Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Kurniawa w Gorganach

W lutym 1998 roku, pod natchnieniem relacji Wilusza o nieudanej próbie zimowego wejścia na Sywulę, razem z Kierownikiem i Michałem postanowiliśmy powtórzyć ten wyczyn.

Przygotowania
Pierwotny plan zakładał zdobycie dwóch gór tzn. Sywuli (1836 m) oraz pobliskiej Popadii (1742 m). Ze względu na warunki zimowe całą trasę planowaliśmy pokonać poruszając się na nartach ski-tourowych. Niestety, udało się nam zdobyć tylko dwie pary takich nart. Ostatecznie ja zabrałem ze sobą narty śladowe z wiązaniami biegowymi.
Noclegi mieliśmy realizować w oparciu o stałe punkty noclegowe typu szopy, opuszczone domy itp., na temat których informacje posiadaliśmy z wcześniejszych, letnich wypraw w Gorgany. Mimo wszystko na wszelki wypadek zabraliśmy ze sobą również niewielki namiot o kształcie workowatym (bardziej długi niż szeroki). Do orientacji w terenie wykorzystać mieliśmy ksera przedwojennych topograficznych map WIG w skali 1:100 tys.

Przejazd na Ukrainę
Wyprawa rozpoczęła się w środę 4 lutego 1998 roku na dworcu PKS w Krakowie.
Pierwsza jej część miała następujący przebieg:

  • wyjazd autobusem z Krakowa (godz. 21.30) do Lwowa (6.00)
  • przejazd autobusem Lwów (8.00) - Stanisławów (zwany obecnie Iwano-Frankowskiem, godz. 13.00)
  • dalsza droga autobusem z Stanisławowa (14.00) do Rafajłowej (zwanej obecnie Bystricą, 16.00).

Podróż ta odbyła się raczej spokojnie i bez nagłych niespodzianek, jeśli nie liczyć "ubezpieczenia", które musieliśmy zapłacić na granicy, mało przyjemnych spotkań z mieszkańcami dworca autobusowego we Lwowie, jak i jeszcze bardziej mniej przyjemnych spotkań z miejscową Milicją zaraz po tym jak Michał poszedł wykorzystać pobliskie krzaki.
Jednak rzeczą która najbardziej zaskoczyła nas, była temperatura... Przekraczając granicę odczytaliśmy na termometrze wskazanie minus 25 stopni.
Niemniej, mimo tych wszystkich okoliczności z autobusu we wsi Rafajłowa wysiedliśmy w bardzo dobrych humorach.

Dolina Salatruka
W czasie wypakunku naszego sprzętu wokół autobusu zebrał się dość spory tłumek widzów bardzo zainteresowanych dokąd i po co zmierzamy? Trzeba przyznać, że nasze odpowiedzi wprawiły ich w osłupienie, po czym starali się nas odwieść od pomysłu udania się w góry. My jednak specjalnie się tym nie przejmując ruszyliśmy w drogę. Po minięciu stylowej cerkwi doszliśmy do pierwszego obiektu, który zwrócił naszą uwagę. Był to sklep. Obiekt ten bardzo nas zaciekawił, gdyż znajdował się w budynku dawnego kościoła katolickiego. Prócz sklepu miało tam również swoją siedzibę kino.
Przed sklepem znajdował się odnowiony obelisk na którym umieszczona była tablica opiewająca cześć polskich legionistów poległych tutaj w latach 1914-1915. Z posiadanych informacji wynikało, że w pobliżu tego obelisku powinien znajdować się cmentarz poległych legionistów. Rozglądając się więc w poszukiwaniu tegoż cmentarza nagle zważyliśmy że plac przed sklepem na którym staliśmy jest dziwnie pagórkowaty... Tak teraz już nie mieliśmy wątpliwości, cały czas deptaliśmy po grobach legionistów...

