Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Wśród wirchów turni i przełęczy (część III)

"Wśród wirchów, skał i przełęczy" Tadeusza Radlińskiego to relacja z tatrzańskiej wyprawy, wydana w formie książeczki przez Jana Buriana w Warszawie, w 1918 r. Jest to dobry przykład literatury turystycznej z tamtych lat...

Tadeusz Radliński

Na Egenhofera!

Zaledwieśmy zdołali przymknąć na chwilę jedno oko (a przynajmniej tak nam się zdawało), już stanowczy głos niestrudzonego Klimka Bachledy nakazuje nam wstawać, twierdząc, że już jest w pół do 3-ej - czas do drogi. Całe moje "ja" usiłuje zaprotestować przeciw temu, i wynaleźć jakikolwiek bądź przekonywający dowód, że przecież tylko cośmy się dopiero położyli (o godzinie 7 wiecz.) - wszystko napróżno: nieubłagany Klimek z jeszcze nieubłagańszym czasomierzem w ręku jest - nieubłagany. Wysmarowawszy więc suto stopy waseliną (operację tę radzę stosować wszystkim na wycieczkach. poddaję się konieczności i za chwilę pochłaniamy marną lurę, szumnie kawą zwaną z czerstwym pieczywem. Zostawiamy cięższe i niepotrzebne pakunki w schronisku i suniemy lekkim krokiem wśród ostrego powietrza i przenikliwego wiatru ku żlebowi między małym Durnym i Egenhoferem, którędy wczoraj próbował Dőri wedrzeć się - bezskutecznie. A teraz krótki opis miejsca. Dolina ta na 2000 m. mniej więcej wzniesiona jest głęboką kotliną, której dno ma kształt gruszkowaty w przecięciu. Ku południo-wschodowi ogon tej gruszki schodzi w dolinę Zimnej wody, łączy się z doliną Staroleśną i nakoniec rozszerza się w obszerny płaskowyż, gdzie stoi Smokowiec (Szmeks). Najwyższe i najwspanialsze szczyty tatrzańskie dokoła niej się grupują. U wejścia z lewej strony wznosi się imponujący szczyt niedostępnej, zda się, Pośredniej grani, którego wytworna w linjach i niezrównanej lekkości kopuła dochodzi 2440 m. Za nią Żółta turnia i małe, ale ostre turnice Dőryego, Petryka i Majunke idą aż do Małego Lodowego. Dalej znana już nam Przełęcz Lodowa, Kopa Lodowa (2611) i nakoniec sam Lodowy (2660), którego szerokie i potężne bary z każdego prawie większego szczytu są widoczne ze swoją charakterystyczną białą łatą śniegu nigdy nie znikającą, w kształcie grubego nieociosanego krzyża. Za Lodowym grań skręca łukowato ku wschodowi i wznosi się do 2536 m. na szczycie Baranich rogów; za nim przełęcz do Doliny Dzikiej zawsze pokrytej śniegiem i nasz Egenhofer przypominający z dołu trójząb Neptuna, lub fronton kościoła w stylu barokowym. Z południo-wschodu tego wspaniałego trójzęba leży spadzisty żleb, po którym wejść zamierzamy, dalej mały Durny, Wielki Durny (2625) i nakoniec Łomnica (2634). Oto ściany garnka którego dno tworzy dolinę ozdobioną 5 stawkami. Klimat tu ostry, powietrze lekkie, mroźne; schronisko Teryego, na alpejską modłę zbudowane przez Towarzystwo Węgierskie, przydaje się bardzo. Drogo w nim jest tylko okropnie, ale nic to dziwnego, gdyż wszystkie zapasy trzeba dźwigać na plecach ze Szmeksu na wysokość 2056 m. Za kilo bagażu płacą 10 ct. tragarzowi.
