Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Pierwszy na linie (6)

Roger Frison-Roche

(fragmenty - część szósta)

Wczesnym rankiem Paul Mouny przyjechał na motorze z góry, z miasteczka Tour, i rozpoczął poszukiwania Boule'a i Fernanda Lourtier. Fernand piłował drzewo za domem i układał polana pod gankiem w symetryczne, pachnące żywicą stosy. Widząc Paula porzucił kozioł i piłę i podszedł pytając wesoło:
- Pomożesz mi Paul? Mam jeszcze ze dwa, trzy kubiki do obrobienia.
-Zostaw wszystko i idź się przebrać - zarządził Paul - Georges a la Clarisse wraca dzisiaj z Genewy. Wyjdziemy po niego i uczcimy jego powrót!
- Pójdziemy po Boule'a?
- Pewnie. A poza tym... trzeba by też zawiadomić Pierre'a.
- Myślisz że pójdzie? Zrobił się z niego straszny mruk.
- Tym bardziej powinien pójść; nie może odmówić tego Georges'owi!
- Fakt, to jest pomysł. Leć do Moëntieu, a ja pójdę po Boule'a.
Paul wspina się na swoim motorze wyboistą i kamienistą drogą do Moussoux; popdjeżdża najwyżej jak się da, aż do drewnianego krzyża stojącego przy ścieżce odchodzącej do Moussoux. Opiera motor o podmurówkę krzyża i podchodzi szybko do domu Pierre'a. Marie Servettaz objaśnia go zmęczonym głosem:
- Nie ma go. Poszedł gdzieś, jakieś piętnaście minut temu. Znajdziesz go może gdzieś koło Pierre a Ruskin; chodzi tam rozmyślać, jak dostaje tych napadów samotności.
Paul idzie ścieżynką, prowadzącą skrótem przez łąki i zarośla od Moëntieu aż do Pierre a Ruskin. Z daleka rozpoznaje Pierre'a, leżącego w trawie, z głową wspartą na łokciu, i w zamyśleniu patrzącego na masyw Mont-Blanc.
- Cześć Pierre!
Tamten odpowiada mruknięciem siląc się, aby wypadło w miarę uprzejmie.
- Przyszedłem po ciebie - ciągnie Paul, który nie dał się zbić z tropu tym chłodnym przyjęciem - Georges a la Clarisse przyjeżdża. Pomyśleliśmy z Boule'em że trzeba by wyjść po niego i urządzić mu porządne przyjęcie. Tyle ci powiem... trzeba żeby Georges zapomniał trochę o swoim stanie...
- Nie mam czasu iść.
- Nie masz czasu, nie masz czasu! Dajże spokój, chodź z nami. Nie mozesz odmówić tego Georgesowi, byłoby mu przykro gdyby cię nie było.
- Cóż mnie to obchodzi...
Paul, stojący naprzeciw kolegi, denerwuje się i podnosi głos.
- Otrząśnij się, człowieku! Od jakiegoś czasu nie jesteś taki sam jak kiedyś. Może uraziliśmy cię nieświadomie? W takim razie powinieneś nam to powiedzieć; między przyjaciółmi nie może być niedomówień... - i zaczyna nalegać - no chodź, pośpiesz się! Autobus przyjeżdża za godzinę.
- Nie!
- Słuchaj, Pierre! To nie jest w porządku! W końcu Georges stracił obie stopy żeby uratować klienta twojego ojca. Ma prawo liczyć na twoją wdzięczność, a ty nie chcesz nawet mu tego okazać wychodząc go przywitać! Naprawdę, nie poznaję cię!
Pierre unosi się i chowa twarz w dłoniach.
- Dość, dość! Cicho, psiakrew! Nie widzisz że mam dość wszystkiego, że nie chcę nikogo widzieć?! Czy nigdy nie miałeś ochoty zamknąć się w sobie, uciec od społeczeństwa? Od tego c o mi życie teraz oferuje? Zostawcie mnie w spokoju!
