Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Popod Liptowski Mur

Słońce ukradkiem słało swe promienie, nie szafując zanadto ich blaskiem. Rzucając między chmurami świetliste smugi, poprzez ich raz ciemne, raz jasne zwały grzało i roztapiało śnieg. Bywało, że na niedługie momenty zupełnie nagie, nie osłonięte najmniejszym obłoczkiem, jak pulsujące jądro ciepła i światła, całą swą mocą i siłą obejmowało wszystko stworzenie i wydobywającą się z zimy naturę. Wówczas jego światłość była tak paląca, że nie można było bez bólu patrzyć, choćby na śnieg popod stopami, nie mówiąc już o oglądaniu wierchów wiszących nad doliną. W tychże momentach, gdy wykorzystując lukę w dobrotliwym i sprzyjająco układającym się wachlarzu chmur, ta kula ognia i żaru przedostawała się z nieboskłonu wprost na Ziemię, miało się wrażenie, że jej działanie przenika na wskroś skorupę, sięgając w głąb powłoki a wydobywające się wokół bulgotanie spływających popod śniegiem strumieni wody było natychmiastowym wynikiem tego działania. Woda lała się nie tylko z progów skalnych, strumieniami połyskujących kropel, jej obecność była wyczuwalna i słyszalna dudniąco - pluskającym pulsowaniem całej górskiej przyrody.
Trawersowałem stoki Miedzianego, wznosząc się ponad topniejącą taflą Morskiego Oka, gdy nagle moich uszy dobiegł łoskot zsuwających się mas ciężkiego śniegu. Machinalnie skierowałem spojrzenie w głąb największej depresji w okolicy, popod Hińczową Przełęcz. Tuż na lewo od głównego żlebu z niej zbiegającego, w dolnych partiach ściany, przewalały się wielkie bryły śniegu, dudniąc donośnie i napawając lękiem drobne istnienie ludzkie, takie jak moje. Echo poniosło ostatni dźwięk padającej czapy śnieżnej, jakby jakiś olbrzym uderzył pięścią w  kocioł stawu, a po chwili ponownie na plan pierwszy wysunęło się jednostajne pulsowanie wody.
Topniejący śnieg był jak lawa. Kiedy moje stopy grzęzły głębiej w jego mniej spójnych warstwach, kryształki lodu zmieszane z wodą tworzyły niejako żywą masę, automatycznie obejmującą buta, wiążąc go i zatapiając, tak iż stawał się dwakroć cięższy. Takie pułapki więziły też moje kijki i wtedy bywało, że z wielkim trudem mogłem je wydobywać, rozwiercając nimi na boki pokaźne leje.
Nart nie można było ubrać. Spod śniegu co raz pojawiały się kamienie, a na płaskim odcinku, przed skrętem w kierunku Mnicha, bula z kosówką ukazała nawet swoje zielone podłoże. Ale za to tuż za nią rozpościerało się pole śnieżne, na którym mogłem już przypiąć deski i raźnie odpychając się kijkami wspinać się ku Dolince za Mnichem. Kiedy podejście stało się zbyt strome, ponownie zdjąłem narty, by idąc wprost w górę znaleźć się szybciej przy Mnichowych Plecach. Nad sobą miałem grupkę osób siedzących pod drogowskazem, gdy do nich doszedłem, stanąłem by kolejny raz przywdziać moje śnieżne płozy. Siedzący pozdrowili mnie, a ja odpowiedziałem tym samym. Tuż obok brodaty mężczyzna kręcił się wokół statywu z aparatem wycelowanym w Mięguszowiecki Szczyt Wielki. Jeszcze dalej, dwie postacie bez nart kierowały się na Szpiglasową Przełęcz.
Posuwałem się wprost ku Wrotom Chałubińskiego, nieco powyżej dna Mnichowej Doliny, z jej lewej strony. Przez krótką chwilę korzystałem z cienia jakiego użyczał mi Mnich, a gdy się wychyliłem poza jego obrys, dostawałem się we władanie upalnych promieni. Palące słońce odbierało mi siły do pięcia się wzwyż, tak iż każde jego, choćby tylko chwilowe zniknięcie za potokiem wędrujących mas czarnego powietrza przyjmowałem z wielką ulgą.
Nie szedłem tak jak spływa dolina, jej długi łuk, jakim przewija się popod Kopą nad Wrotami, przeciąłem na ukos, kierując się wprost na Ciemnosmreczyńską Turnię. Dopóki nie znalazłem się w cieniu ścian odgradzających mnie od Piarżystej Doliny, podejście nużyło niemiłosiernie a perlisty pot na moich skroniach bardziej sugerował że jestem raczej skazańcem ucieleśniającym współczesnego Syzyfa, niż entuzjastą wiosennego firnu i tatrzańskich pejzaży.
Lecz gdy tylko dotarłem do śniegów ciągnących się z Zadniej Galerii Cubryńskiej, całe moje zmęczenie wydobywane przez słońce natychmiast mnie opuściło. Zwieszająca się nade mną sylwetka Zadniego Mnicha, zgarbionego pod ciężarem granitowych płyt, niesionych niczym pokutne zadośćuczynienie na kamiennych barkach eremity, wydobyła ze mnie nowe siły i zapał którego istnienia nie podejrzewałem w sobie. Teraz już znacznie raźniej, niemal gnałem ku Ciemnosmreczyńskiej Przełączce, jakby ów widok sycił i przejmował wszystko jarzmo tych którzy się ku niemu zbliżali.

