Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Powroty w Wielką Fatrę

Był pochmurny ranek 28 grudnia 1998 r., kiedy razem z Kierownikiem przekroczyłem granicę polsko-słowacką w Chyżnem. Dręczyło nas ciągle pytanie, czy uda nam się w miarę szybko przedostać do jakiegoś miejsca skąd moglibyśmy wyruszyć bez komplikacji w góry, a dokładniej w jeden z wybranych masywów Wielkiej Fatry.
Wielka Fatra to góry leżące w zachodniej części Słowacji (na tej samej szerokości geograficznej co polskie miasta Żywiec lub Bielsko-Biała). Najwyższym wierzchołkiem tych gór jest Ostredok (1592 m n.p.m.) jednak większą część tych gór stanowią lesiste grzbiety o wysokości od 1200 do 1300 m. Góry te w południowej swojej części są zbudowane z wapieni w których woda, podobnie jak w polskich Pieninach, wytworzyła różne efektowne dolinki i utwory skalne.
W czasie drogi wyraźnie sprzyjało nam szczęście, zaraz po przekroczeniu granicy (o godz. 8.20 rano) mieliśmy autobus do Trsteny gdzie od razu trafiliśmy na pośpieszny autobus do Rużomberka leżącego u podnóża Wielkiej Fatry. Ten szybki transport zachęcił nas do dalszej podróży komunikacją kołową. Zapadła więc wtedy decyzja, że celem wyprawy stanie się pasmo Klaka. Po zjedzeniu więc serii słowackich sałatek w barze dworcowym wsiedliśmy do pociągu jadącego do Kralowan aby wysiąść na stacji we wsi Lubochnia.
Dalsza droga miała odbywać się już na nogach. O godzinie 13.30 przeszliśmy przez most na rzece Vag, wchodząc tym samym w góry Wielkiej Fatry. Nasze pierwsze kroki skierowaliśmy na drogę biegnącą przez środek Lubochni w głąb doliny o nazwie pochodzącej od tej właśnie miejscowości. Obrany kierunek naszej drogi był spowodowany tym, że ze względu na porę dnia zrezygnowaliśmy z wejścia na Kopę i naszą typowo górską wyprawę postanowiliśmy zacząć od przełęczy Lubochniańskiej. Sama Lubochnia nie zrobiła na nas zbyt miłego wrażenia, jest ona podobna do wielu słowackich miasto-wioseczek, w jej centrum można spotkać sklep i bar (czasami są one nawet otwarte).
Czas wędrówki doliną Lubochniańską skracaliśmy sobie wyszukiwaniem w czasie marszu miejsc, którędy mogła biegnąć historyczna już dziś bo zlikwidowana w 1965 roku kolej do transportu drzewa. W końcu po ok. 45 minutach, dotarliśmy do miejsca skąd można zacząć podchodzić na przełęcz. Wreszcie zeszliśmy z asfaltu i mogliśmy zacząć naszą prawdziwą wyprawę.
Kierownik zawyrokował, że nastała chwila aby przypiąć narty!!!
Narty, czyli tzw. "białe szaleństwo" - muszę tutaj wyjaśnić o co tak dokładnie chodziło. Otóż Kierownik, mając już za sobą lata doświadczeń w pokonywaniu gór w warunkach zimowych, najwyraźniej doszedł do fundamentalnych wniosków, że chodzenie zimą bez nart jest bardzo nierozsądne i wręcz zakrawa na czysty masochizm. Zapytacie się dlaczego?
Po prostu łatwiej jest chodzić po śniegu niż kopać w nim głębokie korytarze, poza tym narty doskonale nadają się do wykonywania w terenie nachylonym efektownych zjazdów, które urozmaicają "szarą" wędrówkę. Wychodząc z tego założenia Kierownik postanowił zaopatrzyć się w takowy sprzęt. Jednak myli się ten kto uważa, iż jest to ten sam sprzęt, którym dysponują wszyscy narciarze; ten sprzęt, że tak powiem należy do sprzętów specjalnych!!! Specjalność tego sprzętu polega na tym, iż narty te wyposażone są w wiązania ski-tourowe, czyli z tzw. "ruchomą piętą", co pozwala na swobodne chodzenie na nartach. Gdyby tego było mało, są one jeszcze od spodu podklejone szorstkimi "fokami" (materiałem futerkowym) dzięki, którym narty uzyskują w kierunku wstecznym duży opór pozwalający na bezproblemowe wychodzenie nawet pod bardzo strome wzniesienia.
