Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Naszym celem owego lata miały być Pireneje...

Naszym celem owego lata miały być Pireneje. Żeby maksymalnie zmniejszyć koszty wyprawy, zadecydowaliśmy, że pojedziemy autostopem (nikomu nie polecam). Obładowani potężnymi "worami turystycznymi" ze sprzętem biwakowym, jedzeniem na czas podróży (zabraliśmy je z Polski, bo tańsze) i ubraniami ruszyliśmy na przystanek autobusowy w Borku Fałęckim. Ach, zapomniałbym o jeszcze jednym, niezmiernie ważnym składniku naszego wyposażenia: sprzęcie "alpinistycznym" w postaci: raków, czekanów, okularów lodowcowych i przede wszystkim liny, skonstruowanej z czterech kawałków różnego rodzaju lin statycznych i dynamicznych, powiązanych fachowo węzłami zderzakowymi. Parę dni wcześniej wyczytaliśmy bowiem w angielskim przewodniku dla "trekerów" pirenejskich, że masyw Maladeta i Pico de Aneto pokryty jest częściowo lodowcem, ze wszystkimi jego niebezpieczeństwami: szczelinami, serakami, lodem itd. Po przypomnieniu sobie poznanych na kursie skałkowym węzłów i przećwiczeniu "lotnej" asekuracji w mieszkaniu Michała, gotowi byliśmy do drogi.
W Borku ogarnęły nas pierwsze wątpliwości: "Czekamy już półtorej godziny, a tu nic! Może za duże mamy plecaki? Może za bardzo sterczą z nich czekany?". Nasze obawy prysnęły, kiedy zatrzymał się koło nas Polonez i ruszyliśmy w kierunku Myślenic.
Udało nam się dojechać do Zaborni. Tutaj znowu czekanie - dwie godziny. Znowu wątpliwości. Przecież w takim tempie nie dojedziemy do Hiszpanii nawet za miesiąc! Nieoczekiwanie jednak zatrzymaliśmy Opla z wiedeńską rejestracją. Kierowcą okazał się sympatyczny rodak z okolic Tarnowa zdążający do pracy w Austrii, jeden z wielu Polaków z Małopolski pracujący na co dzień za granicą, swoje żony i dzieci widujący tylko w soboty i niedziele. Obiecał dowieźć nas do granicy w Chyżnem. Dojeżdżając do przejścia granicznego jednak przełamał się : " A, zabiorę was do Wiednia, będziemy tam około północy". Muszę powiedzieć, że te słowa znacznie poprawiły nasze morale. Około godziny drugiej nad ranem radośnie podziękowaliśmy naszemu wybawcy i raźno pokroczyliśmy w kierunku wiedeńskiego dworca kolejowego. Tam, w pobliskim Parku Schweitzera położyliśmy się na ławeczkach, dzieląc los miejscowych kloszardów.

***

Rankiem dnia następnego radośnie niewyspani skierowaliśmy się do wyjazdu na autostradę w kierunku Linzu. Tutaj niespodzianka: po przejściu około dwóch kilometrów stanęliśmy przed znakiem: " zakaz ruchu pieszych" - to był nasz upragniony wyjazd. Próbujemy łapać "stopa", ale oczywiście obowiązuje tu również zakaz zatrzymywania pojazdów! Nie pozostało nam więc nic innego jak marsz wzdłuż autostrady po wewnętrznej stronie wielkich ekranów akustycznych, wśród śmieci i różnego rodzaju odpadów cywilizacyjnych Wiednia.
Po jakiś trzech godzinach marszu i poznaniu znacznej części przedmieść Wiednia, nie znalazłszy żadnego dogodnego miejsca do "zasadzenia się" na "stopa" postanowiliśmy zaciągnąć języka. Nadarzyli się akurat dwaj Słowacy, dysponujący w przeciwieństwie do nas planem miasta i oni właśnie doradzili nam jedyne możliwe rozwiązanie: przejechać miasto w poprzek na drugą stronę, odnaleźć właściwą stację benzynową przy właściwej autostradzie i tam próbować szczęścia. Tak też uczyniliśmy i po krótkiej podróży metrem byliśmy na miejscu. Po kilku przesiadkach w morderczym słońcu, bez wody i możliwości przygotowania najprostszego posiłku (nie było czasu - przecież góry czekały...) znaleźliśmy się z Michałem pod wieczór na stacji benzynowej przy autostradzie tuż obok Salzburga. Tutaj w malowniczej scenerii wapiennych gór otaczających miasto Mozarta, dokonaliśmy wieczornej toalety w śmierdzącej ubikacji stacyjnej, zagotowaliśmy chińską zupkę na wodzie zaczerpniętej z kranu podłączonego do "szlaucha" i po chwilowej zadumie inspirowanej widokiem zachodzącego słońca udaliśmy się na poszukiwania dogodnego miejsca na nocleg. Ponieważ byliśmy solidnie zmęczeni, chcieliśmy, aby miejsce było w miarę komfortowe. Znalazło się: po drugiej stronie drucianego ogrodzenia, na podmokłej łące w pobliżu lasku porastającego brzeg małego potoczku. Tutaj w akompaniamencie ryczących silników samochodowych, otuleni kępami mokrej trawy, zasnęliśmy snem sprawiedliwych.

