Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Jeden dzień przy Morskim Oku

Lat kilkanaście temu Tatry w zimie nie istniały jeszcze dla świata. Nie były nawet mitem, legendą, rozpłomieniającą swoją tajemniczością wyobraźnię ludzi żywszego temperamentu; nie były bajką, opowiadaną w półcieniu chaty góralskiej przy akompaniamencie zadymki grudniowej; nie były też rzeczą realną. Nie istniały po prostu. Uważano za rzecz zupełnie naturalną, że w grudniu - a niekiedy i wcześniej - Tatry pokrywają się śnieżną powłoką na długie sześć miesięcy i że iść w góry wtedy nie można. a jeśli nie można - to próżno rozmyślać nad tym, co się tam, pośród wierchów opancerzonych lodową i śnieżną zbroją, dzieje - w ogóle nawet, czy się dzieje cokolwiek.
I tak Tatry wieki przetrwały, niesłychanie rzadko goszcząc w zimie u siebie człowieka: kilku ludzi na Hali Gąsienicowej, kilku na Zawracie w drodze do Morskiego Oka, kilku na Polskim Grzebieniu... może gdzie jeszcze w jakiej dolinie.
Kilkanaście lat temu wyruszyły w góry przednie straże zimowej turystyki, a potem rozpoczął się szturm generalny do lodowego tatrzańskiego zamczyska. Wśród trudów wielkich i niebezpieczeństw, o których letnia turystyka daje tylko słabe pojęcie, zdobyto już wszystkie niemal okoliczne i dalsze, z rdzennego grzbietu Tatr, szczyty, niemało też przełęczy i szczytów po stronie słowackiej. Podczas dokonywania owego zaboru, które, nawiasem mówiąc, odbywało się i odbywa dotychczas siłami nielicznego zastępu jednostek, wydarto Tatrom wiele głębokich tajemnic ich snu zimowego.
Nie mam na myśli w krótkim opisie jednego dnia wiosennego pokusić się o odsłonięcie rąbka tych tajemnic; by skarby lodowego pałacu ukazać w całym przepychu, nie rozporządzam ani miejscem, ani czasem, ani siłami po temu, albowiem są to rzeczy ze względu na swą olśniewającą cudowność niejako transcendentalne; w każdym razie nie dają się ująć w karby słowa czy pędzla. Chyba dźwięki tylko zdolne są oddać całe bogactwo treści Tatr w zimie.
Niech więc cisza bezbrzeżna roztacza się nad strojnymi w girlandy lodowe turniami; niechaj wśród onej ciszy dzwonią w żlebach śnieżne kruszyny, odpadłe z grani pod działaniem słonecznych promieni; niechaj szumi popiół śnieżny, przesypujący się w granitowych łożyskach na podobieństwo piasku w klepsydrze; niechaj się skarżą siklawy, więzione w trumnach lodowych, śmigają skały bez dźwięku jak duchy mknące przez śnieżne pola, i burze zimowe wstrząsają Tatr posadami - królestwo to wielkie, świat jest to cały. Wszakże słowa o nim nie rzeknę.
Opowiem tylko, com widział pewnego dnia wiosennego.
Poprzedził ten dzień tydzień niepogody: śnieg padał i przestawał, znowu padał, sypał i dosypywał. Chmury zasłaniały widnokrąg. Po południu, w wigilię dnia, o którym piszę, ukazały się Tatry w słońcu: przepyszne, lśniące - białe, bielutkie - potężne brzemieniem śniegu, który na sobie dźwigały.

Mięguszowieckie Szczyty w zimie, widziane od północy. Pierwszy z lewej: Mięguszowiecki Szczyt nad Czarnym. Fot. T i S. Zwolińscy

