Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Pierwszy na linie (4)

Roger Frison-Roche

(fragmenty - część czwarta)

Skupieni wokół rannego przewodnicy czekali z niepokojem, aż odzyska przytomność. Paul Mouny wsunął dłoń pod grubą, sukienną bluzę, kompletnie przemoczoną przez śnieg; poszukał serca i z ulgą poczuł bicie. Potrzebował tego kontaktu palców z ciepłą skórą kolegi, aby odpędzić najgorsze obawy.
Pierre jęknął cicho i otworzył szeroko zamglone, nieprzytomne oczy. Początkowo nie mógł rozróżnić nic poza nachylającymi się nad nim cieniami, jednak rozpoznał przyjacielskie głosy. "Żyję...", pomyślał i nagle pamięć zaczęła powracać mu strzępami, jak fragmenty filmów odciśnięte w pamięci ale w żaden sposób wzajemnie nie powiązane. Ah, tak! Przypomina sobie; ręka, która ześlizguje się i upadek, właściwie lot, którego końca nie był świadomy. (...)
- Co się stało? Co się stało?
- Odpadłeś, staruszku; co za skok! Całe szczęście, że jesteś zwinny jak kot i że, dzięki Bogu, odbiłeś się od płata śniegu. Inaczej moglibyśmy cię pożegnać na zawsze. Trzydzieści metrów lotu... Szczęściarz z ciebie!
Rannego wyraźnie dręczyła jedna, uporczywa myśl. W końcu zapytał:
- Nie damy rady iść dalej, co? Ale przecież nie można zostawić ojca...
- Trzeba poczekać - stwierdził Fernand po przyjacielsku - bądź spokojny, staruszku; wyjdziemy znowu, jak tylko się będzie dało. Póki co, trzeba cię znieść, co nie będzie specjalnie proste. Jak się czujesz?
- Mam okropny ból głowy: trzęsie mną, a czasami wszystko wiruje. (...)
Jacques a Batioret długo badał rannego. Pierre był strasznie podrapany, posiniaczony, krew spływała z otwartej rany na głowie; przewodnika najbardziej zaniepokoiło jednak nie to, lecz cienka strużka krwi sącząca się bez przerwy z ucha i nosa. Wziął na bok Boule'a i Fernanda:
- Najwyraźniej ma pęknięcie czaszki! Widziałem już coś podobnego na Grépon. Na początku wygląda niegroźnie, ale potem w ciągu czterdziestu ośmiu godzin się pogarsza... Trzeba jak najszybciej sprowadzić go na dół. Będziemy zakładać podwójne zjazdy. Ty, Boule, będziesz zjeżdżał równolegle z nim i chwycisz go, gdyby zemdlał. Ja i Blanc będziemy was ubezpieczać. Paul z Michelem pójdą przodem, pozostali będą ubezpieczać linę Pierre'a. (...)
Pierre machinalnie założył klucz zjazdowy i zaczął w zawrotnym tempie ześlizgiwać się po linie. Boule, który zjeżdżał po ścianie równolegle aby zapobiec ewentualnemu upadkowi, ledwo mógł za nim nadążyć. Pierre zjeżdżał, podtrzymywany niesamowitą siłą woli, nie odzywając się w ogóle poza platformami, gdzie niecierpliwił się czekając aż pozostali założą następny zjazd i poganiał:
- Szybciej, szybciej, coraz gorzej się czuję!

