Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Pierwszy na linie (5)

Roger Frison-Roche

(fragmenty - część piąta)

Wszyscy śpią w Moëntieu des Moussoux. Jest jakaś druga albo trzecia w nocy. Wszyscy śpią? Nie; w swoim pokoju Pierre męczony, ogarnięty obsesyjną myślą przenikającą jego nieszczęsną chorą głowę, przewraca się z boku na bok, daremnie szukając wytchnienia we śnie. A ponieważ nie może nikomu się zwierzyć, siada na łóżku i w nocnych ciemnościach zaczyna mówić sam do siebie. Ciągnie się dziwny monolog, przerywany ruchami głowy, przenikany błyskami nadziei, po czym nagle staczający się w zniechęcenie i bezwład.
"Cholerny idioto! - mówi do siebie - przejmujesz się głupotami. Doktor zupełnie się na tym nie zna." Ale zaraz wracają wątpliwości: "No to czemu wahałeś się wczoraj? Bardzo łatwo można było się przekonać... Trzeba spróbować jeszcze raz. Trzeba się dowiedzieć... Raz pochylić się nad porządną przepaścią, i już będziesz miał pewność!" Rozsądek jeszcze raz budzi wahania: "A gdybyś poleciał?... No, jeżeli polecisz, cóż! Tym lepiej... Wolałbyś szlajać się beznadziejnie po dolinie, patrzyć jak koledzy wychodzą w góry, potem iść czekać na ich powrót, jak na sensację, na rogu rynku? Nie, psiakrew!... Dowiesz się..."
Gwałtownym ruchem odrzuca kołdrę, wstaje, zapala lampę, ubiera się szybko i cicho. Kieruje się ku schodom, podkute buty niosąc w ręku. Nowe drzwi skrzypią lekko, Pierre wzdryga się: "Gdyby mama się obudziła!..." Ma wrażenie, że ucieka haniebnie. Stopień po stopniu, zatrzymując się co chwilę i nasłuchując, schodzi po schodach. Jest już w kuchni, ciemnej, pełnej zapachów i lekkiej stęchlizny. W piecu dopalają się ostatnie głownie, ich słabe migotanie odbija się na płycie paleniska.
Pierre otwiera drzwi. Noc jest mroźna; na niebie błyszczy słabo kilka gwiazd. "Piękna noc - myśli - piękna noc aby sprawdzić swoje przeznaczenie." Wraca do kuchni i na maszynce spirytusowej podgrzewa sobie mocnej kawy. Zmusza się do zjedzenia chleba z serem. Ze spiżarni wyjmuje kawałek zimnej wędzonki, ser, jajka. Napełnia manierkę kawą i wpycha wszystko do plecaka, machinalnie, bezładnie. Potem ściąga czekan, kładzie go przy krześle i powoli zakłada buty. Nagle podrywa się. Zdawało mu się, że na górze zaskrzypiał parkiet. Ale nie, to po prostu jakieś nieokreślone nocne szmery: jakby nowy dom odpoczywał po wysiłkach i, zmęczony dźwiganiem dachu, przeciągał się trzeszcząc spojeniami belek.
Pierre wychodzi ukradkiem, jak złodziej. W ciemnej nocy idzie jak automat, potykając się o kamienie na drodze. Dokąd idzie? Sam nie wie, jedno jest pewne - prosto do góry! Rumowiska Roumna Blanche zachowały trochę jasności; wygląda to jak blada szarfa na ciemnym, aksamitnym kapturze gór. Oczy Pierre'a przyzwyczajają się powoli do ciemności; rozróżnia teraz czarne sylwetki szczytów na tle nieba. Podchodzi swobodnie, z podniesioną głową, wdychając świeżość nocy. Już jest w wielkim lesie, tak jakby zagłębił się w jeszcze czarniejszą czeluść. Obrzeżona wysokimi świerkami ścieżka wznosi się szybko. Z jednej strony wyczuwa się uciekającą w dół przepaść; z drugiej wznosi się prawie pionowy stok, na którym sterczą pnie o splątanych gałęziach. Pierre zapomniał zabrać latarnię. Nie szkodzi, pozwala się prowadzić instynktowi; idzie na palcach, z rozkoszą dotykając ziemi, wszystkie zmysły są napięte. Chwilami nawet zamyka oczy, aby lepiej poczuć góry. Kiedy indziej znów wznosi wzrok powyżej jaśniejszego pasa, wyznaczanego przez przecinkę którą idzie ścieżka. Samotna gwiazda lśni zimnym blaskiem, zimniejszym niż noc, i Pierre kieruje się według tej gwiazdy. Czasem potyka się na jakiejś przeszkodzie, czasem traci grunt pod stopą; wtedy odruchowo odchyla się na stronę stoku. Przeżywa niesamowitą, nierealną noc i upaja się tchnieniem przestrzeni. Jaśniejsza plama na polanie przerywa monotonię cieni: to pijalnia Chablettes. Rudera jest opuszczona; Pierre siada na progu przed zamkniętymi drzwiami; Przenika go nagły dreszcz; machinalnie wyciąga z plecaka manierkę z kawą i wypija kilka łyków. Nisko, nisko w dole, migoczą światła Chamonix. Powietrze drga od pomruków: to trzeszczy serak na lodowcu Bossons. Odpowiada mu żałosne hukanie puchacza.
