Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Myśli człowieka spadającego z dachu

Tytuł niezupełnie ścisły. Spadałem bowiem nie z dachu, ale ze ściany, co prawda, nie ustępującej pod względem wysokości porządnej kamienicy, wszakże nie z dachu. Użyłem tego tytułu, ażeby dać możność również ludziom nie znającym gór, ocenić krótkie przeżycia człowieka, używającego tego dość niezwykłego sposobu lokomocji.
Byłem na Zawracie w zimie w towarzystwie paru osób, w tej liczbie p. Henryka Bobkowskiego, dokąd wydostaliśmy się na nartach po twardej jak szkło szreni, którą pokrywała warstwa śniegu świeżego, nie grubsza od palca. Gdy nastąpiła pora powrotu, pana B. uniosła pasja narciarska i we mgle zniknął nam z oczu: po prostu nura dał w morze mgieł, które wznosiło się coraz wyżej z kotliny Stawu Zmarzłego. Pozostałem ze wspomnianymi osobami na Zawracie. Żadna z nich nie stała wówczas zbyt pewnie na nartach, poczuwałem się więc do miłego zresztą obowiązku zaopiekowania się nimi, szczególnie jedną z nich, która nie zdradzała wielkich chęci zjechania, jak to się mówi po polsku "szusem" po szreni. Pan B., zjeżdżając poprzecznie, zgarnął wszystek śnieg z naszej drogi i teraz świeciła tam tafla czystej, pięknej szreni. Ładna będzie jazda, pomyślałem sobie... Jakoż zaczęła się ona.
Zjechałem poprzecznie około 20 m i stanąłem mocno. Kij (wówczas pojedynczy bambusowy) wbiłem w śnieg powyżej swego stanowiska, przygotowany według wypróbowanego sposobu, na "łapanie" spadających osób. Istotnie, pierwsza z nich zjechała samodzielnie 2 metry, po czym już nie według zasad narciarskich, ale praw fizyki, zupełnie prawidłowo, z przyśpieszeniem "jechała" dalej w pozycji leżącej wprost na mnie. Ścisnąłem kij mocniej i mocniej stanąłem. Osoba ta z rozpędu wjechała na kij i po kiju na moją głowę, gdzie zatrzymała się w poprawnej pozycji "Christiania", mając obie narty złożone.
Pomogłem jej (osobie) zmienić teren na bardziej odpowiedni i stanąć dobrze na śniegu, wtedy zjechałem znów 20 m i zatrzymałem się. Powtórzyła się ta sama historia z tym samym wynikiem i z christiania na mojej głowie. Potem po raz trzeci to samo itd. Z początku raziła mię ta nowa szkoła jazdy na nartach z zatrzymywaniem się na głowie, nota bene nie własnej, ale wkrótce przyzwyczaiłem się.
Tak zjechaliśmy całym żlebem Zawratu i stanęliśmy szczęśliwie w miejscu, gdzie żleb się rozszerza, a pochyłość jego staje się nieznaczna.
Tu zostawiłem owe osoby na razie własnemu losowi i serpentyną ruszyłem na dół. w całej pełni rozkoszowałem się jazdą po doskonałym w tych miejscach śniegu, w pędzie nart robiłem coraz częstsze zakręty, starając się przedłużyć jak najbardziej drogę.
Na wszystko jednak kres przychodzi. i ja ujrzałem się blisko już progów skalnych, którymi opada kotlina Stawu Zmarzłego ku brzegom Czarnego Stawu. Upatrzywszy więc miejsce dogodne w bocznym korycie, zrobiłem jeszcze jeden łuk i wpadłem do płytkiego żlebiku, gdzie wykonałem skręt alpejski, mając zamiar zatrzymać się w miejscu. Nie wiedziałem jednak, że dno tego żlebiku jest z lodu i przykryte tylko zdradziecko cienką warstwą świeżego śniegu. Wskutek tego narty przeniosły mię przez żlebik i wjechałem na pionowe, również jak żleb oblodzone skałki. Narty moje stanęły dęba, a ja zwaliłem się plecami na dno żlebiku, przy czym kij zostawiłem w śniegu. Ten kij stał się powodem tragicznych mych przeżyć, o czym niżej. Pozostawiłem go w upadku zupełnie świadomie, ponieważ miał on dla mnie pamiątkowe znaczenie, bałem się zaś szarpnięciem go złamać. Na kiju bowiem był mój monogram, własnoręcznie przez śp. Mieczysława Karłowicza wypalony. Odpadłem tedy od skałki bez kija.
Od razu poczułem, że zaczynam jechać, to znaczy spadać. Zrozumiałem, że leżę na podłożu! lodowym, że pochyłość dalej jest coraz większa, że żlebik urywa się na dół pionowymi ścianami itp., słowem w mgnieniu oka uprzytomniłem sobie wszystkie okropności sytuacji, w której się znalazłem. Prawdopodobnie musiały mi się wtedy zjeżyć włosy na głowie, nie zauważyłem jednak tego.
