sportowych), a ludzie zdobywający najwyższe wierzchołki, przechodzący najbardziej lite ściany, są z reguły indywidualistami, lecz swoją budową fizyczną nie przypominają oni w najmniejszym stopniu gladiatorów. Stąd nie należy z założenia umiejscawiać dziewczyn na straconej pozycji, gdy idzie o owo najwyższe górskie partnerstwo - wspólne związanie się liną.

Przekonałem się o tym kiedy poznałem Jurka. Jakkolwiek lubię samotność w górach i cenię sobie samotne przebywanie wśród tatrzańskich ustroni, to jednak mam wiele takich górskich celów, które znacznie łatwiej byłoby realizować z partnerem, zwłaszcza gdy idzie o bezpieczeństwo i zminimalizowanie ryzyka trudnych dróg.
Trafiłem w miesięczniku "Góry" na ogłoszenie, w którym facet ze sprzętem szukał osoby do wspólnych wypraw, zwłaszcza graniowych i zimą. Pomyślałem, że może trafię na osobę z którą będę mógł zrealizować kilka swoich zimowych projektów.
Spotkałem się z Jurkiem w autobusie jadącym do Zakopanego. Z Kuźnic wyruszyliśmy w stronę Kościelca, po drodze rozmawiając o tym co dla nas obu miało mieć kluczowe znaczenie, czyli o wzajemnym stosunku do gór i partnerstwa na linie.
Moją uwagę zwróciły pewne nieścisłości, w tym co Jerzy pisał a mówił. Jego wiek był różny od podawanego, nie miał pełnego wyposażenia, a jedynie linę statyczną, którą można używać do zjazdów, nie do asekuracji prowadzącego i nie w zimie. Jednak mój nowy kolega nie był niczym skonfundowany, przebijała przez niego wielka pewność siebie i  przekonanie o nieograniczonych możliwościach jakie w nim tkwią. Nie bał się niczego, Tatry stanowiły dla niego krótkie preludium w podboju Alp i Himalajów, używanie liny było dla niego pewnym kolorytem wspinania, a nie sprawą bezpieczeństwa. Nawet gotów byłem mu przyznać rację, gdy mówił jak to kiedyś ludzie wspinali się przy pomocy konopnej liny, jednakże mój rozwinięty egoizm i umiłowanie życia, nie pozwalały mi zbyt łatwo przystanąć, na eksperymenty z życiem i śmiercią. W postawie i zachowaniu Jerzego uderzał chaos, niezorganizowanie i sprzeczności. Starałem się na to patrzyć pozytywnie, nawet myślałem w pewnych momentach, że jestem człowiekiem starej daty, zwykłym zgredem, który jest zbyt pedantyczny, zbytnio zachowawczy i nieufny, że nie ma we mnie ikry młodości, która pcha młodzież ku najtrudniejszym celom, bez zawracania głowy szczegółami, bez oglądania się na trudności i przeszkody.
Jurek też swoiście traktował partnerstwo, uważał mianowicie, iż nie ma nic złego w rozstawaniu się w trakcie wyprawy, kiedy ktoś na przykład nie czuje się na siłach iść przyjętą wcześniej trasą; uważał, że to nic takiego zostawić partnera w górach, że to normalne, kiedy jeden kontynuuje plan, a drugi wraca. Usiłowałem bronić zasad, które wypracowywały pokolenia ludzi gór, których łamanie kończyło się wielokrotnie śmiercią. Mój kolega lekceważył to, uznając że przesadzam, zbyt serio traktując wymysły stetryczałych dziadygów. Zwątpiłem w nasze partnerstwo, w to żeby ten człowiek mógł być dobrym towarzyszem w górach, do tego takim, na którym można polegać.
W tym buńczucznym tonie i zdobywczym nastawieniem do każdego widzialnego wierzchołka, Jerzy zaproponował natychmiastowe żywcowanie (przejście bez asekuracji) grani Kościelca. Nie przystałem na propozycję, bardziej z zaskoczenia, niż z braku ochoty; mój adwersarz zachowywał się jak ktoś, dla kogo takie rzeczy są niczym spacer wokół schroniska. Poczułem się stary i zupełnie nie przystający do modernistycznego traktowania dróg taternickich, które dla naszych praojców wspinaczki w Tatrach były swoistym chrztem bojowym i przedstawiały się jako niemałe wyzwanie. Mimo zaczepnej postawy nowego kolegi, nie doszliśmy na szczyt zwykłą drogą, bo jak mi zakomunikował, był właśnie po jakiejś chorobie. To mnie zastanowiło, wówczas jeszcze nie dość mocno.
Ten pierwszy kontakt z pretendentem do partnerstwa w górach wywołał we mnie mieszane uczucia Z jednej strony, nowo poznany człowiek sprawiał wrażenie zbyt nerwowego, bardzo niespokojnego jak na osobę, która powinna charakteryzować się zimną krwią; ponadto wyczuwałem w jego postawie jakąś pozę. Z drugiej strony zarzucałem sobie brak otwartości, wyciąganie zbyt daleko idących wniosków nie potwierdzonych faktami, ale też niedorównywanie własnymi siłami, własnymi umiejętnościami technicznymi komuś, kto chce szybko i dużo zdobywać.
Mimo wielu wątpliwości, braku przekonania do Jurka, umówiliśmy się jeszcze raz. Tym razem na konkretną drogę. Jerzy odrzucił moje propozycje wcześniejszych ćwiczeń w skałkach (z wyłapywaniem lotów, z zakładaniem stanowisk), które miałyby służyć wzajemnemu upewnieniu się co do swoich umiejętności i nabraniu zaufania do siebie. Proponowałem też kilka łatwych dróg w okolicach Granatów i Koziej Dolinki, tak by poznać siebie, swoje siły, ale i to spotkało się z lekceważeniem z jego strony.
Mój kompan ciągnął w góry wysokie, podkreślając, że Tatry są małe, że można je przejść całe w krótkim czasie, a jego jedynie interesują jeszcze te szczyty, na których nie był. Najłatwiejszym, jaki udało mi się znaleźć po polskiej stronie, był Czarny Mięguszowiecki. Wybrałem na nim drogę nieco trudną, od strony Czarnostawiańskiego Kotła, drogę zimową i polecaną na pierwsze zimowe wspinanie, taką którą uważałem za możliwą do przejścia bez asekurowania się liną.
Wszystko co mój buńczuczny kolega opowiadał o sobie traktowałem poważnie, wierzyłem że nie są mu straszne żleby Gierlacha, przepaście Lodowego, jak i nieprzetarte głębokie i długie śniegi dolin: Jaworowej czy Białej Wody.
Podobał mi się jego ciąg w górę (na razie tylko słowny), nawet zarzucał mi brak tego ciągu, co opóźniało nasze zdobycie Mięgusza. Ja tłumaczyłem to złymi warunkami śniegowymi, ale ostatecznie uznałem, że nie ma się co ociągać, że trzeba udowodnić sobie i jemu, iż Tatry są najważniejsze. W zasadzie ten jego ciąg w górę wziął górę nad wszystkim co racjonalnie było przeciwko temu człowiekowi, a ściśle mówiąc, powodowała to moja ambicja, chęć dorównania górnolotnym zamierzeniom porywczego kolegi.
