Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Na nartach na Bystrą

(Fantazja rzeczywista)
Pierwsze wejście na nartach

Od zachodu idą chmury na Tatry. Wysokim wałem wzniosły się nad Osobitą, rozpostarły strzępiaste swe skrzydła od Babiej Góry po Krywań, po mocną piramidę Szczyrbskiego Szczytu. Jak stada gęsi wędrownych po reglach się snują, zagarniają w ćmę nieprzejrzaną siwe turniczki, brzeżki zielone, nakrapiane ceglastymi plamami buków, z których wiatr jeszcze liści nie zerwał; pełzną żlebiskami do góry na wierchy senne, patrzące ze zdumieniem na zastępy wroga; zimnym deszczem sieką ściany krzesanic - śnieżkiem białym prószą po zagonach tatrzańskich, pooranych pługami spadających głazów...
Hej, ku pomocy im przyleciały wichry szalone, co dotąd gdzieś gazdowały na szerokim świecie, słoną wodę morza pijąc a rozgrzebując arabskie pustynie. w cwał się porwały z grani Salatyńskich Wierchów na Rohacką Dolinę, w bezbrzeżnej ciszy dumającą sen swój odwieczny; zagwizdały w pokręconych splotach kosodrzewiny, do dna skłębiły toń Morskiego Oka Orawy - Rohackiego Jeziora, na jego fale szyszki limb rosnących nad brzegiem miotając, i w bór się rzuciły - prastary Bór Zuberski, nietknięty jeszcze siekierą człowieka...
W smreczany bór rzuciły się wichry szalone. Rozkołysały się kosmate olbrzymy, co niejedną już nawałność za swego życia widziały; zamachały sękatymi ręcami o zielonych paluchach, jakby chciały spokój w dziedzinach leśnych przywrócić, błogosławiąc ziemi, wodzie i niebu: - Uciszcie się, uciszcie; spokój, spokój, spokój...
Lecz wiater bezrozumny błogosławieństw nie słyszał - i szalał. z nieokiełznaną furią uderzał piersią w zbitą drzew masę, łamiąc co słabsze, jak kruche badyle; gałęzie i szczapy niósł górą razem z chmurami i mrok czynił w ostępach coraz gęstszy; miotał się, szumiał, huczał miechami olbrzymiej swej piersi i w tryumfie gnał dalej na samotnie stojący Wierch Jamburowy - na Hruby, na Bystrą...
Rozegrały się Tatry dziką muzyką, rozśpiewały się pieśnią zbójnicką, roztęskniły marzeniem o bezpańskiej swobodzie, co hen niegdyś dolinami chadzała, ślakowała graniami od Kieżmarskiego po Studzieną Wodę Orawską... Hej, duszyczki żałobne, nad siklawami smutno jęczące; hej, pankowie o czarnych pyskach, co w litej skale ojcowizny swe macie; mnichy ponure, jako rade w zamęcie burzy pośród turni chodzące; dujawice, kurniawy ? wy zbierajcie pióra przez orłów na upłazach zgubione, a lećcie!
Warcej, warcej! - jak kulka Janosikowa po duszę liptowską, jak piorun, jak myśl nad spasztą zawisła, rozpuszczajcie zagony po pustyni tatrzańskiej, szmaciskami chmur mokrych raz po raz po niej chlastając... Grzmijcie, dzwońcie strugami wody lodowej, strącajcie skały z łożysk podniebnych, które im wieki żmudną pracą wykuły, wstrząsajcie gór posadami, aż jęk głuchy, aż westchnienie głębokie z Tatr pójdzie po świecie szerokim! Ostatni głos czerwono-złotej tatrzańskiej jesieni!...

***


Biało, biało... Nie poznać dziedzin nad modrymi stawami leżących, nie wypatrzeć ani okiem sokoła - perci kozich, co wstążką wąziutką pomiędzy turniami się wiją... Nic, jeno białość nieruchoma, zdrętwiała, lodowa. Nic, jeno śmierć sama, co giezłem swym Tatry nakryła!
W onej ciszy i martwocie ona jedna żywa, a wolę swoją mająca.
Gdzie spojrzy - ruch wszelki ustaje, gdzie stąpi - bez głosu życie zamiera, gdzie stanie - zniszczenie wokół i zgroza.
Idzie - i śniegiem sieje, jak gazda przezorny, ziarnka owsa rzucający na glebę zoraną; idzie i strąca z grani nawisy śnieżne, pogięte w aksamitne festony? a jak woda, przerwawszy raz tamę, tylko w miejscu najniższym zatrzymać się może, tak śnieg, ruszywszy lawiną, nie stanie, aż w głębi doliny; rozewrze białe ramiona na prawo, na lewo, zagarnie upłazu tyle, ile zdole, i rzuci się w przepaść; zadudnią, zahuczą, zakłębią się wełny śnieżne, dźwignięte z sennego bezruchu; buchną obłokiem śnieżnym ku niebu na podobieństwo białego dymu, wylatującego z gardzieli armaty, i z grzmotem straszliwym runą na zatracenie... Na zagładę wszystkiego, co białym tym niagarom na poprzek stanie... a nie ostoi się ich mocy żelaznej ani głaz, ani giętka kosówka, ani twór żywy.
* * *

