Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             



Pierwszy na linie (2)

Roger Frison-Roche

(fragmenty - część druga)

We zbiorowej sali schroniska, oświetlanej przez dymiącą latarnię, trzy grupy alpinistów jadły kolację. Po leżących w kącie zupełnie mokrych i zesztywniałych linach można było domyślić się, że wrócili właśnie z długiej wyprawy lodowcowej. Ravanat z Pierrem przeszli przez izbę i w półmroku skierowali się do kuchni. Siedzący rozpoznali Rudego, znanego od La Bérarde do Cortina d'Ampezzo, i pozdrowili go przyjaźnie.
Kuchnię stanowiło obszerne ale niskie, kwadratowe pomieszczenie, w całości wyłożone drewnem; wąski otwór, z podwójnym oknem i ruchomym wywietrznikiem, pozwalał na wietrzenie bez zbytniego wyziębiania izby. W ramy okna, jakby przez fantazję jakiegoś malarza, wpisywały się turnie Aiguille Noire i Dames Anglaises; chociaż o tej godzinie w dolinach od dawna panowały ciemności, to szczyty były jeszcze lekko oświetlone delikatną, perłową poświatą muskającą granie i mieniącą się w festonach nawisów. Mimo, że pomieszczenie było starannie zamknięte, wiatr wdzierał się szparami ochładzając niepostrzeżenie wnętrze schroniska. Na zewnątrz, szyby zaczynał już zdobić szron.
Brocherel, opiekun schroniska, kręcił się przy piecu. Przy wspólnym stole jadło kilku przewodników i tragarzy, opowiadając sobie nieśmiertelne historie z wypraw. Był tu Cretton z Champex, Zermatten młodszy z Saas Fee, olbrzymi Carrel z Valtournanche i trójka z Chamonix: Joseph a Jozon, który tego dnia przetrawersował grań Rochefort, jego tragarz Camille Lourtier - młody i obiecujący chłopak - i Zian des Tignes, słynny jako wspinacz, który, po przejściu słynnej ściany Mer de Glace na Grépon zszedł tą samą drogą, biwakując ze swoim Anglikiem na Tour-Rouge, po czym jednym cięgiem podchodząc na Col du Géant. Kiedy Ravanat wszedł, gwar ucichł, przewodnicy przerwali posiłek. Rudy już wie, pomyśleli; znali jego hałaśliwy i wesoły sposób wchodzenia do schronisk po trasie. Dzisiaj Rudy nie żartował; wydawał się zatroskany, zamknięty i cichy.
Brocherel pierwszy przerwał milczenie.
- Znasz nowinę? - spytał po prostu.
- Kto to? - brutalnie spytał Ravanat.
Za nim, Pierre czekał, przybity; pomimo chłodu duże krople potu lśniły na jego spalonej słońcem i śniegiem twarzy. Przewodnicy patrzyli na niego współczująco, zanim odpowiedzieli.
- Jean... Tak, twój szwagier, jego ojciec - podjął Brocherel wskazując na Pierre'a, który w jednej chwili stał się bledszy niż śnieg. - Zginął od pioruna na Petit Dru, wiesz, zaraz powyżej małej, pionowej ścianki, prawie pod szczytem... (...) To się stało przedwczoraj, podczas burzy... Tragarz, chłopak od Clarisse des Bois, uratował klienta; biwakowali w kolebie Stratona i wczoraj rano byli już w Montenvers. O tej porze, wyprawa ratunkowa powinna już być w schronisku Charpoua. Tyle że nie wiadomo, czy dotrą, bo wszystko powyżej trzech tysięcy jest w śniegu i lodzie.

Aiguille de DruAiguille de Dru

Przewodnicy spuścili głowy, jakby przygnieceni ciężarem przeznaczenia. Pierre Servettaz wycofał się w najciemniejszy kąt kuchni, spuścił plecak na ziemię i - uświadamiając sobie wreszcie pełnię swojego nieszczęścia - zaczął płakać wielkimi łzami, nie próbując ich nawet wycierać. Ravanat zbliżył się do niego, jego wielka dłoń, tak mocna gdy trzeba było ściskać chwyty, drżała, gdy położył ją na ramieniu chłopaka... Nic nie mówił: wśród ludzi gór nie potrzeba było słów. (...) Pierre podniósł w końcu głowę; oczy miał zaczerwienione jakby długo wędrował po lodowcu bez ciemnych okularów. Stwierdził z dziwną dumą:
- Ojciec nie odpadł, wuju, słyszałeś... Zginął od pioruna.
- Tego mogłeś być pewien - stwierdził powoli, z chropowatym szwajcarsko-niemieckim akcentem Zermatten. - Servettaz nie był z tych, co puszczają chwyty.
Ten hołd wielkiego Zermattena trafił chłopakowi prosto do serca. Jego ojciec zginął jako przewodnik, w akcji, a tragarz uratował klienta. Pierre chętnie uściskałby tego Georgesa a la Clarisse, za to że sprowadził cało i zdrowo turystę, za którego wziął odpowiedzialność Jean Servettaz.