Wszystko co wywoływało we mnie dystans wobec Jurka i jego niepohamowanej zdobywczości, tłumaczyłem sobie, raz - niezrozumieniem do końca tego człowieka, dwa - zbytnim asekuranctwem ze swojej strony. Uznałem że pora skończyć z pewną skostniałą ostrożnością jaka charakteryzowała moje dotychczasowe samotne wypady, gdyż to co rzeczywiście w sposób uzasadniony mogło mnie powstrzymywać od zbyt śmiałych wyzwań, gdy wędrowałem sam, we dwójkę rozkłada się po połowie. Nie zdecydowałem się jednak na związanie liną z tym dziwnym człowiekiem, a to co nastąpiło później potwierdziło słuszność tej decyzji.

Grudniowy poranek, tuż przed świętami. Miły mróz, nie siarczysty. Mimo niedzieli, droga z Palenicy do Morskiego Oka pusta. Poza nami dwoma, nikt nie wysiadł z autobusu. Jest przed siódmą, ale mrok wciąż spowija las i szczyty ponad nim. Wschód dopiero za pół godziny.
Idę z przodu, niezbyt szybkim tempem, oglądam się na swojego towarzysza, nieco zostającego z tyłu, odpowiada mi żebym szedł, mrucząc coś pod nosem na temat monotonii drogi. Nie przejmuję się tym, staram się odnajdywać zmiany wśród elementów krajobrazu, odgadywać co się wyłoni za najbliższym zakrętem, albo przypominam sobie różne momenty ze swoich podążań tym duktem. Kilka razy spotykałem tu stadka saren, właśnie w zimie, przed wschodem, w lesie po lewej stronie drogi. Raz natknąłem się na jelenia za Wodogrzmotami. Dzisiaj nic takiego się nie przytrafia, ale sama cisza i bliskość gór są mi wystarczającą motywacją do wytrwałego pięcia się w górę, bez niechęci do tego co znane. Myślę, że im częściej jestem w tych samych miejscach w górach, tym mocniej się z nimi wiążę, tym bardziej nostalgiczne się one stają i wcale mnie nie nudzą, przeciwnie, jesteśmy jak starzy przyjaciele, tęskniący do siebie, mający zawsze sobie coś do opowiedzenia.
Milczę, od czasu do czasu przystając by mój towarzysz nie tracił mnie z pola widzenia. Jurek lubi dużo mówić, to jeszcze jedna cecha która nie przydaje się w górach. Razi mnie ostentacyjne egzaltowanie się pięknem i potęgą gór, zbyt głośne zachwyty, dość częste i natrętne w najludniejszych zakątkach Tatr, tak nie liczące się z ciszą i pięknem, które każdy ma prawo przeżywać indywidualnie.
Zatrzymujemy się przy ławeczce, w miejscu gdzie zaczynają się skróty przecinające serpentyny drogi, na prośbę Jurka, który wyraźnie się męczy. Starając się dyskretnie usprawiedliwić, napomyka, że jeszcze nie był w górach tej zimy. Lubię klarowne sytuacje, dobitnie wyłuszczam mu to, o czym wie od wczoraj. Że dzień jest krótki, że droga którą mamy zrobić nie jest wymagająca, ale jest drogą taternicką, że jeśli chcemy ją zrobić, to powinniśmy o jedenastej wyruszyć z Czarnostawiańskiego Kotła, skąd bierze ona początek, no a jeśli nie czuje się na siłach, to jest czas by zmienić plany.
Mój kolega absolutnie wszystko to wie, ale jak twierdzi, potrzebuje tylko odsapnąć. Zastanawiam się nad tym czy ja pędzę. Nie na pewno nie, nawet się nie spociłem i dużo przystaję. Po prostu mój partner ma słabą kondycję, do tego jest tym podenerwowany, gdyż wciąż skupia się na niedogodnościach drogi, pyta ile jest skrótów, który jest najdłuższy, jak daleko do Morskiego Oka, że mu za gorąco i musi przebrać kalesony w schronisku. Jerzy twierdzi, że spędził trzy sezony zimowe w Tatrach, wydaje mi się to niemożliwe. Ktoś kto tyle czasu strawił zimą w górach, nie może nie wiedzieć jak się ubierać, nie zdejmuje kalesonów przed właściwym grzebaniem się w śniegu i przed zimnem, które przeszywa na grani; tym bardziej gdy nie ma drugich spodni, które mógłby założyć przez buty. Niepokoję się tym wszystkim i  coraz mniej mówię.
Wychodzimy na otwartą przestrzeń skąd coraz lepiej widoczne stają się Mięguszowieckie Szczyty. Mój kompan ożywia się tym widokiem. Kiedy byliśmy na Kościelcu twierdził, że nie interesują go nazwy szczytów, teraz jednak, z całą stanowczością twierdzi, że w Polskich Tatrach, nikt go nie zagnie na nazwach. Pokazuję na Apostoły, pytając o ich nazwy, Jurek określa je Tomkowymi Igłami, nie prostuję. Po chwili wskazuje w stronę Żabiej Turni Mięguszowieckiej, opowiadając o łatwej dwójkowej drodze na Żabiego Konia. Nie mogę dostrzec Żabiego Konia, jeszcze nie jest widoczny, przemilczam ten fakt, ale staram się dowiedzieć szczegółów drogi, którą Jurek tam zrobił. Mówię, że z tego co ja wiem, to taka droga prowadzi od strony słowackiej z  Doliny Mięguszowieckiej; mój kompan absolutnie się nie myli, denerwuje go moje kwestionowanie tego co mówi. Nie upieram się przy swoim, nie jestem tu dla tego typu sporów, ani dla żadnych innych. Swoją zażartość i energię będę miał okazję wykazać w zdobywaniu kolejnej nie poznanej przeze mnie połaci Tatr. Nad tym chcę się skupić i to jest dominujące we mnie.
Znów idę nieco z przodu, przemyśliwuję to wszystko co właśnie do mnie dociera. Uzmysławiam sobie, że sporo się nauczyłem w swoim zdobywaniu szczytów, że nawet banalna kwestia ubierania się, trzymania ciepła przez cały dzień jest dzisiaj dla mnie łatwa, ale musiałem się jej uczyć. Spostrzegam też psychiczną gotowość na trudności, na zdobycie przedsiębranej drogi. Już w chwili gdy się budzę, wszystkie inne czynności trawiące niepotrzebnie energię, nie służące zasadniczemu celowi są jakby mechanicznie odrzucane przez mój organizm. Spostrzegam, że nie chcę nawet zastanawiać się nad moim nowym towarzyszem, a tylko konstatuję w nim coraz więcej sprzeczności, sprzecznych wypowiedzi, zamierzeń i pragnień, które tworzą zamęt w tym człowieku i wokół niego samego.
Tuż przed schroniskiem Jurek mnie wyprzedza. Wchodzę chwilę po nim do pustej sali jadalnej. W przedsionku jest kilku młodych ludzi szykujących się do wyjścia, dwie dziewczyny i ze czterech chłopaków. Mój kolega chce dwudziestu minut postoju, zwraca się z tym do mnie jakbym ciągnął go na postronku ku jakiejś tajnej oborze.
