Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Granią Rohaczów w zimie

Chrzęściły narty po twardej szreni, gdyśmy w sześciu (H. Bednarski, J. Lesiecki, L. Loria, M. Zaruski, S. Zdyb i J. Żuławski. Pierwsze przejście zimowe grani Rohaczów dnia 21, 22, 23, 24 marzec 1911 roku) nocą już zbliżali się do Chochołowskiej Polany. Na tle ciężkich, ośnieżonych masywów gór, niewyraźnie majaczących pod czarną kopułą nieba, na którym pełgały błyski jarzących się gwiazd, smutnie rysowały się Chochołowskie szałasy, rzekłbyś, kierdel baranów bezradnych, opuszczonych przez gazdę. Towarzysze rozproszyli się po opustoszałym osiedlu, szukając miejsca dogodnego na nocleg. Po dłuższej chwili głosy ich zwołały wszystkich do jednego małego szałasu, w którym był piec i wyrki pod sczerniałymi ścianami. Tam, paląc watrę na palenisku pierwotnego pieca, otuleni mgłą dymu, który gęstą chmurą wisiał nad naszymi głowami, spędziliśmy noc długą i mroźną.
W nieznaną, nieodkrytą jeszcze krainę zimową miały jutro nieść nas narty, kędyś po grzbietach Tatr Zachodnich, opancerzonych szrenią i zbrużdżonych gwałtownymi wichrami, kędyś w sąsiedztwie drzemiących nad żlebami lawin, pod grań skalną Rohaczów, które odgrodziły od słońca Zuberską Dolinę? Więc co? a jak? jak jutro będzie? jak było na innych graniach, które nas drzewiej puściły... - takie myśli były tematem gawęd, prowadzonych przy świetle ogniska. Mróz tęgi zapieczętował białym szronem małe okienko szałasu i do kurnej izby, gdy płomień watry zaczynał po kamieniach się czołgać, co chwila zaglądał.
Już dzień osrebrzył głowę Wierchu Jamburowego, gdy narty nasze znowu zgrzytać poczęły po twardej jak szkło szreni; na całą Dolinę Jarząbczą ten brzęk chropawy rozchodził się w mroźnym powietrzu. Skierowaliśmy się na grzędę, biegnącą z Długiego Upłazu pomiędzy Kończystą a Czołem, co nad Bobrowiecką Przełęczą się wznosi. Narty ślizgały się i utrudniały nasz pochód, wybrawszy więc miejsce osłonięte smreczkami, wbiliśmy je w śnieg mocno, ażeby wiatrom ostać się mogły i zostawili do dnia powrotu; na rakach ruszyliśmy dalej krok za krokiem do góry ku białym nawisom na grani Upłazu. Wyspinawszy się na ściankę nawisu, spojrzeliśmy w daleką Studziennej Wody dolinę, na rozłożysty Wierch Salatyński, dziś jak gdyby świeżo z gipsu ulany, ze złotą czapą na głowie. Na lewo, jak okiem sięgnąć, rozwarły Tatry na ścieżaj swe wrota i wzrok nęciły jasnością cudownej krainy: ocean wierchów, szczytów i igieł lodowych, góry szklane z opowieści arabskich bajarzy!
Na grani wiatr z dalekiego zachodu przelewał się w Jarząbczą Dolinę i chwytał po drodze suchy popiół śnieżny, wznosząc złote kurniawy; jak w aureoli szliśmy we mgle tęczowej zadymki na garb bezkształtnego Rakonia, na lodowate stoki Wołowca. Cząsteczki śniegu, ślizgając się po lodowatej skorupie, wydawały dźwięk metaliczny, a w masie tworzyły chór ogromny i cichy; brzmiały akordy przeczyste z miliona tonów ledwo słyszalnych złożone, jakaś pitagorejska "harmonia sfer" na rubieży świata dźwięcząca...
Jeszcze krok, jeszcze krok - oto już skałki Wołowca, spadające do Rohackiej Doliny - i jesteśmy na szczycie.
Rohacze!...
Przed nami Rohacz Ostry w postaci igły śnieżno-lodowej, zatopionej w mroźnej głębi lazuru. Na obie strony ścięty potężnymi ciosami jakiejś cyklopowej siekiery, gdy wyrąbywała dziwny ten twór granitowy... koronę śnieżną teraz ma na głowie i hardym wzrokiem na nas poziera.
Ciężka nas czeka robota. Wiemy jednak, że z wrogiem trzeba pierś o pierś zetknąć się, ażeby siłę jego ocenić; znamy tych granitowych olbrzymów, które nie inaczej jak w ręcznym boju ustąpią.
Schodzimy szybko z Wołowca, na przełęcz, wiążemy się linami po trzech na jednej linie i zaczynamy się wznosić. Jeszcze groźniejszy stąd Rohacz! Szreń pod nogami, mróz tęgi. Czekany w robocie, twardo dzwonią ich razy po lodzie - pobudkę grają...
