Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



MIGAWKI Z PIRENEJÓW 1999 - część II

2.8 - Vignemale
Nocny opad deszczu zważył Jurkowi humor. Niemniej, kiedy obudziłem go o 4.45, okazało się, że jest piękne rozgwieżdżone nocne niebo i jasno świeci półksiężyc. Pichcenie, pakowanie i składanie namiotów idzie w miarę składnie i zajmuje czas do 6.
Mijamy jeziorko Barrage d'Ossoue i przerzucamy się na prawy orograficznie brzeg potoku. Ten przerzut kończy się dla mnie całkowitym umoczeniem lewej nogi. Nic to, wstydzę się do tego przyznać i idziemy dalej, jak gdyby nigdy nic. Coraz bardziej jaśnieje niebo na wschodzie. Sądzę, że ten charakterystyczny profil - to Monte Perdido. Natomiast z lewej ogranicza dolinę Mały (2923) i Wielki (3150) Pic de Tapou, a sam lodowczyk d'Ossoue - Montferrat (3219). Mijamy wykute w skale groty Bellevue, ale nieco wcześniej - normalnie uprzystępnione łączki biwakowe (od 19 do 9); nawet z dwójką namiotów.
Podchodzimy pod czoło lodowca Vignemale (to największy obecnie lodowiec pirenejski), kawałek po śniegu (K. - chce ubierać raki, M. - nie chce iść z kijkami). Na siodełku przed czołem, szpei się spora ekipa francuska. My również ubieramy raki. Powoli rozwijam linę (20 m) i informuje, jak będziemy pokonywać czoło lodowca. Na początku pójdzie Jurek z czekanem (i swoim tempem poruszania się), potem Krzychu (z moją uprzężą piersiową), następnie Marta (w zapasowych rakach Jurka i mojej uprzęży dolnej), a na końcu ja, związany skrajnym tatrzańskim - jak to na skraju. Próg jest prosty - lód pokrywa śnieżna kaszana, w którą miękko wchodzą raki i trzymają dobrze. Marta ma jeszcze - tuz przed wejściem w lód - nieznaczny problem z uciskającą piętką raka, ale po poprawkach ruszamy. (Bądź co bądź to jej lodowy debiut; Krzycha chyba też.) Przez lodowiec tuptamy związani tempem Jurka. Wokół chmury i... bardzo wyraźne ślady ciągnące się przez skraj sporej szczeliny lodowcowej.


Na lodowcu Vignemale
 © M. Myśliwiec
Na lodowcu Vignemale © M. Myśliwiec


Pod skalną ścianą turyści zostawiają raki i dziaby. My też się odszpejamy. Nagle spadł z góry na bark Marty niewielki kamień. Zauważyłem i usłyszałem go chwilę wcześniej i krzyknąłem, ale Marta się nie ruszyła. Zrobiła płaczliwą minę, a na moje zapytanie o dotyk przez kurtkę odrzekła, że bardzo ją boli. Myślę, że wszystko ją tu zaskakuje a nadmiar wrażeń sprawia, że jej reakcje są niewspółmierne do rzeczywistości. Kilka chwil później - tym razem deszcz kamieni. Krzyczę, żeby się odsunęła. Jeden trafia ją w łydkę. W końcu staję przy niej i jednym szarpnięciem przesuwam ją z potencjalnego toru kamieni, jednocześnie zasłaniając ją sobą. Znów płaczliwa mina oraz tekst:
- Jestem zmęczona! Nie pójdę dalej! - jednak rusza. W skale Marta czuje się znacznie lepiej niż na lodowcu. Nawet ta krucha "jedynka" (?) nie robi na niej wrażenia. Wydostajemy się, właściwie każdy swoim tempem, w podszczytowe partie Vignemale.
Krzych zostaje w tyle i niknie we mgle. Zostawiam Martę w bezpiecznym miejscu z Jurkiem i wracam po Krzycha. Został się na jakiejś płytce. Kiedy dochodzę - w końcu na "żywca" - do niego, ma już wszystkiego dość i chce wracać. Powoli go uspokajam, biorę od niego jego plecak, wyciągam linę, wpinam w jego uprząż piersiową oraz mniej-więcej w połowie wiążę ją do siebie. Ruszam taką - wstyd powiedzieć - "jedynką" (i to nietrudną) i ściągam co jakiś czas "z ciała" Krzycha. Tak dochodzimy na szczyt Vignemale (3298), gdzie już jest Jurek z Martą oraz kupa Francuzów i ze dwóch Hiszpanów.