Myślę sobie w duchu że jest piękny dzień, że warto by było wykorzystać go jak najlepiej, że nie chcę spędzić tego czasu w schronisku. Z pełnym spokojem i klarownością wyłuszczam Jerzemu, jak się sprawy mają:
- Możesz sobie zrobić nawet dwie godziny postoju, ja nikogo do niczego nie zmuszam, jak nie czujesz się na siłach, można iść na Rysy, na Przełęcz pod Chłopkiem, ale żeby tam dojść, to trzeba iść. Jest jeszcze możliwość zmiany planów na przykład na Szpiglasową Przełęcz i kilka innych łatwych celów w okolicy.
- To może pójdziemy na Szpiglasową?

Z przekąsem i uśmiechem reaguje mój kompan, jakby sprawdzając jak to przyjmę.
- Jak chcesz to idź, ja idę tam gdzie planowałem. Przeczytam jeszcze drogę w przewodniku i wychodzę.
Zacząłem być podenerwowany tym malkontenctwem.
- W porządku. Ty prowadzisz. Ja się na tym nie znam. Nie lubię tych spraw.
W tym momencie uświadamiam sobie, że nie mogę liczyć na tego faceta. Coś zaczynało mi świtać w głowie, że człowiek ten chce, by go ktoś zaprowadził na szczyt, myśląc, że uda mu się wejść tam małym wysiłkiem, po czyichś śladach. Jednak myśl ta dopiero we mnie kiełkowała, nie przebijając się w pełni do świadomości.
Jerzy wychodzi przede mną. Opis dojścia do Czarnostawiańskiego Kotła Wyżniego w Paryskim jest dość zawiły, do tego letni. Nie podejrzewam trudności z dotarciem do niego. Sam kocioł bywa lawiniasty, ale dzisiejszy dzień jest idealny na wejście tam. Jest mróz, bez opadu, niewielka świeża pokrywa, kocioł cały dzień w cieniu. Te optymalne warunki pchają mnie na tę drogę właśnie dziś, ma też swoje znaczenie pewien mój upór, nastawienie z jakim tu się zjawiłem. Nie chcę psuć sobie tego wszystkiego przez kogoś, kogo prawie nie znam, kto przy tym odrzucał wcześniej jakiekolwiek łatwiejsze wycieczki, choćby samą Orlą Perć. Może chcę wcielić swój zamysł w życie także przez to wcześniejsze nieprzejednanie mojego wytrawnego partnera w podejmowaniu "łatwych" wycieczek. Może chcę już znać ostateczną odpowiedź na pytanie, kto to taki ten człowiek - niebojaźliwy, nieustępliwy, a mimo to jakiś niegramotny, nie rychliwy? Dość że nie zważając wiele na wzrastający między nami dystans, mierzony już nie tylko odległością, postanawiam wejść dzisiaj na szczyt Mięgusza, drogą którą wybrałem.
Ruszam przez Morskie Oko, przecinając je wprost i robiąc na nim nowy ślad. Z lewej strony stawu, na jego tafli, ale bliżej brzegu, w oddaleniu od najkrótszej linii prowadzącej pod próg Czarnego Stawu posuwa się sznureczek postaci. Wśród nich jest i mój kompan. Szybko się z nimi zrównuję, a po chwili pierwszy staję po przeciwległej stronie stawu, mając za sobą opustoszałe schronisko.
Droga na próg jest nieprzedeptana. Zakładam ochraniacze. W międzyczasie dochodzi mnie Jurek i dwójka młodzieńców, którzy nie spostrzegłszy przysypanych śladów na zwykłej ścieżce wiodącej pomiędzy rzadkimi krzewami nad Czarny Staw, idą w linii spadku żlebu wybiegającego z Bańdziocha, zwanego Maszynką do Mięsa. Mój partner zatrzymuje się dla przypięcia raków. Mówię żeby szedł moim śladem, że nie będę stawał by nie stygnąć, ale że będę szedł wolno, tak iż do mnie dojdzie.
Pnę się na próg, zostawiając odcisk swoich butów. Pod niedużą warstwą świeżego śniegu, kryje się zmrożony, twardo ubity wcześniejszy ślad, na którym się trochę ślizgam, ale z pomocą kijków, łatwo temu zaradzam. Dwójka, którą podejrzewałem że będzie może robić filar Mięguszowieckiego, zorientowawszy się w pomyłce drogi, zaczyna się przedzierać w moją stronę, między kosówkami.
Tafla Czarnego Stawu jest schowana pod śniegiem, wokół panuje głęboki cień. Słońce rzuca tylko drobną poświatę, gdzieś za granią Żabich Szczytów. Pusto, żadnego śladu, nikt i nic nie zakłóca grafitowej powagi kotła, zaniebieszczonej sklepieniem bezchmurnego nieba. Ściana Kazalnicy zwieszając się nad stawem, odcina się od otoczenia jaśniejszymi plamami płyt i ciemnymi zaułkami przewieszek. Jej prawym skrajem ścieka dobrze widoczny lodospad, który w lecie tworzy tak zwany Wielki Ściek i przez który prowadzi jedna z efektowniejszych dróg taternickich. Tuż obok Wielkiego Ścieku, spływający z progu Czarnostawiańskiego Kotła Wyżnego potok tworzy olbrzymi sopel, urwany kilka metrów nad ziemią, jakby niewidzialna ręka mrozu zatrzymała bieg wody, ściskając wodospad tuż nad Czarnym Stawem.
Oddaję się podziwianiu i temu, że pozostaję jeszcze sam - bez odgłosów, bez sylwetek, burzących harmonię bieli... Czerń krzyża tuż obok, bezgłośnie oznajmia że nie jestem tu pierwszy i że nie każdy kto zburzył ową monotonię bieli, zawsze stąd powracał.
Kontemplację przerywa mi uśmiech dziewczyny i jej pozdrowienie. Spoglądam na zegarek w telefonie. Mojemu wiecznie opóźnionemu koledze przejście progu zajmuje prawie czterdzieści minut. Kiedy wreszcie staje koło mnie, chce się zatrzymać.
Wygłaszam swoją formułkę, że on może tu zostać do wieczora, ja jednak mam zamiar wyjść poza piętro kosówki, że najdalej o czternastej trzeba zacząć schodzić w dół i kończyć podchodzenie.
- Ale to jest gonienie! Jak będziemy w tym kotle przed jedenastą to Cię uduszę.
To słabe oburzenie nie wywołuje we mnie żadnych uczuć. Jednak uważam za stosowne przypomnienie tego co zdaje się oczywiste:
- Słuchaj. My idziemy na drogę taternicką, jeszcze nawet nie zaczęliśmy właściwego podejścia. Sama droga zajmuje od dwóch do pięciu godzin, zależnie od warunków, a możliwe że nie będzie możliwości wycofania się; tak że teraz jeszcze można zmienić plany jak się nie czujesz na siłach.
- Możemy zacząć schodzić o szesnastej, jeszcze będzie jasno.

Jurek zaczyna sobie zdawać sprawę ze swoich nikłych sił, ja jeszcze tego nie zauważam a może nie przyjmuję do wiadomości.
- Ty możesz nawet schodzić o dwudziestej, albo i  spać, ja schodzę o czternastej. To nie jest wycieczka na Zawrat, powrót ze szczytu też nie jest łatwy, tam nie ma zabawy.