© M. Ronikier
© M. Ronikier

Właściwie nie było to zejście tylko spadanie ludzkiego grona, oplątanego linami rozciągniętymi wzdłuż pionowej ściany. Ale spadanie kontrolowane, podczas którego każdy działał precyzyjnie, z wszystkimi zmysłami stale napiętymi, co jakiś czas rzucając z troską okiem na rannego. Jacques a Batioret, schodzący jako ostatni, pomrukiwał ciągle:
- Byle tylko wytrzymał do lodowca... Byle tylko wytrzymał... (...)
Pierre słabnął bardzo szybko; przejście ostatniego uskoku skał trwało bez końca, ostatni zjazd pokonał nieomal w wolnym locie. Krótki trawers w poprzek lodowca był straszny; Pierre brodził w śniegu jak pijany, zataczał się, koledzy musieli podtrzymywać go pod ramiona. (...)
Skupieni bez reszty na trudnej akcji ratunkowej przestali zwracać uwagę na pogodę. Byli zdziwieni zauważywszy nagle, że Dru, z której wycofali się kilka godzin wcześniej, znikła kompletnie zakryta chmurami. Nie była to mgła, ale długie, szare pasma złej pogody, strzępiaste komety które czepiały się szczytów, krążyły, łączyły się razem, zakrywały wierzchołki, schodziły coraz niżej warstwami aby w końcu utworzyć około trzech tysięcy metrów jednolity pułap chmur. Zaczęły spadać pierwsze krople deszczu. (...)
Gdy dotarli do miejsca zwanego Angle, gdzie coś w rodzaju ścieżki prowadzi wzdłuż lewego krańca Mer de Glace, zauważyli drugą wyprawę ratunkową, wysłaną przez Rudego, który szybko podchodził im na spotkanie. Nie było trzeba żadnych wyjaśnień; wypoczęci ludzie, którzy podeszli z doliny, wymienili przy noszach wyczerpanych przewodników i powiększona karawana ruszyła dalej.