***

Rankiem dnia następnego pierwszą czynnością, jaką należało wykonać było ogarnięcie się z olbrzymich ślimaków - pomrowów i obtarcie twarzy, szyi i ubrań z ich śluzu. Tego dnia mieliśmy szczęście - jednym ciągiem udało nam się przejechać spory kawał Austrii i Szwajcarii aż prawie do Berna, a to dzięki dobremu człowiekowi Matuzalemowi Meyerowi z Wintherturu i jego szybkiemu Oplowi. Po następnej, prawie zupełnie nieprzespanej nocy przy autostradzie, mieliśmy już dosyć wszystkiego. Straciłem całkiem serce do tej wyprawy. Jedynym rozwiązaniem, które mogło przerwać to pasmo udręk, było znalezienie jakiegoś celu zastępczego. Co zaproponować Michałowi, aby był skłonny zrezygnować z wymarzonych Pirenejów? Przecież my się wykończymy psychicznie i fizycznie zanim tam dotrzemy!

Mont Blanc - alpejski olbrzym © Michał Ronikier
Mont Blanc - alpejski olbrzym © Michał Ronikier

Pozostał argument jedyny, skuteczny i niepodważalny. "Słuchaj Michał, niedaleko stąd, może ze sto kilometrów jest taka miejscowość Chamonix. Może by tak na Mont Blanc? Od znajomych słyszałem, że to łatwa górka, do wejścia nie potrzebny jest żaden sprzęt wysokogórski, a i wysokość przecież też nie taka straszna!". Zobaczyłem w Michałowych oczach błysk - "Dobra, pokaż mapę".Wieczorem byliśmy już w legendarnym miasteczku u stóp Białej Góry. Włócząc się wąskimi uliczkami, jak nieprzytomni wpatrywaliśmy się w zwisające nad Chamonix lodowce i skały. Olśnieni tym widokiem, całkowicie odurzeni powietrzem, zapachem Alp, doszliśmy do stacyjki kolejowej. Z głowami wypełnionymi obrazami z książek alpinistycznych, których dziesiątki każdy z nas przeczytał, siedliśmy na ławeczce twarzą do monumentalnych, nierealnie wyglądających ścian Igieł. Otępiały wzrok padł na napis na staroświeckim budynku stacyjnym, podający nazwę miejscowości: "CHAMONIX - MONT BLANC". Wiedzieliśmy, że tej nocy znów nie będziemy mogli spać.

