Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



W Tatrach - Lodowa Przełęcz z satelitą

Wycieczka miała być atrakcyjna i nie przekraczać moich możliwości, a zatem dwudniowa w kierunku z południa na północ. W pierwszym dniu - dojście do schroniska Teriego (2015 m) i nocleg w otoczeniu potężnych szczytów, w drugim - przejście Lodowej Przełęczy (2372 m) i długiej Doliny Jaworowej. W ten sposób wysiłek rozkładał się równomiernie na oba dni. W pierwszym wchodzi się 760 m wyżej, w drugim jeszcze 360 m i schodzi 1400 m. Przeważająca, wyższa część trasy nie była mi znana.

Trasa wiedzie ścieżkami znakowanymi, a gdyby ponadto z przełęczy wejść na Kopę Lodową (2611 m), zawierałaby także odcinek nieznakowany. Kopa to prawie to samo, co sławny Lodowy, ale wejście na nią nie tak eksponowane. Można by przypuszczać, że nie chodzą tam, jak na Lodowy, wycieczki prowadzone przez przewodników, którzy przy okazji zawracają samodzielnych turystów na nieznakowanej ścieżce i mogą spisywać mandaty.

Aby wycieczka mogła się udać, nocleg powinien być pewny i piękna pogoda także. Numer telefonu do schroniska znajduje się w Internecie. Pytam: "Z jakim wyprzedzeniem zamawiać nocleg na sierpień?" - "Na miesiąc wcześniej". Zatem w końcu lipca zamawiam noclegi "główny" i "zapasowy", na dni powszednie 24/25 i 27/28 sierpnia. Gdyby w pierwszym terminie była niepogoda, prawdopodobnie w drugim byłoby już ładnie, jak to w Tatrach bywa w końcu lata. W Internecie wyjaśniano, że jeśli turysta nie dotrze do schroniska przed osiemnastą, rezerwacja będzie anulowana i nie ma z tego problemu.

Wyjechałem rano 22-go. Zapowiadano ładną pogodę, ale wieczorem radio Zakopane podało, że najpiękniej będzie pojutrze, a więc wtedy, gdy miałem podchodzić do schroniska. Ważniejsza byłaby dobra pogoda na drugą, dłuższą i wyższą turę. Zatem rano dzwonię do schroniska, czy przełożą nocleg na dzień wcześniej. Jest zgoda.

Najpierw (23-go) autostop do Łysej Polany, dalej słowacki autobus do St. Smokowca. W Smokowcu słońca niewiele, góry widać do 1800 m, a powyżej chmury. Nie za ciepło, w górze pewnie jeszcze chłodniej. Nie spieszę się, byle bym dotarł do schroniska przed osiemnastą. Śniadanie można zjeść tutaj, na ławce na skwerku, a nadto odwiedzić śliczny kościółek za Grand Hotelem po drodze do "lanovki". Na Hrebienoku (1285 m) przebywa już niemało turystów. Dalej prowadzi w lesie wygodna droga przez potoki Zimnej Wody do schroniska Zamkovsky'ego (1475 m). Jest to najliczniej uczęszczana trasa turystyczna w Tatrach Słowackich. Od czasu do czasu wśród chmur pojawiają się fragmenty grani Sławkowskiego Szczytu i okolic Rohatki.

Schronisko Zamkovsky'ego jest w sam raz jest dobre na przystanek i gorący posiłek, odwiedzane licznie przez turystów w różnym wieku i różnej narodowości. W kasie dają kartkę z numerkiem, a gdy jadło już gotowe, odczytują numer w języku angielskim. Na zewnątrz znalazł się nawet straganik z bananami.

Za schroniskiem ścieżka wychodzi z lasu i wznosi się pośród kosówek, skał i trawek. O tej porze turyści przeważnie już schodzą. Wielu mówi "dzień dobry" po słowacku. Jedna osoba pyta, czemu idę sam. Okazało się, że był to ksiądz słowacki, który szedł z towarzyszem. Odpowiedziałem: "Bóg jest ze mną".

