Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Nocleg na Łomnicy

Był ciepły i pogodny dzień sierpniowy 1971 roku. Nasza pierwsza wycieczka w Tatry Słowackie rozpoczęła się na przejściu granicznym w Łysej Polanie. Potem długa, piękna trasa przez doliny Białej Wody i Litworową wiodła naszą czwórkę pośród ciągle zmieniającego się krajobrazu coraz wyżej w kierunku przełęczy (Rohatka, wys. 2288 m), by dojść do schroniska za nią (Zbójnicka Chata, 1960 m).

Las, potem kosodrzewina, bryzgi potoków, stawy, wyżej same skały, tu i tam - pięknie. Niespodzianie poniżej przełączy osłabłem i musiałem się zatrzymać na kilka minut, aby w ogóle móc ruszyć dalej.

Dopiero przed osiemnastą weszliśmy na przełęcz jako jedyni o tej porze turyści. Otworzył się przedziwny widok: nieznane nam wówczas szczyty skąpane w słońcu i długie cienie w dolinie u stóp. Mieliśmy jedynie mapę Tatry-Pieniny w skali 1:75000, z której niewiele można było wyczytać, a były przed nami przecież Lodowy, Łomnica i inne olbrzymy.

Zatem schodzimy. Wokół schroniska pusto. Przed wejściem robię "dzielną" minę, jakoby nie zmęczony. Wewnątrz przypatruje nam się kilka osób. Młody kierownik schroniska odmawia: nie możemy was przenocować, nie ma miejsc. Mówię, że jesteśmy bardzo zmęczeni drogą z Łysej Polany. Nie i już. Wreszcie dwoje z nas rezygnuje i zaczyna schodzić. Oznajmiam, że obawiam się iść po ciemku i nie pójdę. Zostaję z Danusią. W końcu, przydzielono nam miejsce w jadalni pod stołem, a później po kocu. Nazajutrz kierownik przyznał, że nie uwierzył, że przyszliśmy z przełęczy, a nie z dołu przez dolinę Staroleśną. Przyznał się też, że nabawił się niechęci do Polaków od czasu niesławnego wtargnięcia wojsk trzech krajów, w tym naszego, do Czechosłowacji w sierpniu 1968 roku. Oznajmiliśmy, że odbyło się to bez naszej wiedzy i zgody.

Rano Stefcia i Piotruś już oczekiwali nas na dole, na Hrebienoku, przy szlaku. Oni bez latarek zeszli przed północą do schroniska "Kamzik" (w pobliżu Hrebienoka, dziś już nie istnieje). Po dłuższym pukaniu otworzono im, przyjęto życzliwie i przydzielono jakiś kątek na stryszku. Rano znaleźli dla nas wszystkich miejsce w małych, "jednoizbowych", popularnych wówczas domkach campingowych. Stały one w szeregu, na lewo od górnej stacji "lanovki" (kolejka na Hrebienok), w miejscu, w którym obecnie znajduje się niemały hotel. "Jednak tylko na jedną noc, bo później wszystko zarezerwowane", zastrzegła energiczna "gospodyni".

Trzeba było odespać, odpocząć i zwiedzić pobliskie wodospady.

Dokąd iść jutro? Na Łomnicę. Zatem rano wyruszamy pieszo do dolnej stacji górnego odcinka kolejki linowej (Skalnate Pleso). Budynki były tam w remoncie, ale wyżywienie bez zarzutu (w bufecie, stoły na zewnątrz). Z głośnika rozbrzmiewa "Góralu, czy ci nie żal", śpiewane po polsku, co poprawia nastrój "ludzi po przejściach". Tego dnia kolejka na górnym odcinku nie kursuje (przerwa techniczna?). Ktoś informuje: "Tam jest czynny wyciąg krzesełkowy na Ramię Łomnicy, skąd wejdziecie sobie na górę".

Rzeczywiście, wyciągiem jedzie się na 2200 m n.p.m., a stamtąd prowadzi nieznakowana, ale wyraźna ścieżka. Wtedy w Tatrach Słowackich (jak to było dobrze) turystom wolno było chodzić wszędzie, z wyjątkiem ścisłych rezerwatów. Niewiele lat później TANAP ograniczył poruszanie się do szlaków znakowanych. Tego dnia na Łomnicę wchodziło 100 do 200 osób. Droga jest łatwa, tylko pod samym szczytem trzeba się wspiąć za pomocą klamer i łańcucha. Na szczycie widok przepiękny, znany z tysięcy fotografii w albumach, na kartach pocztowych i w Internecie.

Teraz rozpoznajemy Tatry. W najbliższej dolinie, 600 m niżej, widać chatę Teriego. Na dalsze szczyty nachodzą zwolna jedwabiste, jasne mgły. Na zachodzie widać jeszcze dobrze masyw Pośredniej Grani, słabiej Mały Lodowy i Jaworowy, a dalej nad chmury wystają już tylko wierzchołki Gerlacha i Wysokiej.

U nas słońce, tam już mgły. Za Pośrednia Granią w głębi wierzchołek Gerlacha.  © Antoni Salm
U nas słońce, tam już mgły. Za Pośrednia Granią w głębi wierzchołek Gerlacha. © Antoni Salm

Jest około czternastej. Co robić dalej? Na dole nie mamy zapewnionego noclegu. Zjadamy resztki. Tego dnia mały bufet na szczycie był nieczynny.

Błyska myśl: może by przenocować tutaj?. Na razie nic nikomu nie mówię, niech się uleży w głowie, osiądzie głębiej. Wreszcie przedstawiam sprawę.

