Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



9x4 i 3x2 czyli Olimp jedzie na Monte Rosę (i nie tylko)

Zumsteinspitze / Dufourspitze / Nordent /
Punta Gnifetti / Liskamm / Balmenhorn /
Corno Nero / Ludwigshöhe / Punta Parrot
Naafkopf / Schwarzhorn / Grauspitz

I tak mamy 12 szczytów. Wynik naprawdę imponujący. Jeden wyjazd i dwa najwyższe szczyty w dwóch państwach, najwyżej położone schronisko w Europie, drugi i czwarty szczyt Alp, nocleg na lodowcu, wspaniała pogoda, wspaniałe widoki itd., itp... Zwyczajnie super było! A jak to się stało? Ano, normalnie. Sześciu się nas zebrało i pojechało sobie w Alpy. Był sierpień i gorąco było. W dwóch golfach siedzieli (niekoniecznie w tej w kolejności): Mrozik, Buzi, Nosu, Rudi i rodzina Piątków - Arek syn i Witek ojciec. Ten ostatni, choć nie młodzieniaszek, dzielny był niesamowicie! W tym wieku taka kondycja i pełen luz. Jak on to robi?

Twarda i zwarta ekipa... Od lewej: Witek, Arek, Rudi, Buzi, Marcin Nosek - prezes, Mrozu. ©Adam Kozub
Twarda i zwarta ekipa... Od lewej: Witek, Arek, Rudi, Buzi, Marcin Nosek - prezes, Mrozu. ©Adam Kozub

Tak czy siak, ekipa gotowa była troszkę powalczyć. No i pojechaliśmy. Ponad 1200 kilometrów w jedną stronę (co niektórzy nawet 1400). Cel: Masyw Monte Rosa, Szwajcaria. Droga w tamtą stronę odbyła się bez większych emocji. Zakupy i ubezpieczenie na ostatnią chwilę, wyjazd po 23 (zamiast o 18), tankowanie, że aż się wylewa i takie tam. Ot, zwyczajnie, Klub Górski jedzie w góry.
I tak, 6 sierpnia, około godziny 17 byliśmy w Täsch. Jest to małe miasteczko na trasie do Zermatt. Stąd nie wolno jechać dalej swoim własnym samochodem (chyba że się ma pozwolenie), a trzeba wziąć pociąg lub specjalną taksówkę. Szwajcarzy wymyślili sobie bowiem, że w Zermatt spalinowymi pojazdami nikt im jeździć nie będzie! I w ten sposób stworzyli sobie miasteczko pełne meleksów. Widok dość ciekawy.
Dojechaliśmy więc do Täsch. Tu pojedliśmy nieco i zapakowaliśmy nasze plecaki ii.... nie wiem jak to się stało, ale plecaki nie dały się podnieść. Normalnie dwóch potrzeba było by założyć to dziadostwo na plecy. Jakieś 25-30 kilo każdy! Buzi, twardziel, pomimo lekko ugiętych kolan i zgarbionych pleców, nie odpuścił i zabrał ze sobą sześciopak Vangersta! Zwyczajne przegięcie! Ale nic to. Za dwadzieścia euro na naszą szóstkę, bus jak w Zakopanem zawiózł nas do Zermat (1620 m). Miasteczko naprawdę urocze. Małe drewniane domki, obok nowoczesne, luksusowe hotele, a w koło góry i niesamowite widoki. Mnóstwo wyciągów, mnóstwo turystów i my! Sześcioosobowa ekipa szerpów zgarbiona pod ciężarem tobołów... Jakoś daliśmy radę przejść się malowniczymi uliczkami i nie zwlekając zbytnio zaszyliśmy się w las... Pierwszy nocleg wykorzystaliśmy na odpoczynek. Była kolacja i piwko nawet było (Buzi, dziękujemy!). Najedliśmy się, wyspaliśmy i następnego dnia o godzinie 10 byliśmy na szlaku do Riffelalp.
Od samego początku plecaki okazują się prawdziwą udręką. Co kilkadziesiąt minut robimy odpoczynek. Lekko nie jest. Mozolnie maszerując, po kolei zaliczamy hotele-schroniska Riffelalp (2211 m) i Riffelberg (2582 m). Przy tym drugim, kort i otwarty basen z dżakuzi (bąbelki masują twe ciało a ty podziwiasz widoki i uśmiechasz się do przechodzących obok młodych ludzi objuczonych jak pustynne wielbłądy). Mijamy jeziorko Riffelsee z przepięknym widokiem na Matterhorn i schodzimy na lodowiec Gornergletscher. Tu zaczynają się krajobrazy. Z jednego miejsca widać 5 lodowców oraz szczyty Liskamm, Castor, Pollux, Breithorn i Klein Matterhorn. Jest naprawdę cudnie!
No prawie, na plecach mamy bowiem mały duży problem...

