Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Nieudana próba zdobycia Sywuli

"Nieudana próba zdobycia Sywuli" Tadeusza Wilusza to relacja z I zimowej próby wejścia na najwyższy szczytu Gorganów. Opisana wyprawa miała miejsce na przełomie stycznia i lutego 1909 roku., jednak szczyt Sywuli w warunkach zimowych zdobyto dopiero w lutym 1913 roku.
Zachęcamy również do przeczytania artykułu Kurniawa w Gorganach, który stanowi relację z współczesnej próby wejścia na ten szczyt.

Pierwsze lata rozwoju polskiego narciarstwa pokrywają się z powstaniem, działalnością i rozkwitem Karpackiego Towarzystwa Narciarzy, gdyż w jego łonie grupowali się pionierzy tego ruchu, i stąd wychodziła wszelka inicjatywa karpackiej turystyki zimowej. W owym okresie nie było w sezonie narciarskim prawie tygodnia, by jeden z poważniejszych szczytów karpackich, bądź jakaś grupa lub całe pasma górskie, nie zwiększyły rosnącej ilości pierwszych wyjść zimowych.
O kolejności tych zwycięstw decydowały w pierwszym rzędzie bliskość i dostępność danych okolic górskich, dla których jeden lub dwa dni wycieczkowe wystarczały, były to zatem partie położone przy kolei na szlaku stryjskim i stanisławowskim. Dopiero po zdobyciu ważniejszych najbliższych terenów karpackich sięgnęli, wówczas nieliczni co prawda członkowie Towarzystwa, ale za to entuzjastyczni pionierzy tego nowego ruchu turystycznego, po zwycięstwa najpoważniejszych szczytów, położonych na krańcach kraju, lub też poza jego granicami, na Węgrzech i Bukowinie. Takie wyprawy wymagały, ze względu na oddalenie i brak komunikacji kolejowej, odmiennej organizacji wycieczki i staranniejszego przygotowania, a nade wszystko więcej czasu i - last, not least więcej pieniędzy. O czas i o pieniądze było jednak wówczas równie trudno, jak i dziś.
Nęciły nas wtedy spośród odleglejszych stron Karpat, grupa Pikuja, pasmo Marmaroskie, Wielki Pietros Rodniański ze swym sąsiadem Ineulem, a w cichości serca marzyliśmy także o przejściu Karpat szczytami od Sianek aż po Góry Rodniańskie, a nawet o siedmiogrodzkim Negoju, tym kolosie w łańcuchu Alp Transylwańskich, o wysokości 2544 m, w bliskości Hermanstatu się wznoszącym. śmiałe te marzenia zdołaliśmy prawie w całości zrealizować jeszcze przed wojną, niewykonaną pozostała jedynie wyprawa na Negoja, głównie z powodu nowych granic, traktatem wersalskim utworzonych.
Do grupy gór odleglejszych, z powodu braku komunikacji kolejowej, należała również Sywula, 1836 m, najwyższy szczyt Gorganów, leżący tuż przy ówczesnej granicy galicyjsko-węgierskiej. Do niej i do sąsiadującego z nią Ihrowyszcza, prowadziły trzy szlaki: jeden doliną Łomnicy, drugi ze Stanisławowa doliną Bystrzycy Sołotwińskiej, przez Bohorodczany i Sołotwinę, z odgałęzieniem na Porohy do źródeł Bystrzycy Złotej pod Sywulą, w końcu trzeci doliną Bystrżycy Nadwórniańskiej przez Nadwórnę, Pasieczną i Zieloną. Ten ostatni szlak posiadał wprawdzie leśną kolejkę przemysłową z Nadwórnej, lecz na regularny jej ruch w zimie nie można było liczyć, przy czym jej użycie zależało od uprzedniego zezwolenia zarządu, co stanowiło przecież pewne utrudnienie. Kolejka ta, jako wyłącznie przemysłowa, nie była czynną w niedziele ani w święta, więc i z tego także powodu nie przedstawiała dla turystów, korzystających przeważnie z dni świątecznych, odpowiedniego środka komunikacyjnego. Dostanie się doliną Łomnicy do Osmołody, czy też na Jale, było możliwym jedynie saniami, gdyż na szlaku tym nie istniała jeszcze wówczas kolejka leśna z Broszniowa, podobnie szlak Stanisławów - Bohorodczany - Sołotwina - Porohy nie posiadał innej komunikacji, jak tylko saniami.
