Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




W "śtrybnych" miejscach

PRZYCZYNEK DO PSYCHOLOGII TATERNICTWA

Każdemu z alpinistów zdarzało się niewątpliwie być w czasie swoich wycieczek wysokogórskich w mniej lub więcej krytycznym położeniu; każdy przeżywał prawdopodobnie jeżeli nie identyczne, to zbliżone do siebie uczucia i myśli, każdy walczył ze skałą i z sobą w sposób mniej lub więcej jednakowy. Mniej lub więcej, bo przecie indywidualność człowieka nie może nie odegrać tu roli wybitnej.
A nawet nie alpiniści - tzw. niedzielni turyści przechodzą na swych drogach bezpiecznych przez podobne sytuacje.
Pamiętam pewnego profesora, który przy wejściu z piargów na ścianki Granatów nad Czarnym Stawem Gąsienicowym, na ścieżce łatwej i bezpiecznej znalazł się według swego mniemania w położeniu rozpaczliwym i leżąc na kamieniu o 1 1/2 m nad piargiem wołał o pomoc, którą też otrzymał.
Albo inny pan, który zgłosił się do mnie, jako do naczelnika Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego (przed wojną) w Zakopanem, uważając, jak sam to tłumaczył, za swój obowiązek złożyć mi o wypadku relację. Wypadku właściwie tutaj nie było, były natomiast przeżycia.
Sprawa według przedstawienia rzeczy świadka bardziej niż sam zainteresowany wiarogodnego, mianowicie zacnego Szymona Tatara, tak się miała:
Jakosik w miesiącu czerwcu wracał Szymon z Morskiego - był jako strażnik T.T. na obchodzie perci - gdzie piarg się usunął, gdzie klamra się obluźniła, albo i cały łańcuch śnieg zabrał. Wracał Szymon i był już w Pięci Stawach, a siompiło okrutnie i chmury po samej ziemi jak barany chodziły, aż tu słyszy - "cosik jajcy", tak wprost przed nim, jakby we Świnicy. Poszedł Szymon na ten głos i doszedł ku nim; było ich troje: pani starsza, panna i ten pan. Niewysoko siedzieli - już drugi dzień - i zejść nie mogli. Nie bars tam dobrze było, ale nie było i źle. Tak bez nijakiej pomocy, z ciupagą tylko i w kierpcach, doszedł Szymon do nich i sprowadził na dół: po jednemu. Trzy razy wracał na to miejsce. Pani starsza - to nic: zeszła dobrze, ino jej pomagał; panna już gorzej, a najgorzej - to pan. Całkiem Szymonowi ręce przy nim poodpadowały. No nic, zabrał ich Szymon i przywiódł ku Zakopanemu.
Tak się przedstawiało zdarzenie.
Warto było jednak posłuchać opowieści samego bohatera przygody.
Był uszczęśliwiony. Nie dlatego, że nic mu się nie stało, lecz z głębokiego przeświadczenia, że teraz, po straszliwych tarapatach, z których wyszedł szczęśliwie, wszystkie góry świata, nie wyłączając Himalajów, stoją przed nim otworem. Nie ma już dla niego złej drogi w wysokich górach, nie ma ściany, której by nie potrafił pokonać, nie ma okropności, których by nie zdolny był przezwyciężyć.
Patrzyłem na cudaka - człowieka lat trzydziestu - z dużym zainteresowaniem i słuchałem uważnie jego natchnionego i niewątpliwie szczerego bajdurzenia.
Co on przeżył w ciągu kilkunastu godzin tam, na tej grańce, na którą Szymon Tatar w kierpcach po rozmiękłym od deszczu gruncie bez trudu się dostał? z pewnością w przybliżeniu to samo, co Whymper w czasie pierwszych swych prób zdobycia Matterhornu.
W szkicu poniższym pragnę na podstawie niektórych osobistych wrażeń dać próbę analizy przeżyć podobnych. Sądzę, iż taternicy, zestawiwszy w pamięci własne swe doświadczenia, znajdą w nich wiele cech wspólnych; stosunek człowieka do gór, przynajmniej w niektórych momentach, znajdzie swe oświetlenie.