***

Rankiem musieliśmy wypełnić bardzo ważne zadanie - przygotować się "logistycznie" i uzupełnić wiedzę teoretyczną do mającego nastąpić "wyczynu". A więc po pierwsze: księgarnia i zakup mapy oraz przewodnika, potem małe uzupełnienie prowiantu w miejscowym "supermarkecie". Po drugie: sprawdzenie prognozy meteorologicznej umieszczanej i aktualizowanej codziennie w witrynie biura przewodników. Tutaj pierwszy zgrzyt: zapowiadają popołudniowe burze, zwłaszcza w wyższych partiach gór. To nic - niezrażeni tą perspektywą ( przecież wyjdziemy wcześnie, szybko "załoimy" i przed wieczorem będziemy na dole, bo to łatwa góra!) pakujemy zakupy i szybko zdążamy na stację kolejową ( już dziesiąta godzina a trzeba jeszcze dzisiaj wyjść na jakieś 3000 metrów!). No, ale aby formalności stało się zadość zaglądamy do przewodnika. Na samym wstępie widzimy tekst, mniej więcej tej treści: " Masyw Mont Blanc, najwyższy z alpejskich masywów, stawia przed alpinistami pragnącymi wejść na szczyt duże wymagania. Po pierwsze wysokość - wyjście bez uprzedniej, przynajmniej tygodniowej aklimatyzacji grozi śmiertelnym niebezpieczeństwem choroby wysokościowej. Po drugie pogoda - każde jej załamanie może spowodować śmierć z wychłodzenia, na skutek pośliźnięcia na zlodowaciałym śniegu lub lodzie albo też utraty orientacji w skomplikowanym terenie lodowcowym przy bardzo ograniczonej widoczności. Po trzecie niebezpieczeństwa terenu wysokogórskiego - szczeliny, seraki, trudności techniczne w skale i zagrożenie przez lawiny kamienne. Szczególnie niebezpieczna pod tym względem jest najłatwiejsza z dróg normalnych - przez Aiguille du Gouter, gdzie co roku notuje się kilkadziesiąt wypadków śmiertelnych przy przechodzeniu tzw. Wielkiego Kuluaru.". Michał, który czytał i tłumaczył powyższy tekst przerwał, zdjął i przetarł okulary, a następnie skierował wzrok w jakiś nieokreślony punkt przed sobą. Milczenie nasze trwało jakieś pół godziny. To niespotykane nagromadzenie słów: "śmierć, śmiertelny, śmiercionośny" itp. spowodowało u mnie a i chyba u Michała też, osobliwy stan apatii połączonej z czymś podobnym do depresji psychicznej.

Żmudne podejście - 4 kilometry do góry!
 © Michał Ronikier
Żmudne podejście - 4 kilometry do góry!
© Michał Ronikier

"Obowiązkowym wyposażeniem każdego alpinisty planującego turę w masywie Mont Blanc jest przynajmniej 40-to metrowa lina, standardowy komplet do asekuracji na lodowcu w skład którego wchodzą: przynajmniej cztery śruby lodowe na zespół, kilka taśm i ekspresów oraz karabinków, kotwy śnieżne (przynajmniej dwie), osobisty sprzęt w postaci uprzęży, dwóch zakręcanych karabinków, kilku pętli Prusika i przyrządów asekuracyjno - zjazdowych oraz oczywiście kaski, czekany, raki, okulary lodowcowe i właściwe obuwie, najlepiej plastikowe skorupy." - zrezygnowanym głosem czytał dalej Michał. W tej chwili pojęliśmy całą prawdę o sobie. Jesteśmy dwoma głupimi, niedoświadczonymi frajerami, w swojej pysze próbującymi sięgnąć po coś, co nie jest dla nich przeznaczone. Bardziej dla zachowania twarzy niż z ochotą postanowiliśmy więc pójść zaaklimatyzować się na górę o nazwie Brevent.
Szczyt ten, wysoki na 2500 metrów n.p.m., dominuje nad miasteczkiem ponad dwustumetrową skalną ścianą i zwieńczony jest zabudowaniami górnej stacji kolejki linowej. Z mapy natomiast wyczytaliśmy, że prowadzi na niego łatwa droga, omijająca skały od tyłu. Zarzuciliśmy plecaki na ramiona i niemrawo ruszyliśmy w kierunku Aiguilles Rouges (Czerwonych Turni), których jedną z kulminacji jest Brevent. Południowe słońce przypiekało, Jacques Balmat z pomnika zdobywców ironicznie wskazywał palcem na Mont Blanc a my z Michałem zaczęliśmy podchodzić w górę. Szerokim traktem, obok stacji wyciągów krzesełkowych wydostaliśmy się już późnym popołudniem na wierzchołek naszej aklimatyzacyjnej góry, skąd roztoczył się wspaniały widok na spowite burzowymi chmurami szczyty masywu Mont Blanc. Schodząc ze szczytu w kierunku zachodnim, w zupełnie odmiennym, bo dzikim krajobrazie alpejskich hal, minęliśmy maleńkie, drewniane schronisko i niżej na stoku położony, ogrodzony zwierzyniec ze stadkami danieli i jakiś bliżej nieokreślonych kopytnych. Zmęczeni, ale napełnieni otuchą i nowym zapałem legliśmy na koniec na cokole olbrzymiego pomnika Chrystusa błogosławiącego górską krainę leżącą u Jego stóp. A może też i nas na czekającą nas jutro drogę?

