Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Tatrzańska kapliczka straceńców
część III

Eksperci i ignoranci

      Winę za tragiczne wydarzenia w górach bardzo często przypisuje się przyrodzie. A przecież nie ma w tym wiele prawdy. Najczęściej głównym elementem zagrożenia dla siebie jest sam człowiek, na skutek nieprzemyślanych decyzji, niedostatku wiedzy i braku wyobraźni.       Ostatnio notuje się zdecydowanie mniej wypadków wśród taterników, za to o wiele więcej - wśród turystów. Zajrzyjmy do danych statystycznych TOPR-u: w roku 2004 - aż 214 interwencji dotyczyło turystów, a tylko 6 - taterników. Tendencja utrzymała się w roku 2005, a nawet wzrosła niekorzystnie dla turystów: 278 turystów i 5 taterników skorzystało z pomocy ratowników górskich. Rok 2004: 16 wypadków śmiertelnych. W roku 2005 śmierć w górach poniosło 15 osób.       To mało czy dużo? Jeżeli zestawić te liczby z kilkoma tysiącami wyruszającymi jednego tylko sierpniowego dnia w Tatry - wydaje się, że mało. Ale gdy pomyśli się o bólu rodziny po utracie bliskiej osoby, o miesiącach powrotu do zdrowia taternika lub narciarza po ciężkim wypadku, o dożywotnim kalectwie młodej dziewczyny - wtedy to dużo, bardzo dużo... O wiele za dużo.       O przyczynach wypadków, o najczęstszych tatrzańskich trudnościach i pułapkach czyhających na górskich szlakach, powiedziano i napisano już wiele. Ale - jak widać - nadal za mało. W Tatrach wciąż zdarzają się wypadki, wciąż giną ludzie. Od ponad wieku wyruszają w góry turyści i taternicy, z tą tylko różnicą, że obecnie jest ich kilkakrotnie więcej. Statystyki Tatrzańskiego Parku Narodowego wskazują, że gości w Tatrach przybywa z roku na rok. W takich samych proporcjach - jak widać ze statystyk TOPR - przybywa również ofiar w górach.       "Klientami" TOPR-u są najczęściej amatorzy, początkujący w górskich wędrówkach, nie znający specyfiki Tatr, nie umiejący prawidłowo zaplanować wycieczki. Ile błędów potrafią poczynić nowicjusze tatrzańscy wybierając się w góry - prawie nie sposób wyliczyć. Nie znaczy to, że podobne, "szkolne" błędy, nie zdarzają się wytrawnym wygom tatrzańskim, dzieje się to jednak znacznie rzadziej.

Ratowniczy Sokół nad Doliną Gąsienicową  ©Liliana Kołłątaj
Ratowniczy Sokół nad Doliną Gąsienicową ©Liliana Kołłątaj

      Ofiarami bezmyślności rodziców lub opiekunów stają się niestety często małe dzieci. Przepisy dotyczące wycieczek w tereny górskie wyraźnie określają na 15 lat dolną granicę wieku przy wejściach, powiedzmy, powyżej granicy regla. Granica ta została wyznaczona przez lekarzy na podstawie wiedzy o rozwoju dziecka. Wiele funkcji fizycznych i psychicznych w młodszym wieku jest jeszcze na zbyt niskim poziomie, by można było obciążać młody organizm większym wysiłkiem. Niestety, nauczyciele prowadzący wycieczki szkolne na ogół nie respektują tej zasady, a często nawet o niej nie wiedzą. Rodzice tym bardziej. Omdlewający i płaczący dwulatek na Świstówce, w nosidełkach na plecach u taty, czy też padający z nóg pięciolatek, ciągnięty przez matkę na Hali Gąsienicowej są nader częstym widokiem.       Banalne wręcz wydaje się wspominanie o tym, że z głupio pojętej oszczędności nauczyciele wybierają się z uczniami w góry bez profesjonalnych i doświadczonych przewodników, mogących służyć radą i pomocą. Takie podejście szkół jest po prostu nagminne, mimo że regulują to również odpowiednie przepisy, a nawet - co więcej - ich nieprzestrzeganie teoretycznie jest karalne. Nikt jednak tego nie egzekwuje, dopóki nie zdarzy się nieszczęśliwy wypadek.