Zostaję poruszony brakiem wyobraźni mojego "partnera", w tonie mojego głosu słychać zniecierpliwienie i irytację.
To co słyszę brzmi jak jakieś brednie, przestaję szanować zdanie tego człowieka, uznaję że w ogóle nie można brać pod uwagę tego co mówi. Przyjmuję, że Jerzy jest osobą, którą należy motywować do marszu, nie kimś na kogo można liczyć, od kogo można by było oczekiwać pomocy, kto mógłby doradzić w wyborze właściwej drogi czy właściwego sposobu postępowania.
Powinienem był jednak w tym momencie zrozumieć znacznie więcej, mianowicie, że facet ten chce czegoś co jeszcze nie jest być może dla niego osiągalne, że zdaje mu się możliwym więcej niż rzeczywistość mu na to pozwala. Jednak nie podejmowałem w tym momencie takich refleksji, nie było czasu na zgłębianie tego, na porównywanie wszystkich faktów. Traktowałem człowieka, jako w pełni świadomego tego co mówi, jak i tego na co się porywa. Jedyne co dotarło do mnie, co wziąłem na swoje barki jako pewien dodatkowy balast, to całkowite przekonanie o tym że od teraz tylko ja decyduję o wszystkim co dotyczy tej eskapady i powrotu z niej. Świadomość ta uwierała mnie bardziej niż zazwyczaj, ponieważ większość moich obaw obracała się wokół dziwnego faceta, z którym zdecydowałem się iść na wcale nie łatwą drogę. Poza normalnymi dylematami dotyczącymi własnych sił, ich rozkładu, utrzymania się pogody, wyboru właściwej drogi, orientacji w nieznanym terenie i tym podobnych, w moich myślach przewijał się dodatkowo Jurek ze swoim potencjałem, niedostosowaniem i "zaangażowaniem".
Przecinam na wprost Czarny Staw, kierując się ku rozwartej gardzieli żlebu jaki spływa głęboką bruzdą z buli pod Rysami. Staję na środku stawu, by spojrzeć w przewieszki Kazalnicy. Popatrzyć na tę ścianę z tego miejsca można tylko w zimie. Lodospad Wielkiego Ścieku i sopel obok niego, odcinają się od pobielonego granitu błękitnym kolorem lodu. Człowiek, który staje przed takim widokiem nie może oprzeć się pokusie - dosięgnięcia tych miejsc dziewiczych, dotknięcia tych właśnie, nie innych, nieosiągalnych zdaje się fragmentów skalnej przestrzeni. I kiedy za którymś z kolei razem staje w tym samym miejscu, w tym samym niemym zachwycie, musi zrodzić się w nim pokusa by spróbować się wedrzeć do serca górskiego kotła. Musi mieć już dość li tylko przyglądania się, a pojawia się w nim jakaś złość, jakaś Duma Ludzka - wydarcia tajemnicy naturze, równania z nią swoich kroków i swoich przeżyć.
Podchodzę grzędą z lewej strony, mając dno żlebu po prawej. Śnieg tylko miejscami jest głębszy, tam gdzie go więcej nawiało w większości sięga łydek, pod spodem kryjąc zmarzniętą skorupę. Żeby nie ślizgać się na tym twardym podkładzie zakładam raki.
Nie jest aż tak bezpiecznie jak przypuszczałem. Warstwa świeżego śniegu, choć zaledwie kilkucentymetrowa jest bardzo luźna, śnieg jest sypki, nie związany z podłożem, stąd obsunięcie po twardym łożysku starej, zmarzniętej warstwy jest dość prawdopodobne. Jeśli to następuje na dużej przestrzeni, na przykład na całej długości żlebu, to taki puch zmiecie wszystko co napotka. Oglądam się za siebie, Jurek gramoli się wzwyż moim śladem, za nim, po tafli Czarnego Stawu idzie para związana liną. Ten odcinek trzeba pokonać jak najszybciej, żeby być poza żlebem nim tamci z tyłu do niego wejdą i żeby mieć już za sobą potencjalne niebezpieczeństwo deski śnieżnej.
Staję koło wielkiego głazu, przy końcu grzędy, skąd dostrzegam początek innego żlebu, tego, który prawdopodobnie prowadzi do Czarnostawiańskiego Kotła Wyżniego. Chcąc nie chcąc przecinam ukosem dno żlebu wzdłuż którego się posuwałem, kierując się na prawo, ku temu wyższemu, prowadzącemu do początku drogi numer 929 (według WHP), północno-wschodnią grzędą Mięguszowieckiego Szczytu Czarnego. Przed wejściem w niego, rysuję na śniegu strzałkę z napisem Rysy, by dwójka połączona liną nie szła bezwiednie pierwszym śladem.
Nowy żleb jest znacznie ostrzej nachylony od poprzedniego, śnieg jest tu głębszy. Myślę o jak najszybszym przejściu go, jest znacznie niebezpieczniejszy od tego spod buli. Próbuję wejść na jego grzędę z  prawej strony, ale jest zbyt stroma i zsuwam się razem z usypującym się spod niej śniegiem. Nie podejmuję więcej prób, tylko kieruję się wprost w zwężającą się gardziel żlebu, by iść jego dnem. Osłonięty cieniem skalnej ściany od strony Wołowego Grzbietu, żleb robi się mroczny, potęgując wrażenie ponurości i niedostępności. Jego wylot ginie gdzieś wyżej, zupełnie niewidoczny.

Rysy z Wyżniego Czarnostawiańskiego Kotła © Adam Śmiałkowski
Rysy z Wyżniego Czarnostawiańskiego Kotła © Adam Śmiałkowski

Sypki śnieg ma jedną ważną zaletę - nie więzi nóg, ale ma też wadę - ukrywa prożki skalne, z których co jakiś czas osuwam się niefrasobliwie gdy nie dość wysoko dźwigam nogi. Mój kompan z tyłu ma ułatwione zadanie, przeszkody na które natrafiam są już przed nim odsłonięte. Po pewnym czasie żleb się rozszerza i dostrzegam jego koniec, zwężający się przed samym wyjściem na próg kotła, do którego zmierzam. Momentami wpadam po pas w luźną niezwiązaną biel żlebu, która nagromadziła się tu w większej ilości, zsypana z wierzchołków turni nad nią i przywiana wiatrem zmiatającym ją z progu.
Jestem zaabsorbowany śnieżnymi zmaganiami, czuję radość z pokonywania kolejnych metrów i zbliżania się ku otwierającej się perspektywie widoków na szczyty. Czuję w tych zmaganiach zimę i góry, czuję swój związek z nimi i swobodę jaka z tego wypływa, czuję swoją przynależność do tych dziedzin nie tylko ciała ale i ducha, wyrywającego się na grań, ku skałom. Już dostrzegam wielki głaz, opisywany w przewodniku, jako wieńczący koniec żlebu.
Staję przy wancie i zrzucam plecak. Pod skałą jest nie zawiane śniegiem miejsce na nocleg, z granitowym dachem i widokiem na Owcze Turnie. Za Skałą rozciąga się długa płaśń Czarnostawiańskiego Kotła Wyżniego, a nad nią Czarny Mięguszowiecki Szczyt - dzisiejszy cel. Szukam wejścia w drogę - jest nim niewybitny żleb, osiągający pierwsze siodło w grani, którą mamy się posuwać na szczyt. Wyciągam termos i kanapkę. Jem nie czując smaku a podekscytowanie i napięcie - tym co przede mną, drogą która na mnie czeka i skalną scenerią.