* * *

Wyruszając tego ranka na Dru, Servettaz ojciec miał przeczucie tego, co miało nastąpić; kiedy o trzeciej w nocy wychodził ze schroniska Charpoua, zauważył ciężkie błyski znaczące noc na zachodnim horyzoncie, ukazujące co jakiś czas ciemniejszą koronkę szczytów na tle nieba. Było ciepło, ślady kroków na śniegu przed schroniskiem były ledwie przymarznięte. Przewodnik pokręcił głową z niepokojem.
- Trzeba będzie się uwijać dzisiaj, jeżeli chcemy przejść drogę; jak z formą, Georges?
- Jakoś będzie, Jean, jakoś będzie! - odpowiedział tragarz zajęty zapalaniem latarni i zwijaniem liny. - Dosyć mnie przegoniłeś w tym sezonie. Cholera, nie było czasu odpocząć, nie było czasu się wyspać, tylko ze schroniska do schroniska... Może być? Pięć metrów między nami, na morenie, to wystarczy, a unikniemy zamoczenia liny... Oj tak, dałeś mi zobaczyć kawał kraju: Oberland, Valais, Oisans... Myślisz, że jedna świeczka wystarczy? Chyba starczy do Epaule du Dru zwłaszcza, że z tym gościem raczej nie będziemy się wlekli!
"Ten gość" to był klient: Bradford Warfield Junior z Oahamas, Nebraska, USA, wielki, prawie dwumetrowy drągal, chudy jak szczapa. Nigdy się nie odzywał i przemierzał Alpy z zegarkiem w ręku, zapisując w swoim notatniku zdobyte szczyty i rekordowe czasy. Dla przewodników w sumie doskonała gratka, ponieważ hojnie płacił i chętnie nawet podwajał stawkę za drogę. A poza tym, ze swoją manią rekordów nie był kłopotliwy: na obiad zawsze byli z powrotem w schronisku a tragarz nie musiał nosić nic poza tym co konieczne. Jego kolega z klubu, Douglas Willys Slane Sr, przekazał mu swojego przewodnika i tragarza na peronie dworca w Brigue, po powrocie z wycieczki w Oberland. (...) Warfield zdecydował się na Dru po spojrzeniu na spis opłat za drogi w Biurze Przewodników. To było wejście najdroższe, a więc - jak wywnioskował - musiało być też najtrudniejsze. Wówczas, w 1925 r., Dru były jeszcze uważane za najpoważniejszą z klasycznych wypraw. Oczywiście, dzisiejsi wspinacze z nowej szkoły często uśmiechają się z pobłażaniem, gdy o tym słyszą; jednak niesłusznie, ponieważ od czasu do czasu Dru się mści, pochłaniając życie jakiegoś wspinacza aby przypomnieć o tym, że jest wciąż tą samą wielką górą, na której zespół Charlet-Straton zdzierali sobie pazury przez całe lata, zanim zdołali znaleźć możliwą drogę wejścia.
Trzej alpiniści weszli na morenę, która zatracała się w amfiteatrze skał, ledwo wyodrębniających się na tle rozgwieżdżonego nieba. Po prawej lśnił lodowiec Charpoua; błękitne wargi jego szczelin uśmiechały się w mroku nocy.
Georges a la Clarisse miał rację: z takim klientem nie było mowy o wleczeniu się. Ledwo osiągnęli szczyt buli, w miejscu, gdzie schodzi się do górnej niecki lodowca aby dotrzeć pod ścianę Petit-Dru, ten już zaczął się domagać:
- Szybciej, szybciej.
- Niech Pan podchodzi spokojnie, mamy czas; niedługo będzie widno.
Faktycznie, Amerykanin był dobrym piechurem i mógł utrzymać szybkie tempo. Ten nocny początek wspinaczki szedł sprawnie. Jean znał na pamięć kominy Dru; wspinał się bez przerw, z latarnią w dłoni, biorąc ją w zęby gdy stromizna miejsca zmuszała do używania obydwu rąk. Aby zyskać na czasie, jako drugiego na linie wyznaczył Georges'a. Przewodnik szedł z przodu, milczący, zdecydowany, pewny siebie, nie martwiąc się o pozostałą dwójkę, przechodząc kolejne trudne miejsca, czasami pomagając drugiemu krótkim pociągnięciem liny. Ledwo Georges docierał na jakąś półkę, Jean atakował następny wyciąg; tragarz podziwiał technikę i zręczność kolegi który wydawał się wręcz bawić trudnościami. Widząc jak się wspina, wszystko wydawało się łatwe; potem przychodziło zdziwienie, gdy te same miejsca sprawiały czlowiekowi tyle kłopotu!