© Michał Ronikier Pierre podejmuje marsz. Z niskiej gałęzi podrywa się z furkotem jakiś ciężki ptak: pewnie jarząbek. W miarę podchodzenia chłopak odzyskuje pewność siebie. To nocne podejście czaruje go, wzrusza, z rozkoszą upaja się dziką przyrodą. Ale oto kurtyna nocnego lasu rozdziera się nagle, gdy ścieżka dochodzi do rozległego, sinawego piarżyska. Wysoko nad głową horyzont zamyka ściana Brévent, jak niemożliwy do pokonania mur więzienny. Szlak wznosi się teraz coraz bardziej ścieśnionymi zakosami, poprzecinanymi czasem śladami lawin. Noga ślizga się na pokrywającej oblodzenie ziemistej warstwie ale Pierre, który odnalazł wewnętrzną równowagę, idzie bez wahania, z czekanem mocno zaciśniętym w ręce. Otacza go noc, ale barwy nieba są już bledsze, jak rozcierany po trochę rysunek tuszem. Wychodzi na plateau Planpraz, już znacznie powyżej granicy lasu. Wiatr wieje krótkimi podmuchami od wschodu; słaby poblask zapowiada nadejście dnia.
Bacówka Chavanne jest pusta. Pierre odpoczywa, jest jeszcze za wcześnie by wyruszyć. Za godzinę dotrze do podnóży czterystumetrowej ściany, gładkiej jak polerowana marmurowa płyta.
Wyziewy kwaśnego mleka i podgniłego siana unoszą się z Chavanne i  ulatują z wiatrem. Pod stopami Pierre'a otwiera się tysiącmetrowa, ciemna czeluść doliny, a przed nim łańcuch Mont-Blanc, wznoszący się w miarę podchodzenia, nabrał właściwych wymiarów; kopuła szczytowa spoczywa jak sklepienie bizantyjskiej świątyni na skomplikowanej architekturze turni, zmniejszonych przez oddalenie. To jest prawdziwy las skał, w którym filary, wieże, dzwonnice, latarnie gmatwają się i jeżą chaotycznie pod emalią błękitnych pól lodowych. Lodowce Bossons i Tacconaz, pokryte łuską poprzecznych szczelin, rozciągają się leniwie jak jakieś gigantyczne jaszczury.
Zimno się wzmaga. Pierre zaczyna lekko szczękać zębami, ale nie może oderwać się od tego podziwianego raz jeszcze spektaklu budzącego się dnia. Zdaje się jakby wszystko nagle stawało się jaśniejsze, świeższe, czystsze. Maleńka różowa plamka spoczęła na szczycie, chociaż nie widać skąd idzie to światło: niewątpliwie gdzieś z tych wschodnich, lekko fosforyzujących dali; w momencie narodzin dnia powietrze staje się lżejsze. (...)
Pierre podnosi się, poprawia plecak na ramionach i podejmuje dalszą drogę w chłodzie poranka; osiąga pogrążony jeszcze w cieniu wąwóz Brévent, gdzie wielkie bloki rumowiska układają się w dziwaczne, znajome kształty. Młody góral idzie teraz gorączkowo, wraz z dróżką przewija się pod małą, postrzępioną turniczką, po czym opuszcza ją i wchodzi na ledwo widoczną ścieżynę, która prowadzi do podstawy wielkiej ściany Brévent.