Szczeliny na lodowcu... ©Adam Kozub
Szczeliny na lodowcu... ©Adam Kozub


©Adam Kozub
©Adam Kozub

Słonko świeci a my maszerujemy. Nie wiem co bym zrobił bez swoich kijów. Pewnie szedłbym na czworakach... Tracimy nieco wysokości, przechodzimy lodowiec Gorner i zdobywamy schronisko Monte Rosahütte (2795 m). Maszerując po lodowej rzece szlak wyznaczony jest przez rozstawione co kilkadziesiąt metrów słupki z chorągiewkami. Mijamy kilka szczelin oraz wodospad znikający gdzieś w czarnej dziurze. Czujemy się jak na innej planecie. Nieco powyżej schroniska, na wysokości około 3000 metrów rozbijamy nasze namioty. I tak mija nam dzień drugi. Z widokiem na lodowiec oraz Matterhorn w chmurzastej czapie, zasypiamy już o 21.
Na wyjeździe od początku obowiązywała zasada "wstajemy jak wstajemy". Nic więc dziwnego, że trzeciego dnia na szlaku jesteśmy "już" o 10 rano! Zakładamy na plecy ciężary, chowamy nieco jedzenia w skałach (na później), i ruszamy do góry. Do pokonania mamy 1000 metrów w pionie. Niby niewiele ale cały czas lodowcem (Grenzgletscher), w słońcu, pomiędzy szczelinami. Wiążemy się liną i mozolnie drepczemy jeden za drugim. Kilka razy jest naprawdę ciekawie. Lodowe mostki nad bezdennymi szczelinami (wytrzyma taki czy nie wytrzyma?), upał, biel śniegu i błękit nieba.

Człowiek, a nawet ludzie... ©Adam Kozub
Człowiek, a nawet ludzie... ©Adam Kozub

Pięknie! Po jakiś 7 godzinach naprawdę ciężkiego marszu, zatrzymujemy się i rozbijamy nasze małe domki. Miejscówkę mamy przepiękną. Wysokość 4100, widok na Liskamm, Zumstein, Dufour, Punta Parrot, Punta Gnifetti i Ludwigshöhe, z dwóch stron szczeliny, śnieg, lód i chmury w dolinach. Posilamy się chińszczyzną i idziemy spać. Noc niezbyt przyjemna. Podejście i słońce trochę nas wykończyło. Ja mam poparzone nogi na odcinku od połowy uda do połowy łydki (w krótkich spodenkach przez kilka godzin po śniegu, taa...). Nosek ma przygody żołądkowe, Mróz uczy się niemieckiego... W drugim namiocie, bidule, nawet nic nie zjadły przed spaniem. Zwyczajnie "pies zdechł".
"Wstajemy jak wstajemy" czyli o 9 we wtorek ruszamy pod górę. Nasz cel - najwyższy szczyt Szwajcarii - Dufourspitze (4634 m). Uzbrajamy się w raki, czekany, wiążemy się liną i w towarzystwie dziesiątek nam podobnych wędrujemy pod górę. Jesteśmy (niestety i stety) w Masywie Monte Rosa, czyli całe mnóstwo turystów drepczących w kilkuosobowych zespołach we wszystkich kierunkach. Trochę psuje to atmosferę ale cóż było robić? Mimo to wyróżniamy się tym, iż jako jedyni mamy rozbite namioty i nie śpimy w wygodnych schronach (kogo na nie stać?...). W miarę spokojnie zdobywamy Zumstein (4563 m). Jest bardzo wietrznie ale i słonecznie. Czujemy się jak w niebie. Pod nami tylko śnieg i chmury. Piknie! Będąc na szczycie widzimy również nasz cel. Droga tam prowadząca - grań, na drugi co do wysokości szczyt Alp - wygląda bardzo interesująco. Na tyle interesująco, że zmęczeni Buzi i Witek postanawiają sobie odpuścić i zdobyć Punta Gnifetti (4556 m) w drodze powrotnej. Pozostała nasza czwórka rusza do "ataku". Sporo odcinków skalnych, dużo śniegu i lodu. Bardzo ciekawie. Mrozik pewnie nas jednak prowadzi i po dwóch godzinach docieramy bezpiecznie na szczyt. Po drodze zakładamy w pewnym momencie nasze kaski. Lód i śnieg sypie się na głowy, a jak już nieśliśmy te skorupy to czemu by ich nie założyć? Na wierzchołku pamiątkowe fotki z Klubową flagą, Adasio staje na głowie... Po 10 minutach wracamy na Zumstein. W trzech. Mrozik zdecydował bowiem zdobyć jeszcze pobliski Nordent (4609 m), sam... Niezbyt to rozsądne ale gość ma parę i nie raz już podobne numery wycinał. A! niech ma! Życzymy mu miłej zabawy i ruszamy z powrotem. Po drodze również wchodzimy na Punta Gnifetti, gdzie usytuowane jest najwyżej położone schronisko w Europie - Margherita (4556 m). Tu, ja skorzystałem z toalety (to dopiero wysiłek, na tej wysokości...), a chłopaki zdrzemnęli się na stołach zgięci w pół jak po imprezie (ku zdziwieniu gości w klapkach...). Posiedzieliśmy z godzinkę i wróciliśmy do naszych kumpli czekających w namiotach.
Mrozik tymczasem zdobył sobie Nordent i postanowił raz jeszcze przejść się lodowcem Grenzgretscher. Nie, że chciał, ale schodząc inną drogą nie bardzo miał jak ominąć wszystkie szczeliny i musiał drugi raz przejść odcinek prawie od naszego poprzedniego obozu. Zaledwie 3,5 godziny samotnego marszu pod górę, w słońcu, po śniegu, pomiędzy szczelinami... Rachu ciachu i był w naszym namiocie. I publicznie stwierdził, że "ma dość"! Mamy to nawet nagrane!...