Gładki, Hruby i Krywań ©Liliana Kołłątaj
Gładki, Hruby i Krywań ©Liliana Kołłątaj

      Niejednokrotnie o katastrofie decydują stan zdrowia i kondycja. Znane są przypadki zamarznięć na skutek zasłabnięcia i w efekcie wychłodzenia organizmu. Zdarzają się także zawały, na skutek nadmiernego wysiłku i przeciążenia serca lub w konsekwencji zaburzeń krążenia i ciśnienia, związanych z chorobą wysokościową. Powodem bywa też zażywanie rozmaitych medykamentów, zwłaszcza specjalistycznych leków nasercowych, po których nie powinno wyruszać się w wyższe rejony gór. W roku 2004 interwencji ratowników wymagało 30 ostrych zachorowań, które zdarzyły się na szlakach turystycznych. W roku 2005 takich przypadków było już 49. Najczęściej były to osoby starsze, o słabszej kondycji, nękane rozmaitymi przewlekłymi chorobami, szczególnie chorobami krążenia, epilepsją, nadciśnieniem.       Odporność i wydolność organizmu zmniejszają także papierosy (mniejsza pojemność płuc) i alkohol, nawet - wydawałoby się niegroźne piwo (zaburzenia krążenia i pracy serca). Oczywistym nieporozumieniem jest rozpowszechniony obecnie zwyczaj serwowania tych specyfików w schroniskach tatrzańskich. Niestety, biznes zwycięża tu ze zdrowym rozsądkiem i zasadami bezpieczeństwa w górach.       Nie ma chyba właściwie rejonu powyżej regla, który nie zapisałby się w kronikach TOPR-u, ale kilka miejsc ma szczególnie ponurą sławę. Na pierwsze miejsce w tej smutnej klasyfikacji wysuwają się Rysy, rejon Mięguszowieckiego Szczytu i Świnicy. Obfite źródło problemów stanowi szlak Orlej Perci, na który nierzadko wybierają się osoby zupełnie do tego nieprzygotowane i nieświadome trudności, a zwłaszcza przepaścistości terenu. Zdarza się też turystom zgubić drogę i skierować się w stronę podciętych urwisk. Klasycznym już miejscem takich pomyłek jest rejon Granatów, a zwłaszcza okolica słynnego, czy raczej osławionego żlebu Drege`a. 400-metrowy żleb spada w kierunku Czarnego Stawu Gąsienicowego pomiędzy Pośrednim i Skrajnym Granatem, podcięty urwistym 180-metrowym kominem. Nosi nazwę od nazwiska pierwszego turysty, który w nim zginął, na skutek zmylenia drogi. Osobny temat stanowią Buczynowe Turnie i rejon Krzyżnego - latem z powodu kruchości skał i mnogości piargów, zimą z powodu lawin. W raportach TOPR-u często też pojawiają się Zawrat i Świnica, gdzie - o ironio! - do wypadków dochodzi często w miejscach uprzystępnionych klamrami i łańcuchami. Właśnie: uprzystępnionych, a nie ubezpieczonych, jak często mylnie się uważa. Metalowe ułatwienia stwarzają złudne poczucie bezpieczeństwa. Wielu turystów nie potrafi z nich prawidłowo korzystać. Mokre żelazne ogniwa wymykają się z rąk, oblodzone lub śliskie po deszczu klamry wyślizgują się spod butów, obruszane haki wysuwają się ze szczelin. Trudności potęguje letni tłok na szlakach, gdy w takich miejscach ustawiają się kolejki, powodujące dodatkowo nerwowość i pośpiech. Ryzyko powiększa też ekspozycja terenu, stwarzająca niestety fatalne skutki przy ewentualnym odpadnięciu.