Przełączka pod Zadnim Mnichem ©Adam Śmiałkowski
Przełączka pod Zadnim Mnichem ©Adam Śmiałkowski

Pod przełączką ściągnąłem narty, byle szybciej znaleźć się na grani. Przynaglał mnie ku niej widok jej drugiej strony oraz (o ironio!) radosna jasność słońca na jej siodle.
Dotarłszy tam, znalazłem się w miejscu nie znanym mi wcześniej, nigdy nie odwiedzonym przeze mnie, toteż spojrzenie moje rzucone do wnętrza żlebu i ścian po przeciwnej stronie było zachłanne, zaborcze, pełne nienasyconej pożądliwości, a w każdym moim ruchu przebijała się chęć natychmiastowego dotknięcia każdej cząstki dopiero co poznanej tatrzańskiej ustroni. Zaraz też zacząłem wypatrywać obejścia uskoku zachodniej grani Cubryny, znalazłszy go stwierdziłem że nie jest zbyt trudny i zanotowałem gdzieś w zakamarkach pamięci jego układ. Potem oglądałem południową ścianę Zadniego Mnicha, przebiegłem po wszystkich znanych mi drogach na niej, ściana była krótka, ale zbudowana z przepięknej skały.
Wreszcie po pierwszych zachwytach uznałem że muszę się przesunąć wyżej, gdyż miejsce w którym tkwiłem było zbyt wąskie nawet do zdjęcia plecaka, nie mówiąc o założeniu nart. Niedługi odcinek skalny ostrzem grani kosztował mnie nieco uwagi i skupienia. Stanąłem bezpośrednio pod płytową ścianą. Pode mną ostry, dziesięciometrowy stok śnieżny urywał się krótkim prożkiem, poniżej niego widoczny był cały żleb jakim miałem zjechać. Żeby się do niego dostać trzeba było mi przetrawersować mocno nachylony stok i dotrzeć do tej odnogi żlebu, która zbiegała z Zadniej Mnichowej Przełączki.
Intensywna praca zwojów mózgowych, podekscytowanie, bliskość emocjonującego zjazdu w dół, pobudziły perystaltykę mych jelit. W takich momentach organizm szuka naturalnego uwolnienia toksyn, lecz aby dać im ujście potrzebowałem właściwego miejsca a tu gdzie byłem trudno było w miarę bezpiecznie wykonać obrót wokół własnej osi. Pomimo to udało mi się ściągnąć plecak, mogłem wystawić nagie pośladki w stronę rzesz zmierzających na Szpiglasową, ale nie tyle poczucie wstydu, co względy estetyczne powstrzymały mnie od tego. W miejscu w którym się znajdowałem biegła dwójkowa droga wspinaczkowa i ktoś kto szedłby tu za kilka tygodni musiałby się natknąć na ten mój niewątpliwy - brak kultury. Gorączkowo poszukiwałem odpowiedniego zakamarka, wreszcie zszedłszy kilka metrów w dół wynalazłem wystarczająco dużą szczelinę wśród kamieni, w której mogłem złożyć ugniatający mnie ciężar.
W ten sposób, lżejszy o dobry kilogram, mogłem z baletową lekkością, mimo balastu z nart przypiętych do plecaka, kontynuować trawers do żlebu. Czyniłem to z pewnym strachem, stok był bardzo stromy, a popod śniegiem którym się posuwałem szumiała woda, łącząc się z pluskiem tej spływającej po płytach na południowej ścianie Zadniego Mnicha. Czułem, że mimo względnej stabilności stoku, śnieg który go tworzył był miejscami mocno rozrzedzony i poprzecinany