No tak. Kierownik wiadomo - człowiek "kasiasty" to go stać na taki sprzęt, ale co ja mam powiedzieć. Cóż, metodami chałupniczymi postanowiłem mu dorównać, kupiłem stare narty śladowe, do których zamocowałem wiązania od nart biegowych. Tak przygotowane narty podkleiłem "fokami". Sprzęt ten wyglądał kosmicznie, jednak miał jeden wielki słaby punkt, tzn. "buciki" do nart biegowych. Ciągle trapiło mnie pytanie jak można posuwać się w głębokim śniegu mając na nogach takie delikatne "łódki".
Nastała wreszcie chwila przypięcia nart i wkrótce zaczęliśmy się piąć stromo do góry, prosto na przełęcz. W normalnych warunkach stanęlibyśmy na przełęczy już po półgodzinie ale niestety już teraz mój sprzęt narciarski zaczął się "sypać". Jak się okazało, zwykłe zaciskowe wiązania do nart biegowych są może dobre w zwykłych warunkach ale kiedy ma się na plecach ponad 30-kilogramowy plecak, każde mocniejsze obciążenie takiej narty powoduje wypięcie wiązania i teraz dopiero zaczyna się problem: kiedy po wypięciu wiązania postawi się bucik na śniegu wszystkie jego dziurki w podeszwie, które zapewniają właściwe zapięcie wiązania zostają zapchane śniegiem. Jeśli dziurki są zapchane śniegiem nie da się zapiąć wiązania - no i kółko się zamyka. Czas mija a ja nic nie robię tylko próbuje zapiąć te wiązania...
Dość, biorę w końcu narty w garść i brodząc w śniegu po pas, mając na nogach buciki od biegówek, które do najcieplejszych nie należą, wychodzę na przełęcz, gdzie czeka na mnie Kierownik.
Z przełęczy Lubochniańskiej otwiera nam się szeroki widok na Małą Fatrę, której strzeliste, ośnieżone szczyty górują nad okolicznym krajobrazem; w dole widać kotlinę, wraz z leżącym w niej miastem Martin oraz zbiornik zaporowy z elektrownią wodną w Karpielanach.
Miejsce to na pewno należałoby do wyjątkowo pięknych, gdyby nie linie elektryczne z Karpielańskiej elektrowni, które właśnie wisiały nam nad głowami głuchym brzęczeniem przypominając nam o otaczającej nas cywilizacji.
Na przełęczy postanowiłem jeszcze raz założyć narty, jednak jak tylko zaczęliśmy podchodzić pod stromy Tlsty diel od razu mi się wypięły. Dalej więc ruszyłem na piechotę.
Wkrótce usłyszałem głos Kierownika, który podchodząc pierwszy zaważył wystający spod śniegu dach małego szałasu. Ze względu więc na dość późną porę (godz. 15.30) postanowiliśmy nie iść już dalej. Szybko zagospodarowaliśmy szałas i przystąpiliśmy do gotowania kolacji.
Myśleliśmy, że tego dnia nie zdarzy się już nic ciekawego, jednak stało się inaczej. O zmroku zobaczyliśmy wędrującego pod górę dziwnego turystę. To co nas najbardziej w nim zaskoczyło to jego ubiór: jeansowe spodnie, jesienna kurteczka, prymitywne traperki i malutki plecaczek. Taki ubiór zupełnie nie pasował do groźnego majestatu zimowych gór.
Brnął on naszym śladem i w efekcie stanął wkrótce u wejścia do szałasu.
Kiedy wszedł do środka przedstawił się jako czeski miłośnik gór z Ostrawy, który postanowił zwiedzić te góry aby zobaczyć na własne oczy jak wyglądają one zimą.