Gorgany © St. Łukasik Gorgany © St. Łukasik

Zrobiło się już późno więc była najwyższa pora aby ruszyć w drogę. Pierwszy etap naszej wędrówki prowadził szeroką drogą w dolinie potoku Salatruk. W dniu dzisiejszy zamierzaliśmy jeszcze dotrzeć w górę tej doliny do opuszczonego budynku służącego niegdyś ukraińskim harcerzom. Ze względu na szerokość naszego "szlaku" praktycznie nie spotkały nas tutaj żadne trudności topograficzne poza wątpliwościami czy czasami w ciemnościach nie zapędziliśmy się w którąś z bocznych dolin. Jednak napotkani w lesie drwale upewnili nas co do słusznego kierunku marszu. Po przejściu około 7 km dotarliśmy wreszcie do budynku, który miał być dzisiejszej nocy naszym noclegiem. Niestety potężny ten obiekt okazał się tylko żałosną ruiną. Ze względu, iż wyraźne ślady świadczyły o zagospodarowaniu parteru tego budynku na stajnie, my postanowiliśmy się przenieść z noclegiem na piętro. Niestety, całe piętro było spróchniałe i pękające pod ciężarem naszych nóg deski podłogi świadczyły, iż przebywanie tu w każdej chwili grozi zawaleniem. Ostatecznie postanowiliśmy poszukać noclegu gdzie indziej, co okazało się decyzją słuszną gdyż kilkadziesiąt metrów od tego budynku stała mała szopka z niewielkim piecem idealnie przystosowana do noclegu.

Polana Ruszczyna
Rankiem następnego dnia przywitała nas piękna ale bardzo mroźna pogoda. Po zjedzeniu szybkiego śniadania sprawnie ruszyliśmy w dalszą drogę doliną potoku Salatruk aż do rozwidlenia dróg skąd zaczynał się grzbiet wznoszący się w stronę polany Ruszczyna. Od tego miejsca zaczęła się nasza właściwa wędrówka górska. Choć było to dość monotonne, strome podejście jednak wraz z każdym krokiem czuliśmy jak wzrasta w nas zapał i tak po bliżej nieokreślonym czasie osiągnęliśmy wreszcie grzbiet. Stąd wędrówka miała być już łatwa i spokojna jednak jak się okazało nie dla wszystkich. O ile Michał razem z Kierownikiem pomykali szybko na nartach o tyle dla mnie zaczęły się problemy. Główną przyczyną wszystkich problemów była znaczna głębokość śniegu, w którym idąc na nogach zapadałem się po pierś. Tak, teraz przyszedł czas aby wykorzystać narty ale... Właśnie, czy ktoś z was próbował zapiąć sobie zwykłe polskie wiązania biegowe, działające na zasadzie trzech bolców zaciskanych kawałkiem blaszki? Gdyż ja wtedy próbowałem i wyglądało to tak: najpierw zakładałem na wielkim mrozie cieniutkie półbuciki, w których podobno uprawia się biegi zimowe, potem zapinałem je w wiązania, następnie stawałem na nogi i zakładałem sobie na plecy mój ponad 30 kg plecak, teraz wystarczyło, że robiłem jakiś gwałtowniejszy ruch po czy wiązanie mi się rozpinało, ja robiłem kroka w głęboki śnieg oczywiście się przy tym wywracając... Teraz cała zabawa mogła zacząć się od nowa. Jednak nie, gdyż oto okazywało się, że pozapychały i zamarzły dziurki w butach służące do zapinania nart więc wogóle nie dało się ich później zapiąć. Tak, czytając dawne dzieje narciarstwa ciągle napotykałem narzekania na wiązania w nartach, teraz sam namacalnie potwierdziłem, że minęły całe dziesięciolecia, a technologia wiązań nadal tak samo szwankuje. Ostatecznie założyłem ponownie buty plastikowe i ruszyłem dalej na piechotę.
Wtedy wrócił do mnie Kierownik z wiadomością, że razem z Michałem dotarli oni do ruin dawnego schroniska na polanie Ruszczyna i z powodu późnej pory postanowili tam rozbić namiot (była godz. 14.00, a po 16.00 zapadał już zmrok). Kierownik wracając do Michała zabrał mój plecak co znacznie ułatwiło mi moje dalsze kopanie się w śniegu.
Kiedy dotarłem do miejsca naszego biwaku, namiot był już postawiony. Ponieważ następował wieczorny spadek temperatury postanowiliśmy od razu zamknąć się we wnętrzu namiotu i dopiero wtedy przystąpić do gotowania. Trzeba przyznać, że sposób naszego lokowania się w namiocie też należał do bardzo ciekawych. Ponieważ namiot był bardzo wąski nie udało nam się zmieścić obok siebie, dlatego musieliśmy przyjąć wersję lokowania na waleta czyli Michał z Kierownikiem leżeli głowami do wyjścia ja natomiast miałem głowę w nogach. Najciekawszą sprawą w tym układzie był nasz "wspólny" posiłek - ale to pozostawiam już wyobraźni czytelnika. Natomiast co do pytania o zapach skarpetek to odpowiedź jest prosta: przy takim mrozie nic się nie czuje... choćby tylko z powodu kataru...