ukrytymi pod nim strumieniami. Bałem się, że tak nadwątlona spójność tej kryształowo - lodowo - śnieżnej masy może się z łatwością zsunąć wraz ze mną w dół. Mając to na względzie trawersowałem jak najbliżej ściany Mnicha, trzymając się granitowych występów. Sposób ten miał tą wadę, iż największe szczeliny brzegowe tworzyły się właśnie na styku ściany z podłożem, w tych też miejscach śnieg był najmniej związany. W pewnym momencie, już prawie przy połączeniu się ze żlebem wpadłem po pachy w szczelinę, z trudem wydobywając się z jej macek. Mimo iż Tatry to nie alpejskie lodowce, to wcale nie trudno znaleźć się w opresji, widywałem na pięć metrów głębokie szczeliny z których bez pomocy z zewnątrz nie byłoby szans się wydostać. Postanowiłem nie brnąć dalej, tylko założyć narty dzięki którym nie zapadałem się w luźnych zwałach rozstępującej się breji.
Ruszyłem w kierunku ściany ograniczającej lewy brzeg żlebu, by wyjechać z trawersu nad prożkiem który dotychczas omijałem. Obawa czy zdołam wykonać skręt przed skalnym murem szybko ustąpiła miejsca radosnemu poczuciu swobody i lekkości, jaka wypływa z pędu powietrza pulsującego w uszach. Sunąłem od jednej ściany żlebu do drugiej w długich zakosach, zamknięty w granitowej rynnie między pochylonymi nade mną skalnymi turniami i pod bacznym spojrzeniem Zadniego Mnicha, którego błyskawicznie zostawiałem za sobą; jego płyty stawały się coraz mniejsze, oddalając się ode mnie i patrząc z zazdrością na niknące w głębi żlebu, wyzwolone z ziemskiego ciążenia plecy. Kryształki lodu pod nartami dawały doskonały poślizg, osłonięty przed słońcem śnieg tworzył idealny firn; szum powietrza i brzmienie wydobywające się z podłoża na styku nart i firnu były niczym symfonia, której dźwięki potęgowały się zwielokrotnioną melodyką, wykutą w granicie, wtłoczoną między ściany żlebu; skalna filharmonia tworzyła jednocześnie orkiestrę i widownię, była równocześnie kompozycją i jej słuchaczem.
Upajany raz słabszymi, raz mocniejszymi tonami utworu, który komponowały moje skręty, zbliżałem się do wylotu żlebu i do sterczącego głazu, będącego niczym cielsko wieloryba wystające samotnie w samym jego środku. Na szczęście zostawało dość miejsca na jego ominięcie, tak iż tylko przyprószyłem jego czoło świeżym śniegiem spod nart, a  po chwili hamowałem w szerokim ujściu nad Piarżystą Doliną.
Spojrzałem za siebie, na przełączkę z której zjechałem. Była tak mała, że ledwie ją dostrzegałem, Mnich skurczył się do wielkości turnicy. W kilka minut zostawiłem za sobą kilkugodzinne żmudne podejście. Fantastyczne doznanie przepychu przestrzeni i objęć ścian nade mną skończyły się tak szybko, jak zawsze kończy się, choćby nawet najdłuższy miłosny akt.