Gdy myślą przebiegam wrażenia swych wycieczek wysokogórskich, staje mi w pamięci cały szereg sytuacji trudnych, nawet bardzo trudnych, do których w zupełności można zastosować miano krytycznych. Tym łatwiej, zdaje mi się, z analizą psychologiczną uda mi się dać sobie radę, że wiążą się one organicznie z przeżyciami podobnymi z innej dziedziny: z morza i wojny. Na morzach skrajnej północy przebyłem jako marynarz na żaglowych okrętach szereg ciężkich przygód, a niektóre z nich były wręcz beznadziejne. Takiej np. nocy i świtu koło Przylądka Woronowia na Oceanie Lodowatym, gdy w czasie jednej z najstraszniejszych burz, jakie widziałem, uniknęliśmy cudem rozbicia, choćbym żył tysiąc lat, niezdolny jestem zapomnieć. Albo chwil nieskończenie męczących i długich, kiedy oczekując zgruchotania okrętu przez napór lodowców polarnych, spuszczaliśmy już szalupę, ażeby na niej szukać... chyba nie ocalenia, lecz i śmierci głodowej w pustyni oceanu - takich chwil również nie można wyzbyć się z pamięci. Cztery lata frontu w czasie dwóch wojen, w dodatku w kawalerii, to znaczy zawsze w straży przedniej, gdy szliśmy naprzód i w straży tylnej, kiedyśmy się cofali, nie mogły rzecz prosta, nie nastręczyć sposobności do sytuacji arcykrytycznych.
Wspominam o tych dziedzinach nie taternickich dla tego, żeby usprawiedliwić niejako przed samym sobą próbę dociekań psychologicznych; że mam dość danych do podjęcia próby podobnej. Przejdźmy do rzeczy.
W najdawniejszych czasach zetknięcia się swego z wysokimi górami, po nieudałych próbach wycieczki w górach Libanu, widzę siebie wspinającego się bardzo stromymi upłazkami - coś w rodzaju upłazków Giewontu ponad Doliną Strążyską - ku igle skalnej, która jak potężny obelisk odłupała się od pionowej litej ściany i tkwi obok niej jak ostrze włóczni olbrzyma. Rzecz dzieje się na krańcu północnym Europy, w górach Finmarkenu. Towarzysze moi, marynarze - płynęliśmy wtedy szalupą z Bugtenu do Bosekopu - usnęli na brzegu, ja zaś ruszyłem do góry. Po co? Jakaś siła, rzec można fatalna popychała mię naprzód, ku tej igle przepięknej. Opisałem już tę przygodę w innym miejscu. Nie idzie mi tu o sam czyn alpinistyczny, ponieważ, jak sam to zaznaczyłem w jego opisie, był on głupstwem, lecz o psychikę własną.
Przetrawersowawszy w lewo i zsunąwszy się niesłychanie stromymi trawnikami (pomogła mi tu i ówdzie kosówka) kilkanaście metrów na dół, znalazłem się tuż nad czubkiem igły. Pode mną była już krzesana ściana góry. Takaż ściana monolitu igły kilkadziesiąt metrów wysokości lśniła naprzeciw niej. Trawiasta czapka igły jakie dwa metry długości i szerokości i nieco - może 60 cm - poniżej nęciła mię ku sobie. Odległość czapki 1 1/2 m.
Tam nikt nie był na pewno - przemknęło mi w myśli. Skoczyłem na dół, na czubek igły. Szczęśliwie. Laurowo tu i powietrznie. Pięknie. Poczucie szczęścia, potem chwila zastanowienia: jak teraz wrócić? Skakać teraz trzeba z dołu do góry na bardzo stromy trawnik nad błyszczącą ścianą.
Uświadomiłem sobie, że jestem w pułapce. Myśl o tym, żeby wołać o pomoc i liny odrzuciłem od razu. Rozterka trwała niedługo: sprężyłem się i w szaleńczym skoku cisnąłem się w górę na trawnik, w który od razu wpiłem się "pazdurami" i utrzymałem się.