Jest za piętnaście jedenasta, schronisko opuściłem o dziewiątej, nie ma żadnej rezerwy czasowej, następny postój na szczycie. Nadchodzi Jerzy. Jego pojawienie się każe mi nieco pohamować zakusy na szczyt. Widzę, że mu ciężko, że ta przeprawa przez kopny śnieg kosztowała go sporo wysiłku. Pokazuję mu przypuszczalny przebieg naszej drogi. Nie okazuje żadnych obaw ni wątpliwości, wręcz przeciwnie, patrząc na krótki odcinek teraz oświetlonego słońcem żlebka wyprowadzającego na grań, z entuzjazmem przyjmuje jego "łatwiznę", która zdaje mu się niczym w porównaniu z tym, co przeszedł przed chwilą. Łagodnie hamuję jego optymizm, starając się mu uzmysłowić, że niewiele widzimy z miejsca w którym jesteśmy i  że zasadnicze trudności kryją się w żebrze skalnym, które wychodzi z siodła.
Jurek pyta mnie o czas jaki zajmuje przejście drogi, powtarzam:
- Od dwóch do pięciu godzin.
- To mamy dużo czasu!
Mój kompan, prawie że skacze z radości, jakbyśmy już byli na szczycie.
- Trzeba mieć zawsze jakąś rezerwę czasową i nie można się ociągać, w ciągu paru minut może przyjść zmiana pogody, tak że nie będziemy widzieć gdzie jesteśmy.
- Pogoda jest super. Ja mam nosa do pogody, przyznasz.
- Na razie jest.
Nie jestem pesymistą ani maruderem, wolę jednak, żeby ten niepokorny człowiek nie wyobrażał sobie, że wszystko co najtrudniejsze jest za nami, że dalej pójdzie nam gładko i szybko. Wszystko co z takim uporem mu przedkładam, to prawdy stare i oczywiste, banalne, wyświechtane, ale dla niego brzmiące jak napominania, których nie chce słuchać, na które stara się być głuchy, albo które dotyczą dzieci i początkujących turystów.
Brak respektu może być wyzwoleniem się z zachowawczości, momentem przełamania, rozpoczęcia nowych wyzwań, ale może być też objawem niezdrowej pychy, ignorancją obiektywnych niebezpieczeństw, niczym nieuzasadnionego przekonania o własnej sile, o możliwościach, którymi się nie dysponuje. Ten rodzaj pewności siebie jest niebezpieczny.
Myślę, że w Jurka tchnęła optymizm panująca w kotle jasność. Słońce choć schowane po drugiej stronie łańcucha Tatr, zbyt niskie, byśmy się z nim spotkali przed wejściem na grań, dawało nam jednak swoją światłość, ożywczą i pełną nadziei, w odróżnieniu od półmroku żlebka, który opuściliśmy.
Jerzy rusza pierwszy. Załatwiam potrzeby fizjologiczne i zamieniam kijki na dziaby. Nie będę już się zajmował przekładaniem sprzętu, od teraz zaczyna się górska robota. Zbliżam się do swojego kompana, przy wejściu w krótki, szeroki żleb. Przyglądam się jego ruchom. Trzymając czekan oburącz wbija stylisko przed sobą, a następnie stawia dwa kroki i powtarza czynność. Nie jest to dobry sposób, nie spotkałem się z takim wykorzystaniem czekana, to ogranicza mu ruchy i burzy ich koordynację, może się poruszać tylko na przednich zębach raków, bez zmiany pozycji, co szybko męczy. Nie idzie mu to najsprawniej, znacznie lepiej byłoby mu używać kijków, albo zwyczajnie - trzymać czekan jednorącz od strony stoku.
Wyprzedzam Jurka. Stromość terenu spowalnia jego marsz. Idę jednolitym tempem starając się wejść na grzędę z prawej strony, tak by jak najmniej grzebać się w głębokim śniegu, a wykorzystać te fragmenty, gdzie został wywiany. Miejscami odsłaniają się kępki traw i skały. Udaje mi się posuwać wzdłuż ich linii, co chroni mnie przed brnięciem w białej kipieli puchu.
Jestem już blisko siodła. Stąd powinniśmy posuwać się już ściśle ostrzem żebra. Jednak na wprost siodła dostrzegam drugie, obszerniejsze, a z niego wychodzące jeszcze jedno żebro skalne, łączące się z pierwszym. Postanawiam sprawdzić to nowe siodło, bo choć z miejsca do którego dotarłem wydaje mi się, iż właśnie pierwsze żebro jest tym właściwym, a przede wszystkim łatwiejszym, to może się okazać że jestem w błędzie. Żebra łączą się w kształcie odwróconej litery , której początki ramion są owymi siodłami. Pomiędzy nimi znajduje się trójkątny kociołek wypełniony śniegiem i urywający się progiem, gdzieś koło Wielkiego Ścieku Kazalnicy.

Z północno-wschodniej grzędy na Kopę Spadową © Adam Śmiałkowski
Z północno-wschodniej grzędy na Kopę Spadową © Adam Śmiałkowski

Trawersuję kociołek by dostać się na przeciwległe siodło. Brnę w puchu, pośród nawianych poduch śnieżnych, które więżą mnie momentami po pas. Posuwam się nie zważając na to, by jak najszybciej osiągnąć niedalekie wcięcie. Wreszcie jestem. Żebro wychodzące z tego siodła, nie jest właściwym - oceniam jego trudności po wystrzępionym ostrzu, łypiącym do mnie nagim granitem. Odwracam głowę od niego i patrzę na kocioł od strony Kazalnicy.
- Ależ to SANKTUARIUM! Omal nie krzyczę, choć tylko w myślach zachwycam się widokiem, jaki mnie zatrzymał w bezruchu. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Wiedziałem, że zwieńczeniem Wielkiego Ścieku, że jednym z miejsc nierozerwalnie związanych z topografią Kazalnicy, jest właśnie tak zwane Sanktuarium. Nie miałem tylko pojęcia, iż wygląda ono jak potężny granitowy ołtarz, jakby miejsce jakiegoś ukrytego kultu, schowane przed zwykłymi śmiertelnikami, wykute ręką Stwórcy dla Człowieka, który tu zajrzy pokonawszy wcześniej szereg niebezpieczeństw.
Na wprost mnie, wewnątrz wielkiej turnicy widnieje naturalne wgłębienie, wyglądające na wyrzeźbione przez jakąś endemiczną istotę, jego kontury są omal symetryczne. Odcienie granitu w środku owego prostokątnego wgłębienia układają się w linie obrazu, albo fresku, który nie wyraża nic określonego, nic co można by skonkretyzować, ale co natychmiast i jednoznacznie narzuca jedno jedyne skojarzenie: s a n k t u a r i u m. Jakby miejsce w które przyszedłem było wzorcem znaczenia tego słowa, jakby tu przechowywana była jego definicja. Stąd, skąd przyglądam się temu zjawisku, można właściwie je ocenić. Gdybym znajdował się bliżej, wielkość płyty i jej położenie nie pozwalałyby mi ująć całości i pomieścić jej w pamięci jako jednej bryły. Może dlatego nie spotkałem nigdzie opisu wrażenia jakie robi ten widok, bo ci co przechodzili ściek nie mogli z bliska zgłębić istoty Sanktuarium.