Otóż i jesteśmy w żlebie. Zwolna ze skupieniem jakimś i zamknięciem w sobie postępujemy za Klimkiem. Czy dopniemy celu - czy zdobędziemy szczyt ów dotąd niezdobyty? Około 1 1/2 godziny wspinamy się w górę, kierując się możliwie na lewo i na koniec dosięgamy szczytu przełęczy. Wązkim kominem opada ona na drugą stronę ku dolinie Dzikiej, Na prawo wznosi się ostro tytaniczna budowa małego Durnego na lewo pionowa ściana, a nad nią przedziwnej jakiejś lekkości ostrołukowa kopuła - to jest nasz Egenhofer - tam być musimy pierwsi!
Podczas półgodzinnego śniadania starannie wypatrujemy sposoby zdobycia owej pierwszej pionowej ściany. Przeczucie nam mówi, że, gdy ta zostanie wziętą, po wysmukłych łukach tej nieporównanej budowli wzniesiemy się na sam szczyt: przeczucie, mówię, gdyż ściana zasłania nam dalsze linje szczytu; -ach, gdybyż tylko na nią!
Niezmordowany Klimek, podczas śniadania wdarszy się kilkanaście metrów na prawo, na bok Durnego, potwierdza nasze przeczucia; chodzi więc tylko o tę ścianę - tak nie więcej jak 2 piętra wysoką, pod którą, niestety, komin w Dolinę Dziką wiodący, opada prostopadłą niemal przepaścią - każdy więc krok niebaczny życiem przypłacić można. Niema tu jednak lodu, jak wczoraj w tym czarnym oślizgłym, nieprzystępnym kominie na Śpiczastym, więc nadziei nie tracimy. śniadanie skończone. Dalej do roboty! Stojąc na wązkim na stopę grzebieniu przełęczki, podsadzamy na ramionach do góry Klimka, który z ciupagą w ręku próbuje dostępności gzymsika na ścianie: zawalony jest on jednak zwietrzałemi złomkami granitu: strzeż my się, by ich nie poruszyć, bo spadną nam wprost na głowę, a usunąć się niema dokąd, i pociągną za sobą inne jeszcze.
Sytuacja staje się niebezpieczną: Klimek stoi nam na ramionach i starannie probuje wytrzymałość kamieni: czy uda mu się ręką uchwycić który z nich i podźwignąć się do góry: gdzież tam, wszystkie się ruszają i kilka już spadło o włos że nie na nas. Nakoniec po nadzwyczajnych wysiłkach, wciągając się na brzuchu, udaje mu się, nie poruszywszy groźnych okruchów, wciągnąć się na gzymsik: połowa ściany "zrobiona". Po gzymsie przesuwa się wyżej i po pewnym czasie jest już na ścianie. Teraz role się zmieniają: dotąd myśmy go podsadzali, teraz on nas będzie wciągał. Opasuję się więc linką i, omijając zdaleka grożące upadkiem "skale", staram się wynaleźć punkt oparcia dla palców. Do tego jednak trzeba zejść trochę na bok z grzebienia przełęczki i zawisnąć nad przepaścistym kominkiem. Linka jednak to pyszny środek na nerwy - palcami tedy i "zębami" łapiąc się zmarszczek na granicie, dostaję się nakoniec na pierwsze piętro szczytu: ściana zdobyta. Szybko zdejmuję linkę i rzucam ją towarzyszowi - za chwilę stoimy na ścianie wszyscy!
Tu znów ta sama operacja: my dopomagamy Klimkowi z dołu, ten, po osypujących się zwietrzałych głazach, wdziera się na drugie piętro i stamtąd wciąga mego towarzysza na lince. Szczyt już tuż, tuż: stoimy jakby na szerokim dachu, przed nami wznosi się w górę kant olbrzymiego "konia" pochyło ostrzem do góry zwróconego, tak, że należy nam się drapać jak po grzbiecie rozchylonej książki kamiennej, pochylonej pod górę pod kątem 45° co najmniej, której boki opadają w niezmierzone przepaście.