Tego dnia Piarżysta nie była tak jednolicie biała jak jeszcze miesiąc temu. Pod Pośrednim Wierszykiem, u wylotu żlebów opadających jego ścianami widniały brunatno-bure plamy piargów i ziemi zmieszanych ze śniegiem, spowodowanych gruntowymi lawinami. Nie obniżałem się do dna doliny. Krótkim trawersem podjechałem nad próg, ponad Wyżnim Ciemnosmreczyńskim Stawem. Teraz już szybciej, mocniej nachylonym terenem pomknąłem w dół. Kilka szusów i szybkość porwała mnie ku sobie, tak iż skłonny byłem zapomnieć o tym, że za niewidocznym progiem może kryć się przepaść. Zahamowałem ostro i padłem na śnieg. Zjazd kusił, był tak wielką przyjemnością, że każde przystanięcie było niejakim wyrzeczeniem, ale z kolei jego pęd odbierał możliwość podziwiania widoków. Zrobiłem sobie postój, dla posilenia się i dla wchłaniania aury dla której tu przybyłem.
Słońce rozleniwiało i dawało mojemu ciału jakąś błogość, jakby po długiej zimie, zmrożeniu tkanek, roztapiało wewnętrzne skostnienie, wtłaczając w nie nowe pokłady energii. Było tak cicho, pusto i bezludnie, że zdawało mi się, jakbym przybył tu ze słońcem i z nim się rozsiadł, jakby tylko te nasze dwie obecności znaczyły ślad na tej dzikiej, ukrytej, niedostępnej ziemi. I była to prawda, gdyż ślad nart za mną rysował się w dolinie jakąś nieharmonijną linią, która z kolei odcinała się od mocnych akcentów kuli ciepła, znaczącej brudne wyrwy w bieli wiosennymi lawinami, ściągającej bezceremonialnie zimowe odzienie z doliny. Tak więc tylko my tworzyliśmy tu pewien ruch, będąc intruzami, lecz jednocześnie nadając dolinie jakiś ziemski wymiar, urzeczywistniając ją, urealniając jej istnienie poprzez odnalezienie jej i ocalenie od zapomnienia. Zapomnienia, w którym zniknęła by świadomość jej piękna, w którym zapadła by się w otchłani niebytu. Świadomy tej tajemnicy, w pewnym poczuciu niemocy i ułomności ludzkiej, próbowałem cos z niej zawrzeć na fotograficznej kliszy.
Odpocząwszy, znów założyłem narty. Teraz miałem do pokonania stoki od strony Wrót Chałubińskiego - i tu znaczyły się brudne wyrwy wiosennych lawin. Lawirowałem między nimi, unikając wystających kamieni i piargu zmielonego ze śniegiem. Kiedy już skończył się trawers, musiałem obniżyć się bliżej stawu, co okazało się dość trudne i karkołomne gdyż slalom pomiędzy większymi i mniejszymi bryłami śniegu, stłoczonymi we wszystkich pobliskich depresjach groził wbiciem się w którąś z brył albo połamaniem nart wśród nierówności jakie tworzyły. Nim się zorientowałem w tym niekorzystnym uwarstwieniu terenu, byłem już na dole, nadrabiając nieświadomością brak ekwilibrystycznych umiejętności. Na szczęście za mną pozostały stoki z wyrwami a przede mną ścieliła się skryta pod śniegiem tafla Niżniego Ciemnosmreczyńskiego Stawu.
Zjechałem nad nią z niewielkiego progu i już na wysokości stawu stanąłem nad szeroko rozpościerającym się ujściem Doliny Piarżystej. Dolina ogrodzona dotychczas skalnym murem, w tym miejscu rozwierała szeroko swoje ramiona, jakby wyzwolona ze skalnego uścisku, łagodniej już rozsnuwała się w dół łanami kosówki, płynnie przechodzącymi w gęsty las.