***

Poranne słońce szybko nas obudziło i po lekkim śniadaniu zeszliśmy do wioski Les Houches leżącej dwa kilometry poniżej Chamonix. Stąd można wyjechać kolejką linową na grzbiet ciągnący się od szczytu Aiguille du Gouter, aż na wysokość ok. 2000 metrów. Daje to dużą oszczędność wysiłku i czasu, bo Les Houches położone jest na 1000 m. n.p.m. My jednak powodowani względami finansowymi i chęcią lepszego rozchodzenia się postanowiliśmy pójść na piechotę.

Aiguille du Gouter i slynny - Wielki kuluar © Michał Ronikier
Aiguille du Gouter i slynny "wielki kuluar" © Michał Ronikier

Pierwszy etap podejścia na Mont Blanc prowadził nas przez modrzewiowe lasy i górskie łąki aż do owego grzbietu, po którym ciągną się tory wysokogórskiej kolejki szynowo- zębnicowej zwanej "Tramway du Mont Blanc", mającej początek w mieście Saint Gervais a koniec w miejscu zwanym "Nid d`Aigle" (czyli Orle Gniazdo) na wysokości 2390 m. n.p.m. My doszliśmy do torów koło ruin potężnej betonowej budowli przypominającej stację kolejową. Porozrzucane resztki jakichś konstrukcji, stalowe liny, szkło i inne śmieci wskazywały na dalekie zaawansowanie rozwoju "infrastruktury turystycznej regionu". Podążając za torami kolejki i z duszą na ramieniu pokonując kilkudziesięciometrowy tunel wykuty w skale (małe byłyby szanse wyminięcia się z nadjeżdżającym "tramwajem") dotarliśmy do końcowej stacyjki z małym schroniskiem - bufetem. Przecisnęliśmy się przez różnokolorowy tłum "kolejkowiczów" i ruszyliśmy w górę, aby przed zmrokiem dojść jeszcze do schroniska Tete Rousse. Na ścieżce widać poruszenie. Któryś z mijanych turystów pokazuje nam w podnieceniu piargowe pole po prawej i krzyczy "Kozice, Kozice!". My patrzymy, ale nie rozpoznajemy w tych zwierzątkach naszych znajomych tatrzańskich "kóz". Jak informuje mnie Michał, który jest biologiem, są to kozły alpejskie, z daleka podobne do kozic, ale bardziej krępe i przysadziste, z grubszymi i masywniejszymi rogami. Na wysokości ok. 3000 metrów mijamy opuszczony budyneczek, na mapie nazwany nie wiadomo dlaczego "Schroniskiem Leśnym" i wijącą się w zakosach ścieżką wspinamy się na grzędę doprowadzającą do małego lodowca Tete Rousse. Po przetrawersowaniu kilkudziesięciometrowego śnieżnego progu lodowca dochodzimy do schroniska Tete Rousse ("Ruda Głowa") posadowionego na cyplu skalnym o tej samej nazwie, na wysokości ponad 3100 metrów n.p.m. Znaleźliśmy się wreszcie w sercu wysokich gór, a widok potężnej lodowej ściany Aiguille du Bionassay, spękanego lodowca Bionassay w dole i groźnych skalnych urwisk Aiguille du Gouter prawie zwalił nas z nóg. Wrażenie grozy i potęgi góry podkreślały jeszcze swoimi dźwiękami - pomrukiem wiatru i przede wszystkim odgłosami spadających kamieni, a dźwięki te były potęgowane i przekształcane jeszcze przez echo odbite od ścian tego górskiego amfiteatru.
Podniosłość nastroju zakłócało tylko dręczące pytanie: Skąd spadają te kamienie? Dlaczego tak często? I wtedy ujrzeliśmy tumany śnieżnego pyłu unoszące się u wylotu wielkiego żlebu przecinającego ścianę Aiguille du Gouter i usłyszeliśmy po chwili huk lawiny kamiennej.
Tak, najgorsze obawy potwierdziły się. ślady lawin przecinają ścieżkę podejścia na Mont Blanc!
To nie była dobra zapowiedź nadchodzącego dnia. Jednak trzeba było się wyspać, więc znalazłszy równe miejsce wśród kamieni otaczających schronisko, ułożyliśmy się na nocleg pod gołym niebem.