Zdobycie szczytu
Noc ze względu na panujące zimno nie należała do przyjemnych, dlatego z wielką radością i zapałem powitałem nadchodzący ranek. Szybko upichciliśmy lekkie śniadanko i pozostawiając rozbity biwak ruszyliśmy na szczyt. Pierwsza część naszej drogi przypominała mi wczorajszą katorgę przez głębokie śniegi, jednak już wkrótce tzn. po osiągnięciu górnej granicy lasu sytuacja zmieniła się radykalnie. Na otwartej przestrzeni śnieg był tak zmrożony, że bez zapadania z łatwością poruszałem się po jego powierzchni. Widząc to wzrosły we mnie siły i sprawnie ruszyłem za Kierownikiem i Michałem na wierzchołek Małej Sywuli (1815 m).
Kiedy stanęliśmy ja jej szczycie niespodziewanie prosto w nas zza grani uderzył potężny podmuch zimnego wiatru niosący ze sobą olbrzymie ilości śniegu. Teraz oto mieliśmy poznać z bliska to co zwie się kurniawą. Dalsza nasza droga miała powadzić w dół niewielkiej przełęczy skąd czekało nas wejście na główny wierzchołek Sywuli (1836 m.). Zadanie to było niby proste do realizacji ale po kilku sekundach stania na wietrze zmieniliśmy się w trzy śnieżne bałwany. Ze względu na wiatr Michał i Kierownik postanowili dalszą drogę odbyć na piechotę pozostawiając narty na wierzchołku Małej Sywuli. Już mieliśmy ruszyć w dalszą drogę gdy oto Michał zwrócił uwagę, że na naszych twarzach pojawiły się białe ślady świadczące o postępujących odmrożeniach. Sprawnie więc musieliśmy przystąpić do rozcierania naszych policzków nakładając na nie grubą warstwę tłustego kremu. Po chwili ruszyliśmy w kierunku przełączki trzymając się razem aby nie zabłądzić gdyż tumany zacinającego śniegu ograniczały widoczność do kilku metrów dodatkowo silny wiatr powodował łzawienie oczu, które to łzy natychmiast zamarzały skutecznie zamykając oczy.
Od przełęczy wchodząc pod górę wiatr stawał się coraz silniejszy tak, że ostatni odcinek pokonywaliśmy już na czworaka. W końcu udało nam się wedrzeć na szczyt... Nie było tu jednak radosnej fety, jak tylko Michał oznajmił krzykiem, że szczyt został zdobyty rozpoczęliśmy błyskawiczną akcję wycofywania się najpierw na Małą Sywulę po narty, a potem w kierunku lasu.
Kiedy dotarliśmy do lasu wreszcie zapanowała cisza. Nie było już tego potwornego huku wiatru ani zacinającego śniegu. Mogliśmy spokojnie popatrzeć na siebie tak niepodobnych do tych dumnych porannych wędrowców. Nasze postacie były jakieś ciche, przytłoczone ale najciekawszą cechą były olbrzymie sople lodu zwisające z naszych twarzy. Ja spróbowałem zdjąć z rąk rękawice i wtedy uświadomiłem sobie, że straciłem czucie w rękach. Zdarłem je w końcu ciągnąc zębami, a oczom moim ukazały się dwa czarne, spuchnięte kikuty rąk. Aby je rozgrzać Michał doradził mi boksowanie najpierw jego a potem pni drzew. Zaskoczeniem dla mnie było to, że mogłem robić takie rzeczy i jednocześnie w ogóle nie odczuwać żadnego bólu.