Klimek kładzie się na brzuchu, obejmuje kant nogami i powoli cal za calem pełznie do góry. Całe szczęście, że na granicie rośnie rodzaj porostu, który mu nadaje pewną szorstkość, tak, że nie jest ślizko. Otóż i nasz Klimek na górze - mój towarzysz na lince puszcza się w drogę, po której lokomocja jest dla gatunku "homo sapiens" tak nieodpowiednia. Ja stoję, jak na żarzących węglach: cóż to! mam czekać aż on wpełznie i nie będę pierwszy na szczycie!? krótka chwila wahania i - o wstydzie - ja stary i przezorny taternik, nakazający zawsze na wycieczkach rozwagę i nieporywanie się na rzeczy, co do których spełnienia nie jesteśmy zupełnie pewni, zapominam o wszystkiem i puszczam się bez linki na kant ów przepaścisty. Taka jest moc jakaś, taki czar w tym pięciu się na szczyt, gdzie w cal każdej zdobytej przestrzeni tyle trzeba pracy, woli i energji włożyć, że żadne pióro opisać tego nie zdoła. Wisząc nad przepaścią, przywarty do olbrzymiego granitu, taki mały, nędzny i bezbronny w porównaniu z tą skałą, tak nikczemny, jak ów robak, którego życia pozbawia wypadkowe stąpnięcie człowieka - a muszę przecież tę skałę zdobyć, muszę stanąć na jej szczycie, dumną stopą deptać jej czoło, spojrzeć w oczy słońcu złotemu i halnym się wiatrem upoić; niech to kosztuje co chce, choćby życie nawet. Dwa razy zatrzymałem się na tym skalnym zrębie - dwa razy zabrakło mi oparcia dla nóg - nie było czym się w górę podciągnąć; już myśl zimna i ostra wciska się do mózgu bronię się jej, lecz ona chłodem przenika: to śmierć w dole czatująca. Kto się jej podda ten zginął: wola słabnie, muskuły tracą giętkość, umysł poddaje się nieprzepartej sile pociągającej przepaści i...
Lecz nie - oto nierówność, za którą można zaczepić palce: wygrałem; jeszcze mi zginąć nie przeznaczono! Dalej naprzód! Oto za chwilę stoję obok mego towarzysza i Klimka, którzy mi obaj wymyślają za zuchwałą nieostrożność. Niech tam! Otośmy już na szczycie! Któż zdoła odczuć rozkosz tej chwili "na szczycie", kto sam wrażeń podobnych osobiście nie doświadczał! Kto jest w stanie pojąć, ile czaru, ile jakiejś potęgi i siły mieści się w tym "na szczycie"! Tam na dole piętrzą się niezliczone skały w cieniu ponurym skąpane - tam śmierć chłodna i zdradziecka czyhała na nas w przejściu - tam zimna jej ręka tuż, tuż chwytała nas - czuliśmy jej lodowe tchnienie i szpik nam marzł w kościach - a tutaj oto stoimy wielcy, dumni, wyżsi od skał wszelkich, a nad nami tylko lazur nieba niezmierzony, tylko słońce złote, lub orzeł jaki waży się w przezroczystym powietrzu.

Widok z przełęczy Rohatki na Łomnicę, Wielki i Mały Durny i Pośrednią Grań
Widok z przełęczy Rohatki na Łomnicę, Wielki i Mały Durny i Pośrednią Grań

Oto stoimy - czoła nasze owiewa wiatr wolny i wszystko zostawiliśmy za sobą - wszystko małe, nikłe, nikczemne zostało za nami tam gdzieś w tym dole siną mgłą oddalenia owianym, my tu stoimy i nic nie jest nam równe, i jesteśmy wielcy, wolni, i potężni. Chwilę ową przedziwnie oddał niezrównany nasz piewca Tatr Tetmajer - w swoim objaśnieniu do panoramy Tatr: "...W taką chwilę na szczycie zapada się w jakąś zadumę nieokreśloną i bezkresną, wszystko u człowieka milknie, pamięć, wiedza, myśl; piękno natury ogarnia go, topi w sobie, chłonie. Zdaje się, że przestaje istnieć, że dusza wymyka się z ciała, i wolna, lotna, jak słoneczne światło rozsnuwa się, rozściela po przestrzeni.