Śmigłowiec TOPR nad Halą Kasprową ©Liliana Kołłątaj
Śmigłowiec TOPR nad Halą Kasprową ©Liliana Kołłątaj

      Na wycieczki w partie szczytowe wybierają się osoby cierpiące na lęk wysokości lub lęk przestrzeni. Czasami objawy lękowe pojawiają się też u osób, które nigdy wcześniej nie odkryły u siebie podobnych ograniczeń. Przypadłości takie powodują wystąpienie panicznego, paraliżującego strachu, prowadzącego do wypadku.       Zadziwiająco często słychać o wypadkach na - wydawałoby się łatwych szlakach - na Czerwonych Wierchach i na Giewoncie. Przyczyną jest na ogół zgubienie szlaku lub próby jego skrócenia, które bez dokładniejszej wiedzy o topografii terenu kończą się zwykle tragicznie. Zakopane widoczne jak na dłoni, wydaje się tak blisko i tak łatwo osiągalne, bezpośrednią drogą na wprost. Łagodne początkowo stoki zarówno Czerwonych Wierchów jak Giewontu kilkadziesiąt metrów w dół od szczytów zmieniają nagle konfigurację, kryjąc w północnych zboczach wiele zdradliwych żlebów, podciętych urwiskami.       Najczęstszym, niestety, powodem katastrof jest nieznajomość realiów tatrzańskich, zupełny brak wiedzy o podstawowych elementach planowania wycieczki, niezbędnym ekwipunku i zasadach poruszania się po Tatrach. Wielokrotnie powtarzanym błędem wśród turystów amatorów jest poleganie na informacjach zasięgniętych od przygodnych znajomych, od przypadkowych osób, zwykłych wczasowiczów, równie mało jak oni sami zorientowanych w realiach górskich, nierzadko kompletnych dyletantów w dziedzinie turystyki tatrzańskiej. Te wiadomości rzadko weryfikowane są z najbardziej skrótowym choćby przewodnikiem, a tym bardziej z mapą Tatr. Jak przedstawia się przeciętnie "ekwipunek" takich turystów? Poinformowani przez znajomych o dużej liczbie schronisk i ufni w ich łatwą dostępność, według zasłyszanych opowieści, kwestię jedzenia w trakcie wędrówki na szlaku pomijają beztrosko, pozostawiając to zagadnienie kucharzom schroniskowym. Wybierają się bez map i przewodników, bez prowiantu, bez zapasowej odzieży, w nieodpowiednim obuwiu. Na szlak graniowy startują w tenisówkach (zdarza się, że w sandałach lub klapkach!) w szortach, w koszulkach z krótkimi rękawami, dziewczyny nierzadko - w kostiumach kąpielowych. Po cóż obciążać się zbędnym bagażem, skoro od rana jest bardzo ciepło i słonecznie? W dodatku, w ich mniemaniu, wszystko mają dokładnie zaplanowane.       Turyści amatorzy często też porywają się na trasy przekraczające ich możliwości kondycyjne i zdrowotne. Szlaki, które pokonują, okazują się w praktyce o wiele dłuższe, trudniejsze, bardziej eksponowane i dużo wyżej położone niż przewidywali, na skutek nieumiejętności prawidłowego odczytania mapy i opisu w przewodniku, a co z tego wynika - prawidłowego przeliczenia różnicy poziomów i odległości w górach oraz czasu, niezbędnego na ich przebycie. Wówczas wystarcza nagłe załamanie pogody, o co w górach nietrudno, zimny, porywisty wiatr na grani, zdarzający się nawet w środku lata, oślepiające zimą i osłabiające latem słońce, mgła w otwartym terenie, powodująca dezorientację, potknięcie na stromym zboczu lub na śliskich kamieniach potoku albo po prostu nadmierne zmęczenie, a piękna, radosna wycieczka kończy się katastrofą.       