Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Wycieczka na Orlą Basztę w zimie

Źle to czy dobrze, że Tatry szerzą "zarazę taternictwa", jak wyrażają się nieubłagani zwolennicy bytowania za piecem, nie podejmuję się na pytanie to odpowiedzieć. Wiem tylko, że są ludzie istotnie taternictwem zarażeni, dla których Tatry są drugą ojczyzną; każdy szczyt - najpiękniejszym pomnikiem, szumy wichru halnego - najpiękniejszą muzyką. Dobrze im w Tatrach, być może lepiej, niż między ludźmi - dajmy im spokój; tak czy inaczej powrócą do ludzi, chociażby dlatego, że głód z gór ich spędzi.
Do niedawna w ciągu zimy ci ludzie z musu w dolinach siedzieli, gdyż wiadomo było powszechnie, że "w zimie nikt w Tatry nie chodzi". Przekonano się jednak, że i w zimie można w góry chodzić - więc poszli. Trudna zimowa turystyka, wspomagana umiejętną jazdą na nartach, przyjęła się u nas zupełnie, a tym samym świat nowy został odkryty - olbrzymi, piękny, ale daleki i niedostępny. Dawniejsza turystyka nie podołałaby przeciwnościom zimy; tylko dzisiejsze wysoko rozwinięte taternictwo, zaprawione latem do zmagania się z największymi trudami w górach, przemocą zagarnia śnieżną Tatr dziedzinę. Jedyna to przemoc, która jest piękna.
Tak dziś rzeczy w Tatrach się mają.
We dwóch poszliśmy na noc na Halę Gąsienicową, zaopatrzeni w liny, czekany i raki. Narty były zbyteczne, bo śniegi w górach już twarde. Celem wycieczki była Orla Baszta, potężna turnia w grani Buczynowych. Przez nią prowadzi słynna Orla Perć, która dziś, uposażona w sztuczne ułatwienia, nie przedstawia żadnych trudności dla osób, nie podlegających zawrotowi głowy. Sęk jednak w tym, że w zimie w ogóle nie ma żadnej perci, a zatem nie ma i Orlej, wszystkie perci są pod śniegiem i lodem tak misternie ukryte, że i z latarnią w dzień się ich nie odszuka. Dróg zimowych w ogóle nie ma, raz idzie się tu, drugi raz - tam, zależnie od stanu śniegów i pogody. Cała zimowa turystyka - to jedna wielka improwizacja. i w tym tkwi jej urok z niczym nie porównany.

Orla Baszta (w środku) i Granaty (z prawej), widziane z Żółtej Truni. Fot. Roman Petrycki.