"Dusza wybiec chce oczyma. Upojona - a nie syta!" - mówi Asnyk.
Trudno jest podobne wrażenia zamykać w słowa: jest ono za silne, jest to czas, któremu równego nie znam. Nigdy morze podczas najcudniejszej pogody, przy najwspanialszej grze barw na lazurach nie upaja tak niezmiernie, nie rozwiewa tak po prostu duszy, jak wysoki szczyt górski w cichy słoneczny dzień. Wszystko jest tak daleko, tak daleko... zdaje się, że się weszło w jakiś inny świat i że ten jest rzeczywisty, a tamten tam w dole to sen. Budzi się cały nowy świat myśli, nowy świat uczuć innych, odmiennych, jak tam w dole. Myśli zataczają się na niebo jak tęcze, uczucia lśnią, jak obłoki w zorzy słonecznej. Cud upaja nas, oszałamia, obezwładnia. Lasy i wody w dolinach, hale i upłazy, wszystko to staje się jakąś czarodziejską magiczną symfonją przyrody, czymś takim, co duszę wyrywa z piersi - dusza wybiec chce oczyma, upojona a nie syta!...
Siedząc na krańcu szczytowego głazu z nogami wiszącemi nad przepaścią, cały oddaję się tej dumnej i radosnej rozkoszy, temu porywającemu uczuciu: "na szczycie ludzką stopą dotychczas nietkniętym". Górale tymczasem ustawiają kopce na znak naszej tu bytności - towarzysz mój - zaś robi stosowne adnotacje na bilecie wizytowym i umieszcza go w bezpiecznym miejscu pod kopcem - stały zwyczaj turystyczny.
Wtem grom jakiś, jakby się góra waliła - grom straszny, olbrzymi, tytaniczny: setne echa powtarzają go po górach, on rośnie i potężnieje: to na Sławkowskim szczycie urwała się skala. Olbrzymie skały pędzą w szalonych podskokach w dolinę - tumany rdzawego pyłu unoszą się aż pod pleczyste bary Sławkowskiego. Biada kozicy i świstakom i biednemu turyście, jeśli się pod Sławkowskim znajdował!
Zmilkły nakoniec echa - tuman kurzu długo jednak trzymać się będzie.
Wierzchołek Egenhofera przedstawia jakby ostry szczyt niezmiernie spadzistego dachu ostrzem zwrócony pod kątem prostym do doliny to środkowy ząb w trójzębie lub główna nawa w kościele. Dwie potężne niższe granitowe wieżyce z prawej i z lewej strony: tak wygląda trójząb z góry. Głazy na szczycie stoją częstokroć kantem, tak że czasami idzie się po nich okrakiem. Lecz czas mija, trzeba się spieszyć, bo mamy jeszcze "zrobić" Mały i Wielki Durny.
Ostatni rzut oka - ostatni krzyk - i jazda na dół po kancie otwartej kamiennej księgi. Wbijamy tedy parę klamer po drodze, ku wygodzie naszych następców, oczyszczamy gzymsik od grożących upadkiem kamieni (stojąc nad nim tak, że upadek ich nic nam nie grozi), a potym krótki odpoczynek na nizkim grzebieniu przełęczki.
Jest w pół do dziesiątej, (na szczycie stanęliśmy o 8-ej), Klimek daje znak do drogi, chowamy zapasy i dalej w górę na prawo na pyszny szczyt Małego Durnego (2481 m.). Mój wygodny towarzysz, nakłada lekkie buty płócienne ze sznurową podeszwą, których mu szczerze zazdroszczę, dźwigając moje ciężkie podkute olbrzymy.