Wieczór minął nam na pogawędkach przy herbacie i kisielu. Ciekawostką jest to, że kisiel jest chyba typowo polską "potrawą" gdyż wielokrotnie spotykałem się z tym, że przedstawiciele innych narodowości nie byli go wstanie nawet przełknąć przez gardło - podobnie było i z naszym czeskim towarzyszem.
W nocy wychodząc na dwór doświadczyliśmy jeszcze jednego cudownego widoku, oto u dołu w ciemnościach słał się przed nami "kobierzec" świateł Martina natomiast wysoko na horyzoncie błyszczała jasno oświetlona wieża w Fatrze Luczanskiej.
Rankiem następnego dnia, razem z Kierownikiem wstaliśmy w dobrych humorach i szybko zaczęliśmy przygotowywać się do wymarszu. Nasz towarzysz Czech nie miał niestety tyle szczęścia: jak się okazało w czasie nocy zamarzły mu jego jeansowe spodnie oraz traperki. Teraz, trzymając je w śpiworze, próbował choć trochę doprowadzić je do stanu używalności.
Ja widząc, że byliśmy już pod szczytem Tlstego działu a nasza dalsza droga miała prowadzić po wyrównanym grzbiecie postanowiłem założyć ponownie na nogi buciki narciarskie i narty.
Ok. godz. 11.00 pożegnaliśmy naszego towarzysza (radząc mu jak najszybsze wycofanie się z tej okolicy) i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Biegła ona po wpół zalesionym grzbiecie wznosząc się to znów opadając (przeciętnie 50 m to w górę to w dół) otwierając przed nami widoki na strome, bezleśne zbocza schodzące do kotliny pod Magurą.
Po minięciu Magury grzbiet staje się lesisty. Tutaj to spotkaliśmy również zdatny do noclegu szałas, jednak na ze względu na zbyt wczesną porę dnia (była godz. 13.00) szliśmy dalej - uwaga: w tym miejscu znajduje się przy szlaku ostatnie miejsce gdzie można nabrać wodę, - (oczywiście w lecie) w dalszej wędrówce kolejne źródła wody (blisko szlaku) można znaleźć dopiero przy schronisku pod Borisovem - czyli o dwa dni drogi dalej.

Widok na pasmo Klaka i Mała Fatrę z Rakytowa. © St. Łukasik
Widok na pasmo Klaka i Mała Fatrę z Rakytowa. © St. Łukasik

W lesie prędkość naszej wędrówki wyraźnie spadła ze względu na konieczność zjazdów na nartach miedzy drzewami i tak ok. 15.00 dotarliśmy na przełęcz Przysłop gdzie postanowiliśmy przenocować.
Wykopaliśmy więc głęboką jamę w śniegu po czym ustawiliśmy w niej namiot. Dla osób mniej wtajemniczonych w sztuce nocowania w zimie pod namiotem powiem, że nie jest to wcale "wielkim ekstremalizmem". Tak się dziwnie składa, że kiedy na dworze jest mróz i wiatr, to namiot stanowi zupełnie cichą i przytulną kryjówkę. Namiot, który rozbijamy na śniegu powinien być oczywiście typu igloo. Tropik naciąga się mocując go za pomocą kijków narciarskich lub wiążąc do drzew. Podłogę namiotu wykłada się foliami NRC i ubraniami na których to rozwija się karimaty. Po wejściu do namiotu nagrzewa się jego wnętrze gotując na palniku gazowym herbatę i zupki chińskie. Po pewnym czasie temperatura w środku jest na tyle wysoka, że można siedzieć zupełnie rozebranym i nie odczuwa się zimna. Uwaga jednak - taka sielanka nie trwa długo, w nocy namiot wychładza się i podstawowym warunkiem doczekania do rana jako żywy jeszcze człowiek jest dobry śpiwór, który potrafi wytrzymywać ujemne temperatury. Ogólnie, podsumowując: jeśli masz dobry śpiwór to możesz bawić się w rzeczy typu spanie w zimie na dworze, czy w namiocie - ale nigdy nie jest to zdrowe dla człowieka, a już na pewno nie dla jego nerek.