Wycieczkę na zdobycie Sywuli zainicjował i zorganizowania jej się podjął dr T. Smoluchowski, który dzięki swym stosunkom z ówczesnymi wielkimi firmami przemysłu naftowego i drzewnego, zdołał plan swój przeprowadzić tak wzorowo, że wrażenie tej wycieczki zapisało się w naszej pamięci szeregiem jak najmilszych wspomnień. Z pomiędzy podanych trzech dróg wybrał on szlak wzdłuż Łomnicy, mając na względzie, że po kilkugodzinnej zaledwie podróży koleją, już w Krechowicach za Doliną, można było opuścić wagon o godz. 7 rano.
Grono zaproszonych przez dr. Smoluchowskiego uczestników składało się z niego jako inicjatora, jego brata, przedwcześnie zmarłego prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego dr. Mariana Smoluchowskiego, Maksa Dudryka, Tadeusza Czeżowskiego, inż. Stockera z Wolanki oraz piszącego te słowa.
Wyjazd ze Lwowa nastąpił 30 stycznia 1909 r. nocnym pociągiem o godz. 11.25; po północy przybyliśmy do Stryja. Dalszą podróż do Krechowic mogliśmy kontynuować dopiero o godz. 6 rano, na ten przeto krótki czas nie warto było rozgaszczać się w hotelu, lecz raczej przedrzemać tę przymusową przerwę w poczekalni kolejowej. Dopiero nadchodzący o godz. 5.40 pociąg wybawił nas z nudnego i męczącego czekania, przywożąc zarazem jako szóstego uczestnika wycieczki inż. Stockera z Wolanki.
Na stacji Krechowice czekały zamówione sanie, zaopatrzone należycie w słomę i siano, w ten sposób nogi przynajmniej mieliśmy zabezpieczone przed zimnem, resztę ciała chroniliśmy wdzianiem swetrów, ciepłych rękawic i skupieniem się na tej niskiej podwodzie. Z trudnością udało się nam w sześciu plus woźnica pomieścić na wąskich saniach, nadto poukładać jeszcze 6 par nart oraz tyleż dużych plecaków, naładowanych prowiantami. Gdyby nie ta ich zawartość, mogłyby stanowić siedzenie dla jadących. Przegrupowywaliśmy też nieustannie to bagaż, to osoby. Zlodowaciały gościniec zarzucał saniami w jedną, to w drugą stronę, następowały karambole z mijającymi się saniami, nadjeżdżającymi z przeciwka, kilkakrotnie gubiliśmy plecaki, co kazało nam powiązać je razem, by uchronić od straty. Lecz w miarę jak droga skutkiem zlodowacenia jeszcze bardziej się pogorszyła, sanie wyrzuciły na skręcie siedzącego na brzegu towarzysza. Wstrzymaliśmy konie, usadowiliśmy się na nowo, pewni, że takie niespodzianki wobec braku miejsca powtórzyć się jeszcze mogą. I rzeczywiście, przy następnym ostrzejszym skręcie znowu skrajny stracił łączność z saniami, co powtarzało się częściej, zawsze jednak bez szwanku. Dopiero gdy śnieg na gościńcu się poprawił, a sanie na krzywiznach tempo przezornie zwalniały, ustało nasze wypadanie z sań, wywołujące każdorazowo śmiechy i wesołość.