Idę tu w drugiej partii... cóż tam? Jesteśmy pod ścianką skalną, zasłonięci jej żebrem od partii pierwszej. Słychać - zgrzytają raki po skale, czasem czekan zadźwięczy, poza tym cisza. Nie trzeba objaśnień: rozmawiamy półgłosem i czekamy cierpliwie - znać tam niełatwa robota. i na nas przyjdzie kolej.
Po chwili słyszymy wesoły głos z góry: "można"! Ruszamy tedy. Istotnie - to pierwszy "zamek": ścianka granitowa, w niej rysa lodem zatkana, brak chwytów, bo chwyty pod szkliwem - nad głową śnieg... Zachrobotały i nasze raki, szukają miejsc słabych w lodowym pancerzu, ręce śnieg zmiatają ze skały albo przebijają w nim po łokcie wgłębienia, mające chwyty zastąpić... Jest! pierwszy zamek za nami.
Znowu szreń, ścianka śnieżna, skałki, znów zamek - tuż blisko szczyt. Więc koń! Koń skalny - najtrudniejsze miejsce w grani Rohacza Ostrego - to wąska grań, ścięta pionowo od strony Doliny Rohackiej, a bardzo stromo od Jamnickiej; latem pomimo dużej ekspozycji nie nastręcza żadnych większych trudności. Lecz teraz grani nie widać; jest grań wprawdzie - jak nóż giganta obrócony ostrzem do góry - biała grań śnieżna, w powietrznej głębi rzucona na podobieństwo mostu między dwoma cyplami wierzchołka. Asekurując się linami, ostrożnie czołgamy się po tym moście bajecznym a cała uwaga każdego z nas skupiona jest w jednym ognisku, w jednym życzeniu: jeżeli most nie wytrzyma mego ciężaru i pode mną się skruszy, mam spadać tak, ażebym nie przechylił się ku żadnej stronie przepaści i na grani pozostał; każdy wyczuwa środek ciężkości i posuwając się grzbietem konia, przechyla się to w tę, to w ową stronę otchłani.
Zostawiwszy konia za sobą, schodzimy w głębokie wcięcie w grani, skąd bardzo stromym śnieżnym kominem na szczyt. w kominie na całej przestrzeni posuwaliśmy się za pomocą chwytów, znanych tylko tym, którzy odbywali zimowe wspinaczki, a które można nazwać "chwytami przedramiennymi", albowiem palce najmniejszą tu grają rolę, siła zaś chwytu polega na oporze, jaki daje masa śniegu całemu przedramieniu.
Na szczycie niedługo bawiliśmy: mróz pędził nas dalej. Grań spadała w dół uskokami, które pokonywaliśmy rozmaicie, czasem nawet zeskakując w toń śnieżną.
Z Rohacza Ostrego na Rohacz Płaczliwy. Niezwykły widok przedstawił się nam w pobliżu Przełęczy Zielonej. Grań tutaj spiętrzyła się w tak fantastyczne twory śnieżne, że chociaż każdy z nas obyty był dobrze z cudami tatrzańskiej zimowej fantasmagorii, przez dłuższy czas staliśmy bez ruchu, podziwiając robotę pelazgiczną zimy. Oto ściana lita ze śniegu, straszliwą w swej śmiałości linią spadająca w przepaść; oto potworne białe kowadło, na którym chyba legendarni przodkowie Lapończyków, rówieśnicy Laurukadża, kuli swe siekiery, gdy tkwiło jeszcze w lodach hyperborejskich; oto zęby mamuta, wyszczerzone ku Rohackiej Dolinie; klepsydry, mierzące wieczność lawinami pyłu śnieżnego; a tuż obok koronki misterne, pióra, najcudowniejszą cyzelerską robotą zdobione; przeczyste linie Rafaela i białość nieskalana podbiegunowej pustyni...
Z przełęczy najpierw stromo po szklistej szreni, potem łagodniejszymi stokami zeszliśmy szybko w dolinę. Tam nocleg w opuszczonym domku strzeleckim, widok dobroczynnego ogniska, rozmowy pełne radosnego zadowolenia z dokonanego czynu taternickiego, rozmowy o Tatrach, które nigdy się nie zaczynają i nigdy nie kończą, gdy w kółku taterników są prowadzone - przychodzą z Tatr i w Tatry wracają, dlatego zawsze są z nimi.
Niezapomniane to chwile!
Na drugi dzień w czas lawinowy, pozostawiwszy dwóch towarzyszy, którzy chcieli być na Salatyńskim Wierchu, skrajem lasu wstępowaliśmy na stoki Szyndlowca, szukając drogi bezpiecznej. Byliśmy na Szyndlowcu, a w drodze powrotnej zastaliśmy narty na miejscu. Na nartach już czwartego dnia odbyliśmy wycieczkę na Wierch Trzydniowiański i napatrzywszy się jeszcze raz na niezrównaną z tego punktu panoramę Tatr Zachodnich, skierowaliśmy swe śnieżne czółenka ku Chochołowskim szałasom.