Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Mięguszowiecki Szczyt nad Czarnym północną ścianą w zimie

Północną ścianą zimie

Ciężko brnęliśmy w wysokim śniegu pod ścianami bocznej grzędy Mięguszowieckiego, opadającymi do Czarnego Stawu. Było nas sześciu (S. Dębicki, J. Giżycki, J. Lesiecki, L. Loria, J. Oppenheim i M. Zaruski. Dnia 15 lutego 1914 r., pierwsze wejście zimowe od północy. Przyp. autora.). Co kilka dziesiątków metrów idący na czele, strudzony torowaniem pierwszego śladu, robił krok w lewo, pozwalając następnemu wysunąć się na czoło pochodu.
Ranek zimowy jeszcze grał na północnym zachodzie różowymi barwami, od których rażąco odbijał seledyn śniegów Opalonego, gdyśmy zaczęli się zbliżać do podnóża niższego kotła, pod ścianą Środkowego Mięguszowieckiego. Śnieg, wyświechtany tutaj wichrami i lawinami, idącymi z tego potężnego zbiornika, stał się twardy i szklisty. Raki zostawiały w nim wierne odbicia, czekany na mrozie wygrywały różne melodie, podobne do świegotania ptaszków. Podzieliliśmy się na dwie partie i związawszy się po trzech na jednej linie, ruszyliśmy w gardziel kotła. Bardzo stromo spiętrzyła się tutaj szklista tafla śniegu, przechodząc poniżej w ogromne bule czystego lodu, uczepione ponad ścianami przepaścistych progów.
Raźno posuwaliśmy się do góry, po czym skręciliśmy w lewo, na gładkie, wielkie pole "wiecznych śniegów", tworzące rodzaj kolosalnego lejka. Tu właśnie zbierają się lawiny z całej północnej strony Mięguszowieckich Szczytów, zanim runą na Morskie Oko i Czarny Staw; tu płyną rzeki śnieżne, spiętrzając się we wspomnianej gardzieli w potężne śniegospady, w chmury pyłu i dzikie szaleństwo żywiołów. Pośrodku pola widać niekształtne garby, stare lawiny, które jakaś wroga siła zatrzymała tu, uwięziła.
Krótki wypoczynek. Rozglądamy się w sytuacji, szukamy drogi: czy wspinać się ścianką popod samym masywem Mięguszowieckich - ostatecznie tam puści - czy wziąć się na lewo, na zachody i kominki ponad Czarnym Stawem? Ruszamy na lewo.
Z początku dobrze się idzie. Stopniowo jednak śnieg zmienia się w sypki, czekan już nie znajduje oparcia, raki w głębi chwytają nie wiadomo co - raz oblodzony upłazek, to znowu płytę, to szkliwo starego śniegu; od czasu do czasu noga po biodro wpada w jakąś próżnię. Droga staje się uciążliwa i trudna. Posuwamy się z nieustanną wytężoną uwagą, w przewidywaniu możliwości pośliznięcia się każdej chwili - przewijamy się popod ścianką, ogrodzoną krawędzią śnieżnego muru i zatrzymujemy się u podnóża 50 m kominka, właściwie stromego zachodu, biegnącego skośnie na lewo. z niemałym trudem wydostajemy się na górny jego koniec i odpocząwszy chwilę przy klamrach, wstępujemy w nowy komin śnieżny, potem w drugi i trzeci. Ten sam obraz, ten sam sposób pokonania trudności i ta sama kąpiel w potokach śniegu. Nareszcie! Jesteśmy w kotle wyżnim.
Szreń na podobieństwo emalii w naczyniach żelaznych pokrywa i ten górny lejek; krawędzią jego, trzymając się skałek, zawisłych nad śnieżną taflą Czarnego Stawu, posuwamy się szybko do góry i stajemy wkrótce na znanej "grzędzie", która opiera się o turnię szczytową. Niezbyt i w lecie szeroka jej grań teraz przedstawia się jako długi na kilkadziesiąt metrów, ostry, śnieżny koń. Grzbiet jego miejscami nie przekracza l cm grubości; jest to rodzaj ogromnego gotyckiego dachu, nakrywającego grzędę pomiędzy kotłem wyżnim a Czarnym Stawem. w wielu miejscach dach ten nie załamuje się pod naszymi stopami; idziemy więc po jego boku, rakami dziurawiąc lśniące śnieżne dachówki, a czekanami czepiając się grzbietu.

Mariusz Zaruski w drodze na Mięguszowiecki Szczyt. Fot. Jerzy Lande.