My ten nocleg mieliśmy jeszcze podwójnie urozmaicony tzn. aż dwa razy wylała nam się woda z menażki w czasie gotowania. Jakie były skutki tych dwóch powodzi w naszym namiocie, wolę tutaj nie opisywać.
Kiedy na drugi dzień wykopałem się z namiotu już wiedziałem, że nie będzie to dobry dzień.
Tym, co mnie od razu zdenerwowało był wygląd moich narciarskich bucików, które w nocy zamarzły na kość i teraz nie było mowy o ich założeniu na nogi. Cóż, pozostało mi tylko zapomnieć o moich nartach i założyć na nogi zwykłe górskie trepy.
Rozpoczęliśmy żmudną i trudną wędrówkę pod Klaczyk, prysły raz na zawsze przyjemności wczorajszego śmigania na nartach, teraz pozostała już tylko szara rzeczywistość kopania tunelu śnieżnego. Godziny mijały jedna za drugą a my ciągle pozostawaliśmy w miejscu.
Choć udało nam się już pokonać sam Klaczyk, teraz rozpoczęła się walka o zdobycie najbardziej wyniosłej góry tego pasma czyli Klaka. Było to zadanie w warunkach zimowych niezmiernie wyczerpujące. Śnieg sięgał mi miejscami po szyję, zbocze było tak strome, iż nawet poruszanie na nartach było tu znacznie utrudnione. W końcu, po wielu godzinach zmagań, wczołgałem się na skalisty szczyt. Kierownik już tam na mnie czekał wertując książkę wejść szczytowych; jak się okazało, szczyt został zdobyty ostatnio przed dwoma dniami od strony południowej przez dwóch słowackich turystów. Pomimo tego wielkiego zmęczenia największą radość wywołał u nas wpis innego zdobywcy tej góry: "Riko a pes Kiko...",
Cóż więc będę tu wypisywał o trudnościach tej góry skoro nawet "pesy" tu wychodzą w warunkach zimowych.
Po zjedzeniu czekolady powoli zabieraliśmy się do rozpoczęcia kolejnego etapu naszej wędrówki. Teraz miało być znacznie łatwiej gdyż szlak od południa był już przetarty.
Tak ale najpierw trzeba było zejść z Klaka co, jak się okazało, nie było proste. Klak od południa przedstawia się jako skalista baszta, na którą zapewne w lecie łatwo się wychodzi natomiast zimą, kiedy nie wiadomo gdzie biegnie droga wejściowa jest to znacznie trudniejsze. Słowacy, którzy byli tu dwa dni wcześniej, wybrali wariant prowadzący stromym zboczem w sąsiedztwie drzew, wykorzystując je zapewne do asekuracji. My więc postanowiliśmy ruszyć tą samą drogą. Jaka była ona zdradliwa przekonałem się już za chwilę, kiedy to w czasie próby zejścia zamocowane przy plecaku narty zaczepiły się o gałęzie a ja zsunąłem się po stoku tracąc grunt pod nogami. Teraz wisiałem między niebem a ziemia, patrząc w dół i wyobrażając sobie jak to będzie gdy narty się odczepią a ja sturlam się po tym lesistym stromym zboczu odbijając się co jakiś czas od pni drzew. Uratował mnie oczywiście Kierownik, który pozbywszy się wcześniej własnego plecaka spuścił po zboczu odczepiając moje narty w taki sposób abym mógł swobodnie poruszając się po gałęziach i pniu drzewa zejść na dół.
Co do sposobu opuszczenia nart i plecaków można by wiele opowiadać, ale pozostawiam to już osobistej wyobraźni czytelnika.
Jedno jest faktem, że w końcu około godz. 15.30 stanęliśmy u na równym grzbiecie poniżej kopuły szczytowej Klaka. Ponieważ mieliśmy dobre humory, ruszyliśmy z olbrzymią prędkością po przetartym szlaku w stronę Jarabiny do której jednak tego dnia nie było nam dane dojść i musieliśmy zanocować w namiocie na przełęczy pod Jarabiną.