Aż oto nastąpił dzień 11 maja 1909. Spałem snem taternika w schronisku Tow. Tatrzańskiego przy Morskim Oku, gdy nagle zbudzony zostałem grzmotem podobnym do huku piorunu lub trzęsienia ziemi. Zerwałem się na równe nogi - mój towarzysz uczynił to samo - i skoczyłem do okna. z Turni Mięguszowieckich sunęła śnieżna lawina - ogromna, ciężka, sczerniała - na kształt obrzydliwego potwora-polipa pełzła ku jezioru, poruszając mackami i rozpierając się coraz bardziej. Do samej wody - raczej do krawędzi lodu na jeziorze - doczołgała się z trudem... - jeszcze raz, drugi poruszyła mackami - ogromnymi bryłami śniegu - i stanęła. Była godzina 61/2 rano. Dzień zapowiadał się cichy i parny. Góry do połowy zakryte były chmurami.
Nie napatrzyłem się jeszcze dość na martwego potwora, gdy z innego żlebu gruchnęła druga lawina: ta raźno mknęła do jeziora, roztaczając po bokach długie ramiona, które jak węże wiły się wśród nierówności śnieżnego terenu, szukając dróg najdogodniejszych. Ubrałem się co żywo i w kilka chwil już byłem na dachu schroniska. Grzmot lawin w chmurach powtarzał się coraz częściej. Oto tam z krzesanej turni siklawa śnieżna skoczyła w powietrze... chwila ciszy - kłąb tumanu śnieżnego - i głuchy, niski tonem huk wstrząsa powietrzem, potęgując się i słabnąc co chwila. Umilkł. Tam w górze coś śmiga, coś leci, wije się wśród skał i turniczek z zawrotną szybkością - znikło na chwilę w czeluści żlebu - i znowu huk, i szum wezbranego śnieżnego potoku. Oto dwa strumienie złączyły się w jeden - lecą, prą na dół z nieubłaganiem jakiejś siły fatalnej: widać, widać ten potok wezbrany, ciemną wstęgą śnieżnych brył pokruszonych odcinający się od tła najbielszego; wściekły, wartki, jak lot huraganu, miota się w łożysku żlebu, zębami głazy z turni odrywa, z szaleństwem o granit się tłucze...
Nad nim biała chmura pyłu śnieżnego olbrzymim skrzydłem przecina powietrze, uczepiwszy się głowy potwora. Skuliła się cała, skupiła się w sobie, wydłużając się jeno w kierunku biegu.
Lecą - potwór-potok, a nad nim chmura biała!
Wszakże tam, niżej, cóż kłębi się znowu? Coś rośnie, garbi się, olbrzymieje, z głębi żlebu innego miota śnieżną wichurą... Mknie na dół lotem błyskawicy; na przełaj zabiega drogę tamtemu...
To drugi potok-lawina, zwierz rozjuszony z białą grzywą obłoku śnieżnego.
Lecą ku sobie straszne, zawzięte, potężne mocą zjawisk katastrofalnych...
Zwarły się!
Na mgnienie oka jakby stanęły oszołomione nagłym spotkaniem.
I rzuciły się na siebie... Wulkan śniegu buchnął pod niebo. Zawirowało, zakotłowało się w głębi ogromnego żlebiska, i cała ta śnieżna Niagara zwaliła się w przepaść...

W ogromnej ciszy mgnień kilka przeszło.
Po czym straszliwy ryk jakiegoś legendarnego potwora rozdarł powietrze.
Ziemia drżała, drżało schronisko, na którego wierzchołku się znajdowałem, powietrze biło dotykalnymi falami po twarzy.
U spodu turni wachlarzem rozpełzał się polip olbrzymi w agonii, wywijając długimi ramiony...
Wciąż jeszcze huczała lawina, bo żleby nie mogły od razu całej masy śniegu wyrzucić, aliści zanim śniego-spady umilkły - już dwie inne lawiny ruszyły spod chmur na Morskie Oko. Dwie, trzy, cztery, sześć lawin naraz waliło różnymi żlebami...
Rozpętał się żywioł śnieżny.
Grom w górach nie ustawał na chwilę; szumiały rzeki śniegowe, płynąc dnem Mięguszowieckich parowów; trzaskały z turni siklawy, ryczały śniegospady potężne...

