Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Lawiny śnieżne w Dolinie Rybiego Potoku

Tatrzańskie lawiny śnieżne, które do niedawna należały do mitów, siłą rzeczy narzucają się same uwadze szerokich kół publiczności, mającej jakikolwiek związek z Tatrami. Zaczynają one w niektórych sprawach odgrywać rolę decydującego czynnika, jak to się od dawna dzieje w Alpach Szwajcarskich; tam liczne osady w niektórych wielkich dolinach na długi przeciąg czasu co roku nie tylko bywają lawinami, a raczej obawą spadnięcia ich każdej chwili, odcięte od świata, ale nawet pozbawione możności wzajemnego komunikowania się ze sobą, jakkolwiek nieraz oddalenie jednej osady od drugiej wynosi zaledwie kilkaset metrów.
W Tatrach lawiny zdobyły sobie już prawo obywatelstwa. Wyłamane doszczętnie całe połacie lasu, przy czym, jak np. w Dolinie Cichej, lawiny, idąc z Tomanowej (wierchu), zapędzają się na kilkaset metrów do góry, na zbocza Kop Liptowskich, łamiąc również tam las pokotem; zniszczone mosty, budowle, altany, powalone słupy telefoniczne itp. - wreszcie, jak w tym roku, przerwana na dużej przestrzeni komunikacja drogą jezdną z Morskim Okiem - wszystko to świadczy, iż w rozwoju gospodarki leśnej i urządzeń turystycznych nadszedł czas, w którym żywiołowe te czynniki zaczynają przybierać cechy społecznego znaczenia.
Już w roku 1911 należało zastanowić się nad sposobami zabezpieczenia kosztownego mostu sklepionego na Wodospadach Mickiewicza, gdyż wskutek zniszczenia lasu po południowej stronie "żlebu lawinowego" w Wołoszynie, most został odsłonięty na działanie lawin. Wtedy poręcze na tym moście po raz pierwszy zostały przez lawinę pogięte; było to pierwsze ostrzeżenie pod adresem miarodajnych czynników. Dom przeznaczony na mieszkanie dróżnika o paręset metrów od Wodospadów - obecnie jest i będzie stale od połowy stycznia do końca marca każdego roku zagrożony przez lawiny. Dróżnik nie może tam mieszkać i dom musi być przeniesiony. Tak samo gospoda letnia przy Wodospadach powinna być zbudowana w innym miejscu.
Najprostszym, zdaje się, sposobem zabezpieczenia mostu sklepionego przy Wodospadach będzie wzniesienie "murów ochronnych" (paravalanches) w miejscu tworzenia się lawin, tj. w leju żlebu lawinowego na Wołoszynie. Ażeby ochronić drogę od lawiny, która prawie co roku przechodzi przez nią ze żlebu koło dawnej żandarmerii - waląc poręcze i słupy telefoniczne, należałoby również w zbiorniku na Opalonem wznieść mury ochronne. Niezależnie od tego dyrekcja poczt i telegrafów we własnym interesie powinna się zdobyć na kabel telefoniczny (podziemny) na przestrzeni Wodospady - Morskie Oko. Tego rodzaju spustoszenia na drodze, jak opisane poniżej, teraz, gdy dużo już lasów zostało wyłamanych i drogi dla lawin utorowane, powtarzać się będą coraz częściej, narażając rząd na koszta wiecznych reparacji.
W styczniu 1911 r. miałem w Zakopanem odczyt o lawinach tatrzańskich. Biorąc pod uwagę tektonikę żlebów i ich kierunek oraz praktykę lat ubiegłych, ostrzegałem słuchaczy (dura lex sed lex) o dwóch miejscach drogi jezdnej do Morskiego Oka: o Wodospadach Mickiewicza
i żlebie koło koszar żandarmerii, jako o punktach niebezpiecznych z powodu lawin w zimie, z czym, wybierając się sankami do Morskiego Oka, należy się liczyć. Traf zrządził, iż niespełna we dwa dni potem proroctwa moje, niestety, się sprawdziły; droga zawalona lawinami, słupy telefoniczne zniesione, a dostęp do Morskiego Oka nawet na nartach wręcz niebezpieczny z powodu możliwości nowych lawin, wiszących nad drogą.
We wtorek 31 stycznia 1911 r. otrzymałem alarmujące wiadomości z Roztoki o niezwykłych lawinach i zagrożonych schroniskach T.T. Następnego dnia w towarzystwie pp. A. Josta i W. Zarzyckiego udałem się na miejsce. Do Wodospadów towarzyszył nam dróżnik J. Barcik.