Próg lodowca Vignemale
 © M. Myśliwiec
Próg lodowca Vignemale © M. Myśliwiec


Wyciągam słodycze dla Marty i Krzycha, które biorą i wcinają bez słowa. Potem fotka szczytowa. Chciałbym jeszcze trochę zostać na szczycie i poczekać na przejaśnienie (cały czas jesteśmy w chmurach), lecz Jurek chce już schodzić. Wcześniejsza ekipa już poszła. Każę Jurkowi iść z Martą przodem, a ja znów wiążę się z Krzychem i poczynamy zejście. Francuzi schodzą bardzo wolno i nieco z lewej. Jurek - strącając kamienie - nieco z prawej. W końcu tamci proszą, żebyśmy dołączyli do nich, bo obawiają się kamieni. Tymczasem Jurek z Martą są już w bezpiecznym miejscu znacznie niżej. Mówię Jurkowi:
- Nie czekajcie na nas! Pójdziemy grzecznie z ekipą! - trawersujemy do nich i ustawiamy się w kolejce do zejścia. Po żółwim przesuwaniu się w dół, lądujemy bezpiecznie przy rakach i sprzęcie pod ścianą.
Wiążemy z powrotem nasz 4-osobowy tramwaj i ruszamy w dół lodowca. Po kilku pierwszych krokach Marta przewraca się, ze dwa metry zjeżdża w dół i zatrzymuje się powstrzymana liną napiętą między nami. Francuzi, słysząc jej pisk, oglądają się w naszą stronę rozbawieni. Marta z niedowierzaniem zbiera się z mokrego śniegu na niestromym odcinku i ruszamy dalej. Robimy dwie foty dosyć sporej poprzecznej szczelinie i bez problemów wchodzimy w próg czoła lodowca. Trochę to idzie za szybko, ale pewnie. W końcu odcinek nie jest długi i nachylenie też niezbyt duże. Taki "pikuś", który wielokrotnie przydarza się zimą w Tatrach.
Na siodełku Marta stanęła jak wmurowana i stoi. Trochę "duje" wiatr. Proszę, żeby zdjęła uprząż oraz raki, jednocześnie odwiązuję ją z lonży i z liny. Wygląda tak, jakby dotąd nie mogła uwierzyć, że już po wszystkim. Musi znowuż odreagować. Jest to całkowicie zrozumiałe w jej przypadku. Dajemy jej chwilę na dojście do siebie.

Lodowiec Vignemale © M. Myśliwiec
Lodowiec Vignemale © M. Myśliwiec

Zejście, za kopczykami, jak to zejście. Nic się nie przydarza. Potem wejście na ścieżkę turystyczną. Przebieramy ciuchy. Przed jeziorkiem nasza trójka zalega na odpoczynek, a ja jednak idę do samochodu biorąc od Krzycha kluczyki. Zanim doszli do mnie, zdążyłem pochłonąć zupkę i herbatę. Zdążyła wraz z nimi burza i spory opad deszczu. Siedzimy teraz w samochodzie. Od dwóch godzin czekamy aż przestanie padać, żeby rozbić namioty i zacząć nockę.
Jest 19.30 - nadal leje. Patrzę teraz na krople deszczu spływające po szybie samochodowej. Jest smutno. Słyszę swój własny głos, który mówi: "Nic na razie się nie zmieni. Nie ma co się rozklejać". Dziwne te słowa, które napisałem. Psychicznie stoję nieco mocniej od naszej ekipy. Potrafię czekać. Potrafię przeczekać złą pogodę w trudnych warunkach. Natomiast chyba mam już dosyć opiekowania się "starymi końmi". Wolałbym zaopiekować się kimś innym... Tymczasem jakiś złodziej zaopiekował się moimi kijkami. Kto by pomyślał? We Francji?!

Dariusz Dyląg