Odwracam się do zmierzającego moim śladem Jerzego. Dotarł właśnie do pierwszego siodła. Jego ruchy są ciężkie i niezgrabne, każdy krok zdaje się sprawiać mu kłopot, jakby nie tylko śnieg go hamował, ale i brak tlenu, którego mimo wszystko jest pod dostatkiem. Pokazuję mu właściwy kierunek marszu, by nie kierował się w moją stronę. W tym też momencie następuje nieznaczna zmiana pogody. Wiatr, dotychczas spokojny, przywiewa rytmicznie śnieg i delikatne chmury. Zawracam do środka kociołka. Z jego centrum, między ramionami żeber skalnych - , do punktu w którym się schodzą, prowadzi skalisty żleb, osłonięty ścianami obu żeber. Żleb jest zaśnieżony, podnosi się bystro w górę i tworzy strome prożki skalne, które odsłaniają się po moim wgłębianiu się w ich śnieżną strukturę. Wykorzystuję odsłonięte miejscami trawki, by wpijać się w nie dziabkami, dzięki czemu łatwiej jest mi dźwigać się ponad obsuwające się śniegi progów. Zdaję sobie sprawę, że dla mojego kompana nie będzie to takie proste przy jego "technice podchodzenia", że ciężko mu przyjdzie walczyć z luźnym śniegiem i pokonywać strome progi. Wkrótce tracę go z oczu, za pierwszym załomem skalnym.
Sceneria żlebu jest bardzo malownicza, przypomina kanion. Z przyjemnością skupiam się na zdobywaniu wysokości i kolejnych metrów przybliżających mnie do punktu zejścia się filarów. Osiągam jego pobliże, stosunkowo łatwo i szybko, by znaleźć się na czymś w rodzaju przełęczy. Usiłuję czekać tu na mojego kompana, ale zbyt długo się nie pojawia. Odczuwam niepokój o niego i chłód. Wzrastają podmuchy wiatru i robi się coraz zimniej. Chmury gęstnieją, momentami zakrywają Rysy i Wysoką.

Z północno-wschodniej grzędy na Żabi Szczyt Niżni © Adam Śmiałkowski
Z północno-wschodniej grzędy na Żani Szczyt Niżni © Adam Śmiałkowski

Postanawiam jeszcze podejść z jakieś dwadzieścia metrów wyżej, do właściwego miejsca zbiegnięcia się żeber, gdzie nie stracę z oczu przełączki na której jestem i skąd będę miał widok na drugą stronę północno-wschodniej grzędy. Idę kawałek jej ostrzem, opadającym łagodnie z lewej strony na stronę Czarnostawiańskiego Kotła. Po chwili znajduję się pod wybitnym jej spiętrzeniem, w miejscu gdzie zmienia ona nieznacznie kierunek w lewo.
Znajduję się teraz mniej więcej na wysokości Kazalnicy, będącej po mojej prawej stronie, trochę z tyłu; przed sobą mam spiętrzenie grzędy, wyprowadzającej na wierzchołek Czarnego Mięguszowieckiego; z lewej zaś strony wyciągnięty Kocioł Czarnostawiański, dużo mniejszy niż to miało miejsce jeszcze godzinę temu, za plecami są Rysy i przełączka, którą opuściłem znużony czekaniem na Jurka.
Usadawiam się pomiędzy skałami, by być osłoniętym od wiatru i wypatruję nadejścia towarzysza. Wydaje mi się, że do miejsca w którym jestem, można by łatwo się dostać bezpośrednio z Czarnostawiańskiego Kotła, rodzajem obszernej zatoki podchodzącej pod moją grzędę, a dalej jej łatwym trawiastym stokiem. Nie mam co tego pewności, bowiem właściwie można by to ocenić z dołu.
Jakieś czterdzieści minut po mnie, na przełączce pojawia się "nieustraszony pogromca gór". Tyle czasu zajęło mu pokonanie żlebka z kociołka, którym wspinałem się około kwadransa. Jurek zwala się tam natychmiast z nóg, ciężko zrzuca plecak i siada bezpośrednio na śniegu, na nic nie zważając, a chłonąc jedynie wytchnienie. Teraz nabieram przekonania, że nie wiele osiągniemy dzisiaj (jak i w ogóle). Wiem już, że coś tu nie pasuje, że nie wszystkie tryby w tym człowieku prawidłowo funkcjonują. Pogodziłem się już z faktem niezdobycia szczytu. Teraz absorbuje mnie tylko kwestia wycofania się, tak by połączyć się z drogą schodzącą z Przełęczy pod Chłopkiem. Gdzieś powyżej miejsca w którym jestem istnieje taka możliwość, tylko czy tam dotrzemy i kiedy?
W tym momencie powinienem był zawrócić. Jakkolwiek zdobycie szczytu leżało w zasięgu moich możliwości, to z uwagi na widoczne problemy mojego kompana, należało zrezygnować z dalszego marszu i wycofać się stosunkowo łatwymi żlebami, zanim zasadnicze trudności grzędy zdołają uniemożliwić taki manewr w wyższych partiach drogi. Nie umiem powiedzieć dlaczego tak nie postąpiłem, mimo iż myśl taka przez krótką chwilę pojawiła się we mnie. Prawdopodobnie uznałem, że nie ma sensu wracać tą samą drogą, skoro całkiem niedaleki jest trawers w kierunku Przełęczy pod Chłopkiem, którym można połączyć się ze zwykła drogą na tę przełęcz i wrócić do Morskiego Oka inaczej niż trasą podejścia. Wydawało mi się, iż nawet przy tak zwolnionym tempie, jakim posuwał się Jurek, uda się to osiągnąć i że jego umiejętności mu na to pozwolą. Było to wszystko bardziej życzeniowe i brało pod uwagę jedynie moje pragnienia by tak się stało, lecz nie uwzględniało faktów, które nie powinny były zostawiać mi jakichkolwiek złudzeń. Nie ulegało wątpliwości, że Jerzy nie tylko kondycyjnie nie mógł podołać trasie, nie radził sobie też z techniką podchodzenia po śniegu, cóż dopiero z poruszaniem się w skale, gdy przychodzi używać czekana jak kotwicy i co nie jest takie łatwe, gdy nigdy się tego nie robiło. Niedopasowanie jego możliwości do własnych aspiracji mogło wynikać z różnych przyczyn. Mógł być nawet chory i skrzętnie to ukrywać, choćby dla podtrzymania własnej wiary w siebie. Lecz ja jako tak zwany lider, winien byłem to uwzględnić i nie dopuścić do sytuacji, w której na przekonanie się o tym będzie za późno. Inną sprawą pozostaje fakt, że człowiek świadomy własnych braków, nie może ich ukrywać, gdy decyduje się na górskie partnerstwo, bo staje się wtedy groźny nie tylko dla siebie samego, ale i dla drugiego.