Ściana Brévent to krótkie przejście, łatwe dla doświadczonego wspinacza, natomiast nieprawdopodobnie przepaściste. Prowadzi się tu zazwyczaj początkujących, względnie alpinistów których przewodnik chce "wypróbować" przed poważniejszą wyprawą; skała jest bardzo krucha i wymaga dużej ostrożności. Pierre przechodził tę ścianę wielokrotnie i wraca tu właśnie ponieważ doskonale wie, że nie znajdzie lepszego miejsca próby: człowiek cierpiący na zawroty głowy nie pokona gzymsu w górnej części ściany. Znów powracają wątpliwości. Pierre obawia się przeczuwanego niepowodzenia, powoli znów traci wiarę.... Zaczyna poruszać się niepewnie, z wahaniem. Aby dojść do skał, trzeba przetrawersować bardzo stromy, trawiasty żleb; mokre od rosy trawy są bardzo śliskie. Normalnie, Pierre skakałby tutaj dla rozrywki z kamienia na kamień. Dlaczego dzisiaj posuwa się z ostrożnością, wbijając ostrze czekana w ziemię aby zabezpieczyć przejście, nachylając się przesadnie do stoku zamiast stawiać nogi pewnie i równo?
Ktoś, kto widziałby go z daleka, zaniepokoiłby się: "To jakiś początkujący, zupełnie nie czuje się pewnie". Ogarnęło go niemożliwe do pokonania skrępowanie. Wzrok ucieka od ekspozycji; potyka się, robi fałszywy krok i przywiera nerwowo do czekana. Zatrzymuje się, kurczowo uczepiony jesionowego styliska, z czołem pokrytym potem; ogarnia go strach, potworny strach.
Jednak idzie dalej i dociera z ulgą do piarżysk u podnóża komina; kamienie obsuwają się pod nogami i potoki gruzu pogrążają się w gardzielach żlebu. Dociera z trudem do podnóży ściany. Stanowi ona teraz nieprzerwany mur skalny, cały skąpany w słońcu. Olbrzymia ściana jest podzielona na dwoje przez wielkie pęknięcie - głęboką i ponurą czeluść, poprzecinaną występami skał, zawaloną ruchomymi głazami i ociekającą wilgocią, ponieważ słońce nigdy nie dociera do jej wnętrza.
Pierre wchodzi w nią. Ogarnia go niezwykła ociężałość a jego palce ostrożnie macają skałę przed uczepieniem się chwytu. Otrząsa się jednak z odrętwienia i, decydując się nagle, zaczyna atak. Oto pierwsza przewieszka, wznosząca się niczym strażnica przy wejściu do komina. Pierre przechodzi ją z łatwością; kontakt z zimnym łupkiem przywrócił mu siły i wspina się w pięknym stylu, tyłem do przepaści, ze spojrzeniem utkwionym w skałę. Zdaje mu się, że ogarniający go cień chroni od uroków i że w tym wąskim kominie lepiej walczy się ze skałą. Szybko wznosi się żlebem, który staje się coraz głębszy i za każdym występem odsłania nowe trudności, które Pierre pokonuje jednak z łatwością. Nabiera zaufania do siebie, chociaż nie śmie już odwrócić się w stronę ekspozycji; ręce badają ruchome chwyty, czasami przed ruszeniem dalej musi oderwać jakiś luźny blok który spada w czeluść i rozbija się o skały ściany wydzielając woń spalonego prochu. Zdobywa w ten sposób przeszło dwieście metrów wysokości i dociera do miejsca, gdzie komin rozmywa się w ścianie. Teraz jest w potrzasku; od grani szczytowej, z której zwiesza się ciężki, powyginany nawis śnieżny, oddziela go nieprawdopodobna rysa, zakończona niemożliwą do pokonania przewieszką.
Musi teraz osiągnąć wielki gzyms skalny i przetrawersować ścianę na całej długości, aby wydostać się na główną grań. Wyjście z komina jest łatwe, ale ryzykowne; chwyty są duże, lecz niepewne, maleńkie gzymsiki służą za oparcie dla rąk i nóg. Ze zdwojoną ostrożnością Pierre wchodzi w trawers, starając się nie myśleć o przepaści, która opada teraz pod nim już bardzo głęboko. Niewyraźny zachód wyprowadza go na piękną, nasłonecznioną platformę, które dominuje nad całą ścianą. Rzucony stąd kamień przeleciałby pięćset metrów nie dotykając skały. To prawdziwy triumf pionu; tę stromiznę można porównać, choć na mniejszą skalę, do niektórych ścian Dolomitów, na których wspinacz uprawia balet pomiędzy niebem a ziemią.