***

Sen był krótki i niespokojny, bo chociaż umilkły lawiny, to było przenikliwie zimno (na pewno było poniżej 0 stopni Celsjusza) a niebo raz po raz rozświetlało się błyskami odległej burzy. O godzinie drugiej nad ranem zbudzili nas alpiniści śpiący nieopodal. Wybierali się na wspinaczkę ścianą Bionassay i właśnie rozpoczęli swoje hałaśliwe przygotowania. Zauważyliśmy również kilka światełek latarek na ścieżce trawersującej lodowczyk Tete Rousse. A więc trzeba iść! Szybko ugotowaliśmy "chińszczyznę" i po pośpiesznym śniadaniu założyliśmy nasze zdezelowane buty. W świetle czołówek ruszyliśmy w stronę złowrogiego kuluaru. Cieszyło to, że nadal nie było słychać nawet spadających kamieni, ale za to po dojściu do skraju żlebu stwierdziliśmy, że kilkumetrowa ścianka oddzielająca nas od jego dna jest cała pokryta wodnym lodem. Niestety nasze paskowe raki umocowane na mocno zużytych butach nie chciały z nami w tych warunkach współpracować. Ze skały co prawda zwisała smętnie zerwana stalowa poręczówka, ale nie na wiele się mogła w tych warunkach zdać. Michał postanowił więc poszukać przejścia wyżej. Podszedł tak z kilkadziesiąt metrów, a ja za nim, i w końcu znalazł bardziej podatny na raki śnieg. Trawersując po jakimś diabelnie stromym stoku przeszliśmy po pół godzinie na drugą stronę. Wtedy zauważyliśmy, że zaczyna się rozjaśniać. Ledwie pierwsze promyki słońca musnęły skały w pobliżu szczytowego schroniska Gouter, zaczęły sypać się kamienie. Najpierw drobne i rzadko. Potem w miarę upływu czasu coraz częściej i większe, na koniec całe to zjawisko przerodziło się w regularną lawinową kanonadę. Niektóre z głazów miały wielkość solidnej szafy a przy tym lecąc z olbrzymią prędkością wirowały jak bąki, wydając złowrogi furkoczący dźwięk, wzbijając chmury skalnego i śnieżnego pyłu. Na szczęście my wspinaliśmy się grzędą ograniczającą kuluar z prawej strony i mogliśmy być tylko "biernymi obserwatorami". Zadziwiająca była regularność spadania tych lawin: na początku, kiedy jeszcze temperatura była dość niska, co około 10 minut, potem gdy na dobre zajaśniało słońce, częstotliwość ustaliła się na poziomie trzech minut, akurat tylu ile potrzeba aby przejść przez żleb na drugą stronę.
Kruche skały grzędy przeszły powoli w płytowe, dobrze ubezpieczone stalowymi linami ścianki i w końcu dotarliśmy do barierek zabezpieczających metalowy pomost przed drzwiami schroniska Gouter.
Ta blaszana buda przymocowana jest do skały tuż pod wierzchołkiem Aiguille du Gouter, na wysokości ponad 3800 metrów i oferuje niezbyt komfortowe noclegi w zbiorowych ciasnych izbach po bardzo wygórowanej, nawet jak dla Francuzów cenie, albo też miejsca na "glebie" w jadalni w cenie identycznej. Niektórzy oszczędni turyści wybierają więc inne rozwiązanie: rozbijają namioty na śnieżnym wierzchołku. Jest tam miejsce na kilka namiotów i na pewno pod względem widokowym taki nocleg góruje nad tym w schronisku, ma on jednak jedną poważną wadę... Ale o tym za chwilę.
Po wejściu do schroniska wszyscy turyści zdejmują z siebie uprzęże, liny, raki i cały sprzęt i zostawiają go w przedsionku. Biorąc pod uwagę frekwencję na tej drodze wejścia na Mont Blanc, robi się z tego niezła kolekcja splątanych lin i żelastwa... My postanowiliśmy większość naszych rzeczy zostawić właśnie w tym miejscu (przyszliśmy z całym dobytkiem). Podczas przepakowywania tych wszystkich "klamotów" w pewnym momencie poczułem zawroty głowy i jakąś nagłą senność.
No tak, przecież pierwszy raz jestem na takiej wysokości. Po skonsumowaniu paru kromek chleba z miodem poczułem się jednak lepiej. Pora ruszać na wierzchołek!