Towarzyszem moim był inż. A. Litwinowicz, który już w Tatrach wycieczki odbywał.
Na drugi dzień, przypiąwszy raki w schronisku, ruszyliśmy w drogę. Halny wiatr chłodny, który w nocy się w górach rozbijał, przycichł na razie, dzień dość niewyraźnie zapowiadał pogodę. Minęliśmy Czarny Staw i Żółtą Turnię i związawszy się liną, jęliśmy wspinać się na strome upłazy Przedniego Granatu. Ślady na śniegu z poprzedniego mego wejścia na Granat (pięć tygodni temu) dobrze były widoczne. Siadami tymi kroczyliśmy raźno w górę, od czasu do czasu mając skalną wspinaczkę, i w południe stanęliśmy na szczycie. Drugie to wejście zimowe było łatwiejsze niż pierwsze, ponieważ śnieg na Granacie był twardszy i bardziej spoisty. Chmury tymczasem od zachodu wpełzały na Tatry i szczyt po szczycie zagarniały pod siebie; wkrótce zaczął śnieg padać, przyznać trzeba, bardzo nie w porę, gdyż prawdziwe trudności dopiero miały się zacząć. Minęliśmy Granat przeto i kominkiem zeszli na zbocza wschodnie, pokryte śniegiem i lodem; miejscami wyzierały piargi ze śniegu, Bez większych trudności zeszliśmy na Przełęcz Granacką. Przed nami majaczyła wśród mgły i śniegu potężna sylweta Baszty, oddzielona od nas dwiema krzesanymi urniami; na lewo strome spady i ścianki, zasypane, zatłoczone masami drobnoziarnistego śniegu. Jest to strona północna, niedostępna dla promieni słońca, śnieg przeto tutaj głęboki, suchy i sypki - najgorszy i najzdradliwszy śnieg dla turysty.
Znając te miejsca i uważając się za przewodnika, poprosiłem pana L., aby wkopał się w śnieg na przełęczy i przy pomocy czekana zabezpieczył mię liną, mogła bowiem tutaj z miejsca ruszyć lawina. Brnąc w śniegu stromo, zeszedłem na długość liny, to jest 30 m. Wkopałem się sam w śnieg jak najgłębiej i towarzysza asekurowałem.
Teraz trzeba było trawersować pod turniami, przez grzędę z początku poziomo, potem bardzo stromo ku górze. Ruszyłem naprzód. Śnieg głęboki i sypki nie dawał stopom oparcia, a czekanowi zaczepienia; osuwał się, kłębił, całymi potokami płynął na dół i znikał gdzieś z oczu; ekspozycja stawała się coraz większa. z zawziętością jakąś pławiłem się w tym śniegu, rozbijałem go czekanem, żeby przecie do twardszego podłoża się dostać. Po ciężkim trudzie dotarłem do kamienia wielkości pięści, odgrzebałem go ze śniegu rękoma i ku wielkiej swej radości znalazłem chwyt doskonały. Jest przynajmniej za co linę zaczepić! Pan L. miał, być może, jeszcze cięższą pracę; przechodząc bowiem strąciłem jakie były w śniegu oparcia - co stąpił przeto - to jechał na dół. Pół godziny zajęło nam przejście tych 30 metrów! Dalej znowu to samo: czołganie się w śniegu wąskim zachodzikiem ku upragnionemu żelaznemu hakowi, który smętnie wyzierał w górze ze śniegu. Skały nad nami gładkie, chwytu ani jednego...
Nareszcie za hak ręką chwyciłem: Orla Baszta, już nasza! Wykopywanie ze śniegu klamer, znowu lina, asekuracja - i malutka przełączka na grani, cała lodem pokryta.
"Teraz może pan lecieć, daleko pan nie poleci, bo ja mocno już stoję" - krzyknąłem panu L., którego istnienie zdradzało poruszanie się liny, biegnącej ode mnie j gubiącej się gdzieś za skałą.
Wesoły okrzyk odezwał się z głębi, wiatr jednak słowa zagłuszył. Po chwili zza turni ukazała się głowa, czekan dzwonił radośnie o skały i niebawem pan L. stał już koło mnie.
Niepokoił mię śnieg, który padał coraz gęściej. Nie zatrzymywał się na śniegu starym i turniach, lecz osuwał się i ześlizgiwał, gromadząc się powoli w lawiny. Złowieszczy szmer rozlegał się wokół; z każdej rynienki skalnej sypał się śnieg bez przerwy jak mąka spod kamienia młyńskiego. Wiatr z turni strącał kaskady, powiewał welonami śniegu. Jeśli tak dwie godziny będzie sypało, jak z gór tych zejdziemy? w każdym żlebie będzie lawina... Nie cofniemy się jednak, idziemy dalej. Zawziętość wzięła górę nad rozwagą.
Następowała płyta eksponowana, 1 1/2 m grubości śniegiem przykryta; od Pańszczycy śnieg był pionowo obcięty, tworząc "konia" śnieżnego. Mocny był jednak ten koń, przebyliśmy go z łatwością i znowu zabezpieczając się liną za liną i trzymając się żeber skalnych, spadających z wierzchołka Orlej Baszty, osiągnęliśmy szczyt o godzinie kwadrans po drugiej. Więcej niż dwie godziny zajęło nam przejście z Granatu na Basztę!
Radosne zadowolenie, jakie nas ogarnęło na szczycie, można przyrównać do uczucia "roztajania" zziębłego turysty w ciepłym schronisku: nic się nie mówi, nic się nie dzieje, wszakże jakoś jest dobrze, wesoło. Śnieg przestał padać.
Posililiśmy się trochę i zostawiwszy karty wizytowe, świadczące o tym pierwszym zimowym wejściu na Basztę, zabraliśmy się do powrotu tą samą drogą. Pierwej jednak obniżyliśmy się ku zalodzonemu kominkowi, wiodącemu na Pościel Jasińskiego, by go obejrzeć. Całego nie było widać, musieliśmy przeto wejść w komin, a rezultatem tych oględzin było, żeśmy się znaleźli na przełęczy, zwanej Pościelą Jasińskiego. Stąd już przez Orlą Basztę i Granat wracać nie mieliśmy ochoty. Jęliśmy tedy schodzić ostrożnie do Doliny Pańszczycy.
Śnieg bardzo głęboki, niepewny pod względem lawin, pochyłość ogromna. w jednym miejscu rynna lodowa. Pan L., asekurowany z góry, zaczął schodzić, zahaczając mocno czekanem. Nagle ujrzałem, że jedzie na dół i równocześnie poczułem silne szarpnięcie... lina się wyprężyła, w tej samej chwili pan L. zaczepił rakami o trawki i zatrzymał się.
Przyszła kolej na mnie. Widzę, że nie zejdę; na asekurację liczyć nie mogę, bo pan L. sam ledwo się trzyma... Spojrzałem po skałach pobliskich: jedna doskonale nadawała się do zaczepienia liny, więc zaczepiwszy drugą linę, którą miałem na sobie, 12 m rynny zjechałem na linie. Zeszliśmy w śnieg. Popod turniczki i skałki, czujnie śnieg obserwując, czy nie ruszy nad nami lawiną, trawersowaliśmy przez masyw Orlej Baszty ku żlebowi spadającemu od Granackiej Przełęczy. Żlebem tym paręset metrów zjechaliśmy do Doliny Pańszczycy i o zmroku wrócili do schroniska na Hali Gąsienicowej.