Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Przygoda z lawiną pod Polskim Grzebieniem

Słońce dawno już przeszło przez południk Kończystej, gdyśmy we dwóch z p. R. Kordysem wlekli się krokiem znużonym ku Stawowi Batyżowieckiemu. Pocośmy się tam kierowali, na to dokładnie żaden z nas odpowiedzieć by nie potrafił, zwłaszcza ja sam, inicjator tego projektu.
Od wczesnego świtu byliśmy w drodze ze Szczyrbskiego Jeziora, od świtu wznosiliśmy się nieustannie, chrobocząc nartami, łamiąc ich krawędziami grubą warstwę szreni, borykając się ze śniegiem lutowym na sposób wszelaki i byliśmy już nieco zdrożeni, zwłaszcza że dzień ten był dniem trzecim włóczęgi naszej po Tatrach. Wiedziałem, że Staw Batyżowiecki o tej porze jest dnem białej misy porcelanowej i że tylko z nachylenia ścian owej misy można się domyśleć jego istnienia. Wiedziałem o tym, a jednak nieprzeparty jakiś pociąg, szósty zmysł taternika - ciekawość - ciągnęła mnie na górną morenę, poza którą miało się odsłonić dno owej misy.
Smętny, cichy, leniwie spokojny dzień roztaczał się nad węgierską równiną, kryjąc niezliczone miasteczka i sioła i dalekie kontury Niżnich Tatr welonem ledwo widzianych oparów. Daleko, daleko, błyszczy jakaś tafla... To dach kościoła w Stwole, a może w Mięguszowcach albo Łuczywnie; tam biała smuga dymu, jak wałek z waty, stoi nieruchomo na tle ciemnej plamy lasu, a pod nią czarna kreska, równie jak dym nieruchoma, oznacza pociąg kolejowy w całym pędzie... w wagonach tam ciepło, gwarno, kołyszą się głowy w takt ruchu pociągu; przez okna zamarznięte patrzą czyjeś oczy na Tatry, na nas, jak my przed chwilą zaledwie dostrzegliśmy kreskę pędzącą, która stoi na miejscu. Drogi, rzeki, lasy, miasta, miasteczka - to tylko linie i plamy na wielkiej mapie natury, rozłożonej przed nami. a na tej mapie żyje światek ludzki, świat istot maluczkich, których w jednej kresce parę setek zmieścić się może i pod wałkiem z waty się ukryć... Malutki świat ten wobec olbrzymów, które ze strony przeciwnej kamiennymi oczami na nas patrzyły: niezliczone rzesze głów potwornych pod białymi kapturami zimy.
Na zboczach już Osterwy, gdzieś w okolicy Klinu, wyszliśmy ponad linię lasów i odtąd stref tych nie opuszczaliśmy, ponieważ śnieg na wyżynach był lepszy niż w lesie, gdzie narty grzęzły głęboko. Zdążaliśmy na noc do Śląskiego Schroniska pod Garłuchem, ażeby następnego dnia "przewyrtnąć" się na drugą stronę przez Polski Grzebień, a teraz oto skręciliśmy ku Stawowi Batyżowieckiemu, na wyżnią morenę.
Wprost przed nami, pomiędzy drobnymi kępami kosówki pasła się kozica, szukając pod śniegiem pokarmu, kiedy niekiedy z owej toni senności i ciszy i przybiegał dreszcz niespokojny - zachodni wietrzyk - i coś szeptał w kosówkach, szeleścił Usteczkami lodu, pędząc je na pochyłości coraz dalej i dalej, aż zrywały się do lotu w powietrze i zawrotnym tanem przerzucały się na stopy Garłucha. Długośmy obserwowali kozicę, która nie spodziewając się żadnej inwazji, spokojnie szczypała kosówki; porwała się do ucieczki, gdyśmy na kilkadziesiąt roków zbliżyli się do niej i w potężnych susach znikła nam z oczu: poszła na dół, a nie jak latem - do góry. Za nią ruszyły dwie - trzy jej towarzyszki.
Staw, jak tatrzański staw w zimie: dno białej misy. Ale w tym opuszczeniu zamarłej wody górskiej, duszącej się w lodowych uściskach wrogiego żywiołu, w bezradności turniczek samotnych, beznadziejnie pozierających na dzieło zniszczenia, w przeraźliwej pustce tej dzikiej kotliny jest tragizm niewysłowiony: mene-tekel-ufarsin. pisane niewidzialną ręką na odwiecznym gmachu przyrody.