Sywula Sywula

Pierwszy etap stanowił Rożniatów po przebyciu 8 km drogi. By zaoszczędzić zapasy plecaka i nie tracić czasu na przygotowanie śniadania z własnych prowiantów, skorzystaliśmy z zajazdu. Od Krechowic droga prowadziła nieustannie w kierunku wyraźnie południowym, a ujęcie jej do Perehińska stanowiły od zachodu słabo opadające nieznaczne wzniesienia, miejscami skaliste, partiami zaś zalesione. W kierunku wschodnim natomiast ciągnęły się monotonne równiny, rozległy teren zalewów Łomnicy w okresie jej wystąpienia z brzegów. Minęliśmy górskie letnisko Perehińsko, rozrzucone w dolinie i na stokach, i po dalszych 7km przybyliśmy do Jasienia, siedziby inspekcyjnego zarządu lasów państwowych. Tu spotkała nas miła niespodzianka - zajechaliśmy bowiem przed obszerną leśniczówkę, a na jej progu oczekiwał nas zarządca tamtejszych lasów p. Wiktor Kosterkiewicz, zapraszający serdecznie w gościnę.
Zziębniętym kilkugodzinną podróżą, odbytą z braku miejsca na saniach w niewygodnych pozycjach, w odzieży, wystarczającej zaledwie tylko do marszu, nie zaś do dłuższej podróży bez ruchu, przedstawił się gościnny i nader miły ten dom jako postój wymarzony. Serdeczne przywitanie już u wstępu stworzyło wesoły nastrój, który potęgowała jeszcze przekąska i obfity obiad. Tematu do rozmowy nie brakło, wszak wkroczyliśmy w jeden z największych w kraju rewirów, w granicach którego znajdują się różne wysokie pasma górskie wraz z najwyższym szczytem - Sywulą. W tej serdecznej gościnie mijał czas zbyt pośpiesznie, tymczasem zaś nastąpiła zmiana koni.
Po godz. 3 ruszyliśmy w dalszą drogę. Dotychczasowy krajobraz zmienił swój wygląd, dolina zwężyła się jeszcze bardziej, przyległe osady jak Angelów, Ostodor, Podluty i Osmołoda, leżały jak gdyby w wąwozie górskim. Droga zbliżyła się pod strome lesiste stoki Grofy, które od szczytu na nieznacznej przestrzeni nader stromo spadają o przeszło 1000 m poziomu. Na tej odległości oglądać się dały ślady potężnej lawiny, świeżo spadłej spod szczytu w dolinę Kotelca. Znośna dotąd pogoda pogorszyła się, silny zimny wicher, zepchnięty w ten wąwóz mroził bezlitośnie, pragnęliśmy co rychlej zakończyć jazdę, przemarznięci istotnie do szpiku kości, lecz głęboki śnieg, zalegający słabo uczęszczaną drogę, utrudniał jazdę, przy tym i konie były już przemęczone.
Ostatecznie późnym wieczorem dostaliśmy się do leśniczówki w Jalu, odbywszy 50 km drogi. W ciepłym pokoju i przy dobrze zasłużonej wieczerzy zapomnieliśmy o niewygodach 12-godzinnej jazdy, a przeświadczenie, że jesteśmy w sercu Karpat, prawie w pustkowiu górskim, z dala od miast i kolei, napełniało myśl wewnętrznym zadowoleniem.
Po wygodnym noclegu opuściliśmy schronisko o godz. 7 rano. Teraz dopiero, za dnia podziwialiśmy uroczą okolicę i piękne położenie leśniczówki, otoczonej zewsząd wysokimi szczytami. Południowo-zachodni wiatr poprzedniego dnia, który dał się nam tak we znaki, sprowadził zmianę pogody, co nie powinno było stanowić niespodzianki, gdyż pogorszenie to barometr przepowiadał gwałtownym spadkiem, wynoszącym teraz 23 mm, jeszcze dzień przed naszym wyjazdem. Było mglisto, z przerwami prószyło śniegiem, tu w dolinie spokojnie, gdy hen wysoko na grani dały się spostrzec podrywane wiatrem pióropusze, a nawet tumany pyłu śnieżnego, skręcanego wiatrem. Po wyjeżdżonej drodze szliśmy zrazu z nartami na ramieniu, mając po jednej stronie leśną gąszcz świerków i sosen, w dole zaś koryto szumiącej Łomnicy. Nagle spostrzegliśmy niedojedzone szkielety koni, więc potwierdziła się przestroga p. Kosterkiewicza, że możemy natknąć się na wilki, które w tych stronach w zimie rzadkością bynajmniej nie bywają.