Z początku zacząłem liczyć lawiny... Na próżno... Zgubiłem rachubę od razu. Wyjąłem tedy zegarek i starałem się średni odstęp czasu zauważyć. Odstęp ten pomiędzy jedną lawiną a drugą przeciętnie wynosił 15 sekund.
Tak szły lawiny od godziny 8 rano do l po południu. Przed 8 również były mniejsze.
Biorąc powyższą przeciętną, otrzymamy bezprzykładną liczbę 1200 lawin, spadłych pomiędzy godziną 8 a 1. Wszakże liczba ta bynajmniej nie jest przesadna; a jeśli dla uniknięcia pomyłki liczbę tę przepołowimy - będziemy mieli najmniej 600 - wyraźnie: sześćset - wielkich lawin, widzianych przeze mnie z prowizorycznego obserwatorium. Bo spadło ich więcej, nie wszystkie jednak były dostępne dla oka.
Dnia tego (W przededniu szły z Żabiego i Niżnich Rysów. Spadło ich wtedy około 50. Widziałem wszystkie.) lawiny szły przeważnie z Turni Mięguszowieckich czterema potężnymi żlebami, które raczej stromymi dolinami nazwać by należało - tak są rozległe i wielkie. Dwa spod szczytu głównego spadają ku Morskiemu Oku, drugie dwa spod Czarnego Mięguszowieckiego biegną ku Stawowi Czarnemu, urywając się nad jeziorem paręset metrów liczącymi pionowymi ścianami. z tych to ścian rzucały się w przepaść wspaniałe śniegospady, śmigały w powietrzu rakiety śnieżne, waliły w lód potężne maczugi.
Całe piekło śnieżne rozwarło się było tam, nad Czarnym Stawem!
Na Morskie Oko szły największe lawiny. Niektóre z nich biegły żlebem spod Cubryny, tym ostrym i szerokim żlebem, nad którym straż trzyma Mnich - odwieczny samotnik. Trzy największe do dziś tkwią mi żywo w pamięci - tak kolosalnych dosięgły rozmiarów.
Szła, raczej mknęła tym żlebem spod szczytu Cubryny lawina. Rosła, wzbierała, nakryła się białym obłokiem i w pędzie szalonym przebiegała u podnóża Mnicha. Rozparła się, o ściany żlebu waliła, buchała śniegiem do góry. Znad białej chmury pyłu tylko ostry wierzchołek Mnicha wystawał - reszta zasłonięta była kłębami huraganu śnieżnego!...
Niechaj obraz ten będzie miarą gigantyczności zjawisk, których widownią były wówczas Tatry.
Bardzo wiele przedtem i potem widziałem lawin tatrzańskich - spadłych i spadających, zimowych i wiosennych, z daleka i z bliska - wszakże wyznać muszę, iż podobnej orgii śnieżnej nie byłem nigdy świadkiem.
Dzień, jak wspomniałem, był ciepły, temperatura +4°C, chwilami mżył deszczyk zmieszany ze śniegiem po szczytach gęste chmury pełzały. Tam wysoko nad nimi było gdzieś słońce. i rzecz dziwna, jak śnieg wyczuwa promieniowanie słońca - nawet przez tak grubą powłokę pary wodnej, jaka była dnia tego; do południa - do godz. l, gdy słońce było po stronie Żabiego, lawiny spadały wyłącznie z Turni Mięguszowieckich i z Miedzianego, po l - ruszyły z Żabiego i Niżnich Rysów; na Mięguszowieckich umilkły.
Wśród huku lawin, walących się z turni, stado kozic krążyło po morenie Stawu Czarnego. Mądre zwierzęta, znając teren, wiedziały, gdzie szukać bezpiecznego schronienia.
Kiedy kanonada pod wieczór ucichła, nałożyłem narty i udałem się do Czarnego Stawu obejrzeć pobojowisko. Przechodziłem przez zwały lawin, które idąc z Żabiego, dosięgły samego jeziora. Metrowej średnicy bryły śniegu - twarde jak głazy - tu i tam leżały na lodzie. Lewy brzeg potoku, po którym letnia ścieżka idzie, nie wydał mi się bezpieczny; więc mniej wygodnym, prawym brzegiem dostałem się na morenę. Było jednak już ciemno i niewiele widziałem: cielska martwych lawin pokotem leżące wszędzie na brzegach jeziora. Lód potrzaskany.
Ostrożność moja w wyborze drogi, jak się okazało, nie była zbyteczna, następnego dnia bowiem z lewego brzegu potoku bez żadnego zewnętrznego impulsu poszła lawina.
A kiedy na drugi dzień sankami wracaliśmy do Zakopanego i mijali koszary żandarmerii (Obecnie nie istniejące. Zniosła je w parę lat potem lawina, spadająca z Miedzianego), nad nami huczał znowu śniegospad walący się z Miedzianego...
Były to jednak resztki całego morza śniegu, które poprzedniego dnia z gór spadło w dolin