Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Wśród wirchów turni i przełęczy

Wśród wirchów, skał i przełęczy Tadeusza Radlińskiego to relacja z tatrzańskiej wyprawy, wydana w formie książeczki przez Jana Buriana w Warszawie, w 1918 r. Jest to dobry przykład literatury turystycznej z tamtych lat...

Tadeusz Radliński

(część 1)

Kroki wstępne.

"A więc jutro nieodwołalnie puszczamy się w drogę", zawyrokował mój towarzysz, wielki znawca i miłośnik Tatr, powstając od rozłożonych map, "chociażby nawet pogoda... Musimy zbadać raz nakoniec ten Śpiczasty
i wiedzieć stanowczo, czego się trzymać!" "Brawo! dalej na Wirchy! badajmy Śpiczasty czy kanciasty, czy cokolwiek bądź, aby tylko droga była trudna i niebezpieczna, a widoki piękne", - z tą myślą kładłem się spać wieczorem dnia 11 lipca, przygotowując wszystko starannie do jutrzejszej wycieczki. A wycieczka to nie byle jaka: to nie Świnnica lub Zawrat, któremi tak lubią imponować tani bohaterowie tatrzańscy od Przanowskiego (Przanowski - znana kawiarnia, gdzie "prawdziwi taternicy" spędzają codziennie koło 6 godzin, wobec czego w góry nie chodzą, bo brak im czasu.) , lecz solidna czterodniowa wycieczka na jeden
z najtrudniejszych szczytów tatrzańskich - Śpiczasty i na niezwiedzonego dotąd jeszcze zupełnie Egenhofera. Wszystkie przygotowania skończone, potem posilny, choć krótki sen, i skoro świt, znajomy głos Klimka Bachledy oznajmia, że już czas ruszać. W 10 minut potem pijemy herbatę, stawiając horoskopy co do stanu pogody, budzącej w nas poważne wątpliwości. Siadamy do furki (furka - wózek zakopiański - organ szczątkowy, trzęsący i niewygodny z półkolistem sklepieniem z płótna, które wprawdzie na deszcz przemaka, ale za to skutecznie zasłania najpiękniejsze widoki; zwolna ustępuje miejsca wehikułom typu europejskiego.), która ma nas podwieźć drogą prowadzącą do Morskiego Oka; droga szybko nam schodzi wśród snucia planów wycieczkii o dziesiątej jesteśmy u krańca naszej podróży: furka śmiało wjeżdża w spienione nurty rzeczki Białki, stanowiącej granicę posiadłości ks. Hohenlohe - tu już Węgry: Szepes Varmegy - Śpiż - brzmi w dźwięcznym tym języku napis graniczny. Odprawiamy Jaśka z końmi, każąc mu stawić się za cztery dni pod Wantę (miejsce na szosie do Morskiego Oka) i zabieramy się do sutego śniadania i rozlokowania różnych zapasów w plecakach.