Od dopływu potoku Bystryka do Łomnicy zmienił się kierunek marszu, z południowego na południowo-wschodni, lecz tu śnieg wymagał już przypięcia nart. Za chwilę nadjechało tą samą drogą kilka sań do pobliskiego wyrębu po drzewo, przypięliśmy się do nich i długi czas jechaliśmy wesołym skikj6ringiem wzdłuż potoku w coraz stromszy i dziki wąwóz. Tu, w dolinie Bystryka, koncentrował się i stąd rozchodził ruch podwód, zwożących zimą i latem materiał drzewny. Dowodziła tego z kloców zbudowana koliba, a obok niej takaż stajnia dla koni. Około 20 drwali pracujących w sąsiedztwie, zapełniało właśnie ów szałas, w którym dwa głazy, od dymu zczerniałe, stanowiły rodzaj rusztu, przepuszczając spodem powietrze, a o nie wsparte długie kloce drzewa tworzyły watrę.
Otoczyliśmy wspólnie ognisko i zaczęliśmy informować się o stanie śniegu, położeniu dalszych szałasów, o płajach przez lasy prowadzących oraz o wszystkich tych szczegółach, które dla marszu znaczenie mieć mogą. Spotkaliśmy się jednak z ogólnym powątpiewaniem, by przy takiej pogodzie i bardzo głębokim śniegu wyjście na Sywulę mogło się udać, uważano to za przedsięwzięcie niewykonalne. śmiało można też przypuszczać, że powrotu naszego po nieudałej próbie, późno jeszcze w noc oczekiwano, i że zjawienie się nasze w tych górach uważano za wypadek niezwykły, dający temat do kilkudniowej pogawędki przy wieczornym ognisku. Nieprzywykli do turystów w tych odległych stronach, zwłaszcza w zimie, oglądali drwale z wielką ciekawością cały nasz ekwipunek, dziwując się nartom, widzianym zapewne po raz pierwszy w życiu.
Nie tracąc zbyt wiele czasu na odpoczynek, żegnani przez zaciekawionych mieszkańców szałasu, zapuściliśmy się w las, by stąd wydostać się na otwarty płaj, a nim na przełęcz. Wszędzie głęboki, kopny śnieg, widocznie po świeżych jeszcze opadach, utrudniał marsz, co dla idącego na czele pochodu, jako torującego ślad, stanowiło wysiłek ciężki i wyczerpujący.
Założony płaj wznosił się łagodnie południowym zboczem doliny, wyprowadzając na przełęcz, 1451 m, do której zdążaliśmy. Stanowiła ona siodło między szczytem, zwanym Koniec Gorganów, 1611 m, a Sywulą Małą, 1815 m. Jak długo posuwaliśmy się doliną i pięli ku górze zboczem, zasłaniały nas stoki od wiatrów, wydostawszy się jednak na przełęcz, natrafiliśmy na silny, mroźny wiatr, chmurami zwianego śniegu przesłaniający widok. W tych warunkach nie zatrzymaliśmy się dłużej, a mając wracać ze szczytu Siwul przez to samo miejsce, pozostawiliśmy tu plecaki, zawieszając je na drzewach. Dla łatwiejszego podejścia nałożyliśmy na narty foki, a z powodu przenikliwego zimna wdzialiśmy zapasowe części ubrania i skierowaliśmy się ku szczytowi Sywuli Małej.
Zaraz od pierwszego kroku poczęło się ciężkie zmaganie z wiatrem. Grań była słabo pochylona, lecz śnieg jak zwykle na linii załamania się wiatrów miejscami zbity, miejscami zupełnie zwiany, tak, że wystawały nagie kamienie, wszędzie jednak posiekany, przechodzący w szreń. Pochyleni silnie w przód, by się oprzeć wichurze, zdobywaliśmy z trudem każdy krok. Przenikliwy wiatr przy 20° mrozie ziębił nielitościwie, uszy, nos i policzki nieustannie bielały, następowały więc ciągłe wzajemne przestrogi, że któraś część twarzy zagrożona i rozcieranie zaatakowanych kończyn.
