Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Wyprawa na Babugan – Jajła

W ostatnie wakacje udało mi się wyrwać tylko dwa tygodnie, które mogłem przeznaczyć na dłuższy wyjazd. Jeszcze w czerwcu zaczęliśmy dogadywać się z kolegą z pracy, że marzy się nam górska wyprawa z plecakami albo w pasma Pirinu i Riły (o których marzyłem od lat szkolnych) albo w Karpaty Ukraińskie.
W końcu wybór padł na Karpaty (jako bliższe), zwłaszcza, że liczyliśmy się z przerzuceniem dalej, pociągiem, w góry Krymskie. Byliśmy na to gotowi, gdyby Czarnohora okazała się zbyt podobna do polskich gór lub gdyby pogoda nie dopisała. Spotkała nas właśnie ta druga ewentualność.
Z Czarnohory przegonił nas lodowaty wiatr, wbijający nam w policzki gęsty deszcz z prędkością 150 km/h. Zgodnie z planem awaryjnym ruszyliśmy więc pociągiem przez Odessę do Symferopola. Tam przesiedliśmy się w bus, który powiózł nas dalej, do Aukszy.
Na miejsce dotarliśmy rano i od razu zanurzyliśmy się w upał - lepki i osłabiający, odczuwalny jeszcze dotkliwiej pod dogniatającym do ziemi, 25 - kilowym plecakiem. Priorytetowym celem było znalezienie dojścia do wody, by wykąpać się i odpocząć na plaży - po raz pierwszy w życiu nad Morzem Czarnym. Jednak amatorów czarnomorskiej wody było tak wielu, że niemal całe wybrzeże pokrywały płatne plaże. Za wejście (przecież praktycznie na nie dłużej niż godzinę) trzeba było odżałować równowartość 10 zł. Taka rozrzutność nie mieściła się w naszym budżecie - postanowiliśmy wyjść za miasto i tam poszukać jakiejś dzikiej plaży.
Brnęliśmy zatem wzdłuż bulwaru, w autentycznie południowym słońcu i upale, za każdym krokiem boleśnie ugniatani przez plecaki. Zabraliśmy przecież ekwipunek dostosowany do gór w naszej strefie klimatycznej, nieśliśmy zapas ciepłej odzieży, śpiwory i butlę gazową. Ten nie do końca przemyślany dobór ekwipunku miał się na nas wkrótce boleśnie zemścić.
W końcu, po kilku kilometrach powolnego marszu znaleźliśmy kamienistą plażę, na której nikt nie zbierał opłat. Zwaliliśmy nasze bagaże na ziemię i na zmianę (drugi w tym czasie pilnował sprzętu) poszliśmy się wykąpać. Potem legliśmy obok siebie na kamieniach, dając się prażyć nieznośnemu słońcu. Kolega lubi taką atmosferę (gdyby mógł, leżałby na plaży cały dzień), ale ja źle znoszę zarówno słońce, jak i upał. Miałem za to wielką ochotę zwiedzić miasto. Doszliśmy zatem do kompromisu: postanowiliśmy jeszcze tego samego popołudnia rozpocząć wspinaczkę na najwyższe pasmo Gór Krymskich, wznoszące się imponująco ponad plażą na 1500 m: Babugan - Jajła.

W górach Krymu ©Piotr Gostkiewicz
W górach Krymu ©Piotr Gostkiewicz

Równolegle do wybrzeża, jakieś 300 m wyżej biegła asfaltowa droga, którą kursował trolejbus z Auszty. My jednak, jako prawdziwi turyści, postanowiliśmy zamiast wracać brzegiem do miasta - sforsować zbocze na wprost i gdzieś na stoku poszukać miejsca na nocleg.
Ruszyliśmy około 17 pod górę, czując, że nasze plecaki od rana stały się znacznie cięższe. Zziajaliśmy się nieźle, zanim w końcu wydostaliśmy się na asfaltową drogę. Liczyliśmy na to, że gdzieś przy niej uda się nam kupić wodę - niestety, na górze nie czekał na nas żaden, nawet nędzny, sklepik. Zatem szybka decyzja - wracamy po wodę do Auszty, asfaltem w dół. Udało się nam obrócić w pół godziny, gdyż w obie strony podwieźliśmy się trolejbusem, który akurat jechał.
Kupiliśmy 6 litrów wody mineralnej - później okazało się, że to znacznie za mało dla dwóch rosłych mężczyzn, wspinających się przez dwa dni w upale. Ale na razie byliśmy pełni optymizmu - już nic nie mogło nas zatrzymać w drodze na Roman - Kosz, najwyższy szczyt najwyższego pasma Gór Krymskich.
Wyczerpani marszem po plaży i intensywną wspinaczką, nieznacznie powyżej drogi rozbiliśmy się na nocleg. Wyczytaliśmy z mapy, że lekko wydłużając trasę zahaczymy o jezioro. Marzył się nam nocleg nad przeczystym górskim stawem, ale to, co znaleźliśmy bardziej przypominało rozległe, owszem, jednak strasznie zarośnięte i błotniste bajoro. Brodziły w nim krowy i konie, co nas skutecznie zniechęciło do kąpieli. Sprawnie rozstawiliśmy tylko nasz namiocik nieopodal brzegu.
Podekscytowani perspektywą rychłego zdobycia Roman - Kosza długo nie mogliśmy zasnąć, zwłaszcza, że po upalnym dniu szybko nadeszła równie parna noc.
Wstaliśmy około szóstej. Zdecydowaliśmy się sprawnie wyruszyć, by zdążyć wejść na szczyt, zanim słońce stanie się nieznośne. Do jedenastej szliśmy jeszcze pod drzewami. W ostatniej kępie buków zrobiliśmy sobie dłuższy postój przed forsowaniem trawiastej wyżyny, która rozpościerała się powyżej.