Odwrót
Wędrówka po naszych śladach przez las do pozostawionego obozowiska przebiegła bardzo sprawnie. Po przybyciu na miejsce lizaliśmy i rozcieraliśmy jeszcze swoje rany jednocześnie gotując coś ciepłego do jedzenia. Po szybkim posiłku i spakowaniu namiotu rozpoczęliśmy odwrót z polany Ruszczyna w kierunku doliny potoku Bystryka gdzie mieliśmy nadzieję dotrzeć jeszcze przed zmrokiem do chaty drwali. Początkowo planowaliśmy schodzić grzbietem jednak ze względu, iż moja prędkość poruszania się w bardzo głębokim śniegu była dramatycznie mała zdecydowaliśmy się na zejście prosto w dół doliną wypływającego spod Polany Ruszczyna potoku. Pomysł choć wydawał się dobry z mojego punktu widzenia okazał za sprawą gęsto leżących drzew koszmarny dla Kierownika i Michała poruszających się na nartach. Ostatecznie rozpoczęła się dla nas wielogodzinna męka walki z otaczającą nas przyrodą. Było już po zmroku kiedy wreszcie dotarliśmy do właściwego koryta potoku Bystryka. Tu pojawiły się nowe okoliczności w postaci marszu po lodzie przykrytym śniegiem. O ile Michałowi i Kierownikowi na nartach ta sztuczka udawała się dość swobodnie o tyle w pewnym momencie pod moim ciężarem lód się załamał i wpadłem po kolana do lodowatej wody. Sytuacja ta była dodatkowo o tyle nie przyjemna, że moje suche plastikowe buty w jednej chwili napełniły się wodą. W tym czasie powrócił do mnie Kierownik z wieściami, iż razem z Michałem dotarli do nasypu kolejki wąskotorowej do zwózki drzewa. Kierownik przejął również ode mnie mój plecak i dzięki temu mogłem poruszać się szybciej i bez kolejnych obaw o powtórne załamanie się lodu.
Minęło jeszcze sporo czasu zanim zdołałem dojść do Michała. W tym okresie wyraźnie zacząłem słabnąć i coraz mniej kontaktować. Nogi stały się ciężkie, a mnie samego opanowała pełna obojętność. Kiedy spotkaliśmy się razem zaproponowałem aby rozłożyć tu nocleg jednak Kierownik z Michałem stanowczo protestowali gdyż ani bagniste otoczenie, ani temperatura nie sprzyjały takiemu noclegowi. Dodatkowo wisiała nad nami ciągle wizja prawdziwego noclegu w chacie. Według naszych wyliczeń stad do najbliższej osady ludzkiej czyli leśniczówki na Jalu było ok. 8 km. czyli w najgorszym razie maksymalnie 2 godziny marszu. Dlatego choć była już godzina 20.00 zdecydowaliśmy się na marsz do "skutku".
Ponieważ ja byłem już znacznie osłabiony Michał wziął mnie na przód aby kontrolować czy gdzieś nie odstaję.
Dalsza droga przebiegała dość spokojnie i monotonie. Jednak co chwilę spotykaliśmy na drodze przeszkody w postaci zrujnowanych mostków kolejowych, z których pozostały tylko szyny kolejowe. Ja takie przeszkody pokonywałem dość prosto natomiast dla idących na nartach nie było to takie łatwe. Michał na przykład stawiając na prędkość przechodził po nich idąc po każdej z szyn jedną nartą. Jak zdradliwe było to rozwiązanie miał się przekonać już wkrótce kiedy pośliznęła mu się noga i spadł z mostku głową w dół na szczęście nie czyniąc sobie żadnej krzywdy.
Po pewnym czasie tej naszej wędrówki wyszliśmy nagle z lasu i stanęliśmy na polanie na której znajdowały się zabudowania.
Chata drwali
Na środku polany stał duży parterowy budynek. Szybko podeszliśmy pod drzwi lecz tu okazało się, że są one zamknięte na potężną kłódkę. Równie skutecznie zamknięte były wszystkie okiennice. Kawałek dalej znajdowały się rozwalone szopki w których próbowaliśmy znaleźć nocleg jednak ich widok wskazywał, że niespecjalnie się do tego nadają. To był prawdziwy koszmar być tak blisko i nie umieć znaleźć żadnego miejsca na nocleg.
Wtedy Kierownik ruszył zdecydowanie aby jeszcze raz obejrzeć drzwi wejściowe do budynku. Wziął w swoje ręce kłódkę i... ją otworzył!!! Jak się okazało nie była wcale zamknięta tylko luźno założona. Wpadliśmy się do środka. Pomieszczenia były puste i bez wyposażenia ale w jednym z nich było to co najważniejsze - piec.
Ja praktycznie padłem bez ducha. Michał zdarł mi z nóg moje plastiki wylewając na podłogę litry wody, po czym poszedł z Kierownikiem na poszukiwania w lesie jakiegoś opału. Kiedy wrócili rozpoczęli próby rozpalenia w piecu jednocześnie zmuszając mnie do chodzenia po izbie w celu odzyskania czucia w zmrożonych nogach.