A droga ta jest niesłychanie malownicza: wyobraźcie sobie olbrzymie głazy nawalone tytaniczną ręką i piętrzące się chaotycznie aż do szczytu, który wznosi się niezrównaną kopułą, nad nami z prawej strony - po lewej zaś urwiste spady aż tam hen, gdzie na dnie Dzikiej Doliny bieleją olbrzymie pola śnieżne! Kontrast nieporównany. Oto stado śmigłych kozic wypada gdzieś ze żlebu, pędzi w szalonych podskokach przez śnieżny całun i znika na piargach; dwie tylko z nich, jakby nas upoić chciały zawrotną gonitwą i zachwycić niesłychaną zręcznością swoją, suną po śniegowym polu, zawieruchę nogami podnosząc. Nagle uciekająca staje jak wryta i nastawia rogi: biada niebacznej pogoni. Lecz nie: bajecznym skokiem skręciła ona w bok i oto sunie w ucieczce - tamta z kolei goni ją zajadle - i znów ta sama zmiana. Przeszło kwadrans staliśmy zachwyceni temi igrzyskami, podziwiając niesłychaną zręczność tych tak miłych dla turysty stworzeń.
Oto po półgodzinnym wspinaniu się jesteśmy na szczycie. "Dobra była droga i nadzwyczaj przyjemna", wyrokuje mój towarzysz. Podzielam całkowicie jego zdanie, nie radząc jednak naszym "dzielnym turystom", specjalistom od Świnnicy i "Morskiego Oka przez Zawrat" puszczać się na nią. Rada moja była, jak się okazało, już przedtym wysłuchaną, gdyż zaledwie kilka biletów wizytowych znaleźliśmy schowanych w kopcu na szczycie.
Widok cudowny a i pogoda bajeczna: cała panorama Tatr, jak na dłoni. U stóp naszych kolista dolina 5 stawów straszliwemi okolona szczytami, dalej Sławkowski, dziki Garłuch, i dalej, dalej, wznoszą się szczyty wielkie, wspaniałe, potężne, siniejące za przejrzystą zasłoną powietrza, które cudownie zmiękczając groźne skał kontury i zasnuwając sinym oparem niezgłębione przepaście, odejmują im tę grozę jakąś i nieprzystępność, czyniąc je lżejszemi, tajemniczemi i uduchowionemi niejako! Oto przepiękna, niezmierzona, mgłą niebieską otulona i w słońcu skąpana bogata węgierska kraina!
Białe nici dróg bitych, miasta jak nanizane na nie paciorki - mozajka pól uprawnych, a tam dalej siniejące bory na tle rozpływających się we mgle gór i wzgórz!.. Zda się raj ziemski w jarzących promieniach słońca skąpany.
Zanotowawszy na biletach, że przychodzimy z Egenhofera "pierwsze wejście" (jak to się skromnie pisze!), spuszczamy się w przełęcz po drugiej stronie Małego Durnego, aby zdobyć ostatni w naszym w naszym dziennym planie Wielki Durny, którego wspaniała niebotyczna postać zasłania nam Łomnicę i przyległe góry.
I znów "dobra droga" na dół, zwiedzenie wysmukłej iglicy, stojącej w przełęczce, orzeźwiający śnieg pod skałą i dalej "jeszcze lepsza droga", aż nakoniec wdzieramy się na trzeci szczyt z kolei (jak na jeden dzień zupełnie dosyć) na Durny!
Wielki Durny (2625 m.) jest czwartym z rzędu co do wysokości w Tatrach. Stoi on w bezpośrednim sąsiedztwie Łomnicy, której kopulasty szczyt wznosi się o 9 m. wyżej.