Po drodze szukam historycznej Koleby Łomnickiej (1592 m), w której w dawnych czasach nocowali taternicy. Jak podano w przewodniku, znajduje się ona pod wielką wantą odwróconą "plecami" do szlaku. Pytam o nią schodzących turystów wyglądających na bardziej zaawansowanych. Nie wiedzą. Wreszcie w miejscu, w którym ścieżka zbliża się do potoku, po lewej stronie widać w niewielkiej odległości dużą skałę, ku której schodzi wąska ścieżynka. Okazuje się, że koleba jest duża, może chronić kilka osób przed deszczem. Nadaje się na nocleg (przepisy Parku dozwalają na to tylko w razie niespodzianej konieczności).

Tymczasem chmury ustąpiły już do ponad 2000 m. n.p.m. Oto niespodzianka: na wprost w górze widać próg Doliny 5 Stawów Spiskich i na jego krawędzi budyneczek schroniska (w prostej linii 1,5 km). Jest to chyba jedyne schronisko w Tatrach, które widać z daleka w takiej scenerii. Cel jest blisko, pozostaje pokonać różnicę wysokości 400 m. Po ścieżce schodzą już tylko nieliczne osoby. Ostatni odcinek idę za czterema Polakami, którzy wyszli rano z Teriego na Czerwoną Ławkę, zeszli doliną Staroleśną do Magistrali i teraz podchodzą. Zbliża się godzina osiemnasta.

Schronisko jest niewielkie. Znajduje się w pobliżu stawu w skalisto-trawiastej dolinie Pięciu Stawów Spiskich otoczonej wysokimi grzbietami. Wyższe partie gór są nadal ukryte w chmurach. Przed budyneczkiem siedzi jedyna osoba i przypatruje mi się z ciekawością. Za drzwiami wejściowymi znajduje się mały korytarzyk, a pod jedną jego ścianą wiele dużych plecaków. Na drzwiach z lewej i prawej strony napisy w sensie: "nie wchodzić - służbowe"; na wprost są schody, za nimi widać w górze otwarte pomieszczenie, które okazuje się kuchnią. Z lewej strony wejścia do kuchni są drzwi do jadalni, z prawej korytarzyk do umywalni i WC (z zapaszkiem).

Widok na Stawy Spiskie i schronisko Tery'ego z górnej części doliny © K. Stankowicz Widok na Stawy Spiskie i schronisko Tery'ego z górnej części doliny © K. Stankowicz

Zgłaszam się w kuchni, wszystko się zgadza, wskazano mi pokój za niewielką i gwarną jadalnią. Poinformowano, że w sypialni nie wolno jeść ani palić. Są tam trzypiętrowe łóżka, łącznie 12 miejsc, szafeczki i dwa nieduże okna. Moje miejsce znajduje się pod sufitem, z dala od otwartego okna. Tak lepiej - będzie cieplej. Są już czterej napotkani Polacy, towarzyscy, zmęczeni po całodziennej wycieczce. Na łóżku dwa koce i tylko na jaśku biały powłoczek. Ogólnie mi się podoba. Kolacja jest w plecaku, decyduję się wyjść na zewnątrz, aby zjeść w ciszy. I słusznie, bo otoczenie szczytów i stawów jest najzupełniej niezwyczajne i do tego piękne. Chmury podniosły się jeszcze wyżej, ale granie, a zwłaszcza Łomnica zasłonięte.
Do schroniska przychodzą jeszcze nieliczni turyści i proszą o nocleg. Niektórych kierownik wpuszcza, chyba tych mniej sprawnych.

Na zewnątrz już prawie ciemno. W kuchni i jadalni świecą lampy naftowe, na korytarzu mini-żaróweczki elektryczne. Kierownik nosi na czole małą latarkę elektryczną. Niektórzy turyści mają własne latarki.