W kotlinie chwilami kurzyło już dobrze, wiatr szumiał między skałami i świstał, i dzwonił, więc rzuciwszy tylko okiem na staw, przeszliśmy morenę i zboczami Garłucha wydostaliśmy się na grań, z której jak dwa kamienie spadliśmy do Doliny Wielickiej, śnieg tylko kotłował się za nartami, gdyśmy tak ze stromego zbocza sunęli wprost ku schronisku, gdzieniegdzie tylko wywijając węża między kosodrzewiną.
Zmierzaliśmy ku staremu schronisku, czerniejącemu opodal ruiną, wiedzieliśmy bowiem, że nowe przez zimę zamknięte, a klucza nie mieliśmy. z ciekawości wszakże okrążaliśmy nowe. Cóż to? Drzwi uchylone, szalówki koło drzwi zdarte... Był ktoś - już dawno; na parę metrów śniegiem dziś drzwi zasypane.
- Niechże pan wchodzi, pan mniejszy - woła pan K. Istotnie jestem mniejszy nieco od pana K., więc wciskam się w szczelinę u góry i z trudem dostaję się do wnętrza. w korytarzu śniegu pod pułap nieledwie, dalej mrok i zapach europejskiej kultury w postaci waporów piwska. Odkopuję drzwi deską, która była pod ręką - robota niełatwa - i pomagam towarzyszowi wtłoczyć się w korytarz. Przez jakąś szafę czy bufet schodzimy ze śnieżnego nasypu do wnętrza domu i ze światłem rozglądamy się wokoło. w pokojach łóżka, kołdry, poduszki złożone w piramidy pod sufit, w kuchni ślady pobytu ludzi. Byli, mili goście tu byli, to i owo zrąbali, a wychodząc otworem drzwi zostawali. To jest ciekawe i charakterystyczne.
Los nam uśmiechnął się najwidoczniej, nie wzgardzimy darem też jego; nie chcemy już marznąć w starej ruinie, która teraz rozpaczliwie jakąś deską ku nam skrzypiała, będziemy spali na pościeli, w najcieplejszym miejscu, bo w kuchni!
Dictum-factum. Przenieśliśmy swoje bagaże i poszli szukać opału. Niedługośmy szukali, gdyż na werandzie był cały zapas drzewa opałowego - więc parę smrecz-ków przy wlekliśmy do kuchni, rozpiłowali, przynieśli pościel i pod dobroczynnym działaniem ognia roztajaliś-my wkrótce na dobre.
O, miło tutaj! Ma się wrażenie, że "mróz z człowieka wychodzi", zwłaszcza gdy różne gorące konserwy, a nade wszystko herbata, skutecznie mu w tym pomagają.
W nocy buda śląska się trzęsła. z małych fujawic, co tak "se igrający" po upłazach chodziły, utworzyła się śnieżna kurniawa - zamieć górska gwałtowna, dzika, nerwowa, rzucająca się w kłębach wężowych z jednego miejsca na drugie: tu górę w ciągu kwadransa usypie, tam zedrze śnieżną powłokę do kości ziemi - do lodu; zamieć górska, zębami wichru szarpiąca przechodnia, smagająca go po twarzy biczami igieł lodowych - w jęku, w chaosie rozpętanych sił swoich dzwoniąca straszną symfonię śmierci.
Kilkakrotnie w ciągu nocy budziło mię gwałtowne o szyby okienne kołatanie wichru, który przemocą chciał się wedrzeć do wnętrza, a odparty od murów spadał w bezsile szelestem ślizgających się po szkle płatków śniegowych. Westchnienia głębokie i ciężkie, w sercu gór gdzieś poczęte, falami szły poprzez mroczne przestworza, to niknąc w zaświatowej dali, to wznosząc się do potężnych akordów, od których drżała głąb ziemi.
Na skrzydłach tej dzikiej muzyki niewesołe dumy ku mnie leciały. Wracać na Węgry? Czekać końca zawiei w tym przesiąkłym oparami piwa schronisku? Ani jedno, ani drugie. Iść w mrok kurniawy na pustynne bezdroża, pod nawisami brzemiennymi lawiną się ślizgać, na lodowych upłazach zgrzytać nartami i w chowanego ze śmiercią się bawić? Rozsądek weto swe stawia.
Eh, bierz cię licho! ranek rozstrzygnie, a teraz spać!