Na Kasprowym Wierchu często można zobaczyć taki oto widoczek: turyści, wybierający się tam po raz pierwszy w życiu, wyskakują z kolejki linowej w tenisówkach (zdarza się, że w sandałach lub klapkach!) w szortach, w koszulkach z krótkimi rękawami, dziewczyny nierzadko - w kostiumach kąpielowych. I w takim ekwipunku wędrują dalej, zachęceni łatwością szlaku. Przeważnie szybko przekonują się, że ponad tysiącmetrowa różnica wysokości powoduje sporą różnicę temperatury, a schroniska nie stoją w każdej dolince. Dziarski turysta z kolejki linowej w godzinę lub dwie po rozpoczęciu spaceru, zmęczony i głodny, szczęka zębami z zimna. Wielokrotnie mgła lub załamanie pogody spowodowały, że idylliczna początkowo wędrówka zamiast w schronisku skończyła się gdzieś w głębi Doliny Cichej, zwanej przez Słowaków Doliną Cichej Śmierci. Poszukiwanie zaginionych trwało tam nieraz tygodniami, zwłaszcza zimą.       Tak samo nieprzygotowani wyruszają turyści na Rysy, gdzie różnica wysokości sięga 1700 metrów w stosunku do Zakopanego. Pociąga to za sobą spadek temperatury o około 12-13 stopni Celsjusza - czyli jeżeli w Zakopanem jest +18°C, to na Rysach około +5°C. Do tego na grani zwykle dołącza się jeszcze chłodny, porywisty wiatr, szybko wychładzający organizm. Wiatr o prędkości ok. 40 km/godz. (czyli zaledwie nieco silniejszy podmuch) powoduje zmianę oddziaływania temperatury na organizm średnio o 2°C w dół. Wiatr wiejący z prędkością 70 km/godz., jaki na graniach nie jest rzadkością - daje w odczuciu ciepła różnicę ok. 7°C w dół, a zatem temperatura +5°C jest odbierana przez organizm jak 2-stopniowy mróz. W praktyce zatem różnica w przeciętny letni dzień między Zakopanem a Rysami dochodzi do 20°C.       Zimą przedstawia się to jeszcze bardziej niekorzystnie, gdyż o tej porze roku wiatry są silniejsze: z -2°C przy prędkości wiatru 70 km/godz. robi się - 9°C, a przy huraganie (140 -180 km /godz.), ta sama temperatura daje: -15°C.       Przebyta odległość, zmęczenie, głód, zimno i wiatr, zmiana wysokości i ciśnienia, niedotlenienie mózgu, płuc i serca bardzo szybko odbierają siły. Kilkugodzinne przebywanie w bezruchu, w letnim ubraniu, w temperaturze nieco poniżej + 12°C potrafi doprowadzić do ustania funkcji życiowych. Zdarzało się to, gdy ktoś źle zaplanował wycieczkę i ekwipunek, gdy pozostał w górach na noc, nie będąc w stanie dotrzeć do schroniska. Zaledwie godzinne przebywanie w temperaturze + 6 °C naraża nieosłonięte części ciała na odmrożenie! Wcale nie trzeba do tego zimy i mrozu.

