Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Cztery pory roku pod Alpspitze

Ilekroć jestem w Monachium, czyli przeciętnie 3-4 razy w roku, zawsze staram wyrwać się choć na jeden dzień w pobliskie góry. Tak też było na przełomie października i  listopada, a dokładnie w dzień Wszystkich Świętych, kiedy to postanowiłem wybrać się do Garmisch i powłóczyć się trochę w okolicy Alpspitze.
Ponieważ jeszcze dzień wcześniej w Monachium lało jak z  cebra, wszyscy znajomi przewidywali, iż moje przedsięwzięcie zakończy się fiaskiem. Ja jednak zaufałem alpinistycznej prognozie pogody ze strony www.alpenfuehrer.de (skądinąd bardzo użytecznej), zgodnie z którą w środę miało być bezchmurnie i dość ciepło.
Pobudka o  szóstej rano, aby zdążyć na pociąg do Garmisch o siódmej. Za oknem ciemno, ale na szczęście sucho. Ostatnie wątpliwości pryskają już na dworcu w  Monachium, wraz ze wschodem słońca - zapowiada sie wspaniały dzień. Im bliżej do celu, tym bardziej widoki z okien pociągu podtrzymują mnie w tym przekonaniu. Niebo bezchmurne, w słońcu połyskują znajomo ośnieżone szczyty: majestatyczne Zugspitze oraz Alpspitze o charakterystycznym kształcie grzebienia. Dwadzieścia po ósmej jestem już w GaPa. Tam przesiadka na kolejkę zebatą (Zugspitzbahn) i już po chwili jestem przy stacji początkowej kolei linowej na Osterfelder Kopf (Alpspitzbahn). Tu pierwsza niespodzianka; pani w kasie biletowej informuje mnie, że z powodu znacznych opadów śniegu zamknięte są wszystkie szlaki na Alpspitze oraz zejście do Höllental. Cóż, myślę, Niemcy to naród skłonny do przesady, więc właściwy przegląd sytuacji będę mieć dopiero na szczycie. W wagoniku jestem jedynym pasażerem, panowie z obsługi, w ilości sztuk dwóch (przynajmniej wiem za co zapłaciłem), przyglądają mi się z pewnym zdziwieniem. Jest dość chłodno, według stacji meteo na Zugspitze minus sześć stopni. A to dopiero zima! Śnieg leży gdzieś od wysokości 1500 metrów.
Po około dziesięciu minutach wagonik osiąga stację docelową. Na Osterfelder Kopf leży dziewiczy pokład kopnego śniegu o grubości około 30 centymetrów. Pierwszy raz w sezonie mam szanse założyć "śnieżynki" na kijki. Pro forma zdobywam właściwy szczyt (2050 metrów). Potem czas na ocenę dostępności szlaków. I tu niespodzianka: okazuje się, że po niemiecku pojęcie "zamknięty" obejmuje nie tylko dwujęzyczną tablicę, lecz także rozciągnietą w poprzek siatkę. Zresztą miejscami potworzyły sie spore zaspy, a ja jeszcze nie dorobiłem się ochraniaczy przeciwśnieżnych.

(c)S.Brużewicz

Widok z Osterfelder Kopf. Foto: Szymon Brużewicz

Alpspitze - tym razem niedostępna. Cóż począć z tak pięknie rozpoczętym dniem? Pozostaje tylko jedna droga (oczywiście wykluczam zjazd kolejką ze względów finansowych i  honorowych), a mianowicie, podchodzenie ile się da po poziomicy a potem stopniowe schodzenie do Garmisch. Tak też czynię.
Pierwszy odcinek trasy prowadzi do Hochalm, wysokiego na 1740 metrów szczytu ze schroniskiem. Pogoda jest naprawdę super, śnieg kopny i jeszcze przez nikogo nie zadeptany. Po drodze spotykam tylko jednego turystę. Już w  strefie kosówki decyduje się na postój i śniadanie.