Z wielkim trudem udało się nam sankami dojechać do Zazadniej, gdzie przypięliśmy narty i ruszyli drogą. Drzewa gną się pod ciężarem śniegu, niektóre tworzą rodzaj łuków triumfalnych w poprzek drogi; szkody ogromne. Gór nie widać, gdyż od rana śnieg sypie gęsto. Gdyśmy o zmroku dochodzili do Wodospadów, śnieżyca się wzmogła, wiatr w Wołoszynie wyprawiał piekielne harce; w turniach grzmiały lawiny. Rozejrzawszy się w sytuacji, przyszedłem do przekonania, że tę noc można jeszcze przebyć w domu dróżnika.
Na drugi dzień - zamieć od rana. Udaliśmy się najpierw w górę, ponad dom dróżnika i oto, co oczom naszym się przedstawiło: 20 m za szopą zaczyna się las wyłamany doszczętnie; ogromny szmat jego, sięgający jednym końcem obejścia Barcika, drugim - żlebu głównego, tzn. 250 m długości, a 100 szerokości, przestał istnieć. Grube smreki potrzaskane lub obalone leżą jeden na drugim. Szczapy od pni oddarte wysoko tkwią w gałęziach ocalałych na skraju smreków. Lawina ostatnią odnogą swą wyłamała w lesie korytarz, przebiegła przez dach (osłoniętej terenem) szopy Barcika, obalając na nią duży smrek, i zatrzymała się o 5 m przed domem mieszkalnym.
Na szosie zaczyna się ona o jakie 15 m od obejścia Barcika: drzewa leżą w poprzek drogi; na moście sklepionym poręcze pogięte; mniejszego mostu spod śniegu nie widać. Po drugiej stronie potoku całe góry śniegu lawinowego; las po obu stronach drogi wyłamany. Rozumie się, że z dwóch budowli drewnianych, które służyły za gospodę w lecie, ani śladu. Lawina drogą pobiegła dalej aż do słupa telefonicznego 563,08. Spadła ona tutaj dnia 29 stycznia o godz, 7 rano. Olbrzymia masa śniegu nie mogła się w żlebie pomieścić, więc wyskoczywszy z koryta jedną częścią, rzuciła się w stronę domu Barcika, siejąc spustoszenia w lesie. Stwierdziłem, że ostatnie smreki powalone zostały prądem powietrza, wytworzonym przez lawinę. Gros jej wpadło na most (mniejszy) i las pobliski, przeskoczyło w rozpędzie przez ogromny parów potoku, gdzie stosunkowo śniegu zostało niewiele, i uderzyło na gospodę i  las, przebiegając na prawym brzegu szosą przestrzeń z górą 200 m. Część wpadła w koryto niżnich wodospadów bardzo daleko. w ten sposób lawina ponad Barcikiem rozszerzyła się więcej niż na 250 m.
Długość jej - samego kopca - z górą 330 m.
Powyżej wodospadów spadła inna lawina - drugim żlebem - i las wyłamała.
Poleciwszy Barcikowi tegoż dnia dom opuścić z rodziną (co też on uczynił, przeniósłszy się na Łysą Polanę), udaliśmy się w dalszą drogę. Zawieja nie ustawała.
W żlebie koło żandarmerii (z Opalonego), jak można było oczekiwać - nowa lawina. Przeszedłszy przez nią, zbliżyliśmy się do miejsca, gdzie stały koszary żandarmerii. Kilka słupów, sterczących ukośnie .ze śniegu, wskazuje to miejsce. Dach nie uszkodzony, lecz zerwany (prądem powietrza) i wbity w grupę smreków w pobliżu. Żlebu, który tu ma około 10 m głębokości, nie widać, natomiast wznosi się kopiec kilkumetrowy.
Potworna ta lawina przebiegła przez szosę, niszcząc poręcze i słupy, przez Potok Rybi i daleko do góry na Żabie się zapędziła, waląc tam las pokotem. Długość jej około 600 m, szerokość 250 m; łączy się ona jednak zaraz z drugą 250 m szerokości lawiną, tak że przestrzeń tu zajęta ma szerokość około 500 m. Głębokość największa około 14 m.