Pierwsza myśl: stój, stać, zatrzymać się! Ale jak? Narty leżą na lodzie bezwładnie. Wykręciłem się więc twarzą do lodu i "pazdury", zamknie w grubych rękawicach, wpiłem w podłoże. Skutek był taki, jak gdybym po szkle wodził palcami... Rozpacz. Stój, stać! - krzyczał mi instynkt samozachowawczy do ucha. Jechałem już bardzo szybko.
Zmieniłem taktykę i obróciłem się na plecy, starając się łokci użyć jako hamulca. Na łokciach jednak jechałem dalej jak gdyby na dwóch płozach od sani: równo, gładko i coraz prędzej. Tyle tylko, że utrzymałem pozycję - głowa wyżej, nogi niżej, nie zaś odwrotnie.
Pamiętam, że w pewnej chwili dostrzegłem w lodzie żółte trawki, za które usiłowałem chwycić się ręką, pod nimi kamień w lodzie wrośnięty, wyżej na przeciwległej ścianie Granatów zachodzik zaśnieżony, którego latem nie widać: zachodzikiem tym wszak można do żlebu się dostać, a dalej już dobrze - przemknęła mi cudaczna myśl w głowie... Pęd coraz większy, już zawrotny zupełnie... Nagle... skała? Przede mną skała, wystająca na l metr z lodu, szara, mocna, zbliża się, leci na moje spotkanie! Za chwilę zgruchocę nogi o skalne te zręby... Już jest przede mną!
Nie zdążyłem nawet dobrze się jej przyjrzeć - już byłem po drugiej jej stronie, przerzucony niewidzialną siłą i z oszałamiającą szybkością pędziłem w przepaść. Pochyłość tu żlebu coraz większa, impet szalony. Wiedziałem, że dalej - powietrze.
W ogniach błyskawicy mignęło mi całe życie, kilka twarzy znajomych i drogich, jakieś krzyże cmentarne... Nad grobem moim mówca: żałobni słuchacze - zaczął głosem wzruszonym - znów jedna ofiara lekkomyślności własnej i nierozwagi. Znowu...
Nie dokończył, gdyż trzepnąłem go w pysk i wyleciałem w powietrze.
Świst tysiąca strzał, śmigających koło mych uszu, łopotanie niewidzialnych skrzydeł, chlastanie jakichś szmat po mej twarzy i...
Bu - buch! buch!
Trzask, prask - chmura śniegu skończyło się!
Nie, nie skończyło się, bo lecę dalej; wcale nawet wygodnie leżę na śniegu i spadam.
Aa... więc już spadłem ze ściany?
A może to rzecz się dzieje na tamtym już świecie? Nie, niedorzeczność, Czarny Staw przede mną, lecę do Czarnego Stawu, niezawodnie już spadłem ze ściany! Dobrze mi jest, głowa wyżej, nogi niżej, ale cóż tam szoruje i dzwoni nade mną?
Oglądam się: kij, mój własny, rodzony kij, wzruszony widocznie moją niedolą popędził za mną, a że był mniejszy i bardziej śliski, więc mię dogonił! Poczciwy i zacny kij! Mam go i dzisiaj na miejscu honorowym. Sięgnąłem ręką po niego, po chwili miałem go już pod pachą i prułem śnieg z całej mocy. Impet był jednak tak wielki, że pomimo hamowania jeszcze kęs spory przeleciałem w tej pozycji, zanim czując, że pęd opanowuję, zmieniłem chwyt kija i stanąwszy na nogi, nie zatrzymawszy się jednak ani na chwilę, zjechałem część drogi poprzecznie; wówczas, wciąż jeszcze będąc w mocy pierwotnego rozpędu, skierowałem dzioby nart ku dołowi i po paru zakrętach stanąłem przy Czarnym Stawie.
Uuf! dobra była jazda, trochę tylko za prędka! Gorąco....!
Z niedowierzaniem i ciekawością oglądałem siebie: wszystko na miejscu, nic mię nawet nie boli. Zacząłem tedy kombinować, jak się to stało? Ściana wysoka i czarna, a oto język śnieżny podchodzi do niej i przylepia się na płask do granitu. Na ten język spadłem w pozycji prawie stojącej i jemu zawdzięczam, że nie zabiłem się w upadku, lecz ruchem ślizgającym zacząłem się od ściany coraz bardziej oddalać...
Cała moja jazda od miejsca upadku do Czarnego Stawu trwała nie dłużej od 30 sekund. Czas zejścia od Zmarzłego do Czarnego Stawu niezaprzeczenie rekordowy. Szkoda tylko, że pp. narciarze-sportsmeni nie uznają zapewne tego rekordu, a to z dwóch błahych przyczyn. 1, że zeskok wykonałem bokiem, mając narty ustawione poprzecznie do kierunku jazdy i 2, że jazda moja była przymusowa, a na początku nawet w postawie niezupełnie przepisowej, Drobnostki. Boleję jednak nad tym. Uczestnicy (czki) wycieczki widzieli mój upadek i ze szczerym przerażeniem stwierdzili, że ze mnie już trup albo, w najlepszym razie, nieboszczyk.
Jakże byli zdziwieni, gdy, wyjrzawszy u góry ze ścian progu, spostrzegli owego nieboszczyka, stojącego na nartach i zapalającego papierosa!