Aiguilles de Chamonix © Michał Ronikier
Aiguilles de Chamonix © Michał Ronikier

Platforma stanowi jakby spokojną przystań, zewsząd otacza ją próżnia a powyżej na grani, zakrzywiony nawis zdaje się przypatrywać ciekawie wspinaczowi. Pierre patrzy roztargnionym, niewidzącym wzrokiem na wspaniałą panoramę szczytów i lodowców, dzieli go od nich jedynie ta niebieskawa czeluść, na dnie której hałaśliwie przewala się potok. Jest pełen niepokoju, wpatruje się w niewielką rysę, która pozwoli mu wyjść cało z tej powietrznej przygody i osiągnąć szczyt. To jest jedyne nieprzyjemne miejsce całej drogi. Jest krótkie: zaledwie jakieś dziesięć metrów. Platforma załamuje się gwałtownie nad przepaścią. Aby dotrzeć do tej rysy, trzeba zrobić szeroki krok bezpośrednio ponad zawrotną pustką i prawie rzucić się w przód aby dosięgnąć niewielkich chwytów, które pozwalają na zaklinowanie się w niej. Rysa, jakby wycięta brzytwą, otwiera się prosto na ścianę i przewiesza się nad wielkim, pionowym murem. Iluż debiutantów wahało się w tym miejscu! Pierre wie o tym i zbliża się drżąc: jego los tutaj się rozstrzygnie. Próbuje wychylić się, aby jakoś dosięgnąć drugiego brzegu tej studni bez dna; jednak czuje, jak przepaść zaczyna przyciągać go coraz gwałtowniej. Z tego miejsca wzrok pada prosto na piarżyska Roumna Blanche, spadające w straszliwej perspektywie ku dolinie. Wydaje mu się, że gdyby odpadł, jego ciało potoczyłoby się bez zatrzymania aż do pierwszych łąk, nisko pod lasem. Pośród tych łąk rozpoznaje Moëntieu des Moussoux. Wygląda stąd jak malutki domek w miniaturowej zagrodzie dla dzieci; dach błyszczy w słońcu, z komina ulatuje smużka błękitnego dymu. Przychodzi mu na myśl, że matka musiała już zauważyć jego nieobecność. Pewnie zaniepokojona krąży teraz wokół domu szukając syna.
A on jest tutaj, niepewny, gotów uciec powtórnie. Przekonuje się na głos: "Na co czekasz? Ze dwadzieścia razy robiłeś to przejście! Prosty rozkrok, pochylasz się do przodu, łapiesz się górnego chwytu i już! Mógłbyś to przejść z zamkniętymi oczami! No, już! Do przodu!" Pochyla się, ugina kolana, bierze rozpęd, ale w ostatnim momencie jakby jakaś tajemnicza siła przytrzymywała go na tej platformie. Wyciąga ręce nie mogąc zdecydować się na wychylenie do przodu; przeciwnie! Serce podchodzi mu do gardła i pełen wstrętu rzuca się z powrotem na półkę. Leżąc płasko na rozgrzanych kamieniach łka teraz jak małe dziecko. Przygniata go straszliwa rozpacz. A więc to prawda! Jest już tylko łachmanem, nieszczęsną szmatą niezdolną do opanowania własnych nerwów, własnej woli. Wykrzykuje swoją wściekłość wronom, które drwiąco szybują na jego wysokości; jego głos jednak unosi wiatr.
Po tym przypływie rozpaczy przychodzi kompletne odrętwienie. Oparty o skałę Pierre błądzi bezmiernie smutnym wzrokiem po panoramie, rozpoznając wszystkie znajome przejścia: Mont-Blanc, gdzie tak śmiało prowadził zeszłej jesieni; iglica Dru, jakby przylepiona do Aiguille Verte i śmiesznie niska z tej perspektywy; Grépon, cały pozębiony niby obronny zamek, gdzie gardząc zwykłą drogą skakał z półki na półkę, pokonując jednym skokiem potwornie eksponowane szczerby. To było co innego niż ten nieszczęsny krok nad przepaścią.
"Przywiąż się, przywiąż się! - mówi wewnętrzy głos - trzeba walczyć, Pierre; trzeba walczyć. No, dalej, skacz!" Nie pojmując nawet sensu swoich czynności rozwija linę i wiąże się, jakby miał za sobą towarzyszy. Gdyby ktoś go widział, wziąłby go za szaleńca. Może zresztą faktycznie nim już jest! Przecież zaczyna mówić głośno, jakby zwracał się do klienta, jakby chciał stworzyć sobie raz jeszcze wrażenie, że jest pierwszym na linie. Jaki to dziwaczny dialog!