Na szczycie Zumstein ©Adam Kozub
Na szczycie Zumstein ©Adam Kozub

(milicja!, przecież to się musiało coś stać!)
W nocy znów lekko nie jest. Tym razem szaleje wiatr. Nasz namiot cały czas próbuje odlecieć, ale na szczęście nie daje rady. U nas z resztą nie było aż tak źle. U Witka, Arka i Buziego, ścianki namiotu się tak poprzeginały pod ciężarem nawianego śniegu, że chłopaki nosem podpierali tropik. Odwiedzając nas stwierdzili, że mamy jak w mercedesie (wiadomo, my się szanujemy i namiot dobry mamy (pozdrawiam tu Krzysia i Mateusza :)...).
Noc choć burzliwa minęła i pogoda znów zagościła na naszym lodowcu. Po krótkich debatach gdzie by tu jeszcze podreptać, postanowiliśmy zdobyć Liskamm (4527 m). Góra prezentowała się naprawdę pięknie. Na podbój wybrało się nas czterech: Mrozik (jakoś się chłopina pozbierał), Arek, Nosu oraz ja. Buzi z Witkiem (seniorzy) postanowili za to odpocząć nieco więcej i zdobyć pobliski Punta Parrot. Lina, raki, czekan, i jazda! Droga na szczyt prowadzi niesamowitą granią z przepięknymi nawisami, które oczywiście omijamy szerokim łukiem. Liskamm ma niechlubną sławę tak zwanego Menschenfresser (ludożercy). Niejedna ekipa nie wróciła z grani Liskamm... Na szczycie, oznaczonym malutkim drewnianym krzyżykiem, stajemy po około 2 godzinach. Pstryk, pstryk i "lecimy" w dół. A że pora była jeszcze młoda (ok. 13) decydujemy się jeszcze coś złoić. Po krótkiej naradzie, Nosu i Mróz dreptają na Balmenhorn (4167 m), a ja z Arkiem na Corno Nero (4321 m). Po pół godzinie, po zdobyciu "swojej górki", dołącza do nas Nosu będący dziś w diabelnej formie. Mrozik tymczasem, zrzuca na szczycie balast (w schronisku, nie na skale... nie, nie...) i rusza do namiotów. Od tej pory, w trzech, zdobywamy 3 szczyty - Corno Nero, Ludwigshöhe (4341 m) i Punta Parrot (4436 m). Jest naprawdę super. Z pierwszego na liście udaje nam się nawet zjechać po zamontowanej tam na stałe poręczówce. Dwa następne to walka z bocznym wiatrem. Na Punta Parrot jest on tak mocny, że lina łącząca mnie z Arkiem (Nosu nie raczył się wpiąć), na odcinku 10 metrów wygina się w łuk, w poziomie, na wysokości pasa! Musimy się nieco gimnastykować by nas nie zwiało ze śnieżnej grani. Po około 2 godzinach wracamy bezpiecznie do pozostałych chłopaków.
Szybko pakujemy nie spakowane jeszcze graty, całą szóstką wiążemy się liną i ruszamy w dół dobrze już znanym lodowcem Grenzgletscher. W dół jest z pewnością łatwiej, więc raźno tracimy wysokość. I plecaki jakby lżejsze! Jedynie co nas denerwuje to przypiekające słońce. Niby człowiek po śniegu drepcze i wysoko jest konkretnie, to jednak poci się jak dziki! W czasie zejścia przypomina mi się film "Touching the void". Kto nie widział szczerze polecam. Panie chroń nas przed takimi "przygodami"!