Amerykanin był świetnym wspinaczem i szedł bez trudu, asekurowany przez tragarza. Tworzyli faktycznie bardzo jednolity zespół, w którym każdy był na swoim miejscu i wiedział, czego pozostali od niego oczekują. (...) Trzej wspinacze byli tak zaabsorbowani wspinaczką, że stracili poczucie czasu. Gdy dotarli do Epaule du Dru, zaczynało świtać. Tutaj zaczyna się prawdziwa walka z górą. Jean Servettaz, rozcierając dłonie, badał wzrokiem wysoką ścianę, w którą za chwilę mieli wejść.
W tym miejscu ściana zdaje się, wskutek perspektywy, przewracać, strzępić i, wspierając się na olbrzymich podstawach, wystrzelać ku niebu jakby w poszukiwaniu tajemnicy zaświatów. Wspinacz czuje się tu miniaturowy, drobny, przytłoczony całkowicie nieludzkim ogromem góry. Jeżeli zbliży się ryzykowną półką skalną do przerażającej przepaści Nant-Blanc to czuje, choćby był świetnie zahartowany, upiorne wrażenie próżni bez dna, wrażenie bardziej oszałamiające niż zawrót głowy; gdyby spadł, jego rozpostarte w powietrzu ciało nie odbiłoby się ani razu aż do ziejącej szczeliny brzeżnej oddzielającej skałę od skłębionego lodowca. Na ostrej jak piła grani wznoszą się dziwaczne, powykrzywiane iglice, zastygłe jakby w rozpaczliwym błaganiu. O wschodzie i zachodzie słońca płoną i trzaskają, różowe o poranku, purpurowe o zmierzchu; tutejsi nazywają je Flammes de Pierre - Kamienne Płomienie.
Alpiniści wspinali się obojętni na majestat miejsca i grozę przepaści. Na każdym stanowisku Servettaz spoglądał na wschód; słońce było jeszcze schowane za niedaleką Aiguille Verte, ale niepokojąca czerwień zaczęła rozciągać się po niebie, okrywając aureolą jej lodową kopułę. Pomiędzy 4 a 5 000 metrów ciągnęły się długie, purpurowe pasma. Po niebie płynęły z zachodu na wschód lekkie, strzępiaste obłoczki, popychane podmuchem, który nie docierał jeszcze w niższe rejony; rozpływały się nagle, jak gdyby nigdy nie istniały.
- Niedobrze, niedobrze - mruczał Servettaz. - Poranne pasma przynoszą deszcz. To stare tutejsze przysłowie, panie Warfield. Kiedy o wschodzie pojawiają się te długie, czerwone pasma, to oznacza deszcz po południu. Nie zwlekajmy!
W tej nie kończącej się wspinaczce przeplatały się kolejne kominy i rysy. Wspinacze, pokonując największe trudności, osiągnęli tzw. Rysę Haka (Fissure du Piton), wznoszącą się na jakieś 20 metrów pomiędzy dwoma płytami granitu. Wspinaczkę ułatwia tu stary, zardzewiały hak, wbity jeszcze przez jakiegoś alpinistę z dawnej, heroicznej epoki. Powyżej ciągnie się Vire aux Cristaux - biała, lśniąca od kwarcu wstęga w ścianie czerwonego granitu. (...)
Warfield zadowalał się całkowicie wspinaczką w ciszy, rozkoszując się ze zwierzęcą radością tą powietrzną gimnastyką, którą od czasu do czasu określał jako exciting! very exciting!, i całkowicie powierzając się swoim przewodnikom.
Servettaz, korzystając z chwili, gdy pozostał na platformie sam z tragarzem (są rzeczy, których nie należy ujawniać klientowi), zwrócił jego uwagę na ryzyko:
- Zauważyłeś poranne pasma, Georges? Nie... a widzisz! Trzeba było zwrócić na nie uwagę, pogoda się psuje: niedawno pasma, a teraz na Mont-Blanc wchodzi "osioł". Popatrz!