Zapaliły się słońca złote na szczytach tatrzańskich, patrzą w oczy tamtemu na niebie, płynącemu poprzez czarne szafiry. Same kąpią się w niezgłębionej ich toni, rażąc oczy błyskawicą kontrastów do bólu, do łez... Lśnią gwiazdy blasków tęczowych, jakby iskry w kuźnicy cyklopów.
Furia światła, oszalałego słoneczną radością...
***

Czy znad brzegów Nilu piramida, ręką wielkoluda dźwignięta, stanęła przed nami? Sto piramid, jedna na drugiej, w pancerz lodu zakutych zagrodziło perć naszą? Wierzchołek ostry rozwalił niebo na dwie połowy, a długa grań biegnie ku niemu, jak ów most Al-Sirath nad przepaścią wiszący, po którym dusze wstępują na niebo. Złotem i srebrem dzierzgane koronki nawisów pozsuwały się z grani i zastygły nad mrocznymi głębiami przepaści... Tu i ówdzie z bieli śnieżnej wyzierają przewieszone turniczki.
Piramida niebosiężnaż to, dumna! Bystro spada ona ku Kamienistej i Raczkowej Dolanie, a Błyszczem od Pysznej się odgrodziła, Bystrą od wieków się zowie.
Drewienka śmigłe jesionowe, narty wy moje, trzymajcie mnie dobrze na upłazach lodowych, na szczerbatej grani nawisów! Czajki lotne na wzburzonych wałach śnieżnego morza, coście hań nie jeden raz pustynię białą mierzyły, nieście mię chyżo po toni puszystej w bezmiar kryształowych przezroczy, mieniących się zielonawą tęczą zamarzniętych otchłani.
Gdzie noc najgłębsza wyciąga ramiona ku zachwyconemu radością słońcu.
***

Gdzie myśli łączą się w potężny akord poruszanych niewidzialną ręką szklanych klawiszów.
Gdzie dzisiaj jest lekkim wiewem, muśnięciem skrzydła wieczności lecącej ku promiennemu jutru...
Coraz dalej, dalej na bezpowrotne wyżyny!...
***

Ostra grań Błyszcza. Na prawo, na lewo powietrzne głębiny. Zgrzytają narty po twardej szreni, czepiając się jej nożami krawędzi; smutnie dzwonią tafelki lodowe, strącone naszymi nartami, lecą gdzieś w głąb tajemniczą chyżej, dalej, ciszej - już szmer tylko, jakby ciche westchnienie, z nizin dolata...
Oto łeb potworny śnieżnego nawisu; wychylił się nad otchłanią i patrzy w Pyszną Dolinę, zmarszczki z warstw śniegu starego na jego czole; włosiska lodowe i broda do połowy zasłoniły przejrzysto-zieloną starą twarz jego...
Tam drugi, trzeci... cały huf rycerny na północ obrócił się - czeka.
Po hełmach tych, pióropuszach lodowych rycerzy uparcie dążymy ku lśniącemu szczytowi; upał pustyń piaskowych, mróz grenlandzkich lodowców, a w górze niebo z czerni winnej latorośli, do której mistrz dodał kropelkę ultramaryny.
Przesuwamy się pod ścianami granitowych turniczek; znowu szreń, znowu nawisy, znów noże śnieżne, ostrzami zwrócone do góry - i szczyt.
I szczyt!
***

Tyżeś to, szczęście? Opromienione mistycznym blaskiem wierzeń, ogniskujące w sobie tęsknotę bytu - tajemnicę wszechwiedzy? Ja i moi towarzysze jesteśmy pierwsi na tym szczycie ? może i był kto przed nami - a cóż mię to może obchodzić!
Oto sam jestem nad ziemią, nad światem; świat i jego prawa zostały daleko na dole...
Nijakiej nie masz już władzy nade mną. Zwyciężyłem świat, bo siebie zwyciężyłem.
Na szczycie jestem - nad ziemią, nad światem...
***

A potem... a potem jazda zawrotna po grani, po szklistych spadach Błyszcza ku ściętym na dwie strony Turniom Banistym. Gdyśmy tak bezdźwięcznym dotknięciem nart sunęli powietrzną tą drogą - u stóp naszych, w Raczkową Dolinę spadał huragan śniegu: szła śnieżna lawina - hej, śmierć była pod nami w dolinie!
Przy watrze noc w ośnieżonym szałasie spędzona, gdzie luty mróz z żarem ognia spór wiedzie; w starym Borze Pyszniańskim trzaskają sajty na płomień rzucone, biegają cienie po ścianach szałasu, dym szczelinami ścian bucha w bór stary...
Sczerniałe trudem i warem słońca twarze nad ogniem się chylą i snuje się nić wiecznie żywych opowieści tatrzańskich...