- Co ty mówisz, wariacie! Życie? Przecież ono się dopiero otwiera dla ciebie! Ożenisz się, masz piękny dom, cóż chcesz więcej?
- Chcę... A, zresztą, nie zrozumiałbyś... (...)
- No, tak czy siak, nie myśl teraz o tym ci cię męczy i chodź z nami! Są na ziemi bardziej nieszczęśliwi od ciebie. Popatrz na Georgesa - jest kaleką do końca życia; koniec z górami! Brakuje mui obu stóp i nikt mu ich nie przyklei z powrotem...
Pierre, zmęczony oporem, kapituluje.
- Dobra, dobra... idę. Idę dla Georgesa. To prawda że nasza rodzina jest mu winna wdzięczność...

* * *

Georges wysiadł z autobusu ostatni, powoli, pomagając sobie laską. Twarz miał wychudłą, świadczącą jeszcze o cierpieniach, jakie dopiero co przeszedł. Poza tym, zdawał się normalny; tylko patrząc na jego stopy można było zauważyć, że nosił dziwaczne buty, krótsze niż normalne i wzmocnione grubymi, kauczukowymi podeszwami. Poruszał się w nich ze względną swobodą i, dumny z tego, uderzał laską po po wzmacnianych czubach butów na dowód, że nic go już nie boli. Pozostali milczeli; patrzyli na przyjaciela ze ściśniętym sercem.
- Wszystko się zabliźniło? - spytał Boule, żeby cokolwiek powiedzieć.
- Prawie wszystko! Ale w tych specjalnych butach już zupełnie nic nie czuję.
- Ucięli ci stopy prawie przy piętach? - zapytał Fernand.
- Nie całkiem, ale prawie. Chirurg powiedział, że zrobili mi regulację. W związku z tym nieźle mi pousuwano kości...
- Ale możesz chodzić?
- No popatrz sam! - i rzucając laskę Georges wykonał parę tanecznych kroków.
- Co za gość! - rzekł Boule śmiejąc się.
- Chodźcie, oblejemy mój powrót!
- Właśnie, postanowiliśmy, że pójdziemy razem do Bretona na fondue - zarządził Paul. (...)
Ojciec Breton prowadził na skraju miasteczka restaurację, odwiedzaną prawie wyłącznie przez przewodników i górali. Była to długa, wyłożona drewnem sala, z dwoma rzędami wypolerowanych dębowych stołów; na ścianach wymalowane były godła towarzystw alpejskich, wśród których tu i ówdzie wisiało kilka wspaniałych, górskich fotografii. Stary, liczący przeszło sto lat lokal był pierwotnie miejscem odjazdu dyliżansów kursujących do Martigny. Z czasem unowocześnił się trochę, nie tracąc jednak nic ze staroświeckiego wyglądu.
Wielka sala była pełna gości, którzy dyskutowali i pili pełnymi kuflami, puszczając z fajek kłęby ostrego dymu. Georges wraz z towarzyszami obszedł stoły, przy których pełno było przyjaciół; każdy chciał pogratulować mu, że tak szczęśliwie wyszedł z wypadku. (...) Kiedy tak dyskutowali, i kiedy Georges opowiadał o swoich nieszczęściach, Boule wymknął się do kuchni i zawołał Bretona.
- Przygotuj nam fondue, Breton. Zjemy w kuchni.
- Słuchaj, jest pełno gości, mam za dużo roboty. Ale zejdź sam do piwnicy, znajdziesz ser i wino, przyrządzisz sam, podobno jesteś specem!
- Dobra, ale jeżeli zużyję więcej niz porcję, to to tym gorzej dla ciebie... A właśnie, ochłódź nam parę butelek rousette, będą potrzebne...
Boule zaczął krzątać się po starej kuchni o niskim, zadymionym suficie i podłodze wyłożonej wielkimi granitowymi płytami.
