Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Walka na śmierć


Wycieczka odbyta w towarzystwie panny Wandy Jerominówny i pana Aleksandra Znamięckiego.

Wrześniowe słońce sypało złocisty pył swoich promieni na sczerwieniałe upłazy, na głowy zadumanych turni, na głębie stawów tatrzańskich, kryjące w łonie swym tajemnice baśni prastarych, spowijało cały ten świat w welony mgieł niebieskawych, gdyśmy we trójkę spokojnie i bez troski kroczyli ku Stawom Hińczowym. Dość mieliśmy na razie Żabich Kominów, Żabich Lalek, żabich skoków po Wściekniętych Turniach i zapragnęliśmy zgodnie, ot tak po prostu pójść w Tatry i kilka dni spędzić w zaczarowanym tym świecie bez planów, bez celu, nie regestrując kominów nie wytartych jeszcze plecami zahypnotyzowanych turystów, nie obliczając chwytów, półeczek, listewek, haków, przeszłości, przyszłości, ani rekordów postawionych przez australijskich, a chociażby niemieckich wspinaczy. Tymczasem dość mieliśmy i Wiednia, i Australii. Przynajmniej o sobie mogę to powiedzieć.
Szliśmy wprost przed siebie - gdzie nas oczy poniosą. Wiedzieliśmy, że Tatry rozstąpią się przed nami. Więc gdzieżby to pójść?
Na Szatana. Piękny to szczyt. a którą drogą? Wszystko jedno. Pójdziemy przed siebie. Ktoś jednak praktycznie zajrzał do przewodnika J. Chmielowskiego: z początku piargami, potem Żlebem Czerwonym i tak bez trudu wejdziemy na przełęcz, skąd rękę już podać można na szczyt. Pójdziemy zatem bez trudu Żlebem Czerwonym.
Los jednak zrządził, że musieliśmy powrócić do matematyki chwytów, kominków, przeszłości i międzynarodowych wspinaczy, o czym powiedziane będzie niżej.
Posiliwszy się nieco, rankiem jeszcze ruszyliśmy piargami na stoki Szatana. Istotnie szliśmy tu powoli, ale bez żadnych trudności. Doszliśmy tak do śniegów w Żlebie Czerwonym, cokolwiek za twardych i za stromych. Zmuszeni zostaliśmy na kroki swoje uważać, używając do pomocy czekanów. Przebyliśmy duży płat śniegu, potem znów piargi i znowu śnieg, tym razem stający już dęba. Pod śniegiem wszakże dostrzegliśmy tunel. Ruszyliśmy więc raźno pod lodowe sklepienie i, nieco pokropieni wodą ściekającą z góry, wynurzyliśmy się na światło dzienne z drugiej strony tunelu.
Znowu piargi, również jak śnieg rozbrykane i stające dęba, wreszcie próg. Mały, nieduży, tak około 20 metrów. i jak przystało na próg, ścięty prawidłowo, pięknie, prawie pionowo. Na szczęście nasze cały spękany, poodpękany w liczne zadziory i chwyty. Trochę nam dziwno, że to tak bez żadnych większych trudności się chodzi, ale, związawszy się liną, na próg wydostaliśmy się nie sforsowawszy się zbytnio.