Do Morskiego Oka furką

Ulżywszy znakomicie torbom, o 11-ej puszczamy się drogę: a więc my dwaj, ciężko stąpający po miękkiej drodze w olbrzymich podkutych butach i dwaj przewodnicy Klimek i Jasiek Bachleda. Idziemy, gwarząc wesoło, w dół doliny Białej wody, kierując się ku Jaworzynie (wioska na Śpiżu), a potem w dolinę Jaworową; idziemy zwolna, solidnie, znacząc gwoźdźmi drogę - mój towarzysz z ogromnym alpejskim "eispiklem", ja ze skromną zakopiańską żelazną ciupagą; każdy dźwiga na plecach wypchany plecak i zwój liny; mamy ze sobą haki i klamry i raki do śniegu (haki i klamry służą do wbijania w skałę w trudnych miejscach przy wchodzeniu - w ten sposób zabezpieczamy sobie powrót, gdyż za klamrę przewleka się linka, po niej się spuszczamy na dół, wyciągamy linkę z kółka klamry. Raki - przyrząd z kolcami, przyczepiany rzemieniem do podeszew, dla chodzenia po śniegu.), jak przystało turystom, mającym powaźne przed sobą zadania. Pogoda przeciera się stanowczo - humory doskonałe. Mijamy słowacką schludną wioskę Jaworzynę i wchodzimy, skręcając na południe, t. j. ku górom, w obręb zwierzyńca księcia Hohenlohe w cudownej Jaworowej dolinie. Olbrzymia ta, więcej jak milę długa dolina, przerznięta wspaniałym potokiem, co aż z pod wiecznych śniegów pod Lodowym szczytem wypływa, prześlicznie umajona bujnemi lasami, służy jako ulubione miejsce do polowań dla tego możnego pana. Kazał on wszędy ponastawiać strzeleckie szałasy i zasieki, i niechętnie przepuszcza turystów, i to tylko pod warunkiem, że będą się cicho zachowywali, nie płosząc zwierzyny. Powoli, nie śpiesząc się, dochodzimy do starych szałasów nad brzegiem potoku około 4-ej po południu i tu zatrzymujemy się na nocleg wśród rosochatych, rozłożystych smreków. Jutro mamy przed świtem iść dalej - należy się więc godnie przygotować do jutrzejszych zapasów, bo czeka nas wyprawa na serjo, gdzie nie raz przyjdzie prawdziwemu niebezpieczeństwu zajrzeć w oczy.

Przewodnik tatrzański

Górale opatrują tedy szałasy na noc, zatykając mchem liczne otwory; wyścieła się dno szałasu świeżemi gałązkami jedliny, i na tym wonnym, a miękkim posłaniu rozciągamy się jak najwygodniej, popijając herbatę z winem (niczym nie dający się zastąpić w górach napój) i zagryzając obficie. Kto sam nigdy wrażeń podobnych nie przeżywał, zaledwie zdoła odczuć całe piękno takiego noclegu na wolnym powietrzu w Tatrach. Szałas, jak budka z dwuch kart ustawiona, lub jak rozchylona książka, jedną stroną do skały przyparty, drugą ma szeroko otwartą. U tego wejścia rozkłada się watrę (ognisko) i leży się na pachnącym posłaniu z jedliny, słuchając trzaskania iskier, szumu odległego potoku i tych prostych, niewyszukanych, a przecież tak pełnych uroku gadek góralskich! Leżymy tak, zapatrzeni w fantastyczne kształty płomienia i całe nasze "ja" pod czarem tej nocy tatrzańskiej, rozpływa się i rozprasza na atomy. Leżymy tak, zasłuchani, zapatrzeni, a w rozbudzonej fantazji nieskończonym korowodem kłębi się rój cały nieuchwytnych mar i widziadeł: tych wierzeń prostego a wolnego ludu, który góry swe sercem całem i krwią całą ukochał; tych bajek czarodziejskich, zrodzonych wśród tajemniczych kniej i ostępów leśnych, wyszeptanych - w ponurym ciemnym smreków poszumie; tych legiend bohaterskich, poczętych wśród groźnych wichru halnego poświstów, wśród ryku burzy, po niedostępnych wirchach rozszalałej - w lśniącym świetle błyskawic; tych słodkich a naiwnych sielanek, nad strumykiem na ligawce pastuszej wyśpiewanych; tych klechd i baśni zaczarowanych które wypełzły gdzieś z głębi tajemniczych skalnych rozpadlin, gdzie zza splotów mchu zielonego, frendzlami opadających z czarnych, wilgotnych i ślizkich skał wąwozu, za chwilę zda się pierzchnie ukryta wśród paproci boginka, lub "złe" ze złomów kamieni wypełznie... Tego wszystkiego, co bajecznym swoim kolorytem, rozwichrzoną, a junacką fantazją swoją musi mieć tło tak bogate, tak wspaniałe i niezgłębione, jakim są nasze Tatry ukochane! O nocy pełna uroku!
O czarowna tatrzańska nocy!...
(cdn.)