Fondue jest w Chamonix prawie narodową potrawą. Ten obyczaj, właściwy genewczykom i mieszkańcom kantonów Vaud i Valais, rozpowszechnił się także w regionie Faucigny. Przyrządzenie i jedzenie fondue wymaga całego rytuału, którego należy skrupulatnie przestrzegać.
Trzeba było widzieć drobiazgową troskliwość, z jaką przyrządzał potrawę Boule, który tym razem, wyjątkowo, wcale się nie śmiał, przejęty powagą chwili. Odważywszy duży kawał prawdziwego, górskiego sera, pociął go na drobne plasterki i wrzuclił do natartego czosnkiem garnka; zalał wszystko białym winem i zabrał się do mieszania sera z winem, aż do chwili, gdy utworzyły jednolity, gęsty i pachnący krem lekko bulgoczący na wolnym ogniu. Wtedy dodał dwie szklaneczki wiśniówki i dalej mieszał. Pierre, który przyszedł mu pomóc, zapalał już na kuchennym stole małą maszynkę. Wtedy wszyscy zasiedli wokół glinianego garnka w którym migotała na ogniu gotowa potrawa.
- Gotowe, Boule?
- Gotowe!
- No to do roboty - ogłosił radośnie Georges.
Każdy z obecnych nabił na widelec duży kawał chleba, zanurzył go w fondue i wyciągnął szczelnie oblepionego serem. Pogawędki ustały, wszyscy pospiesznie jedli, aż do c hwili kiedy nie zostało nic oprócz złotawej skórki na dnie garnka. Wtedy, wypiwszy zgodnie z tradycją po szklaneczce wiśniówki, zabrali się do zeskrobywania tej chrupiącej skórki, zachowującej spotęgowany aromat fondue. Breton, który kątem oka obserwował ucztę, nie czekał aż go zawołąją aby podać smukłe butelki rousette i zaraz białe wino pojawiło się na stole. (...)
Wśród przewodników, w rozmowach powraca się zawsze do tego samego tematu. I wkrótce więc zaczęli dyskutować o górach i wspinaczce. Pierre milczał, wino czyniło go małomównym, wzrok miał znowu nieruchomy i zły. Georges natomiast tryskał radością i snuł projekty na przyszłość.
- Zacznę od skałek Gaillands, żeby nabrać formy.
- Zwariowałeś biedaku, z twoimi stopami... - rzekł Paul.
- Mam ciągle ręce, a w moich specjalnych butach spokojnie mogę się wspinać. Zresztą spróbuję i zobaczymy... Kto się wybierze ze mną?
- Skoro tak, ja pójdę - stwierdził Fernand - chciałbym zobaczyć, jak sobie będziesz dawać radę. Na serio planujesz dalej się wspinać? Jak mówiłeś nam o tym w Genewie, to byłem pewien że żartujesz.
- Na serio! Cóż ja bym ze sobą zrobił bez wspinania? Nędza! Nie ma mowy... Mam nadzieję, ze będę mógł chodzić na wszystkie wielkie drogi, nie tylko po krowim terenie...
- Powinieneś jednak zacząć ostrożnie - poradził Boule.
- Czemu? To kwestia silnej woli. Przypomnij sobie Younga, wielkiego angielskiego alpinistę, który zrobił pierwsze przejście Grépon od Mer de Glace. Wrócił z wojny bez jednej nogi. A nie przeszkodziło mu to zacząć na nowo, i to z drewnianą protezą. Trzeba było go widzieć! Zakłądał na jej koniec coś w rodzaju małej rakiety, żeby nie zapadać się w śniegu, a w skale posługiwał się żelaznym ostrzem.
- To prawda - dorzucił Fernand - to mi zawsze przypomina minę, jaką zrobił szef jak przyszedł do biura Knubel, przewodnik Younga, mówiąc w swoim francusko-niemieckim żargonie: "Mój klient złamał noga, chcę ona naprawić. Pofiec gdzie?" "Twój klient się zranił - w górach?" zapytał szef. "Ja, ja, na Grépon - podjął Knubel - złamał noga." "Nic nie wiedziałem! Udało ci się go znieść?" "Ja, długo było, ale zeszliśmy do Montenvers." "No to trzeba wezwać doktora Coutaz, on jest specjalistą." "Nie, godferdamm, - zezłościł się Knubel - nie lekarz, dobry stolarz... Jego noga z drewna!"