Widok na Popadię © St. Łukasik Widok na Popadię © St. Łukasik

Z innych izb pościągaliśmy sienniki aby przygotować spanie. W końcu Kierownik też wypadł z "gry" gdyż w czasie rąbania drzewa rozwalił sobie rękę oraz zaraz potem dostał bóli żołądka co skutecznie rzuciło nim na siennik. Ostatecznie na posterunku przy piecu pozostał sam Michał.
Następny dzień minął nam na odtajaniu i suszeniu ubrań. Kierownik od rana funkcjonował już normalnie. Ja natomiast powoli odzyskiwałem czucie zarówno w rękach jak i w nogach. Jednak w miejscach odmrożeń wyskoczyły mi pęcherze przez które miałem trudności aby poprawnie chodzić jak i trzymać w rękach różne przedmioty.
Ten dzień sprzyjał zdecydowanie wymyślaniu różnych specjałów kulinarnych. Szczytem tego była wyciągnięta przez Michała zardzewiała puszka sardynek na której zdołaliśmy odczytać datę "1970". Zaraz też wynikła dyskusja czy data ta oznacza datę produkcji czy też datę ważności? Nie mniej wyciągnęliśmy jeden główny wniosek - sardynki nie mogą się zmarnować więc je szybko zjedliśmy.
Na drugi dzień wypoczęci i pogodnych humorach żegnaliśmy chatę, która nas tak "utuliła" i ruszyliśmy w dół doliny do leśniczówki na Jalu, która stanowiła miejsce naszego rozstania. Z tego miejsca Michał z Kierownikiem kontynuowali wyprawę i szli zdobyć szczyt Popadii (1742 m), ja natomiast w pełni świadom, że jest to nie wykonalne bez nart schodziłem do wsi Osmołoda skąd po złapaniu autobusu do Kałusza a następnie do Stanisławowa wróciłem do Polski.

Podsumowanie
Minęły dwa tygodnie kiedy w mieszkaniu Kierownika spotkałem się z nim aby podsumować naszą wyprawę.
Jak się okazało Kierownik razem z Michałem w dzień naszego rozstania zdołali podejść pod Popadie, tak aby zaatakować ją w dniu następnym. Jednak znów w czasie wyjścia na szczyt trafili na kurniawę w efekcie zaraz po zdobyciu szczytu szybko wycofali się w dolinę Mołodej gdzie spędzili kolejny nocleg w ruinach jednej ze stacyjek kolejki wąskotorowej, aby dnia następnego wcześnie rano zejść do Osmołody. Jakie były te ich dni można było przekonać się patrząc na ślady odmrożeń na rękach i policzku Kierownika.
Ale reasumując: cel naszej wyprawy został zrealizowany w 100 % jednak zwycięstwo to nie było łatwe. Głównymi przyczynami naszych błędów była moja głęboka wiara, że mimo wszystko zdołam pokonać tę drogę bez nart oraz brak doświadczenia z polskich gór zjawiska atmosferycznego w postaci "kurniawy", która w jednej chwili potrafi zmienić dumną grupę w zgraję wynędzniałych niedobitków.

SŁoń