Jakoż usnąłem. Ranek przechylił szalę na naszą korzyść, kurzyło jeszcze, szumiało, tłukło się to po górach w nieprzejrzany welon zadymki spowitych, lecz burza osłabła; osłabła tutaj na dole, wiedzieliśmy wszakże, że tam na wyżynach, oko w oko z nią się jeszcze spotkamy i przemocą przejście będziemy musieli forsować.
Posiliwszy się, ułożyliśmy wszelkie graty schroniska na dawne ich miejsca i wyszliśmy na chłód i zadymkę. Wychodząc, na klucz drzwi zamknęliśmy i klucz wzięli ze sobą, ażeby go po powrocie węgierskiemu towarzystwu turystycznemu odesłać (Co w istocie wykonane zostało).
Zachrzęściały znów narty - idziemy. Wielicki Staw przecięliśmy ukośnie i uważnie zaczęliśmy się wznosić na ściany kotła, okalające staw od północy. Kolosalny lej śniegowy utworzył się z tej strony - na szczęście pozbawiony zupełnie prawie młodego śniegu; więc po starych nawisach, opancerzonych grubą warstwą szreni, wspinaliśmy się nadzwyczaj stromo, łamiąc nieustannie uderzeniami nart lodową powłokę. Wyszliśmy z leja bez przygód i dalej dnem doliny szliśmy w kierunku północnym, rzecz prosta bez drogi, bo w zimie ironią jest mówić o ścieżkach tatrzańskich. Na górach mroczno było bez przerwy. Im wyżej, tym wicher szarpał zawzięciej, tym silniej ślepiła oczy kurniawa. Oto powierzchnia lodu czystego, rzygająca w kilku miejscach kłębami wody zamarzłej: to Długi Stawek.
Bierzemy się ciągle w prawo, zmieniając się co pewien czas w przewodnictwie i torowaniu pierwszego śladu. Chwilami idę z zamkniętymi oczyma, ażeby dać im wytchnienie od bolesnych cięć wichru.
Coraz dalej, dalej, zakosami do góry.
Z zamętu śnieżnego wynurza się szara turniczka, a na niej feston lodowy: tak, to łańcuch. Więc kierujemy się dobrze. Kilka zakosów - i jesteśmy już przy łańcuchu. Wygląda on jak boa z piór strusich - cały utkany lodowymi igłami. Ścieżką tedy, a raczej miejscem ścieżki o parę metrów ponad nią, wspinamy się dalej mozolnie, pomagając sobie łańcuchem tam, gdzie się on ze śnieżnych głębin wynurzał.
Nad wyraz pocieszny jest widok ludzi na nartach, wciągających się do góry przy pomocy łańcuchowi w każdym razie niezwykły. To tak, jak gdyby się spotkało na szczycie Świnicy kogoś we fraku. Wiem tylko, że mię śmiech pusty ogarnął, gdym sobie uprzytomnił tę niewłaściwość.
Już tylko kilkanaście metrów do przełęczy zostało, gdy przegrodziła nam drogę skała gładka, lodem jak tarczą okryta - i tak narta źle stoi i owak się ślizga - tak źle, a tak niedobrze. Nie chciało się nam pod samą przełęczą nart już odpinać, obejść zaś skały nie można było, gdyż turniczki zamykały przejście i wyżej, i niżej. Zdjęliśmy więc narty i kilkanaście kroków, dzielących nas od grani, przeszliśmy "na nogach".
Na przełęczy sypało, kręciło, szumiało - rzekłbyś stada duchów tatrzańskich urządziły tutaj igrzyska. Na dole ciemno - wszystko roztapiało się w mgławicach kurniawy; białe tylko pola przed nami spadały śmiałymi liniami w ową ciemność ku Zmarzłemu Stawowi.
Zeszliśmy nieco poniżejr ażeby się ukryć od wiatrur i pod pierwszą skałką odpoczęliśmy trochę i posilili się; chłód nie pozwolił nam długo popasać. Więc chwilę potem staliśmy znowu na nartach, z workami na plecach - gotowi do drogi.
Pierwszy rzut oka przed siebie rozstrzygnął o wyborze drogi. Dwóch zdań nie mogło być tutaj: mamy kierować się w lewo - mniej więcej tak, jak letnia ścieżka idzie.
- Proszę - rzekłem,
- Bardzo proszę - odpowiedział pan K.