* * *

Genewa, pierwsze dni października. Idący od jeziora lodowaty podmuch pędzi zmarszczki drobniutkich fal na wodzie pod niskimi łukami mostu Mont-Blanc. Pożółkłe liście platanów wirują na chodnikach. Przycumowane wzdłuż brzegów statki parowe dymią spokojnie. Mewy gromadzą się i krążą, z otwartymi dziobami, muskając fale lub wzbijając się zamaszystymi uderzeniami skrzydeł, aby lepiej zanurkować za jakąś zdobyczą.
Boule, Paul Mouny i Fernand Lourtier idą niezręcznie przez opustoszałe aleje, wzdłuż willi i ogrodów wzgórza Eaux-Vives. Jest to spokojna, cicha, mieszczańska dzielnica; nie dociera tutaj zgiełk ulic handlowych. Trzej górale, wciśnięci w swoje niedzielne garnitury, w półbutach za ciasnych na ich stopy zniekształcone od trzymiesięcznego chodzenia w ciężkich, podkutych butach, idą ostrożnie, zatrzymując się na skrzyżowaniach i studiując co chwilę kawałek kartki trzymany przez Fernanda. Przechodzą wzdłuż wielkiego muru z czerwonej cegły, odgradzającego wspaniały park ze spokojnymi alejkami, i zatrzymują się przed wysoką, dwuskrzydłową bramą wjazdową wyprowadzającą na szeroką platanową aleję.
- To tutaj - stwierdza Fernand.
Wahają się chwilę przed wejściem. Spokój ogromnego parku, porządek alejek, mieszczańskie bogactwo budynku widocznego w głębi wśród grabowych alei, onieśmielają ich.
- Choroba, wolałbym już wrócić na Dru - rzucił Paul Mouny.
- Eee tam, w końcu nie zjedzą nas...
I faktycznie. Na progu luksusowej kliniki dyżurna pielęgniarka wita ich z uśmiechem, który od razu rozluźnia atmosferę.
- Proszę, przewodnicy z Chamonix! Pewnie chcecie panowie odwiedzić waszego kolegę Georges'a. Na pewno się ucieszy, proszę za mną. (...)
Podążając za pielęgniarką, trzej przewodnicy przechodzą przez szereg wyfroterowanych korytarzy. Idą prawie na palcach, jakby byli w kościele. Pielęgniarka otwiera drzwi: - Georges, przyszli koledzy - obwieszcza radośnie.
Georges a la Clarisse siedzi w trzcinowym fotelu, ze stopami zanurzonymi w dużej miednicy wypełnionej płynem barwy ametystu. Jest blady, jego ogorzała twarz stała się ziemista jak u ludzi żyjących w miastach.
- Boule, Paul, Fernand! Ale świetnie, że przyszliście!
Wszyscy czterej patrzą na siebie i nie bardzo wiedzą, co mówić. W końcu Boule spytał:
- Co słychać?
- Patrz - powiedział Georges pochmurniejąc. Wyciągnął nogi z miednicy i pokazał swoje nieszczęsne, odmrożone stopy: wszystkie palce są zaschnięte, skręcone, sczerniałe, jakby wypalone wapnem; z ciała wystają odsłonięte kości. Widok jest straszny. Przewodnicy z trudem powstrzymują wzruszenie.
- Biedaku, ale musiałeś się nacierpieć!
- Strasznie. Myślałem że stracę całe stopy. Na szczęście pan Warfield był w porządku: to on mnie tu umieścił. Robią mi tak kosztowne zabiegi, że w życiu by mnie nie było na nie stać. Lekarze mówią, że już jest po wszystkim. Końce stóp pewnego pięknego ranka odpadną same, a rany się zabliźnią... Tak, trzeba przyznać że pięknie się urządziłem.
- Co masz zamiar robić?
- Cóż... zacząć od początku. W specjalnych butach będę mógł spokojnie chodzić. Zobaczycie, nauczę się na nowo... Pewnie, że o wielkich wyprawach nie ma mowy, ale może będę mógł objąć jakieś schronisko. Wyobraźcie sobie - ja miałbym się przyzwyczaić do doliny?
- Nawet po tym, co przeżyłeś?
- O niczym innym nie myślę, tylko o powrocie... Popatrz przez okno...
Przez okno można było zobaczyć piętrzące się na pierwszym planie skały Saleve, a za szczerbą w grani widniał w dali olbrzymi, lśniący diament: Mont-Blanc.
- Widzisz... cały czas na to patrzę. I im dłużej patrzę, tym bardziej chcę tam wrócić - (...) Potem, zniżając trochę głos, spytał: A Pierre?...
- Jest uratowany! Przeszedł trepanację i teraz dochodzi do siebie. On też nie mówi o niczym poza powrotem w góry... To niezbyt delikatne w stosunku do rodziny...
- A Jean? Jak wam się udało go znieść?
- O wypadku wiesz - podjął Boule - więc potem, poczekaliśmy aż śnieg trochę stopniał i osiem dni później wyruszyliśmy znowu. Było jeszcze trochę lodu, ale dało się przejść. Znaleźliśmy go w tym samym miejscu, był tak przymarznięty że trzeba było odłupywać młotkiem. Owinęliśmy go w worki. Ta wzniesiona ręka była sztywna jak żelazna sztaba i wystawała; to nam strasznie przeszkadzało. Na szczęście, po dwóch zjazdach się złamała - można było wszystko schować do worka i już było lepiej. Wszystko szło dobrze aż do Epaule, a tam, całkiem nagle, poszła jedna lina. Prawie pociągnęło Fernanda, który nie chciał puścić... Baliśmy się, że zgubimy ciało. Ale i tak wymknęło się nam. Przeleciało przez całe Epaule i spadło na lodowiec. Ostatecznie znaleźliśmy je na dnie czterdziestometrowej szczeliny, tuż za szczeliną brzeżną. Spakowaliśmy wszystko do worka, ale już nie był ciężki... Na początku miał dobre metr siedemdziesiąt; w Montenvers wszystko zmieściło się w niewielkim worku... W końcu, od razu umieściliśmy szczątki w trumnie, żeby żona nie zobaczyła go w takim stanie... Naprawdę odetchnęliśmy, jak było już po wszystkim. Piękny pogrzeb... byli ludzie ze wszystkich stron, i nawet jeden minister... Dostaliśmy po tym wszystkim medale za ratownictwo; ale interes... Ty też masz złoty medal... Ale to wszystko i tak nie zwróci ci nóg. Ech, kiepsko...