Czym wyżej, tym walka z wichurą, przeistaczającą się na tej wysokości w prawdziwy orkan, stawała się coraz straszniejsza. Z wielkim wysiłkiem osiągnęliśmy o godz. 2 po południu szczyt Sywuli Małej, 1815 m. Zatrzymaliśmy się na nim zaledwie chwilę, by błyskawicznym spojrzeniem objąć rozległą i majestatyczną panoramę. Szczególnie pięknie przedstawił się częściowy widok na śnieżną grań ku wyższemu szczytowi Sywuli, 1836 m. Zwiedzenie tej partii w czasie dobrej pogody byłoby ułatwione otwartym zjazdem aż po siodło Borewek, teraz jednak czym prędzej każdy uciekał z tego istnego piekła, by skryć się przed nielitościwym wiatrem. W tych warunkach cel wyprawy zdobycie po raz pierwszy na nartach (i w ogóle w zimie) szczytu Sywuli głównej nie został osiągnięty.
Niektórzy usiłowali zdjąć foki, przeszkadzające przy zjeździe, ja wycofałem się z nimi, by co rychlej znaleźć się niżej, gdzie wichura nie była tak gwałtowna. Lecz foki tamowały mi zjazd, zamierzałem je ściągnąć, siadłem więc na jakimś głazie, zdjąłem rękawice, lecz spostrzegłem, że prawa ręka aż po przegub zbielała, była koloru kredowego i zupełnie bezwładna. Równocześnie opanowała mnie jakaś niemoc, a po chwili ogarnął stan błogiej senności i nie czułem nic więcej. Owładnęło mną ciche, spokojne zasypianie. .. W tak ponętnej szacie zaczynała zbliżać się "Biała śmierć"...
Mimo sennego zamroczenia zdałem sobie jednak sprawę, że zacząłem zamarzać. Zdobyłem się resztką sił na opanowanie odrętwienia i usiłowałem powstać. W tym momencie nadjechał mój zbawca, Czeżowski, który narty me uwolnił od fok, ja zaś całą mocą rozcierałem śniegiem bezwładne ręce. Uwolniony od fok zacząłem zjeżdżać swobodniej, co chwila zatrzymywałem się jednak i śniegiem starałem się ratować ręce, odzyskując częściowo dzięki tym kilkakrotnie powtarzanym zabiegom władzę w prawej ręce. 1ak dostałem się na przełęcz, gdzie oczekiwał nas Stocker, który na szczyt nie wychodził, chwilę później nadjechali obaj Smoluchowscy, Marian ze złamanym kijem, Tadeusz z poważnie odmrożonymi rękami.
Rozpoczęliśmy odwrót. Po dobrym śniegu, bez jakiegokolwiek śladu drogi, doliną Złotej Bystrzycy zjechaliśmy do Meżeryków, zakwaterowując się w karczmie, położonej wśród osady kolib u dopływu tego potoku do Bystrzycy Sołotwińskiej, przy kocie oznaczonej na mapie wysokością 853 m.
Teraz dopiero zorientowaliśmy się w naszych odmrożeniach i różnorodnymi środkami usiłowaliśmy je leczyć. Mimo jednak różnych zabiegów odmrożenia były tak dotkliwe, iż przy rozbieraniu korzystać musieliśmy z przyjacielskiej pomocy naszych zdrowych towarzyszy.
Niedomagania nasze jednak nie ustały zaraz, najciężej dotknięty, u którego stwierdzono odmrożenie II stopnia, pozostawał przez dłuższy czas pod opieką lekarską, ja zaś jeszcze w kilka dni po powrocie do Lwowa nie odzyskałem pełnej władzy. Nie mogłem utrzymać w palcach pióra, ani posługiwać się przy jedzeniu nożem lub widelcem.