Pod ścianą szczytową Mięguszowieckiego nad Czarnym, w miejscu gdzie odgałęzia się w prawo "galeria", wiodąca na Przełęcz pod Chłopkiem, zanurzamy się znowu coraz bardziej w głęboki, sypki i suchy śnieg, dla którego najlepszą nazwą może być słowo: piasek. Ten piasek śnieżny, różniący się zresztą konsystencją swą od popiołu, sypie się z półek, zachodów i gzymsów, cieknie na podobieństwo wody żlebami i korytami, osuwa się za dotknięciem ręki całymi masami, czyniąc stanowisko nurzającego się w nim turysty wysoce niepewnym.
U dołu, powyżej kotła pierwszego, mieliśmy już z nim do czynienia, sądziłem jednak, że wiatry od Przełęczy pod Chłopkiem w górnych partiach śnieg strąciły i że silnie ośnieżona ta ściana pokryta jest szrenią. Zawiodłem się srodze.
Nigdzie, do samego szczytu, nie spotkaliśmy się z upragnionym szkliwem i całą tę przestrzeń musieliśmy przebyć jak niżej, wyczuwając przy każdym stąpnięciu żelazną stopą podłoże, ręką zaś szukając nie zawsze przydatnego chwytu, albo również niepewnie opierając się na masie śniegu "chwytami przedramiennymi". Łopatka czekana zanurzała się w tej cieczy na podobieństwo wiosła, prującego toń wodną. Mozolnie tak i powoli, z trudnością wynajdując stanowisko dla asekuracji, posuwaliśmy się ku szczytowi, trawersując ścianę skośnie ku górze. o godzinie 2 po południu stanęliśmy na szczycie. Druga partia, która zabawiła dłużej na grzędzie u dołu, a później z linami musiała zmianę uczynić, wysunęła się na grań z cienia ściany północnej o godzinie 3.
Na szczycie słońce! Na szczycie cud! Bezmiar dzikiej, poszarpanej w chaos turni, żlebów i szczytów jakiejś fantastycznej dantejskiej pustyni. Cztery krańce ziemi dostępne tutaj są oku. Nie ma pióra ani dostatecznie silnych słów w mowie ludzkiej, ażeby można było kusić się oddać to, co się widzi, i to, co się czuje, gdy w zimie oko w krąg pobiegnie po świecie z jakiego wielkiego tatrzańskiego szczytu. Milczenie, to najwznioślejszy hymn, na który człowiek w takiej chwili zdobyć się może!
Słońce znacznie ku zachodowi się obniżyło, czas był powracać. Zrobiłem dla Sekcji Przyrodniczej T. T. pomiar temperatury powietrza i o godz. 3 min. 45 zaczęliśmy schodzić.
Powierzyć się w zejściu całkowicie śniegowi tej konsystencji byłoby rzeczą wręcz ryzykowną, zaczepiamy więc linę i po linie jeden za drugim zstępujemy w toń białą. Skupiwszy się gdzieś koło jakiejś pewniejszej skałki, umocowujemy znów linę i brniemy dalej. Towarzyszy naszemu zejściu nieustanny szum i szelest osuwającego się śniegu. Jest coś tajemniczego i powiem, groźnego w tym cichym, monotonnym szmerze; słychać, czuć, że wokół nas coś dzieje się, coś się staje; śnieg zbiera się na półkach, gromadzi się w żlebach, zmienia swój rozkład, wzmagając żywiołową siłę drzemiących po czeluściach lawin. Jesteśmy świadkami misteriów alpejskiej przyrody.
W połowie, mniej więcej, ściany szczytowej zapadł zmrok krótkiego dnia zimowego. Jęły nam gwiazdki przyświecać, bo księżyca nie było. Białość śniegu potęgowała poświatę, przy której odbywaliśmy dalszą drogę na wpół widomie, na wpół po omacku. Każdy krok, każdy chwyt trzeba było wprzód dotykiem wyczuć i zbadać, zanim można było powierzyć się jemu; bloki do asekuracji i zaczepiania liny wyszukiwało się rękami, niemal zupełnie bez pomocy oka.
Długo w ten sposób schodziliśmy, szukając swej drogi w labiryncie zachodów, kominków i półek, aż znaleźliśmy się w kotle niżnim. Tu odetchnęliśmy, gdyż perspektywa noclegu na ścianie w przemoczonym odzieniu upadła; przy tym teren pozwalał na użycie latarki, co poprzednio, na wąskich półkach, gdzie obie ręce musiało się w śniegu zanurzać, nie mogło mieć miejsca. Przy królewskim blasku zwykłej latarki stearynowej szybko kroczyliśmy własnymi śladami; wiatr halny, nadciągający zza grani, dopomagał nam w marszu, popychając na dół, nie zawsze, prawda, w pożądanym kierunku. Zabrawszy narty, pozostawione przy Czarnym Stawie, przebrnęliśmy zaspy na morenie i o godzinie 11 1/2 w nocy, po 17 godzinach od wyjścia ze schroniska, wstępowaliśmy w gościnne jego progi.