Piarżysta znad Niżniego Ciemnosmreczyńskiego Stawu ©Adam Śmiałkowski
Piarżysta znad Niżniego Ciemnosmreczyńskiego Stawu ©Adam Śmiałkowski

Przede mną piękniły się i ciemniły - Ciemne Smreczyny. Tu łączą się doliny: Piarżysta, Hlińska i Kobyla, przechodzące niżej w jednolitą długą wstęgę Doliny Koprowej. Nie ma drugiego takiego miejsca w Tatrach, choć każde jest niepowtarzalne. To gdzie stałem, jest niezrównane w niezwykłym łączeniu dysonansów: skalistości, ostrości, nagości Tatr Wysokich z łagodnością, falistością, zielonością Tatr Zachodnich, które choć jeszcze nie obecne w tym miejscu, zdają się tu nieśmiało zaglądać, jakby przypatrując się ze zdziwieniem i zadumą swej długo niewidzianej siostrze - dalekiej, nieprzystępnej, egzotycznej, pochodzącej z dzikiej krainy, o której słyszały że jest wyniosła. Na styku tych dwóch światów - poważnego i surowego ze swobodnym i strojnym, szumi dostojny las - gęsty, ciemny i mądry, zbierający i przyjmujący w siebie niespokojne spojrzenia tamtych dwoje, jak też rozszalałe wichry i burze, gwałtownie wzbierające potoki, huki lawin i błyskawic oraz wszystkie inne dźwięki rozdzierające wnętrze gór, będącymi głośną emocją, wyrażającą żywotność nieustającej w aktywności natury. Rozbrzmiewające w tym miejscu odgłosy dolin i lasu odbijają się znacznie mocniejszym i donioślejszym echem, niż gdziekolwiek indziej. Ciemnosmreczyńska Siklawa, spadającą w dół z ostatniego (albo też pierwszego) progu Doliny Piarżystej jest nigdy nie ustającym w toczeniu wód potokiem, który gasi pragnienie zielonej kniei poniżej, jakby będąc świadomą roli tych wysmukłych drzew świerkowych, ich odwiecznego czuwania i piastowania, tulących się do nich trzech dolin - Piarżystej...
Brak jest słów dla piękna, brakuje określeń dla podniosłości. Nie podążyłem w głąb Ciemnych Smreczyn, gdyż moja droga wiodła z powrotem na grań. Musiałem jeszcze zjechać z progu Niżniego Ciemnosmreczyńskiego Stawu i trzymając się prawej strony doliny zbliżyć się do stóp Doliny Kobylej. Jej próg wisiał nade mną, a ja szukałem w jego konfiguracji jak najkorzystniejszego przejścia. Postanowiłem, nie tracąc na wysokości, zdjąć narty i wydostać się na górę czymś w rodzaju śnieżnej rynny, ujętej między kosodrzewiny.
Czepiając się gałęzi, niczym pająk sieci, wspinałem się dość stromo wzwyż. Po kilkunastu minutach wydobyłem spocone ciało na bardziej płaski teren. Od upragnionej przestrzeni doliny, odgradzał mnie niewielki pagórek. Powinienem był go obejść z lewej strony, by dostać się do dna doliny, lecz nie wiedziałem wtedy jeszcze o tym i wolałem wspiąć się bezpośrednio na wzniesienie, za którym wreszcie nic już nie przysłaniało mi rozległego widoku w stronę Zaworów.

Na stoku Gładkiej Ławki ©Adam Śmiałkowski
Na stoku Gładkiej Ławki ©Adam Śmiałkowski

Stałem nad Kobylą, po prawej stronie miałem niedaleką Gładką Ławkę, po lewej, znacznie dalej, kłaniał mi się stożek Cichego Wierchu, przede mną na wysokości oczu rozpierały się szerokim siodłem Zawory. Teraz spostrzegłem, że lepiej byłoby mi iść dnem doliny, które bardzo łagodnie podchodziło na przełęcz. Cóż, nie miałem zamiaru tracić wysokości, toteż podjąłem się niewygodnego trawersowania pochyłych stoków Gładkiego Wierchu. Śnieg na tej wysokości był zmrożony, toteż zewnętrzna narta często ześlizgiwała się w dół, w męczący sposób namawiając mnie do obniżenia się.
Absolutnie nie miałem na to ochoty, byłem zmęczony, każdy metr podejścia wydawał mi się niepotrzebną stratą energii. Jednocześnie stałe szarpanie się z uciekającą nogą, skwar słońca, które mimo popołudniowej pory nie szczędziło gorąca, dawały mi się mocno we znaki. Zdecydowałem się na zmianę planów i ominięcie przełęczy.