Ranek 31 grudnia był bardzo mroźny, mimo to wygrzebaliśmy się sprawnie z namiotu gdyż liczyliśmy się z tym, że mamy przed sobą długą drogę - celem dzisiejszej wędrówki miało być bowiem schronisko pod Borisovem.
Spokojny i łagodny grzbiet Jarabiny zdobyliśmy w ciągu godziny, dalsza droga stawała się jednak, szczególnie dla poruszającego się na nartach Kierownika, utrapieniem; grzbiet gwałtownie robi się wąski ze stromymi stokami spadającymi w obie strony, w dodatku jest on bardzo zarośnięty i często pozbawiony śniegu. W efekcie, Kierownik całkowicie musiał zrezygnować z nart i przypiąć je do plecaka. Jak niewygodne jest to rozwiązanie w takim terenie przekonaliśmy się szybko obydwaj. Wysokie, wystające z plecaka narty wielokrotnie zaczepiały się o drzewa i gęsto rosnące krzaki utrudniając przez to poruszanie się.

Widok na pasmo Klaka z  przełęczy pod Ploską. © M. Ronikier
Widok na pasmo Klaka z  przełęczy pod Ploską © M. Ronikier

Widoki otwierające się przed nami były naprawdę piękne: zza górującego na pierwszym planie Łyśca wyłaniały się kształty Czarnego Kamienia, Ploski i Borisova oraz grupy Kriżnej i Ostredoka. Po drugiej stronie doliny patrzył na nas monumentalny Rakytov. Szkoda, że długość naszej dzisiejszej drogi nie pozwoliła nam na delektowanie się tymi widokami... Około godz. 13.00, po ciężkim podejściu, stanęliśmy na skalistym wierzchołku Małego Łyśca. Teraz już tylko kilka godzin i będziemy na miejscu... Jednak właśnie w tej chwili dopadł nas kryzys. Pragnienie dawało się coraz bardziej we znaki, gdyż przez ostatnie dni piliśmy tylko 1 litr wody ze śniegu na głowę, a i zmęczenie oraz nie wyspanie zaczęło z nas powoli wychodzić.
U mnie punkt kulminacyjny nastąpił pod szczytem Stefanowej, kiedy po kolejnym zaczepieniu się nartami o drzewa powiedziałem "dość" i odpiąwszy narty wbiłem je do śniegu i tam pozostawiłem, jak dwa "nagie miecze" (marki PolSport). Dalej ruszyłem już bez tego przygnębiającego balastu. Teraz zaczęło się długie i nie kończące podchodzenie pod Javorinę. Cóż to za dziwna góra: ile razy myślałem, że to już szczyt, tyle razy za chwilę ukazywało się przed nami kolejne podejście. W końcu jesteśmy na jej szczycie, właśnie zapada zmrok, wokół zaczynają otaczać nas gęste mgły. Szybko zbiegamy na przełęcz... światła schroniska są tuż, tuż... jeszcze maksymalnie 30 minut drogi. Na przełęczy chwila odpoczynku w końcu Kierownik stwierdza: "Czas ruszać dalej!!!"

Podsumowanie:
Letnie czasy przejść:
  • Lubochniańska dolina - Przełęcz Lubochniańska - 45 minut
  • Przełęcz Lubochniańska - Tlsty Diel - 1 godz 15 minut
  • Tlsty Diel - Przełęcz Przysłop - 1 godz
  • Przełęcz Przysłop - 2 godz
  • Klak (1394m) - Jarabina (1314m) - 2 godz
  • Jarabina (1314m) - Mały Łysiec (1298m) - 1 godz 30 minut
  • Mały Łysiec (1298m) - Stefanowa (1305m) - 45 minut
  • Stefanowa (1305m) - Jaworzyna (1338m) - 1 godz
  • Jaworzyna (1338m) - Schronisko pod Borisovem - 30 minut
Łączna długość trasy: 10 godz 45 mniut

SŁoń