Nasza czwórka atakuje Liskamm... Zdjęcie zrobiono z Punta Gnifetti ©Adam Kozub
Nasza czwórka atakuje Liskamm... Zdjęcie zrobiono z Punta Gnifetti ©Adam Kozub


Widok z Liskamm... ©Adam Kozub
Widok z Liskamm... ©Adam Kozub

Około 19 docieramy do miejsca naszego drugiego obozowiska. Odnajdujemy ukryte wcześniej tobołki z żarciem, rozbijamy namioty, jemy, myjemy się i w wyborowych humorach kładziemy się spać. Tym razem noc byłaby o.k. gdyby nie piekąca mnie twarz. Rano wargi mam jak dwa kawałki pomarańczy...
"Wstajemy jak..." i idziemy do Zermatt. Po drodze załapujemy się na dość widowiskową dostawę towaru do Monte Rosahütte. I niech nikt nie myśli, że żarcie dostarczają tam Żukiem (made in Lublin). Śmigłowiec, z ładunkiem na kilkumetrowej linie, zbliża się na metr od dachu schroniska, zostawia ogromny pakunek na malutkim tarasie i nurkuje w doliny nad przepięknym lodowcem. Tacy lotnicy to mają fajnie. Nic na plecach nie dźwigają i w 10 minut są z powrotem w mieście! My fajnie nie mamy i drałujemy dalej. Zejście po skałach, lodowiec Gornergletscher, trochę podejścia i znów zejście lasem. Mrozik w czasie marszu dalej męczy niemiecki ("es regnet"). Całe szczęście, że jest trochę pochmurnie i kropi nawet czasem. Moja twarz by tego nie przetrzymała i zwyczajnie by mi odpadła, a tak, jakoś dajemy radę. Z poparzeniami zresztą nie jestem sam. Każdy z nas jak się śmieje to łapie się za usta i błaga by go nie rozśmieszać bo ust korale, całe w strupach, pękają jak maliny...
Do Zermatt docieramy około 18. Deszcz się w końcu zdecydował i rozpadał się na dobre. Buzi miał chyba najciekawiej - w sandałach! Ale nie narzekał, nowe buty (!) dały mu bowiem tak popalić, że dla jego biednych stóp wszystko było lepsze! Ponownie przechodzimy urocze miasteczko manewrując między meleksami, ponownie łapiemy taksówkę za 20 euro i docieramy do Täsch.

Beduini na szczycie Liechtensteinu- Grauspitz ©Adam Kozub
Beduini na szczycie Liechtensteinu - Grauspitz ©Adam Kozub