Trzeci dzień wycieczki przywitał nas jakby dla ironii idealną pogodą. Wymarsz rozpoczęty wobec znacznej odległości do Zielonej jeszcze nocą, prowadził doliną Daszczyny na Przełęcz Wiwczynę, 1021 m. Wczoraj tak niegościnne góry, przesłaniające swe czary oponą nieprzejrzystych mgieł, roztaczały dziś pełny urok swego potężnego piękna, darząc nas widokami w dolinę i na niższe okoliczne wzniesienia. Za nimi widniały w blasku słońca i przepychu własnej szaty śnieżnej najwyższe tych stron kolosy górskie, począwszy od Wysokiej poprzez Sywulę i Negrową aż po Bojaryn. Wpatrywaliśmy się długo w ten tajemniczy świat górski, majestatyczny niezamąconą ciszą, a czarowny blaskami zimowej pogody. 1ym zachwytem składaliśmy na zakończenie wycieczki hołd pięknu górskiemu, żegnając zarazem tutejszą krainę górską.
Z ostatniego postoju dostaliśmy się jednym, nieprzerwanym zjazdem po wybornym śniegu do leśniczówki w Maksymcu, położonej na wysokości 781 m. Tu natrafiliśmy na sanie jadące do Zielonej, do których złożyliśmy plecaki, sami przypinając się w tyle. Po dobrze ujeżdżonej drodze używaliśmy po raz drugi w tej wycieczce skikjöringu, tym razem na przestrzeni aż 12 km, wzdłuż potoku Maksymca i Bystrzycy Nadwórniańskiej. O godz. 11 stanęliśmy przed leśniczówką w Zielonej, w której uprzejmy gospodarz ugościł nas znakomitym obiadem. Lecz nie koniec jeszcze niespodziankom: na stacji wąskotorowej kolejki oczekiwała specjalnie zamówiona salonka, używana tylko w wyjątkowych wypadkach reprezentacyjnych. Ta odwiozła nas z tych pięknych a dzikich stron do Nadwórnej, skąd już normalną koleją wróciliśmy do Lwowa.
Niezapomniana ta wycieczka miała jeszcze następujący humorystyczny epilog, charakteryzujący dobitnie, jak w owym czasie narty i pojawienie się narciarza-turysty nawet u organów bezpieczeństwa publicznego było zjawiskiem niezwykłym. W tym celu zacytuję tu artykuł ze "Słowa Polskiego" z 20 II 1909 r. zatytuowany: "Narciarze szpiegami": "Jeden z uczestników odbytej przed dwoma tygodniami wycieczki narciarskiej na Sywulę, pozbawiony w niewyjaśniony dotąd sposób kija i rzemyków, zwrócił się do stacjonowanego w okolicy posterunku żandarmerii z prośbą o pomoc w odszukaniu zguby. Wypadek dość zwykły, żądanie pomocy zupełnie - zdawałoby się - naturalne. Innego jednak zdania był ów posterunek, bo oto czego się z przytoczonego niżej w oryginale pisma dowiadujemy (tłum. pol.): c.k. posterunek w P. melduje, że przed paru dniami kilku młodych ludzi włóczyło się po górach, by prawdopodobnie szpiegować na rzecz Rosji. Jeden z nich wniósł skargę, jakoby mu ukradziono parę rzemieni i kij, co jednakowoż nie jest prawdą. Pozostawił on swój adres... we Lwowie, ul.... nr 5. Uprasza się c.k. Dyrekcję Policji we Lwowie o podanie, czy taki numer się znajduje?"
Gdy doniesienie to do lwowskiej Dyrekcji nadeszło, domyślił się referent - gdyż o naszych wycieczkach z dzienników wiedziano - że humorystyczne to podejrzenie dotyczy syna pewnego dygnitarza ówczesnego Namiestnictwa, przesłał przeto ojcu odpis raportu posterunku do Prezydium Namiestnictwa, gdzie z poczciwego żandarma serdecznie się uśmiano.
Dziś po tylu latach szalonego rozwoju narciarstwa i spopularyzowania nart przez wojnę światową, równie gorliwego, ale i naiwnego organu bezpieczeństwa publicznego, w najodleglejszym zakątku Europy chyba odnaleźć już by nie można.

Tadeusz Wilusz