W górach Krymu ©Piotr Gostkiewicz
W górach Krymu ©Piotr Gostkiewicz

Słońce. Blask i wiatr - powiew od morza, na który bardzo liczyliśmy. Miał nas przyjemnie chłodzić, a okazał się gorący i suchy, zamiast orzeźwiać tylko pobudzał i tak wielkie pragnienie.
Babugan - Jajła znad brzegu morza, zanurzony w wilgotnym powietrzu, wydawał się o krok, na wyciągnięcie ręki. Niemal całe widoczne zbocza pokryte były lasem bukowym. Nad nim bielił się cienki pas wypalonych słońcem łąk, poprzedzielanych ścianami wapiennych skałek. Spod ostatnich drzew dalsza trasa wyglądała już zupełnie inaczej. Roztaczało się przed nami rozległe, łagodnie wznoszące się zbocze, zwieńczone białymi skałami i zalane słońcem.
Zdawało się nam, że te skały to już cel naszej wspinaczki. Gdy wreszcie wpełźliśmy na nie (w międzyczasie zdążyło zrobić się południe), naszym rozczarowanym oczom ukazała się następna rozległa i kamienista łąka, zwieńczona, jak poprzednia, skałami. Takich tarasów pokonaliśmy chyba z 6, idąc coraz wolniej, coraz bardziej wysuszeni gorącym wiatrem.

W górach Krymu ©Piotr Gostkiewicz
W górach Krymu ©Piotr Gostkiewicz

W końcu wyszliśmy na rozległy trawiasty płaskowyż, gdzieniegdzie wypiętrzony w wapienne kopce. Który z nich to Roman - Kosz? Nie mieliśmy pojęcia. Nasza mapa była zbyt mało dokładna, byśmy mogli się z niej zorientować. Racjonując wodę i odpoczywając co pół godziny, brnęliśmy przez wypaloną płaszczyznę, coraz bliżsi desperackiej myśli, by wspiąć się na pierwszy lepszy kopczyk, uznać go za Roman - Kosz i rozpocząć odwrót.
Zaczęło mi się kręcić w głowie. Obraz zamazywał się i ciemniał. "Dalej nie dam rady, Tomku. Musimy odpocząć". Rozciągnąłem się, jak długi, na wysuszonej trawie i natychmiast zasnąłem. Zbudził mnie cień człowieka - krępego, bardzo energicznie się poruszającego, uśmiechniętego i obarczonego tylko zabawnym, dziecięcym plecaczkiem.
"A ty tu skąd? Myśleliśmy, że tu nikogo nie ma". "Ja tak samo!". Wędrowiec okazał się być Rosjaninem, który przyjechał nad Morze Czarne z żoną i małą córeczką (od niej właśnie pożyczył ów pocieszny plecaczek). Rodzinę zostawił na plaży, a sam wypuścił się w góry. Miał lepszą mapę od nas. Dzięki niej określiliśmy dokładniej, gdzie dotarliśmy po 5 godzinach marszu rozsłonecznionym grzbietem. Namierzyliśmy również Roman - Kosza, który okazał się być już niedaleko. Rosjanin pożegnał się z nami z iście wschodnią wylewnością i natychmiast, z łatwością nas wyprzedził. Zanim zniknął nam z oczu, machając wskazywał jeszcze łatwiejsze przejścia.
Około 15, odwodnieni i niemożliwie zmęczeni, osiągnęliśmy cel. Na szczycie nie chciało się nam nawet jeść. Zaskoczył nas widok na kolejne pasma Gór Krymskich, rozciągające się poniżej, z północnego zachodu na południowy wschód. Przypominały nieco nasze Beskidy, tak samo jak one pokryte lasami, między którymi w dali iskrzyło się jezioro. Łagodne grzbiety, dzikie, zielone i przyzywające. Jednak nie nas. My mieliśmy już Krymu, z jego upałem i odległościami, szczerze dosyć.

W górach Krymu ©Piotr Gostkiewicz
W górach Krymu ©Piotr Gostkiewicz

Ruszyliśmy spowrotem na południe. Nakierowani przez Rosjanina szybciej dotarliśmy do skraju płaskowyżu i ruszyliśmy prosto, w poprzek grzbietu, na dół.
Na stoku znaleźliśmy źródełko, a raczej rurkę, z której ciurkał wąski strumyczek. Woda!!! Prędko wysupłaliśmy menażki, nadstawiliśmy pod wodę i skręciliśmy butlę, aby ugotować na miejscu chińską zupkę.
Nagle przy rurce pojawił się człowiek. Patrzył na ten wąski strumyczek ze łzami w oczach, oblizując spieczone usta. Przepuściliśmy go i poczekaliśmy, aż napełnił swoją dwulitrową, plastikową butlę aż po krawędź.
Uporaliśmy się z zupką i, nieco już szybciej, ruszyliśmy po stromym zboczu dalej. Każdy krok zdawał się jeszcze trudniejszy z powodu ładunku?
Chcieliśmy przed wieczorem dotrzeć nad morze, wykąpać się i wrócić spać na stok powyżej, ale zabrakło nam już na to sił. Wkrótce po zapadnięciu zmroku zdołaliśmy dotrzeć nad kolejne muliste jeziorko, nad którym rozłożyliśmy się na nocleg. Padłem na karimatę w ubraniu, jak stałem, brudny i niemiłosiernie zmęczony.
Tym razem grzbiet Babugan - Jajła forsowali Piotr Gostkiewicz i Tomasz Turski, dnia 18 sierpnia 2005 roku.

Piotr Gostkiewicz