W dolinie Chamonix © M. Ronikier
W dolinie Chamonix © M. Ronikier

Przewodnicy wybuchnęli śmiechem, zwłaszcza Boule śmiał się prawie do zaduszenia, klepiąc się po udach. Tylko Pierre nie uczestniczył w ogólnej wesołości. Opróżniał szklankę za szklanką, nie odzywał się w ogóle a wyraz jego twarzy stawał się coraz twardszy. Georges a la Clarisse ciągnął zaś dalej:
- Tak! Wszystko jest kwestą woli; jeżeli człowiek podda się bezwładnie losowi, to jest skończony. Chyba nie chciałbyś, żebym został w wieku 26 lat dozorcą schroniska! Trzeba zostawić to starym przewodnikom. Ja, tak jak powiedziałem, przejmuję swoją kolejkę.O, zaproponuję wam coś takiego: jako pierwszą porządną drogę zabiorę was na Dru, i to poprowadzę. Co ty na to Pierre? Obaj mamy z tą górą na pieńku. A poza tym, jak się miało gdzieś ciężkie przejścia, to trzeba jak najszybciej tam wrócić, żeby zmazać złe wrażenie; inaczej zachowuje się głęboki uraz do tego miejsca i nie wraca się tam nigdy. Zrobimy to jakoś w czerwcu, jak zejdzie śnieg, bo jeśli chodzi o oblodzenie, to zakosztowałem go dosyć... Breton, daj jeszcze butelkę!
- No to wypijmy za Drus, nieźle nam dałą w kość.
- Oj tak. Stary - podjął Fernand - gdybyś widział te przejścia parę dni po twoim wypadku... Nie, Pierre?
Pierre nie odpowiadał. Siedział z głową w rękach i patrzył tępo na lśniacą powierzchnię stołu.
- Cóż mu jest - spytał Georges - wygląda dziwnie.
- Jest taki od ponad miesiąca - sprecyzował Fernand - zupełnie inny niż kiedyś.
- Daj spokój Pierre! - powiedział Boule przyjacielsko - dzisiaj wieczorem cieszymy się, że jesteśmy znowu wszyscy razem; wy dwaj, Georges i ty, wracacie z daleka... Daj spokój z tymi czarnymi myślami!
Pierre ciągle nie odpowiadał; Paul nachylił się nad nim i dopiero zauważył, że chłopak płakał cicho.
- Do diabła, przecież on płacze - krzyknął - co ci się dzieje, Pierre? Stary, to jest dla nas zbyt przykre widzieć cię w takim stanie. Powiedz, co z tobą?
Wreszcie Pierre dał upust gnębiącym go uczuciom i, zwracając się do inwalidy zaczął mówić jednostajnym głosem:
- Georges, stwierdziłeś przed chwilą, że nie mógłbyś przyzwyczaić się do myśli, że musiałbyś zrezygnować ze wspinania. Chcesz zacząć na nowo, z twoimi okaleczonymi nogami, i jestem pewien że uda ci się pójść pod prąd... Ale gdybym ci powiedział, ze dla mnie naprawdę wszystko się skończyło, na zawsze się skończyło! Że już nigdy nie pójdę w góry... że będę się snuł na dole i patrzył, jak wy wyruszacie...
- Ty? - zdziwił się Georges - ale dlaczego?
- Dlatego, że rodzina nie chce żebyś się wspinał - spytał Fernand - wariacie! Przecież nie o to im chodzi. Wiedzą dobrze, że nie zrezygnujesz z tego, chodzi tylko o to, że byś zajął się hotelem a wspinał się w wolnych chwilach, a nie zawodowo. To jest przecież dużo lepszy układ niż włóczyć za sobą klientów.