Pod Gładką Ławką ©Adam Śmiałkowski
Pod Gładką Ławką ©Adam Śmiałkowski

Wybrałem sobie odsłonięte ze śniegu żeberko skalne, jako najdogodniejsze miejsce do wspięcia się na grań. Przy jego początku ściągnąłem deski i po skałkach podszedłem najwyżej jak się dało. Gdy żeberko znów chowało się pod białą masę, ubrałem ponownie narty i kierując się na południowy - zachód, ukosem wzwyż, dążyłem ku Gładkiemu. Na jego szczycie dostrzegłem coś poruszającego się i bacznie mnie obserwującego - była to kozica, która powoli odwróciła się i spokojnie oddalając się zniknęła mi z oczu. Pode mną zmniejszająca się dolina łypnęła do mnie oczkiem Kobylego Stawu, w którego małym fragmencie wyłaniającej się spod śniegów ciemnej plamki, odbiły się właśnie w tej chwili ukośne promienie słońca. Odwróciłem wzrok i spojrzałem przed siebie. Szczyt wciąż był tak samo daleko.
Czasem grań, mimo pozornej bliskości tak długo się nie przybliża, że tylko coraz mniejsze dno doliny pozwala przypuszczać, że rzeczywiście idzie się wzwyż. Tak było właśnie teraz. Mozół ustawicznego pięcia się monotonnym stokiem, którego bieli nie przerywał żaden ciemny punkt, tak mocno wtopił się w rytm moich posuwistych kroków, że nagły przeciąg, silny podmuch wiatru i całkiem nowy krajobraz przede mną zaskoczyły mnie i zdziwiły, wyrywając z otępienia, którym oplatał mnie skwar.
Z przyjemnością oglądałem urozmaiconą okolicę Doliny Pięciu Stawów, która w porównaniu z małością Kobylej zachwycała obszernością. Grań jest zawsze największym pragnieniem dążących na szczyt, a wszystko co się z jej perspektywy ukazuje, choćby już znane było, napawa przepychem i dodatkową ilością tlenu, które to doznania znane są najlepiej tym, którzy często wypatrują wierzchołka.

Spod Gładkiego Wierchu na wschód ©Adam Śmiałkowski
Spod Gładkiego Wierchu na wschód ©Adam Śmiałkowski

Ludno było tego dnia w Pięciu Stawach, najwięcej osób zmierzało na Zawrat. Ja miałem jeszcze przed sobą kilka samotnych chwil, cieszyła mnie ta perspektywa, a jednocześnie coraz częściej odwracałem głowę w stronę tego co zostawiłem za sobą, do odludnych, samotnych i podniosłych dolin, zawieszonych na piersi Ciemnych Smreczyn. Już za nimi tęskniłem, już byłem gotowy wrócić się ku nim, byle uniknąć spotkania tłumów poniżej. Tak się we mnie ścierały: koniec zmęczenia i szybki zjazd do Roztoki, z trwaniem poza wszystkim tym co czekało mnie na dole.
Na Gładki Wierch wspiąłem się już bez nart. Mimo rozmiękłego śniegu, nie zapadałem się głęboko. Na polską stronę Tatr wychylały się niebezpieczne nawisy śnieżne, wyglądające jak ciekawskie głowy białych krasnali. Omijałem je przezornie, walcząc z przemożną chęcią deptania ich główek. Szybko dotarłem na szczyt, gdzie znalazłem ślady kozicy i dwóch homo sapiens. Kozicy nie było już od dłuższego czasu a dwie ludzkie sylwetki właśnie schodziły z Gładkiej Przełęczy. Obecność ludzi coraz natarczywiej wciskała się w moją jaźń, tłukąc się po niej jakimś niepokojem. Dobierała się ona do mojej podświadomości i wbrew mnie samemu, wbrew pragnieniom wchłaniania całym sobą górskiej przestrzeni, kierowała moje myśli ku cywilizacyjnej marmeladzie.
Bardzo lubię szczyt Gładkiego, jest niepospolity, jest jak miniatura doliny. Najciekawiej jest tutaj latem, kiedy nad głęboką bruzdą w sklepieniu Gładkiego, wielkie wanty tworzą szereg zagłębień i zakamarków, niczym turnie nad przepaścią, będąc idealnym miejscem na biwak. Zimą wszystko jest pod śniegiem a bruzda wygina się w białą kołyskę.