Następuje cały szereg lawin, które spadły z Miedzianego i przeszły wszystkie przez szosę, jedne z nich doszły do Rybiego Potoku, inne wtoczyły się do góry na Żabie. Przed starym schroniskiem Tow. Tatrzańskiego dwa słupy telefoniczne stoją prosto, trzeci już i następne leżą powalone. Ściśle mówiąc, jest to jedna kolosalna lawina, sięgająca jednym krańcem północnej krawędzi żlebu koło żandarmerii, drugim (prawie) starego schroniska.
Szerokość jej wynosi dokładnie 1200 m. Droga i słupy telefoniczne na tej przestrzeni zniszczone zupełnie. Ocalały tylko te, które, będąc zasłonięte lasem rosnącym na wypukłościach terenu, uszły druzgocącej sile wezbranych fal śnieżnych.
Po tamtej stronie moreny Morskiego Oka ślady katastrofy niemniejsze.
Lód, niemal na całym jeziorze potrzaskany, piętrzy się na podobieństwo ?ropack?ów?, które widywałem na Oceanie Północnym i Morzu Białym.
Tam jedna lawina spadła z Miedzianego i dosięgła brzegu przeciwległego, rozgałęziając się odnogą w Potok Rybi, na którym mostek złamała. Naparła ona również na szopę T.T. z łodziami, w której wgniotła drzwi i częścią ścianę, łodzi jednak nie uszkodziła; druga przyszła od Mięguszowieckiego i Rysów, rozszerzyła się na jeziorze od brzegu do brzegu, tzn. prawie na 500 m i dosięgła połowy jeziora, przebiegając po powierzchni załamującego się pod jej ciężarem lodu 400 m.
Cały szereg lawin spadł również z Żabiego i daleko na jezioro się wtoczył.
Powierzchnia Morskiego Oka pokryta kosówką, głazami i bryłami śniegu lawinowego.
Ciekawy jest fakt, że po spadnięciu lawiny z Miedzianego na Morskie Oko - po jeziorze rozprzestrzenił się nieznośny fetor. Sądzono, iż śnieg przyniósł trupa człowieka lub zwierzęcia, co nie jest prawdopodobne ze względu na niską temperaturę powietrza w dniach poprzedzających katastrofę i następnych. Wytłumaczyć, moim zdaniem, można fakt ten załamywaniem się i pogrążaniem na znaczną głębokość lodu i śniegu, przy czym namuł i gnijące na dnie rośliny zostały poruszone i wyrzucone na powierzchnię, powodując fetor.
Drugim ciekawym faktem - z innej dziedziny - na co zwróciłem już uwagę w Pamiętniku Towarzystwa Tatrzańskiego z r. 1910 w opisie lawin wiosennych, jest pojawienie się nad moreną Czarnego Stawu, pod osłoną Turni 12 Apostołów (na Żabiem), to znaczy w terenie bezpiecznym, wielkiego kierdelu kozic. Instynkt tych zwierząt jest pewnego rodzaju sejsmografem, sygnalizującym zbliżanie się śnieżnych katastrof. Baczne oko zimowego turysty na ten obyczaj mądrych zwierząt powinno zwrócić uwagę.
Wszystkie te lawiny spadły w dniach 27, 28 i 29 stycznia 1911 r. w godzinach rannych - koło 7 podczas zamieci śnieżnej i silnego mrozu, dochodzącego według zgodnych zeznań dzierżawców schroniska, do - 23 stopni C.
Były to lawiny należące do kategorii pyłowych, a właściwie pyłowo-bryłowych, gdyż typowe pyłowe lawiny inaczej wyglądają. Spadanie ich odbyło się wśród straszliwego łoskotu, silnych ciemności, spowodowanych chmurą śnieżnego pyłu i potężnego wichru idącego od lawin. Trwało to krótko. Istny sądny dzień!
Kiedyśmy wśród zawiei podeszli do schroniska, przez czas dłuższy nie mogliśmy się doń dostać: drzwi pozamykane, okna zasypane śniegiem albo zabite deskami. Czy nie ma nikogo? Co się stało? Nareszcie szczekanie psa, a potem głos ludzki z wnętrza rozproszyły nasze chwilowe obawy o los mieszkańców schroniska.
Po dniach niepewności i trwogi przyjęli oni pojawienie się ludzi z odgrodzonego lawinami świata z żywą radością. Na parogodzinnej pogawędce zeszedł nam czas odpoczynku, po czym, zostawiwszy przyniesione parę bochenków chleba od Barcika i upewniwszy pp. Górskich o bezpiecznym położeniu tak nowego jak i starego schroniska Tow. Tatrzańskiego, udaliśmy się w drogę powrotną, którą przebyliśmy również szczęśliwie.