***

Większość ludzi wybierających się na Mont Blanc drogą przez Aiguille du Gouter rozkłada sobie wejście na dwa etapy: pierwszy tramwajem do Nid d`Aigle i po południu do schronu Gouter i drugi, nazajutrz wczesnym ranem na szczyt i z powrotem na dół. W ten sposób w części drogi pokrytej lodowcem (ponad schronem Gouter) poruszają się po zmrożonym po nocy śniegu, co po pierwsze ułatwia marsz ( bo nie trzeba grzęznąć w śnieżnej "brei") a po drugie zwiększa bezpieczeństwo na eksponowanej grani szczytowej i podczas przekraczania, nielicznych na szczęście, szczelin.

Chwila zadumy na lodowcu © Michał Ronikier
Chwila zadumy na lodowcu © Michał Ronikier

Nam niestety nie było dane uniknąć tych wszystkich niedogodności. Wyruszyliśmy ze schroniska już po ósmej i wszyscy ludzie, których spotykaliśmy na ścieżce schodzili już na dół. Pierwszy odcinek drogi prowadził szerokim śnieżnym grzbietem na rozległy, "bałuchowaty" wierch Dom du Gouter, przecinając po drodze dwie zakryte szczeliny. Z widokiem na odgałęziającą się w tym miejscu, przepiękną lodową grań Bionassay zeszliśmy następnie na siodło przełęczy, powyżej której wznosi się słynny alpejski schron Vallota. Przeszłość on ma rzeczywiście chlubną, gościł już niejedną alpinistyczną sławę i uratował życie niejednemu wspinaczowi w czas burzy i śnieżnej zadymki. Teraźniejszość niestety jest dosyć żałosna... świadczy o tym smród, jaki uderza już przy wejściu do niego...
Michał szedł dziarskim krokiem w kierunku majestatycznie wznoszącej się kopuły szczytowej, ja natomiast przy Vallocie odczułem drugie już w tym dniu uderzenie wysokości. Czarne plamy przed oczami, brak tchu... To już 4300 metrów nad poziomem morza... Musiałem na chwilę usiąść. Po kilku minutach mogłem pójść dalej. Dwa kroki, postój, dwa kroki postój... i zadyszka. Jakoś chyba aklimatyzacja na Brevent nie poskutkowała... Powoli jednak minęliśmy skały Bosses i grupy "niedzielnych alpinistów" słaniających się ze zmęczenia, ciągniętych na linach przez przewodników.
Doszliśmy do podszczytowego spiętrzenia grani, za którym znajduje się około stumetrowy odcinek mało stromej, ale za to ostrej i przepaścistej grani śnieżnej. Na tym odcinku, szerokim na stopę, bardzo trudno jest wyminąć się z zespołem nadchodzącym z przeciwka, bardzo łatwo natomiast stracić równowagę, zwłaszcza przy mocniejszym wietrze... Jakoś jednak pokonaliśmy "złe miejsce" i padliśmy na wierzchołku... sobie w ramiona, a następnie ja bez tchu na śnieg. Po minucie wyrównałem nieco oddech i drżącymi rękami podniosłem do ust puszkę skondensowanego