Otoczenie Morskiego Oka zimą ©Liliana Kołłątaj
Otoczenie Morskiego Oka zimą ©Liliana Kołłątaj

      Powyżej 2000 m n.p.m. niektóre osoby zaczynają już odczuwać objawy choroby wysokościowej, na tych wysokościach ciśnienie spada bowiem o ok. 220 mm słupka rtęci, powietrze jest rozrzedzone, a zawartość tlenu mniejsza.       Nierzadko powodem zasłabnięć jest brak aklimatyzacji i znużenie po podróży - niefortunne wyruszanie w góry, na przykład wprost do Pięciu Stawów, bezpośrednio z pociągu, zwykle jeszcze z ciężkim plecakiem, często po nocy spędzonej w kucki, w tłoku i ścisku. Do długiego i nieco męczącego podejścia dołącza się niewyspanie, zmęczenie podróżą i skok z poziomu 30 - 40 m npm. na 1600 m. n.p.m.; zmiana klimatu, wysokości i ciśnienia w ciągu zaledwie kilkunastu godzin.       Dla porównania: średnie ciśnienie atmosferyczne na poziomie morza, np. w Gdańsku wynosi 760 mm słupka rtęci, w Warszawie - ok. 756 mm, w Zakopanem (na wysokości ok. 800 m n.p.m.) - ok. 690 mm, w schronisku nad Morskim Okiem (1410 m n.p.m.) - ok. 640 mm, na Kasprowym Wierchu (1985 m npm.) - ok. 600 mm, na większości szczytów w Tatrach Wysokich i Zachodnich (czyli na wysokości średnio 2100 m npm.) waha się od 580 do 590 mmm, na Rysach (2499 m n.p.m.) - ok. 540 mm. Spadek ciśnienia nie jest całkiem wprost proporcjonalny do wysokości nad poziomem morza. Im wyżej, tym szybciej spada ciśnienie. Na wysokości 4000 m n.p.m. (najwyższe szczyty Alp) ciśnienie atmosferyczne wynosi już tylko ok. 450 mm Hg, zaś powyżej 8000 m n.p.m.(najwyższe szczyty Himalajów) zaledwie ok. 250 mmHg. Newralgiczną granicę dla wielu osób stanowi poziom około 2000 m n.p.m., ale niektórzy czują się źle już na wysokości ok. 1300 -1500 m n.p.m., która odpowiada położeniu schronisk w Morskim Oku, na Hali Gąsienicowej i w Dolinie Pięciu Stawów.       Wypadki zdarzają się także, choć zdecydowanie rzadziej, wytrawnym turystom wysokogórskim, dysponującym rzetelną wiedzą o Tatrach, taternikom z dobrym sprzętem, z wyszlifowaną techniką wspinaczkową. Przyczyną tragicznych nieraz zdarzeń bardzo często bywa nadmierna pewność siebie i bezkrytyczne przekonanie o swojej wspaniałej kondycji, o swych doskonałych umiejętnościach i możliwościach. Brak respektu wobec Tatr, które potrafią zaskakiwać, przede wszystkim niespodziewanymi zmianami pogody odbija się niefrasobliwych turystach i taternikach, wybierających się na długie i trudne trasy z brakami w wyposażeniu. Klasyczne już błędy to: zbyt mało prowiantu i napojów, ograniczanie zapasowej odzieży. Szczególną kategorię - i to dość bogato reprezentowaną - stanowią zdarzenia spowodowane rozluźnieniem nerwów i ogólną dekoncentracją po przebyciu najtrudniejszego odcinka drogi. Po zdobyciu szczytu, przejściu wysokiej przełęczy, pokonaniu ściany ogarnia radość i euforia, a po nich rozprężenie organizmu. A przecież nie wystarczy wejść - trzeba jeszcze wrócić, zachować na powrót siły, koncentrację uwagi.       