Z roskoszą napawamy się olbrzymim widokiem, bajeczną pogodą i... solidnym śniadaniem przygotowanym przez Klimka i Jaśka. Ja, z natury zwolennik dolce far niente, kładę się pod wystającym głazem, unikając płomienistego słońca i napawam się chłodem i spoczynkiem. Mój towarzysz przepatruje znajdujące się w butelce bilety zbierane przez licznych turystów od r. 1884.
Słucham nazwisk czytanych przez mego towarzysza;. a oczy moją błądzą po olbrzymiej Kezmarskiej dolinie z drogocennym szmaragdem Zielonego Stawu, w ciemne ramy ponurych smrekowych lasów oprawnym, co ciemną ławą odbijają pysznie od pełnej słońca i zieloności doliny.
Wprost przede mną wznosi się wspaniały, monumentalny, żlebem z dołu do góry rozdarty Kezmarski szczyt (2556 m.), ostatnia z baszt tatrzańskiego niedostępnego zamczyska. Dzika poszarpana grań z wieloma igłami (igła tłumaczy się samo; turnica lub turniczka - mała turnia, czyli mała niedostępna, pionowa, jednolita skała. Szereg co do wielkości: igła lub szpic, turniczka, turnica, turnia) i groźnemi turnicami łączy go z Łomnicą. Tą granią nikt jeszcze nie przeszedł - są tam słynne Widły, jeszcze stopą ludzką nietknięte. Patrząc na niedostępne te górskie warownie, postanawiamy za miesiąc wybrać się tam, jak lody w Tatrach stopnieją, aby uprzedzić węgierskich turystów, którzy na wrzesień przygotowują gieneralny atak na te niezdobyte dotąd pozycje.
Nasyciwszy się "do syta" bajecznym widokiem i solidnym "przetrąceniem", puszczamy się "dołu", schodząc granią w kierunku Łomnicy. Klimek prowadzi nas djabelskim "kominkiem", po którym spuszczamy się po lince. Ostatni idzie Klimek, zaczepia za kółko klamry linkę, bierze ją podwójnie i, zsunąwszy się na dół, wyciąga linkę z klamry jak nitkę podwójnie w igłę zawleczoną. Niestety w jednym z kominków (było ich 2) jakimś cudem zrobił się węzeł na lince i nie sposób było jej wyciągnąć, musieliśmy się wracać pod górę, żeby go rozplątać - w drugim zaś kominie bardzo długim i prawie zupełnie pionowym, linka podwójnie wzięta okazała się za krótka. Te dwa wypadki zajęły nam sporo czasu, tak że, spojrzawszy na zegarek postanawiamy z moim towarzyszem ograniczyć trochę plan wycieczki. Mieliśmy bowiem, zeszedłszy w dolinę o 3-ej, zaraz puścić się w drogę doliną Zimnej wody, żeby zdążyć na noc do schroniska w Felce pod Garłuchem (jest to szalony kawał drogi), nazajutrz zaś zdobyć Garłuch od strony Felki i zejść zeń granią na Polski Grzebień, i stamtąd już do szosy z Morskiego Oka pod Wantę. Obliczywszy jednak czas, okazuje się, że nie będziemy w Pięciu Stawach przed piątą,
a więc czasu nam stanowczo zabraknie. Dajemy tedy za wygranę Gierlachowi, i zatrzymujemy się na grani, napawając się widokiem.
Trudno o straszliwsze i dziksze miejsce jak te przepaściste żleby, miljonem ostrych skał najeżone, które masą niedostępnych głazów, jakby brył lawy zamarzniętej, opadają aż na dzikie upłazy pod Łomnicą. Potężne złomy granitu, błękitnawemi śniegami gdzieniegdzie upstrzone, piętrzą się w bajecznych kształtach, odbierając ochotę śmiałkom do próbowania tej drogi. A droga ta na Łomnicę obficie krwią turystów skąpana, niejeden przypłacił życiem chęć wdarcia się nią z północnej strony! Tak zwana droga Jordana, wówczas tylko dostępna, gdy lód, co nam wczoraj na Śpiczastym drogę zagrodził, całkiem w górach zginie. O, nie jedną krwawą kryją w sobie tajemnicę straszliwe te żleby i pola śniegowe pod Łomnicą!