Wkrótce za oknem nic nie widać - otoczenie całkowicie zasnute mgłą. Po pół godzinie wychodzę na zewnątrz. Nowa niespodzianka - wokół na niebie gwiazdy, wszystkie szczyty widoczne, nawet Łomnica. Zapewne mgła niedawno schodziła w doliny.

Spało się dobrze, nikt nie chrapał. Po szóstej wstawanie. Przed siódmą śniadanie w cenie noclegu: herbata, chleb i mini porcje masła, dżemu, miodu i sera. Okazuje się, że w pokoju na parterze cała podłoga była zajęta przez nocujących turystów i taterników.
Miedzy siódmą i ósmą wszyscy wychodzą w góry. Kilkanaście osób w małych grupkach zdąża szlakiem dla zaawansowanych przez Czerwoną Ławkę do Doliny Staroleśnej. Piątka innych Polaków ze słowackim przewodnikiem udaje się tradycyjną ścieżką na Lodowy. Nieliczne osoby schodzą w dolinę. Później będzie widać taterników na Małym Lodowym i na Ostrym Szczycie oraz słychać "kujących" haki na Żółtej Ścianie.

Pogoda jest przepiękna, ani jednej chmurki. Rozmawiam z turystami dążącymi na Czerwoną Ławkę. Pierwszych na tej trasie widać już przy łańcuchach pod tą przełęczą. Od rozstaju ścieżek idę jako jedyny w kierunku Lodowej Przełęczy. W górze, po prawej stronie słychać spadające kamienie. Okazuje się, że po grzędzie Kopy Lodowej spacerują dwie kozice. Za Lodowym Stawkiem (2192 m) ścieżka wspina się dość stromo piargiem i żlebem; wiele kamieni słabo trzyma się podłoża. Taką ścieżką łatwiej iść w górę, niż schodzić, nieco łatwiej jest pod skałami z lewej strony żlebu. Słońce silnie przygrzewa. Dobrze się wspinać bez koszuli.

Widok z Lodowej Przełęczy na zachód © K. Stankowicz Widok z Lodowej Przełęczy na zachód © K. Stankowicz

Na przełęczy nikogo dziś jeszcze nie było. Cudowny widok roztacza się we wszystkich kierunkach. Tutaj jednak odczuwa się "przeciąg" i trzeba nakładać na siebie jedno po drugim. W chłodniejszym powietrzu nie przekwitły jeszcze górskie kwiaty, jak niżej po drodze. Czy iść na Kopę Lodową? Opisaną w przewodniku ścieżkę (bez znaków) widać wyraźnie. Jednak na przełęczy jest tak pięknie, że na Kopie nie może być wiele ładniej, a dodatkowy wysiłek byłby konieczny. Podchodzę nieco w tamtym kierunku i znajduję cichsze miejsce na długi odpoczynek i drugie śniadanie. Po jakimś czasie wchodzi na przełęcz turysta, później następni, niektórzy nawet z Doliny Jaworowej. Po nasyceniu się widokiem i odpoczynku ruszam. Wkrótce zza Kopy Lodowej schodzi ku przełęczy piątka zauważonych rano turystów z przewodnikiem. Wracają tędy z Lodowego. Zatem przewodnicy mogą się pojawić i tutaj. Nieco później inni turyści podchodzą na Kopę, ale z daleka nie widać - idą z przewodnikiem czy samodzielnie?