"Niech pan zostanie tutaj - mówi - proszę po prostu pilnować mojej liny, żeby się nie splątała; to nic trudnego, takie króciutkie trudne miejsce... Przepaść? Śmiech, nie przepaść! Zwykły, metrowy krok; normalnie robi pan chyba bez kłopotu metrowy rozkrok, więc proszę sobie wyobrazić, że jest pan na chodniku, tu jest dokładnie tak samo. Zresztą zobaczy pan, idę... Proszę ubezpieczać! O właśnie, bardzo dobrze, a teraz proszę obserwować..."
Upaja się własnymi słowami, śmieje się nerwowo. Powoli zbliża się do przepaści, ramiona mu drżą, kolana są miękkie; gdy czuje, że zaraz znowu się cofnie, zaczyna dalej mówić głośno, jakby dodawał odwagi urojonemu klientowi:
"Niech pan patrzy, pochylam się, i hop!..." Zamykając oczy, na chybił trafił przechyla się nad przepaścią; ręce dotykają przeciwległej ściany i oto przegięty w pasie wisi, jak żywy łuk przerzucony ponad próżnią. Nie śmie już otworzyć oczu, boi się by nie stanąć twarzą w twarz z absolutem. Po omacku próbuje namacać ten chwyt, który zna przecież tak dobrze, a który wymyka mu się spod palców. Paznokcie drapią skałę nic nie znajdując; stopy obsuwają się pod ciężarem ciała. Jaka ulga, gdy lewa ręka napotyka nikły chwyt! Kurczowo zaciska na nim końce palców; stopy tracą punkt oparcia, ciało opada wahadłowym ruchem i przylepia się do skały. Wisi teraz na jednej ręce ponad przepaścią. Otwiera oczy i dostrzega ogromny chwyt na prawą rękę: ratunek! Jest jeszcze za daleko, aby go złapać musi znaleźć oparcie dla stóp. Pod nim na pewno nie brakuje stopni; wie o tym dobrze, ale wie również, że jeżeli skieruje wzrok na dół, odpadnie kompletnie sparaliżowany, oślepiony zawrotną pustką. Zbierając wszystkie siły przywiera więc do skały, jak początkujący, drapie ją nie znajdując oparcia; opanowuje go zmęczenie, lewe ramię prostuje się, palce rozwierają się i oto krzyczy ze strachu, broni się przed niewidzialnym uściskiem, czuje że puści.
Nie! Prawa dłoń trafiła na chwyt ukryty w załamaniu szczeliny. W ostatnim odruchu spręża się i nieprawdopodobnym skokiem rzuca się w górę rysy. Zbawienny dotyk skały, która go ściska i przytrzymuje. Czy jest uratowany? Jeszcze nie! Przez dobre kilka minut trwa tak, zaklinowany w rysie, z zamkniętymi oczami i głową opartą o skałę. Ale znów zaczyna ogarniać go zmęczenie. Nadal nie otwierając oczu bada ręką skałę, znajduje coraz liczniejsze chwyty, zapiera się i dociera w ten sposób do niewielkiej niszy skalnej. Wreszcie może swobodnie się rozluźnić. Łupkowy występ zakrywa przed nim przepaść; od szczytu dzielą go teraz bardzo strome trawki. Czuje się mocniejszy, pomimo tego złowrogiego nawisu szczytowego, który będzie musiał jeszcze pokonać. Ulotnił się zły czar, który go otaczał. Oddycha z ulgą.