mleka. Zdjęcie szczytowe, krótka rozmowa z dwoma Duńczykami, z których jeden dotarł tutaj o... kulach, z niedowładem obu nóg (i to do tego trudniejszą drogą z Aiguille du Midi przez Mont Blanc du Tacul) i trzeba schodzić, bo na horyzoncie gromadzą się burzowe chmury. Schowałem czekan, wyjąłem składane kijki i pewny siebie ruszyłem wąskim ostrzem grani. Nonszalancko stawiając duże kroki dotarłem mniej więcej do połowy jej długości, gdzie staje się nieco stromsza i... poczułem że coś mi podcina nogi. Lecę głową w dół i żadnym sposobem nie mogę podtrzymać równowagi prawą nogą, bo przywiązana jest do lewej... Aha, kolce raków prawego buta utkwiły w lewej nogawce spodni... Nie założyłem ochraniaczy... Więc to koniec... Wiem tylko, że wydałem z siebie jakiś zduszony okrzyk i rąbnąłem obojętnie twarzą w śnieg na grani. Minęło chyba kilka sekund zanim się ocknąłem i zdałem sobie sprawę ze swego położenia. Leżałem głową w dół, okrakiem na grani, ręce i nogi zwisały mi po obu jej stronach. Trzeba wstać. Próba poruszenia nogami powoduje dalsze ześlizgiwanie się w dół, ręce grzęzną w miękkim śniegu. Podeprzeć się czekanem! Ale czekan schowany w plecaku...
W końcu jakoś przerzuciłem lewą nogę na drugą stronę, przez chwilę leżałem przewieszony bokiem przez grań i na koniec udało mi się powstać. Na drżących nogach zszedłem grzecznie już z wyciągniętym i trzymanym w pogotowiu czekanem...
Byliśmy już blisko schronu Gouter, gdy odezwały się pierwsze pomruki burzy. Zdążyliśmy rozbić jeszcze namiot na szczycie i zejść do oddalonego o kilkanaście metrów schroniska, gdy zaczęło sypać gradem. Rozpętała się burza. Pioruny biły jeszcze dosyć daleko, więc wykorzystując chwilową przerwę w opadzie podszedłem do namiotu aby go lepiej umocować. Gdy dochodziłem do szczytu turni, zacząłem odczuwać nieprzyjemne mrowienie na głowie. Włosy, mimo że były mokre poczęły się elektryzować. Przy samym namiocie zjawiska te spotęgowały się do tego stopnia, że w uszach usłyszałem jakby bzyczenie tysięcy pszczół, po dotknięciu tropiku kopnął mnie słaby prąd a z głowicy czekana wyskoczyły iskry. Nie było czasu na zastanawianie się! Wbiłem pośpiesznie kijki i czekany w śnieg i w panice biegiem uciekłem z powrotem do bezpiecznej blaszanej puszki schroniska. Wtedy się zaczęło - pioruny biły w skałki oddalone o dziesięć metrów od budynku, był taki huk i błysk, że baliśmy się wystawić głowy za drzwi! śmiałek, który spróbował pójść do "wychodka" zawieszonego nad przepaścią w pobliżu owych skałek, prędko zawrócił z połowy drogi. Miał strach w oczach!