Jak tylko spostrzegam, że Jerzy mnie zobaczył, ruszam do przodu, by dać mu do zrozumienia, że zbyt małą ilością czasu dysponujemy na rozsiadanie się dla dłuższego popasania. Pogarszająca się pogoda przynagla mnie dodatkowo do wspinaczki.
Staję ponownie przed uskokiem i wchodzę na ostrze grani, którym posuwam się w dość dużej ekspozycji. Trudności grzędy nie pozwalają mi na żadne rozproszenie uwagi. Warunki śniegowe są nie najlepsze. Śnieg nie wbił się jeszcze dostatecznie w szczeliny i zagłębienia grani i nie związał się z nimi, tak by stanowić jakieś oparcie dla nóg i dziab. Raki zgrzytają po skale, ale nie da się tego uniknąć, bez nich każdy krok groziłby ześlizgnięciem, z kolei dziaby można jedynie zahaczać o nieliczne trawki, ale i z tym jest kiepsko - początek zimy, mróz nie dość zmroził ich kępki. Każde stąpnięcie i zaczepienie dziab dokładnie sprawdzam przed kolejnym ruchem wzwyż. Pokonuję pierwszy uskok i konika skalnego, staję na wygodnym siodełku, gdzie mogę odsapnąć.
Postanawiam czekać tu na swojego kompana. Lokuję się pomiędzy skałami i wtedy od strony Kazalnicy spostrzegam krążące ptaszysko. Ptak szybuje na tle Mięguszowieckiego Szczytu Wielkiego. Zatacza szerokie kręgi; jest bezgłośny i piękny. Myślę, że to może być orzeł - wielkość ptaka i sposób unoszenia się w przestworzach zdają się za tym przemawiać. Chmury, które dramatyzują jego lot, przybierają ciemne barwy. Ptak jakby spostrzegłszy, iż mu się przyglądam, przepływa wolno i dostojnie w kierunku Cubryny, zostawiając mnie ze wspomnieniem swojego lotu.
Wyczekiwanie nuży mnie, nie wiem co robić, Zaczynam wątpić czy mój "partner" powinien tędy iść i czy jest w stanie przejść tę ostrą grań. Te nieznaczne trudności, mogą być zbyt ryzykowne dla niego. Ponieważ zbyt trudno jest zawrócić, nie mogę już się cofnąć by zobaczyć co się z nim dzieje. Nie mogę też marznąć bez końca, muszę przynajmniej przejść w jakieś mniej eksponowane miejsce, gdzie znów zaczekam lub zdecyduję co dalej robić. Wiem już, że czas którym dysponuję do końca dnia jest na wyczerpaniu. Czuję to, choć nie sprawdzam na zegarku. Może jego upływ jest też dotkliwiej odczuwany przez to nieustanne oglądanie się za kolegą co nie zna strachu i nie ma zahamowań. Pozostaje mi wycofanie się i zejście przez Kazalnicę. Tu gdzie stoję, widoczne są liczne zachodziki, łatwo wyprowadzające w lewo do grzędy, która ogranicza depresje podszczytową Czarnego Mięguszowieckiego. Ale żeby do nich dotrzeć, muszę się jeszcze trochę pomęczyć.
Z przełączki przechodzę na prawą stronę mojej grzędy. Właściwie lawiruję to z lewej, to z prawej, po małych gzymsach skalnych na których mogę stanąć. Dochodzę do miejsca w którym wąziutka grań jaką się posuwam zaczyna się rozszerzać i łączy się z tymi łatwymi zachodzikami, które mają mi umożliwić odwrót. Jednak przejście na ich stronę, okazuje się wcale niełatwe. Aby znaleźć się w miejscu rozszerzenia grani, muszę przewinąć się nad spadzistą rynną, spadającą w kierunku Czarnego Stawu. Jest ona zbyt szeroka by ją przekroczyć, a nie ma dostatecznie bliskiego stopnia bym bez obaw sięgnął jej drugiego brzegu. Dochodzę do miejsca zetknięcia się zwężenia grani ze ścianką, pod którą podchodzi rynna. Najpierw klinuję dziaby w szczelinie nad ścianką, a potem powoli przesuwam się nad rynnę i wyszukuję oparcia dla prawej stopy. Gdy już stoję ponad przepaścią rynny, znajduję kępkę trawy w której osadzam prawą dziabę, potem tuż obok klinuję lewą i mogę już bezpiecznie przekroczyć rynnę i znaleźć się w łatwym terenie. Z tego miejsca widoczny jest już szczyt, grzęda wydaje się łatwa, niezbyt stromo nachylona, obszerne zachody pozwalają na ominięcie ewentualnych trudności jej ostrza. Niestety nie mogę tego sprawdzić.
Trawersuję w prawo do miejsca skąd dostrzegam dobrze znany mi widok - Przełęcz pod Chłopkiem, a poniżej wierzchołek Kazalnicy. Stoję nieco powyżej miejsca z którego się wycofałem, tak iż widoczne jest siodło na którym powinien się pojawić Jurek. Wiem jednak, czy też raczej czuję, że zbyt dużo czasu upłynęło od chwili gdy straciłem z nim kontakt. Stopniowy niepokój, zaczyna przechodzić w wyrzuty sumienia. Nabieram przekonania, że jeśli szedł za mną to musiało się stać coś złego, zastanawiam się w którym miejscu mógł spotkać największe trudności, gdzie się... stoczył. Wyciągam telefon i dzwonię do niego. Przypomina mi się, że już w schronisku wspominał o wyczerpaniu baterii, dlatego teraz nie mogę się z nim połączyć. Jestem wściekły na jego głupotę, ale jeszcze bardziej na swoją naiwność.
Przed oczami przewijają mi się jego ruchy, jego nieporadność i zmęczenie, ale i słowa, którymi szarżował, bez strachu, bez respektu wobec jakichkolwiek zagrożeń w górach które mu rysowałem. Jego postać nabiera cech, które stają się groźne dla niego samego. Nabieram pewności, że człowiek którego spotkałem, jest typem mitomana, że gotów się porwać nawet na to czemu by nie podołał, byle udowodnić, że góry są tak łatwe jak o nich myślał. Zaczynam się modlić o to by nie szedł za mną, ale żeby zawrócił. Proszę o to, choć w tym momencie to prośba po fakcie. Nadzieja na to, że się wycofał, że może posłuchał instynktu samozachowawczego, pozostaje mi jedynym pocieszeniem. Staram się racjonalnie podejść do sytuacji. Moje poczucie winy jest przytłaczające i przygnębiające. Niezależnie od osobistego stosunku do człowieka, od braku jakiejkolwiek więzi emocjonalnej z nim, nie mogę zrzucić z siebie odpowiedzialności za jego bezpieczny powrót, za to co mogło go spotkać. To ja go tu wyciągnąłem, ja prowadziłem, ja inicjowałem tę drogę...
Dość. Moje dalsze czekanie jest daremne. Muszę zejść do Morskiego Oka. Jeśli go tam nie będzie, trzeba zawiadomić TOPR. Może też wrócić do domu, bez powiadomienia mnie o tym. To całkiem prawdopodobne, w jego przypadku.