Ściana Brevent ponad dolina Chamonix © Michał Ronikier
Ściana Brevent ponad dolina Chamonix © Michał Ronikier

Z żalem opuszcza bezpieczne schronienie niszy, zwija wlokącą się za nim linę i kontynuuje wspinaczkę. Na zielonej pochyłości ponad przepaścią kwitną pierwiosnki, goryczki. Ale wciąż jeszcze jest przepaściście! Już nie może tego wytrzymać; w głowie mu się kręci, otaczający krajobraz wiruje także. Pełznie na czworakach, pomagając sobie wbijanym w śliskie trawki czekanem; myśli o śmieszności swojej pozycji, o tym, co pomyśleliby koledzy gdyby widzieli go tak pełznącego jak robak. Ale w duszy drwi z tego, stracił już całą miłość własną, zrezygnował z dumy i myśli już tylko o ucieczce, ucieczce od tej natarczywej stromizny! Uciekać od tych gór, dla których nie jest już przeznaczony! Uciekać od przepaści wielkiej ściany, dotrzeć do północnych stoków i ich pól śnieżnych! Już jest pod nawisem, na czworaka jak pies, który próbuje otworzyć sobie drzwi; mógłby się tu normalnie wspiąć wychylając się ponad próżnią i wbijając głęboko stylisko czekana by się na nim wydźwignąć; nie śmie jednak uczynić tego zwycięskiego gestu. Dłubie w śniegu jak kret, wykopując krótkimi uderzeniami czekana wąski, przeświecający tunel którym pełznie do góry. Wreszcie, wynurza się po drugiej stronie; wreszcie, wzrok może spocząć na czymś mniej pionowym, mniej absolutnym. Góry wydają mu się nagle bardziej gościnne; zaśnieżone łąki Carlaveyronu ukazują łagodne, czarujące kontury. Jak szaleniec podnosi się ze śniegu i ślizgając się rusza prosto przed siebie. Nagle, w ocienionym zagłębieniu zaskakuje go stwardniały śnieg; traci równowagę, upada i ślizga się po płacie, sunąc jak pocisk wzdłuż usianej głazami niecki. Szalona jazda kończy się na wielkim bloku skalnym, o który uderza gwałtownie. Pod wpływem wstrząsu traci przytomność.
Gdy odzyskuje zmysły, słońce jest już bardzo nisko nad horyzontem. Opary podnoszą się z równin Sallanches, płyną ponad Désert de Platé i zdobywają szturmem cieśniawy Diosaz. Zachodzące słońce maluje aureolę na niebie ponad przełęczą Aravis; po stronie Chamonix tworzy się jakby ciemna czeluść stalowoszarego cienia, w którym toną już sine cielska lodowców.
Pierre podnosi się z trudem, jakby budził się z długiego odrętwienia, przeciera twarz śniegiem który chłodzi, twardnieje i czerwienieje w rękach. Dopiero teraz zauważa, że krwawi obficie z rozciętej rany na głowie. Powoli zbiera się i idzie dalej, wypatrując pomiędzy płatami śniegu śladów ścieżki dla mułów; omija długim obejściem wyposażony w żelazne poręcze komin Brévent, przez który przechodzą zazwyczaj turyści. Unika wszystkiego, co jest nachylone, strome, chciałby być już w dole, na bujnych, płaskich łąkach. Cieszy się z nadchodzącej nocy, która zakryje przed nim wszystkie przepaści.
Gdy dociera do Planpraz, podchodząca z dolin noc dosięga go i otacza. Kontynuuje swoją drogę z ostrożnością, kierując się niezdecydowaną jasnością nieba ponad wysokimi drzewami lasu. Nareszcie, z rozkoszą wkracza na miękki i elastyczny dywan łąk.
Maleńkie światełko czuwa w Moëntieu des Moussoux. Pierre z wahaniem kieruje się w jego stronę; nagle uświadamia sobie, że nie może pokazać się matce, która na pewno czeka na niego, w takim stanie - brudny, obdarty i krwawiący. Zatrzymuje się przy korycie z wodą dla bydła, myje się energicznie, po czym zakłada czapkę aby zamaskować ranę na głowie i - raz jeszcze sprawdziwszy swój wygląd - otwiera drzwi domu.
Marie Servettaz faktycznie czeka na niego, siedząc nieruchomo przy kominku, z nogami okrytymi kocem. Westchnienie ulgi wyrywa jej się na widok syna.
- Pierre, jesteś! Skąd wracasz o tej porze?
On nie odpowiadając, ze złością w oczach naciąga głębiej czapkę, wiesza plecak i czekan na haku i kieruje się w stronę izby.
- Zupa jest gorąca, Pierre - łagodnie mówi matka, po czym dodaje z nutą wyrzutu w głosie - Dlaczego nie uprzedziłeś mnie, że wychodzisz? Niepokoiliśmy się o ciebie cały dzień.
- Chyba nie jestem już szczeniakiem - odpowiada nieprzyjemnie.
Marie nic już nie mówi, podaje zupę i z westchnieniem idzie do swojego pokoju. Pierre siada przy stole i je powoli, ze wzrokiem wbitym przed siebie. Potem nalewa sobie peną szklankę wina, podnosi się i ciężko wchodzi po schodach prowadzących na piętro.

tłumaczył: Michał Ronikier