* * *

Sześć miesięcy upłynęło od wypadku Pierre'a. Nadeszła zima i pokryła wszystkie te smutne sprawy cichą i spokojną rezygnacją przytulnej zadumy. Wysoko w Moëntieu des Moussoux, w domu wybudowanym własnoręcznie przez Jeana Servettaz, powracało życie. Po powrocie ze szpitala Pierre spędzał większość czasu w swoim pokoju obserwując przez szeroko otwarte okno coraz bardziej pokrywające się śniegiem szczyty. Wydawało mu się, że jakiś wewnętrzny spokój spływa na niego wraz z  rosnącym, białym całunem. (...)
Jedna rzecz Pierre'a bardzo niepokoiła: często nachodziły go silne migreny, które po których głowę miał pustą, a równocześnie ciężką jak ołów. Ponieważ się to regularnie powtarzało, postanowił pójść do lekarza.
Udał się do niego pewnego wczesnowiosennego dnia, nie uprzedzając o tym nikogo. Doktor Coutaz był praktykiem bardzo cenionym, przede wszystkim przez przewodników i chłopów; w zimie on jeden decydował się na długie godziny marszu na nartach, niezależnie od pogody, aby leczyć swoich przeważnie ubogich pacjentów. Czynił tak z jednej strony ze względu na zawodowy obowiązek, a z drugiej z miłości do gór i ich mieszkańców. Pierre zwrócił się więc do niego bez wahania.
Diagnoza była szybka.
- Pęknięcie kości skroniowej pozostawiło ci pewne zaburzenia w uchu, Pierre - stwierdził lekarz - i to powoduje te regularne bóle głowy; myślę jednak, że z czasem ci to przejdzie. Tylko uważaj, jasne? Bez głupot. Na pewno będziesz teraz cierpiał na zawroty głowy, to jest klasyczna konsekwencja tego rodzaju problemów. Dlatego radziłbym ci uważać; zresztą sam się przekonasz przy pierwszej okazji, kiedy znajdziesz się nad przepaścią.
Pierre zbladł lekko, ale udało mu się ukryć burzliwe uczucia, które nim owładnęły.

© M. Ronikier
© M. Ronikier

- Dobra, - odpowiedział beztrosko - chyba to mi w końcu nie przeszkodzi w łażeniu!
- Oczywiście! To, co mówię, dotyczy tylko poważnych dróg; jeśli chodzi o łatwy teren, śnieg, proste drogi, to możesz chodzić, pod warunkiem, że będziesz miał dobrego towarzysza. Ale przede wszystkim nie chodź nigdy na pierwszego; to cię może złapać całkiem nagle i wtedy odpadniesz. Siedź spokojnie w Moëntieu. Jak tam z klientami na lato?
- Nie wcześniej niż w maju, doktorze. Za to potem jest komplet na cały sezon.
- Tym bardziej, chłopcze, będziesz miał robotę, trzeba będzie pomóc matce. To cię zajmie i pomoże trochę zapomnieć o górach.
- Może pan na mnie liczyć, doktorze. Ale co do reszty, to wolę nic panu nie obiecywać; a nawet mogę się założyć, że przed upływem dwóch miesięcy poprowadzę pana na Aiguille de Grépon!
- Nie opowiadaj głupot, Pierre; zawroty głowy to poważna sprawa. Stosuj się do moich rad! (...)