Parę dziesiątków metrów i znowu próg, porządny i bez chwytów. Poglądamy po sobie trochę niedowierzająco, uspokajamy jednak swe wątpliwości stwierdzeniem faktu, że jesteśmy bądź co bądź na dnie żlebu, a zatem na właściwej drodze. Zabieramy się z p. Aleksandrem do pokonania progu, ale tu nieco już trudniej, nawet znacznie jest trudniej, gdyż wysoka postać naszego towarzysza nie może dosięgnąć ręką żadnego ludzkiego chwytu. Małpich chwytów, rzecz prosta, nie braliśmy w rachubę. Sytuacja staje się kłopotliwa, gdyż wyświechtana skała kilkunastometrowego tego uskoku w żadnym miejscu nie pozwala na rozpoczęcie wspinaczki. Pod skałą, z prawej strony, o parę metrów nad piargiem nisza. Radzimy sobie w ten sposób: ja włażę do niszy, siadam w jej zagłębieniu mocno i zapieram się nogami i jedną ręką, p. Aleksander staje mi na kolano. Wówczas ujmuję go mocno za pas i dopiero w tej pozycji, mając ręce wolne, może p. Aleksander dosięgnąć pierwszego chwytu. z dużym wysiłkiem wciąga się na pierwszy "zamek". Dalej, w ciężkiej wciąż pracy, dostaje się wyżej, w końcu na próg. Spadła lina asekuracyjna, panna Wanda, jak zawsze spokojnie, czepiając się malutkich wysterków, wydostaje się na górną płasienkę, ja za nią.
Poglądamy w górę... Co za niespodzianki? Znowu próg, jeszcze wyższy i jeszcze bliżej od tego, który przed chwilą przebyliśmy, niż ten od poprzeniego! Żleb tutaj bardzo wąski, zaledwie kilka kroków - po bokach jego ściany jak polerowane i bardzo wysokie, wydostać się ze żlebu w bok już nie można. Jesteśmy jak w pułapce: iść naprzód lub wracać. Trzeciego rozwiązania kwestii nie ma. Wracać nie mamy wielkiej ochoty tak ze względu na zawód, którego byśmy doznali, jak również na rumowiska głazów, spiętrzonych nad każdym progiem, które łatwo w zejściu można liną strącić na siebie. Zaczyna nas ogarniać pewnego rodzaju zawziętość na trudności, które na łatwej, jak sądziliśmy, drodze nas spotykają. Żywimy wciąż jeszcze nadzieję, że ten nowy próg jest już ostatni, po nim bez wysiłków wydostaniemy się z zacienionego, ponurego żlebiska na upragnione słońce. Niestety, nadziejom naszym nie sądzone było tego dnia ziścić się!
Z trudem, pomagając sobie wzajemnie "żywymi" drabinkami lub podtrzymywaniem stóp rękami, wznosimy się i na ten zamek. Szedłem tu pierwszy i mogę zaświadczyć, że spracowałem się wcale dobrze i to z zupełnie uzasadnionych powodów. Koniec końców trójka nasza stanęła na tym nowym tarasie.
Strome rumowisko ogromnych głazów i... o zgrozo. i Próg znowu! Tu każdy z nas dwóch chętnie powiedziałby coś o piorunach, gdyby nie obecność panny Wandy. Robimy zatem dobre miny, nie dostosowane wcale do sytuacji i próg zagarniamy pod siebie. Zaraz za nim podobniuteńki do niego i również miły jego braciszek. (W żlebie tym siedzi ich cała rodzina, dość nawet liczna - to ku przestrodze przyszłych pokoleń muszę w tym miejscu zaznaczyć.)

Mieczysław Karłowicz na Szatanie.

Nie będę ich wszystkich wyliczał, gdyż opis naszej wycieczki łacno zmieniłby się w wyciąg z księgi metrycznej jakiejś nie istniejącej parafii lub rysopisy licznych sobowtórów. Powiem tylko, że jeden za drugim piętrzyły się nad nami te progi - łatwiejsze i trudniejsze, jeszcze trudniejsze, i bardzo lub nadzwyczaj trudne i jednostajnością swoich "problemów" biły w nas, jak obuchy. Wracać już było za późno, zanadtośmy się bowiem na tej szatańskiej drodze zaawansowali. Powrót nastermanymi na progach głazami byłby wręcz niebezpieczny. z zawziętą jakąś rezygnacją posuwaliśmy się tedy wciąż wyżej i wyżej.