Odwracając głowę i myśl od ponurych czeluści, chłodem i śmiercią ziejących, "wywijamy" na prawo grzędą, (grzęda - tyle co gzyms, ale szerszy i dostępniejszy) szybko schodząc na zielone upłazki, na południowym stoku Durnego "przewijamy" pod skałą i przed piątą jeszcze jesteśmy w dolinie Pięciu Stawów. Odznaczając się wogóle rączością w nogach, wyprzedzam moich towarzyszy o jaki kwadrans i jestem zasypany formalnie gradem zapytań ze strony niecierpliwych, a zazdrosnych Węgrów, panów Dőriego i Deryego. Odpowiadam im skromnie, żeśmy dosięgli trzech: szczytów Egenhofer, Mały i Wielki Durny. Co, jak? Egenhofera? Węgrzy, pieniąc się w duszy z wściekłości, winszują mi serdecznie. Pozostawiając mego towarzysza na pastwę entuzjastycznych rozpytywań się i powinszowań wbiegam "lekko" na schody (podkute buty na drewnianych schodach, czynią wrażenie akustyczne przeciętnej krowy idącej po cienkiej posadzce), i błagam o jedzenie.
Po uczcie syt chwały i wrażeń wspinam się na piętrowe loże po drabince (łóżka dla oszczędności miejsca są urządzone jak w kajutach jedno nad drugim) i wytwarzam cudny duet z chrapiącym na dole madjarem, biorąc przez sen kwinty i tercje, jako zamiłowany zwolennik śpiewów na głosy. O boski śnie! Nazajutrz skoro świt, zasyciwszy nasze puste wnętrze kawą, żegnamy pp. Dőri i Dery i puszczamy się w drogę. Chcemy dziś, zrobić trzy urwiste turnice: Dőri, Petryk i Majunke, idąc granią od Żółtej turni ku Małemu Lodowemu. Pniemy się tedy po zielonych upłazkach niesłychanie stromego zbocza nad żlebem między Żółtą turnią i szczytem Dőriego. Na lewo ława śniegu, nad nią zaś niesłychanie spadziste krzesanice opadają w przepaść: między niemi wypatrujemy zachodziki i załupy, któremi można wejść na Pośrednią Grań. Z przełęczki kierujemy się na prawo i w niedługim czasie udaje nam się wejść na dziki i poszarpany zręb, będący szczytem Dőriego. Znajdujemy tu tylko 2 bilety wizytowe: jeden z nich Dőri Gyula. Przejście nasze na następny urwisty szczyt Petryka granią nie należy do najłatwiejszych ogromne bowiem przepaście otwarte są z obu stron, my zaś idziemy samym ostrym zrębem. Na Petryku ostatnie gorące śniadanie. Herbata z wyniesionej w manierce aż tu wody i resztki zapasów; żegnajcie wierni towarzysze, pasztecie i kiełbaso! Na Majunkem spotyka nas mały zawód: zejścia na przełęczkę pod Małym Lodowym niema; olbrzymia podcięta krzesanica opada już nie pionowo, lecz cofając się pod nas.
Musimy tedy wracać z Majunkego tą samą drogą, co zawsze jest bolesnym dla szanującego się taternika. Wkrótce spuszczamy się żlebem między Majunkiem i Petrykiem i schodzimy na Strzeleckie pola, kierując się ku Strzeleckim Stawkom. Jesteśmy w dolinie zagrodzonej od wschodu przez szczyt Pośredniej grani, od północy zaś przez Żółtą turnię, tylko co zwiedzone trzy turnie, przypominające trzy zęby olbrzymiej piły, Mały Lodowy i znaną już nam z drugiego dnia naszej wycieczki Białą Ławkę, szczyt śpiczasty, a dalej Jaworowy, schodzący po drugiej stronie w Jaworową dolinę, którą zwiedziliśmy pierwszego dnia wycieczki.