Aż dziw bierze, jak wiele wypadków, w tym także śmiertelnych, zdarzyło się w miejscach relatywnie łatwych, zwłaszcza porównując je z faktycznymi umiejętnościami i wcześniejszymi dokonaniami ofiar. Chyba najbardziej szokującymi i wymownymi przykładami są tragiczne w skutkach wypadki znakomitych taterników - Wiesława Stanisławskiego i Jana Długosza. Wiesław Stanisławski (1909 - 1933) był doskonałym taternikiem lat przedwojennych, uznanym i sławnym mimo młodego wieku, inicjatorem nowoczesnego stylu taternictwa, zdobywcą wielu dróg, często uważanych dotąd za niemożliwe do pokonania, utalentowanym pisarzem, zajmującym się tematyką tatrzańską. Zginął w Tatrach, mając zaledwie 24 lat, na zachodniej ścianie Kościołka (Słowacja), uważanej za średnio trudną. Jan Długosz, doskonały taternik i alpinista, autor licznych opowiadań i artykułów o tematyce tatrzańskiej i alpinistycznej, zginął na Zadnim Kościelcu, w terenie określanym jako niezbyt trudny.       Wydawałoby się, że zima, ze względu na mniejszą liczbę przyjeżdżających turystów i taterników, jest pod względem wypadków spokojniejsza. Tymczasem właśnie wtedy goprowcy mają pełne ręce roboty. Zajęcia przysparzają im narciarze, którzy stanowią nową, osobną grupę poszkodowanych wśród ofiar tatrzańskich wypadków. I - okazuje się - obecnie grupę największą. Zerknijmy znów do kronik TOPR-u: w 2004 r. wypadkom uległo 1046 narciarzy. To liczba dwukrotnie większa niż dwa lata wcześniej i niestety wzrasta z roku na rok. W 2005 r. pomocy udzielono 1352 narciarzom. Większość wypadków zdarzyła się w rejonie nartostrad Kasprowego Wierchu i dotyczyła osób uprawiających sport amatorsko. Bezpieczeństwo zależy tu od wielu czynników, wśród których najważniejsze to oczywiście dopasowanie skali trudności zjazdów do własnych umiejętności i posiadanego sprzętu, ale także stan tras narciarskich i wyciągów.       Istnieje także grupa uprawiająca turystykę narciarską, czy też ski-alpinizm. Tu najczęstszymi przyczynami wypadków są elementy niezależne od człowieka i trudne do przewidzenia: lawiny oraz niekorzystne, szybko zmieniające się w Tatrach warunki pogodowe, m.in. zimowa mgła, nie tylko w zasadniczy sposób utrudniająca orientację w terenie, ale również deprymująca psychicznie. Niejednokrotnie jednak te zagrożenia nie są w ogóle uwzględniane przy planowaniu wycieczki. A przecież słońce o zimowym świcie nie gwarantuje wcale pogodnego zmierzchu. Zmniejsza się też ilość godzin dziennego światła, jakie turysta zimą ma dyspozycji, czego też często nie bierze się pod uwagę.       W statystyce ratownictwa zimowego wśród turystów przodują okolice Wołowca i Rakonia, wyglądające na dostępne i łagodne, a w praktyce mocno zdradliwe dla osób bez odpowiedniego wyposażenia. Zimowe przejście zaśnieżonej i oblodzonej Orlej Perci, podobnie jak zimowe wejście na Rysy, należą do przedsięwzięć niebezpiecznych i wymagają wyposażenia w sprzęt asekuracyjny. Wprawdzie zasadniczo te szlaki zimą są zamknięte dla turystyki amatorskiej, ale jest to pojęcie umowne. Nie da się tam ustawić szlabanów i nikt nie jest w stanie upilnować wszystkich, a wiele osób przecenia swoje możliwości i  nie docenia stopnia ryzyka.       Wyprawy ratunkowe zimą są o wiele trudniejsze, transport poszkodowanych bardziej skomplikowany. Śmigłowiec - z powodu zaśnieżenia i zalodzenia terenu - nie wszędzie wyląduje, większość letnich lądowisk od początku grudnia do połowy maja jest w ogóle niedostępna. Dotarcie do poszkodowanych drogą lądową trwa wiele godzin, a podczas szalejących zamieci, okazuje się bardzo skomplikowane, albo całkiem niemożliwe. Zdarza się, że ofiary wypadku zamarzają, zanim nadejdzie pomoc.

Liliana Kołłątaj