Na jednym z tych progów spotkało nas nieszczęście. Istotnie. a że nie skończyło się tragicznie, zawdzięczamy to przypadkowi, który uczynił żleb w miejscu wypadku o kilka centymetrów szerszym, niż było to potrzebne do katastrofy.
W połowie mniej więcej żlebu stanęliśmy przed paro-metrowym uskokiem. Pan Aleksander szedł pierwszy, ja za nim. Jednym ruchem wyskoczył na skałę gładką, zaokrągloną i wytartą spadającymi tu w zimie lawinami śnieżnymi i zwałami kamieni.
Stanąwszy na wierzchu, ruszył dalej. Zrobił krok jeden i drugą stopę skierował na wielki głaz, leżący na krawędzi wypukłej tej skały. Ja, stojąc niżej, obserwowałem- ruchy pana Aleksandra, a spostrzegłszy, że zamierza stanąć na tym luźnie leżącym bloku, krzyknąłem:
- Nie stawać tam, głaz niepewny!
Ale już było za późno. Pan Aleksander oparł stopę na głazie. Nie stanął nawet na nim.
Głaz drgnął i ruszył z miejsca. w tej samej chwili rzuciłem się ku niemu i całą siłą naparłem starając się go powstrzymać. Istotnie udało mi się to częściowo - głaz ze złowieszczym hurkotem powolutku, centymetr po centymetrze, ale sunął na mnie. Gdybym w pierwszej chwili był tego nie uczynił, głaz byłby mnie zmiażdżył.
Pan Aleksander był już przy mnie i siłą szerokich swych barków opierał się głazowi, który pomimo to przy każdym naszym ruchu lub zmianie chwytów coraz niżej obsuwał .się na dół po gładkiej, jakby polerowanej skale. Im niżej, tym pochyłość wypukłej skały stawała się ?większą, tym silniej blok walił się na nas. Miał on kształt ogromnego grzyba z ostrą krawędzią, zwróconą wprost nas. Brrrr. Niewiele brakowało, a zostalibyśmy z panem Aleksandrem rozcięci tym grzybem każdy na dwie nierówne połowy. Jak precelki lub dwa na talerzu gołąbki z kapustą.
Dobrze jest teraz przy biurku żartować, lecz wtedy było nam nie do żartów. Sytuacja stawała się rozpaczliwa.
Głaz posuwając się wciągnął pod siebie linę, którą wszyscy troje byliśmy związani. Pierwszą zatem rzeczą było wyrwanie liny spod niego. Za każdym naszym poruszeniem w tym szamotaniu się blok zgrzytał z hukiem i zbliżał się do nas. Lina została zwolniona. Wtedy padła komenda:
- Panna Wanda do góry!
Panna Wanda nie kazała na siebie czekać: po naszych nogach i ramionach w jednej chwili wywspinała się na skałę i ująwszy liny jak lejce, ażeby znów pod głaz nie dostały się, stała za blokiem bezczynnie, jak niemy świadek zbliżającej się katastrofy, co do której nastąpienia, jak później opowiadała, nie miała żadnych wątpliwości. Wyglądała jak tryumfator rzymski na swoim rydwanie.
Głaz napierał coraz silniej, coraz trudniej było go trzymać. Ręce nam drżeć poczynały od szalonego wysiłku, pot wystąpił na czoła. Rozumieliśmy obaj, że niedługo siły nasze się wyczerpią w nierównej tej walce i zginiemy śmiercią okropną. Szukaliśmy ratunku.
Żleb w tym miejscu był wąski - jakie 1 1/2 metra - prawie tyle, ile potrzeba było do przejścia między ścianami fatalnego głazu. Po bokach gładkie, pionowe ściany ogromnej wysokości.
Śmierć zaczęła nam w oczy pozierać zielonymi swymi ślepiami. Tętna krwi tłukły młotami po skroniach.