Czapa chmur, pędzonych przez zachodni wiatr, otuliła majestatyczny szczyt i rozciągała się z każdą minutą opanowując grań Bosses i Mont-Maudit, potem zaczęła powoli wpływać na Dôme du Gouter. Przewodnicy dobrze znali tę samotną chmurę; w tych stronach nazywano ją "osłem", ze względu na jej dziwaczny kształt. Oznacza ona rychłe nadejście niepogody.
- Chodźmy dalej! - stwierdził Servettaz. - póki Verte nie założy swojej czapy nic nie ryzykujemy. Ale trzeba będzie uważać, jeżeli się zakryje, będzie niedobrze!
Podjęli dalszą wspinaczkę, bez przerwy i odpoczynku (...).
Wspinacze zbliżali się do szczytu; nachylenie ściany zaczęło się zmniejszać, jej profil stał się wypukły. Pokonali już największe zerwy, teraz rozciągały się serie szerokich tarasów i niewielkich pionowych progów - ostatnie bariery przed wierzchołkiem. Kiedy dotarli do stóp małej, pionowej ścianki, Aiguille Verte zakryła się, jak się to mówi: włożyła swoją czapę. Ciężka chmura okryła jej szczyt; spływając cicho po zboczach góry dotknęła wkrótce wierzchołków iglic Croux i Petitgax, samotnych wzniesień grani zachodniej, powyżej Col des Drus. Schodziła nieuchronnie, zasłaniając urwiste kuluary, które zdawały się uciekać rozpaczliwie w dół, aż do lodowca. (...) Servettaz obserwował uważnie tę milczącą walkę chmur, wiatru, nieba i gór. Nie miał już wątpliwości.
- Odwrót! - powiedział. - Mamy akurat tyle czasu, żeby uciec. Za dwie godziny burza będzie tutaj; już się zbiera ze wszystkich stron, trzeba schodzić póki jeszcze możemy.
- Czy nie jesteśmy już całkiem blisko wierzchołka, Jean? - zdziwił się Warfield.
- Niecałą godzinę, proszę pana. I przeszliśmy już wszystkie trudności. Ale godzina plus godzina, to daje dwie - a za dwie godziny trzeba być poniżej przewieszek, niech mi pan wierzy.
Warfield nie dawał się przekonać, nalegał.
- Chcę iść dalej - stwierdził z oschłością w głosie - płacę, żeby wejść na szczyt.
- Zgadza się, pan płaci, panie Warfield - niecierpliwił się Servettaz - ale ja odpowiadam za to, żeby pan wrócił; niech pan mi wierzy, mam dość doświadczenia żeby stwierdzić, kiedy naprawdę trzeba się wycofać. Trudności są przebyte, droga właściwie zrobiona, honor uratowany, po co się upierać?
Warfield upierał się jednak coraz bardziej.
- Wchodziłem już na trudniejsze szczyty, przewodniku - (w swoim uporze już nie nazywał go po imieniu, dając odczuć, że płacił, aby przewodnik był na jego usługi) - Robiłem cięższe drogi i burze już mnie łapały, ale zawsze wchodziłem na szczyt. Czyżby przewodnicy w Chamonix byli mniej...
- Wystarczy! - ostro przerwał przewodnik - chce pan iść, to pójdziemy. Zrzekam się odpowiedzialności. Nikt mnie jeszcze nigdy nie posądził o tchórzostwo.
- Nie to miałem na myśli - przyznał Warfield czując, że posunął się za daleko - ale niebezpieczeństwo nie jest tak blisko, możemy jeszcze podejść.
- Właśnie, idziemy - ryknął Servettaz przekrzykując wiatr - i przysięgam panu, że wejdziemy na szczyt. Georges, w drogę! Nie traćmy czasu, mam wrażenie że będzie trochę roboty... Masz rękawice? Włóż do kieszeni...
Wspinali się pośpiesznie wśród potrzaskanych skał wierzchołka gdy, nagle, otoczyły ich mgły. W tej samej chwili zagrzmiało, gdzieś od strony Dent du Géant.
- Szybciej, Georges, szybciej! Niech gość wypluje flaki, trudno!
Warfield tymczasem wspinał się beztrosko, myśląc tylko o jednym - o zdobyciu szczytu.
Zgadli, że wspinaczka się skończyła, gdy potężny podmuch wiatru powalił ich na szczytowe rumowisko. Potem spokój powrócił, a wraz z nim zupełna cisza; we mgle dostrzegli nachylający się nad nimi ludzki kształt o zamazanych konturach. Dziwna sylwetka płonęła łagodnie; lekkie, niebieskawe płomyki przebiegały po niej we wszystkich kierunkach, to znikając to pojawiając się. Głowę postaci otaczała jakby ognista aureola na szarym tle.