Perła tatrzański jezior - Morskie Oko
Perła tatrzański jezior - Morskie Oko
Patrząc na tę ilustrację nasunęły się nam pewne wątpliwości dotyczące opisu.
A co według was przedstawia powyższa ilustracja (pytanie konkursowe)?

Mijamy w szybkim tempie Śpiczasty, jeszcze raz mu się ciekawie przyglądając. Jasno błyszczą w południowym słońcu wielopiętrowe prostopadłe krzesanice, świecąc żółtawym refleksem obnażonych skał: niedawno znać urwała się tu olbrzymia bryła granitu, jak to wczoraj na Sławkowskim, zostawiając tę potężną ranę błyszczącą. Mój towarzysz raz jeszcze z Klimkiem stwierdzają niemożliwość wdarcia się tu z południowej strony i żegnamy niegościnny ten szczyt, kierując się w stronę przełęczy Rówienek. Druga po południu, słońce pali, pić się chce - zapasy skończone, ręka zraniona o ostrze granitu przy zejściu z Majunki boli, ciupaga, zbryzgana przy tej okazji krwią, cięży, pięcie się pod górę po piargach szalenie nudne i nużące, - oto garść wrażeń podczas dwugodzinnego mozolnego wspinania się na Rówienki. Nakoniec koło czwartej jesteśmy na przełęczy: po stronie północnej szmat śniegu; co za rozkosz, jaki bajeczny napój!
Szybko po piargach spuszczamy się w dolinę Rówienek, stanowiącą zwierzyniec ks. Hohenlohe. Zabrania on przejścia tędy nawet turystom - toteż liczę na absolutną dyskrecję moich szanownych czytelników. Po drodze rozłożystorogie jelenie wzbudzają naszą zazdrość, przesadzając jednym skokiem kosówki, przez które my ledwie z trudnością przedzierać się musimy. Lecz oto i las wysokopienny - potok z pod Polskiego Grzebienia wypływający - szeroka wygodna droga i cień i chłód wieczorny w dolinie.
Niedochodząc do Roztoki, przechodzimy po drabinie wysokie na 3 metry ogrodzenie zwierzyńca ks. Hohenlohe, kierując się na przełaj ku "Wancie" przy szosie do Morskiego Oka, znanej dobrze naszym turystom odbywającym tę drogę wygodnym powozem. Mijamy świeżo wyciętą wśród lasu granicę spadającą z Żabiego - widomy rezultat sporu z Węgrami o nasze Morskie Oko. Oto żelazny słup na podmurowaniu z napisem "Sepesz" (Spiż) a na przeciw niego skromna smutnie i ubożuchno się przedstawiająca drewniana tablica na drewnianym słupku: "kraj Galicja". Niemało ona krwi napsuła butnym madjarom!
Toteż mszczą się oni na niewinnym drewnie: cała tablica potrzaskana jest kulami karabinowemi strzelców ks. Hohenlohego.
Oto ostatnie drzewa: las się kończy - Wanta na szosie! Ale cóż to? Jaśka z końmi nie widać! Ten cynik widocznie albo wcale nie przyjechał, albo stoi u wodospadów Mickiewicza! Ha, trudno, gniew nic nie pomoże; przeżuwamy tędy wściekłość wrącą w nas i uspakając chociaż w ten sposób ssący głód, "drzemy piechty" kilka kilometrów do wodospadów. Oto i wodospady: Jasiek jest, piwo i kiełbasa w schronisku jest! Godzina 8 wieczór. Po kwadransie rączy konik góralski unosi nas i nasze wrażenia do Zakopanego. O 10-ej jesteśmy na miejscu, gdzie nas czeka kolacja u mego gościnnego towarzysza, a potym boski sen. A więc dobranoc cierpliwy czytelniku - dobranoc!