Przerywanym od wysiłku głosem p. Aleksander rzucił mi słowa:
- Niech pan spróbuje głaz sam utrzymać, może zdołam uwiązać go liną!
Próba została zrobiona. Ale zaledwie p. Aleksander odjął ręce od bloku, ruszył on, pomimo że wytężyłem wszystkie siły swoje, z hurkotem jeszcze niżej o kilka centymetrów. On miał czas d nie męczył się, myśmy zaś dobywali ze siebie ostatnie już siły.
Nie wiem, ile czasu dokładnie trwaliśmy w walce z tym potworem kamiennym, sądzę wszakże, że minut osiem.
Za wszelką cenę trzeba się ratować!
Pan Aleksander zwrócił się do mnie:
- Ja z boku mogę przecisnąć się między ścianą a blokiem, jak tam u pana?
Obejrzałem skały z lewej strony i, niestety, nie stwierdziłem możliwości.
- Mogę jedną tylko nogę przesunąć obok - odrzekłem.
W tej chwili szczęśliwa myśl błysnęła mi w głowie. Wziąłem inicjatywę w swe ręce.
- Niech pan przeciśnie się pod ścianę - rzekłem do p. Aleksandra - ja jedną nogę przesunę, drugą oprę się o przeciwległą ścianę, zrobię mostek!
Pan Aleksander, trzymając wciąż kamień, przepchał się z trudem pod ścianę.
- Jestem gotów - powiedział.
Przecisnąłem lewą nogę między głazem a ścianą, prawą oparłem o drugą ścianę żlebu, zebrałem się w sobie i nagle wyprężyłem się jak najwyżej, opierając się plecami i jedną nogą o przeciwległe ściany żlebu. Druga noga zwisała bezczynnie.
- Puszczać! - krzyknąłem w tej samej chwili.
Głaz runął i przeleciał pode mną. Załomotało piekło tatrzańskie łoskotem skał, bloków, głazów i mniejszych kamieni strąconych w przepaść upadkiem naszego potwora, który od razu rozbił się na dwie części, zabierając ze sobą rumowiska niemal całego Czerwonego Żlebu. Kurz i zapach siarki wypełniły czeluść, w której staliśmy zdyszani, oceniając grozę położenia, z którego przed chwilą wyszliśmy obronną ręką. Oglądaliśmy siebie. Pan Aleksander wyszedł cało z opresji, ja zaś miałem wyszarpnięte ubranie od kolana w dół na lewej nodze, tej, która musiała była pozostać w bezpośredniej bliskości głazu; podeszwa trzewika mego była również oderwana. Sam nie doznałem większych uszkodzeń prócz stłuczenia i zadrapania kolana.
Walka skończyła się zwycięstwem naszym.
Odpoczęliśmy kilkanaście minut i poszliśmy dalej. Pokonywaliśmy progi jeden za drugim.
Jak obliczyłem, było ich tylko czternaście. z nich osiem łatwiejszych, sześć zaś nadzwyczaj trudnych. Niektóre z tych ostatnich niemożliwe do pokonania bez drabinki (żywej).
Po ciemku już przebywaliśmy górne części żlebu, pokryte zlodowaciałym śniegiem, pracując usilnie czekanami i o godzinie 9 stanęliśmy na przełęczy.
Od górnej części piargów do przełęczy droga ta, stopą ludzką dotychczas nietknięta i przez pomyłkę nazwana w przewodniku łatwą, zabrała nam równo jedenaście godzin nieustannego prawie wspinania się. Przez pomyłkę też ją przebyliśmy!
Z przełęczy skierowaliśmy się na północne stoki Szatana pod szczytem i tam, drżąc z zimna i gotując herbatę, spędziliśmy noc pod skałką; noc księżycową, pogodną, pełną tajemniczych zamyśleń i zwidzeń, równie piękną jak mroźną, słowem noc w Tatrach pod gołym niebem.
Pierwsze promienie słońca zastały nas na szczycie Szatana.