Na zboczach Osterfelder Kopf. Foto: Szymon Brużewicz

Do Hochalm docieram po około godzinie. Teraz przede mną kolejny odcinek, do szczytu Kreuzeck, o  wysokooci 1650 metrów. Szlak wiedzie tu poprzez częściowo wybetonowaną nartostradę. Temperatura już zdążyła podnieść się powyżej zera, śnieg się topi. Przedwiośnie. Pojawiają się już większe grupy ludzi - wszak Kreuzeck to także stacja końcowa kolejki linowej z Garmisch. Po około dwudziestu minutach jestem u celu. Kreuzeck wygląda jak lokalna Gubałówka, mnóstwo ludzi opalających się gdzie się da i jak się da i generalnie roztopy. Czym prędzej porzucam. Nartostrada prowadzi mnie dalej na Kreuzjoch (1719 metrów). Wreszcie jest trochę podejścia i biedne kolana mogą doświadczyć innego rodzaju wysiłku. Aby osiągnąć szczyt porzucam na chwilę betonowy trakt i zagłębiam sie ścieżką w las. Tu oczywiście śniegu leży więcej i  jest nieco chłodniej. Po drodze mijam dwa schroniska: Kreuzalm i  Kreuzjochhaus. Ścieżka przeprowadza mnie przez szczyt i wkrótce znów jestem na nartostradzie. Teraz przede mną kolejny punkt docelowy - Hausberg (około 1300 metrów) ze schroniskiem Garmischer Haus. Na miejscu jestem około południa. Tu już prawdziwa wiosna, śniegu tylko nieliczne łaty, przeważa błoto i po raz pierwszy opuszczam zacisze polaru. Na samym szczycie Mekka dla narciarzy. Różnorodnych wyciągów nawet nie próbuję policzyć, ponadto restauacje, tarasy widokowe itp. No i oczywiście dociera tu kolej linowa z Garmisch. Jednak aktualnie dość sennie i pusto. A widok w istocie piękny, z lasu wyłaniają się majestatyczne szczyty Zugspitze i  Alpspitze oraz znacznie niższy ale bliżej położony Schwarzen Kopf.

Zugspitze i Schwarzen Kopf - widok z Hausberg. Foto: Szymon Brużewicz

Po kwadransie mijam kolejne schronisko, a dokładniej zajazd dla narciarzy - Bayrischer Haus. I znowu zagłębiam sie na moment w las, ponownie robi sie chłodniej i trzeba się ubierać. Ale tylko na krótko, bo już za chwilę jestem w uroczej słonecznej dolince z pięknym widokiem na znajdujący się po stronie austriackiej masyw Mieminger. Ponieważ jestem już dość blisko Garmisch, decyduję się na postój. Jest tak ciepło, że powracają wspomnienia z letniego pobytu w tej okolicy.

Alpspitze - widok z  Hausberg. Foto: Szymon Brużewicz

Dosyć lenistwa! Następny przystanek Partnachklamm - to już naprawdę blisko Garmisch. I znowu zmieniamy porę roku, lato zastępuje najodpowiedniejsza kalendarzowo jesień. Szlak sprowadza mnie w dół przez las, zasypany suchymi liśćmi. Koło drugiej po południu wychodzę na odkryty teren - to już Partnachklamm i oczywiście schronisko. Stąd wybetonowana droga prowadzi do Garmisch, według drogowskazu zejście zajmuje około półtorej godziny. Zresztą miasto wraz z jego słynnymi skoczniami jest już widoczne w dolinie. Przy pierwszej okazji opuszczam "autostradę" i znów zagłębiam się w jesienny las. Okazuje się, że trafiłem na skrót, ludzi coraz więcej, w tym spacerowicze z psami, i czuje się jak w osiedlowym parku. Jeszcze tylko chwila i już jestem na łąkach w dolinie. Znowu jest lato - musi być chyba przynajmniej ze dwadzieścia stopni. Ponieważ poza moją mapę wyszedłem już na wysokości Hausberg, muszę ustalić, w którym miejscu Garmisch wylądowałem. Okazuje się, że poszło całkiem nieźle, dojście do stacji kolejowej zajmuje mi tylko kwadrans. Krótkie oczekiwanie na powrotny pociąg, półtoragodzinna podróż i po siedemnastej jestem w Monachium. Oczywiście, każdy może powiedzieć, że chodzenie po górach powinno składać się głównie z podchodzenia. Ale z drugiej strony, jak często przeżywa się wszystkie cztery pory roku w jeden dzień? A sam szlak, oczywiście pokonywany w przeciwnym kierunku, stanowi doskonałą alternatywę dla kolejki linowej jako prolog kilkudniowych wycieczek górskich.

Szymon Brużewicz