- Piorun jest na Matce Boskiej! - wyszeptał Georges. Fantasmagoryczna wizja, spotęgowana jeszcze przez szary ekran mgły, malała w miarę, jak alpiniści się zbliżali. Gdy podeszli całkiem blisko, przybrała swoje normalne rozmiary: nie było już nic poza niewielką figurą Madonny, z lekkiego metalu, przytwierdzoną na swoim granitowym wierzchołku ponad trzy tysiące siedemset metrów nad równinami, podziurawioną i zniekształconą przez pioruny. Na jej sukni wciąż pełzały małe, niebieskie płomyki i cała figura, naładowana elektrycznością, trzeszczała bez przerwy. (...) Za chwilę Dru będzie w epicentrum walk żywiołów. Dziwne odgłosy wypełniły powietrze; docierały do uszu wspinaczy jak brzęczenie, a w tym samym momencie wydawało im się, że jakaś niewidzialna ręka ciągnie ich za włosy.
- Słyszysz, Georges? Pszczoły... słyszysz, pszczoły brzęczą! Szybko! Ruszajmy! Piorun jest nad nami. (...)
Trzej mężczyźni rzucili się ku przepaści, z której niedawno wyszli, zbiegając szaleńczo po ogromnych blokach skalnych; gdy byli już troche poniżej szczytu, Jean wepchnął swoich towarzyszy pod osłonę przewieszki. Był najwyższy czas: z gigantycznym łoskotem piorun walnął w szczyt, dopiero co przez nich opuszczony. Wydawało się, że góra zaczęła się chwiać w posadach, że rozpadła się jak pod potężnym ciosem tarana. Grzmot przewalał się długo, odbijając się echem od ścian. Później nastała cisza, jeszcze bardziej niepokojąca niż niedawny huk. (...)
- Tym razem się udało. Uciekajmy! Robi się niebezpiecznie... Georges, przejdź do przodu! Będziesz zakładał zjazdy. Pan, panie Warfield, niech pan się stara schodzić tak samo sprawnie jak wchodził pan do góry. Może uda się zejść do doliny. Może, bo na razie to tylko początek!
Kolejny grzmot znów wyprowadził niewidzialną artylerię.
- Rąbnęło w Sans-Nom - stwierdził Georges wyjmując z plecaka linę zjazdową.
- Byle tylko zaczął sypać śnieg! - powiedział przewodnik - Już wolałbym to niż pioruny. (...)
Schodzili szaleńczo w mlecznym półmroku mgły, powtarzając niezmordowanie te same manewry: zwinąć linę, założyć zjazd, rzucić linę, ściągnąć... wyszukując właściwą drogę, rozpoznając ją po najmniejszych szczegółach: jakaś platforma, jakiś zardzewiały hak w szczelinie, postrzępiony kawałek liny, już całkiem zesztywniały od szronu. Spokój powrócił; rzadkie słowa, jakie wymieniali między sobą, wzmocnione przez mgłę, sprawiały wrażenie jakby płynęły z głośnika. Jeszcze dwie, trzy długości liny dzieliły ich od największych trudności; już tu platformy skalne zaczynały się zmniejszać, często trzeba było prześlizgiwać się z jednej na drugą ryzykownymi trawersami. Kiedy dotarli do ośmio- dziesięciometrowej pionowej ścianki, powietrze zadrżało lekko, jakby przepłynął przez nie prąd; wibracje zaczęły się wzmagać, i znów pojawiło się brzęczenie roju pszczół. Słysząc po raz drugi śmiertelny odgłos, przewodnicy pobledli. Ten dźwięk przynosił znów wyraźny znak niezwykłego natężenia elektryczności. Mgła, góra, oni sami, wszystko było do tego stopnia nasycone prądem, że wyładowanie pioruna było nieuniknione.
- Szybko, szybko! - ryknął Servettaz - Georges, rzucaj linę! Zjeżdżaj! Panie Warfield, niech pan nie czeka, proszę chwytać linę i skakać. Pospieszcie się! Już czuję wyładowania. Ruszajcie się do cholery!