* * *

Od ośmiu dni silny, ciepły wiatr przebiega dolinę Chamonix. Ciągnący z włoskiej strony powiew wpada w zagłębienie Mer de Glace, uderza w strome, trawiaste stoki Aiguille a Bochard, po czym opada niczym ciepły dech na wąskie pasma łąk obrzeżające dolinę Arve, niemal w ciągu jednej nocy rozbudzając wspaniałą alpejską roślinność. Z każdym dniem stary, zimowy śnieg wycofuje się coraz wyżej, chroni się po halach, potem jeszcze wyżej - w wielkich kuluarach i na lodowcach... Można śledzić ten rozwój wiosny: to całkiem jak wielki szturm przypuszczany przez naturę na górskie szczyty. Lasy, zrudziałe od mrozów i zawiei, zaczynają delikatnie zielenić się od młodych pędów. Wyżej jednak, koło dwóch tysięcy, wszystko jest jeszcze zmartwiałe. Płaty śniegu topnieją, jeden po drugim, pozostawiając w krajobrazie rude plamy, można by powiedzieć - źle zagojone rany, zdarte strupy pozostawiające po sobie jaśniejszą barwę świeżej jeszcze skóry. Po jakimś czasie te blizny na halach goją się również, zielenieją, i surowe, wysokogórskie runo łączy się w jedno ze świeżym kolorytem gór. Wszędzie jest pełno wody: w potokach wypełniających koryta po brzegi; w Aveyronie, który wzbiera z każdym dniem tocząc nadmiar wód z lodowców, wód białych jak mleko wapienne, ciężkich i gęstych od jasnego błota z drobin piasku i granitu.
Wkrótce foehn ustanie; nie będzie już słychać tego charakterystycznego głuchego szumu, jaki wiatr wydaje przeczesując skalne iglice, tego świstu przypominającego odgłos stojącego na ogniu naczynia na podciśnienie. A gdy wiatr zamilknie, przyjdzie deszcz, wielki wiosenny deszcz, po którym trawy na łąkach w dolinie rosną dorodne i gęste jak zboże. Jednak w górze, szczyty nadal będzie przyprószał codziennie świeży śnieg. Łączące się lodowce, zapchane aż po brzegi ogromnych szczelin opadami z całej zimy, będą stanowiły rozległe, wspaniałe pola śnieżne dla zapóźnionych narciarzy.
Dzisiaj jednak wieje foehn, zginając wierzchołki świerków na stromych zboczach doliny. Owiewa zwierzęta i ludzi, odurza i upaja swoim ciepłym tchnieniem po miesiącach suchych, zimowych mrozów. Wysoko w górze, na granicy roślinności, głuszce, jarząbki, białe kuropatwy wślizgują się pod ostatnie płaty śniegu; samce już zaczynają swoje triumfalne toki w różowym blasku świtów, opuszczają omszałe nisze wśród olchowych zarośli aby usadowić się na niskich konarach modrzewi. Kozice zaczynają podchodzić z głębi dolin ku lodowcom i szczytom gdzie, na niedostępnych półkach i upłazach, ich młode będą się bezpiecznie rozwijać. Niżej, w dolinie, stada bydła wychodzą ociężale z obór, również oszołomione długim, zimowym zamknięciem. Znów nałożono im wielkie dzwonki i wesołe pobrzękiwanie dochodzi z każdej polany i każdej łąki; wibrujące tony dzwonków z brązu mieszają się z niskimi dźwiękami dzwonów z polerowanej blachy, brzmiących głucho i tajemniczo jak uderzenia drewnianego, filcowanego młotka w miedziany gong. (...)