Zza piarzysk wystaje Aiguille du Midi © Michał Ronikier
Zza piarzysk wystaje Aiguille du Midi © Michał Ronikier

Po kilku godzinach, gdy nawałnica minęła, ledwie żywi z głodu i zmęczenia ( wewnątrz był taki ścisk, że nie dało się zagotować wody na kuchence gazowej, a do jedzenia mieliśmy już tylko zupki), przeszliśmy wreszcie do naszego płóciennego domku. Na szczęście stał nie naruszony. Po pośpiesznym przyrządzeniu i spożyciu kolacji rozglądnęliśmy się po sąsiadach: obok nas w śmiesznym, przemoczonym, jednoosobowym namiociku gnieździł się jakiś ciężko postękujący osobnik (później okazało się, że to Amerykanin, który z powodu choroby wysokościowej nie zdołał wyjść poza Gouter), z drugiej strony natomiast w kilku namiotach rezydowała bardzo hałaśliwa grupa Włochów. Co ciekawe - nasi sąsiedzi nie opuścili ani na chwilę namiotów podczas burzy, a dodatkowo wystawili jeszcze przed namiot całe swoje żelastwo, czekany, raki, karabinki itd. Porażająca odwaga... Osobna opowieść należałaby się w ogóle indywiduom i zachowaniom ludzkim obserwowanym w tym miejscu: schorowani i wymiotujący amatorzy górskiej przygody, których organizm nie zniósł wysokości 3800 metrów, nieruchawi panowie i panie, ciągnięci przez przewodników na linie niczym bydło na postronku, rozbierające się do naga w tłumie ludzi turystki, krzykliwi i hardzi niemieckojęzyczni "wyczynowcy", ogorzali i żylaści alpejscy przewodnicy, ze stoickim spokojem obserwujący całe to zamieszanie.

***

Po godzinie dziesiątej następnego dnia wypogodziło się na tyle, że mogliśmy ruszyć w drogę powrotną w dół. Tym razem obyło się bez przygód, nie licząc nerwowej przeprawy przez Wielki Kuluar, gdzie z duszą na ramieniu próbowaliśmy wstrzelić się między kolejne lawiny, co oczywiście nam się udało. Dosyć wcześnie w tym dniu skończyliśmy marsz, bo zdecydowaliśmy się na nocleg we wspomnianym wcześniej "Schronisku Leśnym", czyli małym kamiennym budynku pokrytym blaszanym dachem, a mającym tę zaletę, że spanie w nim jest bezpłatne. Popołudniu oczywiście znów przyszła burza, a po niej kilkoro amatorów zdobycia szczytu. Zasypialiśmy już na stryszku, kiedy na dole dał się usłyszeć stukot otwieranych drzwi a po nim szczęk karabinków i tupot plastikowych butów. Kogo tam licho niesie? Hałas nie trwał jednak długo i można było wreszcie zasnąć.
Rano dotarł do chatki jeszcze ów "zdeteriorowany" Amerykanin, który będąc słaby, wyszedł ze schronu Gouter późno i schodził bardzo wolno, wobec czego noc zastała go na półce skalnej w połowie wysokości grzędy. Noc ta była, wedle jego słów, najkoszmarniejszą w jego życiu: całą noc sypały się z góry kamienie, tak, że musiał zakryć się plecakiem, w który uderzyło zresztą parę.
Rozwiązała się natomiast zagadka "nocnego gościa" - okazał się nim Hiszpan, który miał pecha oblać sobie nogę wrzątkiem, wobec czego również schodził bardzo powoli. Hiszpan ten wyglądał zresztą na typowego Hiszpana, tak, że jak go zobaczyłem, szepnąłem do Michała: "Patrz, pewnie ma na imię Juan Garcia". Przywitaliśmy się z nim, poczęstowali kisielem (przełknął tylko dwa łyki) a potem podali sobie ręce - "Juan Garcia Mellesco"- przedstawił się. Pogadalismy trochę, w końcu rozmowa zeszła na temat dalszych planów. Powiedzieliśmy, że wybieramy się w Pireneje, ale nie mamy już sił na autostop i że pierwotnie mieliśmy dojechać do miasteczka Vielha w Katalonii. "Ja właśnie jadę do Vielha, tam czeka na mnie żona, więc mogę was zabrać moim samochodem"- oświadczył Juan łamaną angielszczyzną. A więc dalej, w Pireneje!

K.S.