Z Gładkiego Wierchu na południe ©Adam Śmiałkowski
Z Gładkiego Wierchu na południe ©Adam Śmiałkowski

Czas było pożegnać ustronne i tajemnicze miejsca, czas było pożegnać się ze szczytami i słońcem, dzień zbliżał się ku końcowi a pragnienie wysuszało krtań. Po raz ostatni tego dnia, a może i tegorocznego zimowego sezonu, przypiąłem narty do nóg i tuż powyżej Gładkiej Przełęczy puściłem ciało w ruch...
Upojny zjazd w cieniu ścian ze słońcem zakrytym skalnym murem, przestrzeń się kurczy, maleje w kilka chwil, za jednym łukiem następny a po dziesiątym już płaskie dno doliny...
I oto koziołkuję niespodziewanie, zmarzły i szybki śnieg z cienia przełęczy zmienia się w kleisty i spowalniający śnieg pod odsłoniętym nieboskłonem. Śmieję się z samego siebie i wnoszę z tego nową naukę dla wiosennych szusów. Już spotykałem dzisiaj te charakterystyczne jaśniejsze i ciemniejsze przebarwienia śniegu, ale udawało mi się przemykać między ich zdradziecką konsystencją, zmieniającą gwałtownie tempo zjazdu. Górskie narciarstwo wymaga nie tylko techniki, ale może nade wszystko daleko w przód wybiegającego spojrzenia, którym trzeba omijać różne pułapki.
Odpychając się kijkami, po miernie nachylonym terenie zbliżyłem się nad próg doliny, ponad Wielki Staw. Miejsce to, choć niewysokie, dawało mi jeszcze jedną możliwość szybkiego mknięcia w dół i poczucia błogiego wyzwolenia z ciążenia roztajałej ziemi, jak i plecaka, uwieszonego u mych ramion. Tym razem znacznie mniej skrętów wykonałem by znaleźć się w bardziej płaskim terenie.
Dalej zjeżdżałem już bardzo powoli, nieznacznie tylko nachyloną doliną. Mocno odpychając się kijkami, pomagałem sobie czasami krokiem łyżwowym. Lekko mi się jechało wzdłuż Wielkiego Stawu, przyjemnie było sunąć koło piechurów, patrząc na ich zmagania z wiosennym podłożem Mijałem grupki turystów, których wciąż przybywało i przybywało, wraz ze zbliżaniem się do zatłoczonego schroniska. Od tej chwili, marzyłem tylko o tym by jak najszybciej znaleźć się poza zasięgiem gwaru. Wraz ze zjazdem z Gładkiej Przełęczy, skończył się dla mnie górski dzień, skończyło się kontemplowanie górskiego świata, reszta była kluczeniem między ludźmi a wolnymi od nich płatami śniegu.
Ostatnia przyjemność dnia - zjazd popod Świstową Czubę, nie była już tym, czym jest wtedy, gdy nie odbywa się wzdłuż szpaleru podchodzących i schodzących turystów. Na dole jakaś grupka biła brawa, narciarz w tym miejscu i o tej porze roku, był dla nich takim rodzajem osobliwości, jak niedźwiedź albo kozica. Do dna Roztoki zjechałem prawą stroną żlebu wzdłuż którego ciągnie się lina wagonika, dowożącego żywność do schroniska. Przed samym potokiem zrobiłem skręt w lewo i omijając ciągnących tłumnie spacerowiczów, puściłem się w las wzdłuż brzegu strumienia. Stopniowo tłum rzedł. Udało mi się dojechać aż poza Nową Roztokę, gdzie mimo leżącego w lesie śniegu, spływające spod Wołoszyna roztajałe śniegi coraz częściej znaczyły wyrwy wśród pokrytej igliwiem śnieżnej masy.
Dotarłem do Wodogrzmotów... moja postać znaczyła się wśród nieprzebranej ludzkiej masy, wystającymi nad ich głowami nartami, sylwetka moja zlała się z innymi w jedną ludzką rzekę; usiłowałem wyłączyć zmysły: słuch, wzrok, zapach, by w tumulcie różnorakich pokrzykiwań, turkotu bryczek, zapachu końskiego łajna pomieszanego z dyskretną wonią perfum, nie rozmyły się wrażenia dnia, by nie zgubić gór na szlaku do nich prowadzącym.

Dziennik Wypraw, 2.V.2005.
Adam Śmiałkowski