Mieszka tu jedyny pracownik obsługi budynku, starszy człowiek. Trzeba by mu coś wręczyć. Składamy się na tyle, ile mogłoby odpowiadać naszym dzisiejszym 100-120 PLN, a nie chcemy, aby nam odmówił. Z misją delegujemy Stefcię. Po paru minutach wraca. Jest zgoda. Hurra! (Nieco później wyjawiła, że na odchodnym "obdarzono" ją małym klapsem).

Turyści zaczynają opuszczać szczyt. Ostatni zdążą jeszcze na Ramię Łomnicy, zanim wyciąg przestanie kursować. Zostajemy sami. Pod wieczór mgły zwolna znikają, a szczyty odkrywają się jeden po drugim. Jest wspaniale. Przed zachodem słońca widać całe Tatry.

Na nocleg mamy składzik, w którym przechowuje się również kilkadziesiąt koców. Dziś, wspominając to, wydaje mi się, że mogły służyć turystom, których po wyjściu z kolejki linowej niespodzianie dopadało zimno panujące na szczycie. Pamiętam, że w koce zaopatrywano narciarzy na przejazd krzesełkami z Dol. Goryczkowej.

Był jedyny problem. Na kolację nie mieliśmy nic. Powiadamiamy o tym naszego gospodarza. Po godzinie przyniósł (do bufetu) duży dymiący garnek "regionalnego" gorącego rosołu, przed chwilą ugotowanego na baraninie, niesłychanie tłustego, z drobną kaszką, i bochenek chleba. To było wspaniałe.

Trzej pracownicy obserwatorium meteorologicznego zapraszają nas, aby obejrzeć zawody sportowe w telewizji, ale my tu przecież nie mieszkamy na stałe. Wychodzimy na zewnątrz patrzeć na świat nocą w powietrzu czystym jak kryształ. Wokół zarysy gór, na niebie niepoliczone gwiazdy, a na dole widać światełka bliższych i całkiem dalekich miejscowości. Gwiazdy i światła ziemi połączyły się na horyzoncie w cudownej harmonii. W odpowiednim kierunku odnajdujemy światła Gubałówki. Zakopane jest zasłonięte przez góry, ale jego miejsce wskazuje jasna łuna w powietrzu. I są jeszcze światełka wsi Małe Ciche, z którego wyszliśmy kilka dni temu. To chyba one.

Na zewnątrz jest zimno, część rzeczy została na Hrebienoku. Stefcia w krótkich spodenkach, ale od czego są koce.

O szóstej rano, zimno. Widać nie tylko dzielną trójkę, ale jeszcze Gerlach, Wysoką, Krywań i Rysy. Koce są ČSD (nasza PKP).  © Antoni Salm
O szóstej rano, zimno. Widać nie tylko dzielną trójkę, ale jeszcze Gerlach, Wysoką, Krywań i Rysy. Koce są ČSD (nasza PKP). © Antoni Salm


Antoś; szósta rano. Tatry w słońcu, cienie od Łomnicy.  © Antoni Salm
Antoś; szósta rano. Tatry w słońcu, cienie od Łomnicy. © Antoni Salm

Przed spoczynkiem myślimy o wschodzie słońca. Nastąpi chyba między czwartą i piątą. Kto nas, zmęczonych, obudzi? Nie było wtedy zegarków naręcznych z budzikiem. Zgodne pragnienie pomogło, wstajemy i wychodzimy na zewnątrz. Jest przeraźliwie zimno. Niebo już się zapala kolorami, na prawo od Bielskich Tatr pojawia się słońce i rozświetla góry. Cienie w dolinach, początkowo ogromne, stają się krótsze. Znów fotografujemy. Trwamy tak do przyjazdu pierwszej kolejki po godzinie siódmej. Wagonik widzimy po raz pierwszy. Wysiadają turyści i obsługa, uśmiechają się do nas. Płacimy za bilety i zjeżdżamy, jak gdyby nigdy nic.

Nieco później w Tatrzańskiej Łomnicy spotykamy na ulicy sprzedawcę baloników, które napełnia na miejscu helem z aparatu pamiętającego czasy Austro-Węgier. Hel, lżejszy od powietrza, sprawia, że unoszą się w górę, należy je więc trzymać za sznureczek, aby nie uciekły. Stefcia zaraz kupiła kilka. Ze względu na baloniki, na granicy, WOP (Wojsko Ochrony Pogranicza) i celnicy wyjątkowo się uśmiechali. Baloniki były lotne kilka godzin, prawie do powrotu do miejsca zamieszkania. Wcześniej jeden wypuściliśmy; wznosił się w górę coraz wyżej, aż zniknął z oczu.

Stefcia, Piotruś i baloniki na Łysej Polanie. Czy widzicie sznureczki?  © Antoni Salm
Stefcia, Piotruś i baloniki na Łysej Polanie. Czy widzicie sznureczki? © Antoni Salm

Schronisko, które obecnie spotykamy w Dolinie Staroleśnej nie jest tym samym budynkiem, co wtedy. Rozbudowano je w latach 1986-7, a po pożarze w 1999 roku odbudowano. Jest większe i bardziej nowoczesne. Nowy kierownik jest tu od lat trzydziestu. Zaś ów Słowak z Łomnicy, wtedy już starszy człowiek, niech się dziś dowie w zaświatach, że Polacy chwalą go publicznie w Internecie, o którym to nikomu jeszcze się wtedy nie śniło.

Antoni Salm
Łódź, dnia 25 sierpnia 2006 roku