Jest czwartek wieczór. W planie był jeszcze Matterhorn. Niestety, już w Riffelberg dowiadujemy się, że warunki na tej groźnej górze sprawiają, że nawet przewodnicy się tam nie wybierają. Cóż było robić? Postanowiliśmy zdobyć coś innego. Może... najwyższy szczyt Liechtenstein - Grauspitz (2599 m)? W styczniu nam się nie udało, może teraz? Jak postanowiono tak zrobiono!
Do Malbun docieramy już po dwunastej. Rozbijamy nasze namioty na czyimś podwórku i podziwiając niesamowicie rozgwieżdżone niebo spożywamy małe co nieco. Każdy życzy sobie czegoś przy spadających gwiazdach i kładziemy się spać. I była to najlepsza noc podczas całego wyjazdu. Równo pod plecami, nie wieje, usta nie doskwierają, jest ciepło... Ani razu się nie obudziłem!
Rano, czyli około 10, ruszamy pod górę. Bez ciężarów! Jest rewelacyjnie! Twarze zawijamy w koszulki jak jacyś Beduini i drepczemy pod górę. Jest prawie jak w Tatrach w Dolinie Kościeliskiej. Wyjątek stanowią ogromne ilości krów pasących się na niewiarygodnie zielonych łąkach. I każda ze swoim dzwonkiem. Wyobrażacie sobie? Setki dzwonków dzwoniących jednocześnie! Zwariować można... Najpierw szutrową drogą, potem trawiastym szlakiem, docieramy do schroniska Pfalzerhütte (2108 m). Stamtąd po około godzinie zdobywamy Naafkopf (ponad 2500 m). W planie było przejście granią przez Schwarzhorn i zdobycie Grauspitz. Niestety okazuje się to niemożliwe. Grań jest bardzo stroma i bardzo krucha. By zdobyć najwyższy szczyt tego kraju trzeba będzie najpierw zejść w dół, by szerokim łukiem ominąć trudności i wejść z powrotem na grań w łatwiejszym miejscu. Ponownie się rozdzielamy. Tym razem do znanych już nam seniorów dołącza Arek, a ja wraz z Noskiem i Mrozikiem rozpoczynamy nasz mini rajd. W pełnym biegu, najpierw szlakiem, potem na przełaj, zbiegamy w dół. Trzech szaleńców, z drogi!!! Po "zejściu" jakiś 300-400 metrów (czyt. karkołomnym biegu) i pokonaniu skalno-trawiastego trawersu, ponownie rozpoczęliśmy wspinaczkę. "Taka mniejsza górka ten Grauspitz, na deser..." Niech nas drzwi ścisną! Mozolnie maszerując pod górę zdobywamy kolejne metry. Jest naprawdę stromo. W pewnym momencie trochę mi odbija i zaczynam sobie podśpiewywać. "I co ja robię tu..." jest najczęściej powtarzającym się kawałkiem. Nosu, idący kilka metrów przede mną, w końcu nie wytrzymuje i w "kulturalny" sposób mnie ucisza. Chłopina nie poznał się na mym talencie, czy co?

Na szczycie Ludożercy... ©Adam Kozub
Na szczycie Ludożercy... ©Adam Kozub

Docieramy na grań i od tego momentu jest już znacznie łatwiej. Zdobywamy Schwarzhorn (2509), machamy pilotowi przelatującego koło nas szybowca i pokonujemy nieco ostrzejszy kawałek grani prowadzący na Grauspitz. Na skalnym odcinku Mrozik rozcina sobie kolano. Chyba dopada nas zmęczenie...
Po około 2 godzinach od zostawienia naszych kumpli stajemy na najwyższym szczycie Liechtensteinu. O dziwo, nie ma tu krzyża, jest tylko księga wpisów potwierdzająca gdzie jesteśmy. Krzyż, który wraz z Mrozikiem widzieliśmy w czasie styczniowych zmagań na tej górze, stoi sobie kilkadziesiąt metrów dalej na kolejnym małym szczycie. Nikt jakoś nie garnie się jednak do dalszego zdobywania, więc wpisujemy się jedynie do księgi i ruszamy z powrotem. Pokonujemy grań w drugą stronę i kierujemy się w dolinę. W drodze powrotnej stwierdzam, że podczas tego wypadu rozwinęliśmy nasz własny Klubowy styl "na hura!", pokonując góry techniką "na wprost"!
Docieramy do samochodów, jemy, myjemy się w małym jeziorku i pakujemy nasze toboły. Lekko wykończeni (zwłaszcza nasza trójka) wsiadamy do naszych golfów i ruszamy do Polski. I tyle. Ponownie, cali i zdrowi wracamy do kraju. Tym razem wracamy jednak jak prawdziwi zdobywcy. 12 szczytów! Wyjazd zwyczajnie nadzwyczajny!!!

Adam Matusz "Rudi"
Zapraszamy na stronę internetową: http://olimpawf.250free.com