Ruszyłem naprzód. Bez szelestu, aksamitnym dotknięciem suną nasze narty po śniegu; nie ma chrzęstu, dzwonienia spadających płatków lodowych, ani skrzypu łyżew. Jak dwa duchy płyniemy po białej toni coraz szybciej, coraz zawrotniej...
Biało, biało...
Wszystek śnieg z nocnej zamieci przerzuciło na stronę północną. Niedobrze.
Przede mną dwie turnie, jak dwie baszty po bokach bramy zamkowej; pomiędzy nimi białe przejście, stromo, wprost na dół. Młody śnieg burzy się pod nogami.
Skierowałem narty w ową bramę i mocno hamując prawą nartą, przemknąłem między turniami.
Za mną, pół metra poniżej, pan K.
Po czym, pod turnią nagle w lewo skręciłem i...

Co się dzieje? cóż to?

Zamęt, wir, rozprzężenie. Pijanym koliskiem świat się zatoczył.
Huk trzęsienia ziemi. Tupot niezliczonych stad bawołów w szalonym popłochu pędzących na oślep. Łomot, świst i warczenie...
Lawina!...
Na mgnienie oka wydało mi się, że spadam, a wraz ze mną świat wali się w przepaść. Wnet jednak spostrzegłem, że stoję na miejscu: od nóg moich, przede mną, za mną, i wyżej wszystko ruszyło i w nieokiełznanym pędzie leciało w dół. Na kształt potężnego potoku leciało, kotłując się, bałwaniąc, tocząc olbrzymimi kłębami, buchając wulkanami śniegu ku niebu.
Rzuciłem okiem za siebie i ujrzałem towarzysza wycieczki głową na dół, nartami do góry, spadającego w ślad za lawiną.
- Kij pod pachę! (W razie upadku na stromym zboczu - najskuteczniejszy sposób ratunku: w śnieg wrazić kij pod pachą, prostopadle do powierzchni terenu) - krzyknąłem ile głosu w piersi nie ruszając się z miejsca, w postawie, w której skręt wykonałem: od mego kolana ku górze wznosiła się potworna masa młodego śniegu, nietknięta, wisząca niemal nad głową, gotowa runąć na nas każdej chwili. Poniżej, poczynając od nart moich (dosłownie) i w ogóle od śladu, którym przed chwilą powierzchnię śnieżną przeciąłem, całe zbocze urwało się i poszło na dół. Stałem sam na warstwie starego śniegu, na którą w chwili runięcia lawiny opadłem. Miałem wrażenie, że kolanem swoim i kijem, wbitym w śnieg aż do lodowego podłoża, podtrzymuję cały ciężar drugiej lawiny, która wisi nad nami. Nie śmiałem drgnąć, żeby katastrofy nie spowodować, zaparłem oddech i patrzyłem jak pan K. zatrzymał się, jak się podnosił, jak ostrożnie sunął się po lodowym szkliwie ku grzędzie skalnej, dającej już pewną rękojmię bezpieczeństwa, jak stanął wreszcie na tej grzędzie. Za nim, na dole znikały w zamieci resztki lawiny.
Cóż teraz? Najmniejszy ruch nieostrożny, a spadnie na mnie ta góra śniegu i zmiecie z powierzchni jak źdźbełko trawy: wszakże trzeba coś robić.
Błysnęła wesoła a silna myśl: oszukać wroga, uśpić jego czujność.
Kocim ruchem uniosłem nartę do zwrotu wstecz, niepostrzeżenie wyjąłem kij ze śniegu i wbiłem go ostrożnie za sobą, zwróciłem się twarzą do grzędy, na której stał pan K., i nagle jak kula rzuciłem się co pędu w nartach. Rozliczyłem, że choćby lawina poszła za mną, przemknę przez niebezpieczny teren, zanim mię ona dogoni.
Narty wyrzuciły mię literalnie na skalną grzędę. Lawina nie poszła.
Odetchnęliśmy i rozejrzeli się wkoło.
Staliśmy na grzędzie wprost pod skalną bramą. w bramie tej pod turnią, jedną i drugą - i niżej, ile okiem sięgnąć można było pośród kurniawy, świeciło stare lodowate szkliwo. Wszystkie kondygnacje późniejsze, wraz z grubą warstwą świeżego śniegu spadły w potężnej lawinie. Właśnie gdyśmy wyjechali z bramy i skręcali na lewo, za nami z bramy wypadł zwał śniegu i on to spowodował oderwanie się reszty. Siad moich nart był cięciem decydującym. Pan K., który jechał cokolwiek niżej, znalazł się już na śniegu usuwającym się - upadł, śnieg wszakże od razu go wyprzedził i dlatego nie porwał ze sobą.