Pierre boleśnie pokręcił głową.
- Ani jako przewodnik, ani jako amator... Już nigdy nie pójdę w góry...
- Ślubowałeś? - zażartował Boule, ale momentalnie pożałował swojego stwierdzenia.
- Mam lęk przestrzeni... - wykrztusił Pierre i opadł na stół, przytłoczony, załamany tym wstydliwym wyznaniem.
- Ty i lęk przestrzeni! - odezwał się Fernand - śmieszne! Widzieliśmy cię przecież na Dru... Ciekawy lęk przestrzeni, powiedziałbym raczej, że aż za dużo brawury.
- A jednak. Doktor mnie uprzedzał... ale nie chciałem mu wierzyć... Więc spróbowałem sam, którejś nocy...
- Tej nocy, kiedy zniknąłeś z domu? - spytał Fernand - powinienem się był domyślić, cholera... i co, odpadłeś? Podobno miałeś krew na kurtce.
- Nie poleciałem, chociaż w sumie tak byłoby lepiej! Gdybyś mnie widział, jak wahałem się chyba z godzinę zanim zdecydowałem się zrobić ten krok w ścianie Brévent... A potem czołgałem się jak robak, drżąc, z zamkniętymi oczami, żeby nie widzieć ekspozycji... I ta radość z drugiej strony, że wreszcie znalazłem coś mniej pionowego...
- Biedak!
Pierre podniósł trochę głowę i opowiadał dalej:
- Od tej pory schowałem się i ze wstydem ukrywałem to. Nie chciałem nikomu o tym opowiedzieć, więc uciekałem, widok przyjaciół w pełnym zdrowiu był dla mnie straszny, to było okropne, okropne! Zacząłem pić, na siłę, a im bardziej piłem, tym bardziej te myśli mnie opadały... Tylko czasem, jak szedłem się schować na jakiejś polanie, miałem trochę odpoczynku. Dobrze mi robiło patrzenie na góry... Żyłem wspomnieniami, projektowałem nowe drogi, których nigdy nie przejdę... Nigdy!
- Owszem, staruszku, przejdziesz... - przerwał mu energicznie Georges - a ja ci pomogę. Uwierz mi - lęk przestrzeni się leczy, to jest kwestia woli. Masz dowód: mój ojciec miał klientkę, która była lekko głuchawa i to powodowało u niej też lęk przestrzeni; nie dało się jej nigdzie wyciągnąć, nawet na Aiguille de l'M... Więc ojciec zaczął ją przekonywać, że to jej przejdzie, wprowadzał ją powoli, przez trzy lata, a na koniec skakała jak kozica na płytach Grépon... Sam widzisz!
- Tak, ale ja nawet nie byłem w stanie pokonać gzymsu na Brévent.
- Żle zrobiłeś, że poszedłeś sam. - stwierdził Fernand - Trzeba było nam powiedzieć, poszedłbym z tobą; zresztą, nie jest wcale za późno...
- Jest za późno! Już więcej nie zacznę. Nie chcę, żebyście mnie widzieli w skałach, jak szmatę... Trudno, muszę pogrzebać góry...
- Wcale nie musisz - podjął Georges - patrz, obaj musimy na nowo się wszystkiego nauczyć; będziemy chodzić razem. Na początku inni nam pomogą, potem weźmiemy się za prowadzenie.
Fernand, Boule i Paul przyjęli pomysł z entuzjazmem. (...)
Tymczasem zrobiło się późno, i wszyscy zaczęli się zbierać.
- Dobra, dosyć wypiliśmy, wracajmy. Paul odwiezie mnie do Bois, a reszta odprowadzi Pierre'a do Moussoux.
Noc była przejrzysta i zimna. Niebo rozpościerało swój gwiaździsty płaszcz ponad zarysowującymi się w mroku szczytami. Pierre szedł, wspierając się na ramionach kolegów, jak chory, który zaczyna wracać do zdrowia.

tłumaczył: Michał Ronikier