Lodowa Przełęcz widziana ze żlebu prowadzącego na Kopę Lodową © K. Stankowicz Lodowa Przełęcz widziana ze żlebu prowadzącego na Kopę Lodową © K. Stankowicz

Ścieżka łagodnie sprowadza w dolinę. Od czasu do czasu mijam podchodzących. Po lewej stronie przepastne ściany Jaworowych, po prawej usypiska Kopy i Lodowego. Niżej na lewo staw, dalej ścieżkę przecina pierwszy od tej strony strumyk. Warunki znakomite: w każdej chwili można odpocząć i podziwiać góry bez obaw o pogodę. Niżej widać już całe połacie zieloniutkich traw, wreszcie kosówki i mostek na Jaworowym Potoku. Nachylam się i chlapię wodą. Niedaleko opala się turystyczna Lorelei z obstawą rodziców. Niżej ścieżka wiedzie dnem potoczków tajemniczo wśród kosówek. Kilka osób biwakuje. Dalej już las i Polana Jaworowa ze znaną mi ławeczką i cudnym widokiem na otoczenie Doliny Czarnej Jaworowej i główną grań.

Gerlach i Jaworowe - wodok z Przełęczy Lodowej © K. Stankowicz Gerlach i Jaworowe - wodok z Przełęczy Lodowej © K. Stankowicz

Dzień ma się ku końcowi, na zachodzie pojawiły się pierwsze chmury, nadal ciepło. Niżej rozstaj, Polana Gałajdowa, na niej wiele osób, wśród nich kolejni sympatyczni Polacy. Turyści doszli tutaj przeważnie od Przełęczy pod Kopą lub po prostu z Jaworzyny. Wreszcie Jaworzyna, sklep i ... czterej Polacy z Teriego. Dotarli oni ze swoim słowackim przewodnikiem na Lodowy, zeszli do Smokowca i wracają samochodem do Polski. Jeden z nich był tak zmęczony, że już nie wszedł na wierzchołek. Przewodnicy, wiadomo, prowadzą za szybko. Co ciekawe, szli przez Lodową Przełęcz. Teraz autostop do Łysej, mikrobus, w którym uczeń ustąpił siedzące miejsce mnie zmęczonemu. Sama radość w 65-tym roku życia. Nie miałem na wycieczce aparatu fotograficznego. Jednak po pewnym czasie w nieocenionym Internecie, pod adresem podanym przez poznanych Polaków, znalazły się ich sympatyczne podobizny uwiecznione pod Czerwoną Ławką w pierwszym dniu ich wycieczki i na Lodowym w drugim. Miła niespodzianka - za sprawą fotografii czas się wrócił. Później poszperałem w Internecie i okazało się, że są tam tysiące fotek z Tatr, wykonane przez różnych autorów, m.in. z całej opisanej tutaj trasy. Czas przy komputerze zaczął znów biec w jedną lub w drugą stronę - zaglądałem do gór. Tylko na jednej fotografii znalazła się Koleba Łomnicka, bez ludzi, których obecność łatwiej pozwoliłaby ocenić jej wielkość. Może ktoś to dopełni? Tego jeszcze było mało. Po paru miesiącach w Internecie można było przeczytać, że 24 sierpnia 2004 roku o godzinie 10:50, po kilku próbach udaremnionych w poprzednich dniach przez niedoskonałą widoczność, amerykański satelita wykonał na zlecenie T.P.N. dokładne zdjęcia całych Tatr. Obiecywano, że będą dostępne w Internecie i będzie można rozpoznać na nich postacie, samochody, itp. Jeden piksel miał odpowiadać jednemu metrowi. Wykonanych zdjęć, jak na razie, niestety w Internecie nie umieszczono. Wg mojego rachunku, na ekranie monitora zmieści się, grubo licząc, 1000 razy 800 pikseli, czyli prawie całe Morskie Oko, co odpowiadałoby skali mapy 1:1000. Tego dnia, o tej właśnie godzinie dochodziłem do Lodowej Przełęczy lub już tam byłem. Nasuwa się refleksja. Dziś może nas "zapisać" satelita, później mogą się pojawić jeszcze lepsze metody. W rzeczywistości zawsze jesteśmy w pewien sposób widziani przez Boga.

Antoni Salm
e-mail: asalm@tlen.pl
20 marca 2006 roku