* * *

Pierre przechodził przez Chamonix bez określonego celu. Był niespokojny, przeżuwał wciąż słowa doktora i trapił się. Chętnie zwierzyłby się ze swoich obaw któremuś z przyjaciół. Przemierzył Avenue de la Gare, przeszedł przez mostek do Montenvers i znalazł się, sam nie wiedząc jak, w olszynach u stóp stoków Blaitiere. Potok, wezbrany wodami z szybko topniejących śniegów, pienił się i spadał w dolinę z wysokości jakichś sześciuset metrów. Pierre, opętany uporczywą myślą o lęku przestrzeni, zaczął podchodzić wąską ścieżynką wznoszącą się wśród gęstego, świerkowego lasu nad brzegiem wielkiego lawinowego koryta. Dzień był parny; Pierre pocił się, jednak nie zwalniał kroku. Zarzucił kurtkę na ramię i pogrążony w zadumie gryzł źdźbło trawy. Myśl, że on, Pierre Servettaz, syn przewodnika, mógł być chory na lęk przestrzeni przerażała go. Dotychczas kpił sobie z takich rzeczy, z okrucieństwem młodości określając je jako "paskudne jajarzenie" i naśmiewał się z bojaźliwych, którzy wahali się przed stromizną, kleili się do ściany i zamykali oczy, aby nie widzieć ekspozycji. W takich sytuacjach stwierdzał z przekonaniem: "Trochę silnej woli, do diabła, zawroty głowy - nad tym trzeba panować! No, do przodu,do przodu, samo przejdzie." A teraz on miał być zagrożony taką dolegliwością, w końcu doktor jasno stwierdził: to jest kalectwo, wobec którego nauka jest bezradna. I podchodził coraz szybciej, czasami tylko zatrzymując się by uspokoić bicie serca, po czym ruszając znów, w tempie myśliwskiego ogara połykając zakosy leśnej ścieżki.
Kaskada Blaitiere jednym skokiem pokonuje skalny próg przeszło pięćdziesięciometrowej wysokości. Największe wrażenie robi w okresie roztopów, gdy wody przewalają się z piekielnym hukiem, rozpryskując się na skalnych ścianach w tęczowy pył; nad zerwami wisi romantyczna mgiełka, muskająca zwieszające się nad przepaścią potężne korzenie modrzewi. (...) Piotr wielkimi krokami kierował się ku przepaści. Postanowienie zostało podjęte: dowie się jednoznacznie, czy lekarz miał rację. To decydujące doświadczenie przerażało go jednak i kiedy zaczął dochodzić go ryk niewidocznego jeszcze wodospadu, nieznacznie zwolnił kroku. ścieżka wiodła teraz poziomo, wąskim wypłaszczeniem wśród gęstego lasu. Pierre szedł spokojnie, jakby chroniony przez te srebrzyste pnie strzelające w cieniu prosto w górę, zasłaniające przed nim niebo i dolinę. Wkrótce jednak poczuł na twarzy świeżą pieszczotę wodnego pyłu, której towarzyszył potężny pomruk wściekłych wód. Wtedy usiadł i oparłszy głowę na rękach zastanawiał się długo. Wiedział, że dwadzieścia metrów stąd las się kończy. Osłonięta ścieżka nagle przechodzi w powietrzny balkon zawieszony nad próżnią, niezwykły punkt widokowy dominujący nad urwiskiem i dziką cieśniawą w której rozbijał się potok. Wystarczyło zrobić te kilka kroków, aby zdobyć pewność. Wyobrażał sobie, jak wychyla się przez kruchą poręcz i nachylając się coraz bardziej czyta swoje przeznaczenie w przepaścistej kipieli. Jeżeli oprze się zdradliwemu przyciąganiu pustki i huczącemu wołaniu wód, próba będzie rozstrzygnięta. Jeżeli nie... jeżeli nie, już widział siebie - nieszczęsny ludzki łachman, rozbity psychicznie przez górę, kurczowo uczepiony barierki, z oczami zamkniętymi, aby nie widzieć... Jego przeznaczenie byłoby jasne: wyrzec się gór, zejść na dół, stopić się z masą ceprów, porzucić wolne i pasjonujące życie przewodnika; zrezygnować z nieustannych pojedynków ze skalnymi ścianami, długich zejść lodowymi kuluarami, krok po kroku po wykutych stopniach... Zrezygnować!
Zrobił kilka niepewnych kroków, dostrzegł jasny otwór, przez który ścieżka wybiegała z lasu i przywarł bezsilnie do zbocza. Nie posunął się dalej; długo słuchał śpiewu potoku. Zadrżał z bezsilności i rozpaczy, chciał zlekceważyć swoją słabość i - jak skazaniec domagający się jeszcze odroczenia kary - zatrzymał się, nie zrobił ani kroku dalej. Raptem poderwał się, odwrócił tyłem do światła i rzucił się w cień. Ruszył biegiem przez pusty szlak, ścinając całym pędem zakręty ścieżki, potykając się o pniaki, ślizgając się na ściółce ze świerkowego igliwia, czepiając się niskich, giętkich gałęzi. Zatrzymał się dopiero na dole, na omszałym pustkowiu rozciągającym się powyżej łąk. Usiadł na wielkim głazie, zapalił fajkę i dał upust swoim myślom, z roztargnieniem śledząc wznoszące się ku niebu kłęby błękitnego dymu. Ponad głową Pierre'a foehn, niby olbrzymi kowalski miech, wciąż wiał wśród turni.(cdn.)

tłumaczył: Michał Ronikier