© M. Ronikier
© M. Ronikier

Warfield bardziej poleciał niż ześlizgnął się na niższą platformę, gdzie czekał na niego tragarz. Ponad ich głowami, lina niknęła we mgle. Oczekiwali zjazdu przewodnika, gdy nagle oślepił ich niesamowity blask. Jakaś nieznana siła podniosła ich z ziemi i rzuciła ciężko na granitową płytę, gdzie osunęli się jak bezwładne kukły. Nikt nie usłyszał już przerażającego huku, który towarzyszył wyładowaniu elektrycznemu, ani głuchych pomruków echa w kuluarach.
Kiedy oszołomieni i ogłupiali odzyskali przytomność, śnieg padał równo, pokrywając skały i wypełniając szczeliny. Płatki topiły się na ich ziemistych twarzach; ten chłód otrzeźwiał ich powoli. Georges zaczął szukać swojego towarzysza. Lina zjazdowa zwisała wciąż wzdłuż ściany; tragarz podniósł się, chwycił ją i zaczął potrząsać krzycząc:
- Jean, Jean! Odpowiedz! Coś ci się stało?... - Zawodzenie wiatru było jedyną odpowiedzią. - Klient w porządku... - krzyknął jeszcze, jakby ten fakt miał skłonić Servettaza do odpowiedzi.
"Trzeba będzie podejść", pomyślał, "musiał doznać wstrząsu". Odwiązał się z trudem, bo lina była już mokra. Upewnił się kilkoma szarpnięciami, że zjazd trzymał dobrze, po czym wspiął się po linie, stawiając stopy płasko na gładkiej ścianie i zaznaczając swoje wysiłki głuchymi stęknięciami. Gdy jego głowa znalazła się na poziomie górnej platformy, odruchowo cofnął się, ledwo utrzymując równowagę. Bolesny okrzyk zamarł mu na wargach i pozostał tak, uczepiony liny, zmartwiały, nie czując się na siłach żeby pokonać ostatni metr. Mokra lina przesuwała się powoli między jego zdrętwiałymi palcami. Zareagował wreszcie, i stając końcem buta na stopieńku zdołał rzucić się na małą półkę, na której Jean Servettaz, członek Kompanii Przewodników z Chamonix, zakończył na zawsze swoją karierę.
Przewodnik został porażony piorunem w momencie, gdy miał właśnie rozpocząć zjazd. Zginął stojąc, z prawą ręką wzniesioną i trzymającą chwyt a lewą opuszczoną wzdłuż ciała, szukającą liny, z twarzą zwróconą lekko w dół. Cała jego postawa wyrażała jeszcze ruch, życie. Miało się wrażenie, że wciąż się wspina, doglądając swojego zespołu. Palce prawej ręki były zaciśnięte na skale; prąd przeniknął przez nadgarstek, gdzie pozostawił małą, ciemną plamkę, a wyszedł lewą stopą, na której but był w połowie zwęglony. Ciało było nienaruszone, zesztywniałe w postawie dobrze znanej każdemu wspinaczowi. Tylko oczy stały się dziwnie szkliste; Georgesa przeraziła ich martwota, nieruchomość. Zbliżył się do trupa wzywając go żałośnie:
- Jean! To niemożliwe, przejść wspólnie tyle wypraw... i tak mnie zostawić, to nieprawda, powiedz! Odpowiedz...
Tragarz wstrząsał nieruchomą, oszronioną postać, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Wiatr poruszał końcami czerwonej apaszki, którą Servettaz miał zawiązaną na szyi, co nadawało zmarłemu trudne do opisania wrażenie życia, dynamiki... (cdn.)

tłumaczył: Michał Ronikier