Wypijam kawę i schodzę. Szybko spostrzegam, że nie będzie mi łatwo. Śnieg jest wywiany i nie związany, na grani zahaczam o kamienie. Zejście do Bańdziocha z Kazalnicy prowadzi na wprost. Jak jest dużo śniegu, to można bez problemu ciąć w linii prostej. Dzisiaj to niemożliwe, muszę mozolnie obniżać się niewygodną grzędą. Na jej końcu nie idę szlakiem, tylko schodzę w jej obniżeniu, do miejsca gdzie zazwyczaj jest mała ścianka z lodospadzikiem. W pewnym momencie potykam się na jakimś sterczącym kamieniu, przewracam się, a prawy rak wbija mi się w łydkę lewej nogi. Kłujący ból nie jest tak dojmujący, jak strach kołaczący się w okolicach klatki piersiowej. Natychmiast dociera do mnie, że gdybym przewrócił się metr dalej, to przeleciałbym przez prożek skalny i nawet bym się nie zorientował, że jestem na dole. Podnoszę się, nic mi nie jest, jakaś rana, którą obejrzę dopiero w domu. Postanawiam podwoić uwagę, w takim śniegu nie można zbyt pewnie się posuwać. Czasem takie upadki mają swój głęboki sens, są jak otrzeźwienie z letargu w który łatwo się zapada gdy zmęczenie i rozprężenie nakładają się na siebie.
Lodospadzika nie ma, w jego miejscu jest tylko naga granitowa rynna, przez którą bym omal nie przekoziołkował, opadająca zbyt stromo, żebym starał się ją przejść. Zawracam. Musze się teraz wspiąć kilkanaście metrów w górę, by podejść do żlebu z łańcuchami. Jest zawalony luźnym śniegiem, łańcuchy i klamry są niewidoczne. Obniżam się nim bez problemu, a dalej małym kominkiem od strony Czarnego Stawu dochodzę do krótkiego eksponowanego trawersu.
Kominek od dalszej części drogi, oddziela wąski gzyms skalny, przysypany luźnym śniegiem, nad gzymsem jest pionowa płyta, znajduję w niej szczelinę do zahaczenia lewej dziaby, prawą wbijam już poza nią w trawki. Mimo, że miejsce to, przechodzone wielokrotnie, zdaje się mieć pewne stopnie, nie zawierzam im - luźny, niezwiązany śnieg na granitowym podłożu jest jak najgorsza kruszyzna, obsuwa się w najmniej spodziewanym momencie. Mając asekurację z dziab, odważam się stanąć na nogach. Kolejny ruch rąk sięga już metalowej klamry poza trawersem. Jeszcze obniżam się kilkanaście metrów rodzajem spadzistej rynny i staję w pobliżu Bańdziocha. Zasadnicze trudności zejścia są poza mną.
Pakuję dziaby i raki i wyciągam kijki. Powracają do mnie myśli związane z tym, który miał być moim partnerem. Szukam słów, jakimi miałbym określić sytuację w jakiej go pozostawiłem, by ją opisać ratownikom. Porzucam te myśli, by nie dać się im rozwinąć nawet w przestrzeni mojej wyobraźni. Rozstrzygnę to w schronisku. Mam do niego jeszcze kawałek, kawałek który znam na pamięć. Zejście wiedzie przez Bańdzioch zasłany wielkimi wantami, teraz schowanymi pod śniegiem tak szczelnie, iż mało kto by podejrzewał ich istnienie. Od jakiegoś czasu nikt nie chodził w te strony, nie ma śladów na śniegu, nie ma przedeptanej perci, ani pod ścianę czołową Pośredniego, ani pod wschodnią Wielkiego Mięgusza. Ludzka bytność zaznacza się jedynie wokół Morskiego Oka i Czarnego Stawu.
Tam gdzie pojawiają się pierwsze kosówki, skręcam w lewo i lawirując nieco między ich krzakami dochodzę nad brzeg Czarnego Stawu. Z progu stawu mogę prawie zjeżdżać na butach po udeptanym śniegu, co znacznie przyspiesza moje dotarcie nad brzeg Morskiego Oka. Po drodze mijam parę związaną liną, którą widziałem rano. Droga przez taflę prowadzącą do schroniska, ciągnie się niebywale długo.
Otrzepuję się dokładnie na ganku prowadzącym do schroniska, wchodzę do przedsionka - nikogo, stawiam plecak przy najbliższym drzwi stoliku; wchodzę do sali jadalnej - pusto, jest czyjś plecak, ale nie jest to ten, za którym się rozglądam. Wracam do swoich rzeczy. Wtedy wchodzi ten, który od początku naszej znajomości nigdy nie czuł się dobrze.
- Dobrze, że cię widzę bo miałem już zawiadomić TOPR
Dość oschle się odzywam.
- Musiałem zejść, bo mnie wątroba boli.
Chciałby coś mi tłumaczyć, ale niewiele mnie to interesuje.
- Schodzę na autobus, śpieszę się bo odjeżdża za półtorej godziny.
Podaję mu rękę, żeby nie myślał, iż chowam jakiś żal, czy urazę. Nie mam ochoty na rozmowę, nie mam ochoty na udawanie. Myślę, ze czyta to z mojej twarzy, bo na jego rysuje się zwątpienie i rezygnacja. Zwątpienie, że uda mu się wspiąć na niezdobyte przez siebie szczyty po czyichkolwiek plecach i rezygnacja ze mnie, jako partnera. Zdaje się iż rozumie, choć tego nie mówię, że nie mamy gdzie razem chodzić w góry, ze nie pójdziemy razem w żadne góry.

Kiedyś najsłynniejsi tatrzańscy przewodnicy przenosili swoich klientów, (przestraszone przepaściami panie w powłóczystych sukniach, ale i panów żądnych przepysznych widoków) na własnych plecach, byle ino dowieść ich do przyobiecanego celu wędrówki. Ale robili tak nie tylko z wrodzonej odwagi, nie tylko dla dutków, za które zgadzali się prowadzać ceprów po perciach, jakie jeno kozicom zdawały się wygodne, ale przede wszystkim dlatego, że byli oni świadomi braku umiejętności panów z miasta, nieprzywykłych do takich wędrówek. No i też góral przewodnik lubił uchodzić w oczach pięknych panien, jak i wśród honornych panów, za silnego, nieustraszonego, zdolnego do czynów śmiałych i nieprzeciętnych. Jednakże on nigdy by nie powiódł turystów na przełęcze z których razem z nimi miałby się stoczyć w przepaść, przez które nie możliwością było przejść nieprzywykłym do ekspozycji i przepaści wielbicielom gór.
Nikt z owych wielbicieli, tak gór, jak i góralszczyzny, przynajmniej w początkach eksploracji Tatr nie przyrównywał się ani do Macieja Sieczki, ani do Sabały. Pierwszego, nie dałoby się oszukać, jeśli chodzi o znajomość Tatr, przez kogoś, kto ino tych Tatr pragnął, a drugiego, gdy idzie o grę na gęślach, przez kogoś, kto nigdy gęśli w ręce nie trzymał.
Ludziska mieli jakoś więcej pokory w sobie, mimo że do spolegliwych nie należeli. Nie zdawało im się iż góry mogą przenosić, choć wiarę żywili głęboką.

Z Dziennika Wypraw 19.XII.2004
Adam Śmiałkowski