Nie pozostało nam nic innego, jak zjechać na dół po obnażonym przez lawinę szkliwie, okoliczne bowiem zbocza nie dawały żadnej rękojmi bezpieczeństwa. Niełatwa była ta jazda - cały czas niemal wypadało jechać poprzecznie (Tj. w kierunku prostopadłym do długości) - wszakże w niedługim czasie stanęliśmy na Zmarzłym Stawie. Lawina spadła na staw i daleko na staw się wtoczyła. Lód długimi szczelinami popękał w różnych kierunkach. Próbowałem swoim dwumetrowym kijem zmierzyć grubość lodu; jednak ręka wraz z kijem w głąb wchodziła, krawędzi lodu nie dosięgając. Wokół na całym zboczu i na stawie leżały wielkie bryły śniegu - pobojowisko niewidzialnych wojów.
Jak obliczyłem, później w domu (Miejsce oderwania się lawiny było jakieś 20m poniżej przełęczy, tj. na wysokości ok. 2190 m, Zamrzły Staw leży zaś na wyskości 2047 m, w powietrznej linii 225 m od grani. z trójkąta otrzymamy przeciwprostokątną X = 266 m, którą podzieliwszy przez maksymalną liczbę sekund 8 (czas spadania), będziemy mieli szybkość średnią 33 m na sekundę.), lawina w ciągu kilku mgnień, 6 do 8 sekund, przebyła drogę 266 m, szła zatem ze średnią szybkością 33 m na sekundę, czyli 2 kilometry na minutę. Szybkość ogromna, druzgocąca samą bezwładnością wszystko po drodze. Początek jej dała tzw. deska śniegowa.
Wszystko to dobre, co się dobrze kończy, i nasza lawina była też dobra. Znajdowaliśmy się jednak dopiero na najwyższej terasie Świstowej Doliny i trzeba było przebyć drogę długą po stromych spadach, zatłoczonych gotowymi do oderwania się masami młodego śniegu - lawinami niejako w stanie potencjalnym. Czy i te będą dobre?
Nie było wyboru. Jechaliśmy naprzód, szukając dróg bezpieczniejszych. Trzymaliśmy się grzęd skalnych, turniczek i kosodrzewiny. Niebezpieczne szerokie żleby przebywaliśmy w ten sposób, że po kolei w całym pędzie nart spadaliśmy z jednej krawędzi na drugą, od jednej grzędy do drugiej. Siady nart staraliśmy się krzyżować, ażeby nie wywierać na śnieg silniejszego ucisku.
Tak szczęśliwie zjechaliśmy w gęsty las Pod Wysoką, skąd za Białą Wodą na noc do Roztoki.
Koło schroniska Pola widzieliśmy w głębokim śniegu ślady jakiegoś "turysty", który na próżno krążył koło schroniska, nie mogąc się dostać do wnętrza. Za śladami tymi szliśmy pod górę ku szosie, w pobliżu której ślady w las skręcały i urwały się. Były to ślady niedźwiedzia - jednego z ?naszych? kudłaczów - z tychr co to w Roztoce pod Czuba zimują. Chodził pojrzeć widocznie, czy nie zaszły zmiany w stanie posiadania "firsta", zwłaszcza w żywym jego inwentarzu i teraz wracał spokojnie "do domu".
Wygodny nocleg w ciepłej izbie dróżnika przy Wodogrzmotach zakończył pamiętny dla mnie dzień l marca 1908 roku.
Nazajutrz byliśmy w Zakopanem.

P.S. Drogę z Zakopanego przez Liliowe i Przełęcz Koprową do Szczyrbskiego Jeziora przebyliśmy wraz ze śp. Mieczysławem Karłowiczem, który, nie czując się zdrowym zupełnie, po wrócił koleją. Pisząc artykuł powyższy w końcu stycznia 1909 r.r nie przypuszczałem, że w kilka dni później - dnia 8 lutego - nieodżałowany towarzysz nasz zginie śmiercią tragiczną pod Małym Kościelcem, porwany lawiną zupełnie taką, jak opisana powyżej. Naszym szczęściem było, żeśmy "deskę" od stóp swoich strącili, on zaś, pomimo ogromnego swego doświadczenia i ostrożności, znalazł się na desce, która go ku mogile uniosła.
Cześć jego drogiej pamięci!