Wszystko to trwało tak krótko i w takim naprężeniu czynu, że na refleksje czasu nie było.
Urok pierwszego wejścia (było to równo 30 lat temu, kiedy nowoczesne taternictwo jeszcze się nie było zaczęło), a potem ambicja i wstyd przed wołaniem o pomoc sprawiły, że wykonałem te dwa prawdziwie śmiertelne skoki. Głos Instynktu samozachowawczego odezwał się w chwilę potem, gdy byłem już bezpieczny i trzymałem się za kosówkę.
Obraz drugi - w tych samych górach, tylko w innym miejscu, na wyspie Seiland. Wracałem z dalekiej i ciężkiej wycieczki na wspaniały lodowiec, pokrywający całą niemal wyspę. Odłączywszy się od dwóch swych towarzyszy, marynarzy, poszedłem na improwizowane skróty (w Finrnarkenie żadnych ścieżek ani schronisk w górach nie ma) i goniłem już po 16-godzinnym marszu bez przerwy resztkami sił. Znalazłem się też, jak to bywa na "skrótach", po długim schodzeniu w żlebie nad bezdenną przepaścią.
Trzeba było wracać, a nie miałem już siły. Stromizna przy tym, którą w zejściu przebyłem, była tak wielka, że raz po raz trzeba było wciągać się na rękach. Przysiąść dla odpoczynku nie było gdzie. Siły musiałem wykrzesać z głuchego poczucia konieczności tego wysiłku, w przeciwnym bowiem razie musiałbym zginąć. Tak też uczyniłem. Decymetr po decymetrze w odrętwieniu posuwałem się naprzód, aż znalazłem się w miejscu, gdzie mogłem już leżeć. Pamiętam, że nie odwróciłem się nawet: leżałem twarzą do ziemi. Nie myślałem nic i nie czułem. Niejasne poczucie tego, że stąd już nie wstanę, ogarniało mię coraz bardziej. I nagle spostrzegłem, że leżę na kobiercu z borówek. Spora doza zjedzonych wraz z liśćmi borówek przywróciła mi siły, a wraz z nimi i chęć do życia i dalszej walki. Wróciłem szczęśliwie do szalupy, leżącej na brzegu, i swych towarzyszy. Tu wyczerpanie fizyczne spowodowało zobojętnienie na wszystko.
Inne przygody w tych górach, jak wpadnięcie w czasie przeskoku w szczelinę lodowcową, z której się sam wydostałem po dłuższych nie udanych próbach, pomijam jako rzeczy mniej wybitne pod względem przeżyć alpinistycznych i przechodzę w Tatry.
Lawina pod Polskim Grzebieniem, odcięta, a raczej strącona moimi nartami na całej długości północnego stoku, była zjawiskiem potężnym i wspaniałym. Jako taka też wryła mi się w pamięć. Momentów walki nie dała, gdyż błyskawicznie stała się już faktem dokonanym. Jedna chwila wszakże była ciekawa. Oto, gdy stojąc bez ruchu, jak posąg narciarza na lodowatym podłożu stoku, na który w chwili oderwania się lawiny (pyłowej) odpadłem z grubej warstwy śniegu młodszego, nie mogłem odważyć się na wykonanie jakiego bądź poruszenia, gdyż obawiałem się strącić na siebie wiszącą nade mną resztę śniegu, i medytowałem nad tym, jak uśpić czujność czyhającego na mnie wroga. Wreszcie kocimi ruchami zacząłem narty kolejno zwracać w przeciwnym kierunku, a kiedy wszystko było gotowe, w radosnym poczuciu siły rzuciłem się jak kula na dół w zupełnej pewności, że nowa lawina mnie nie dopędzi, zanim wskoczę na skalną grządkę, na której leżał już mój towarzysz, p. R. Kordys. Niebawem i ja tam leżałem.
Długo jeszcze potem zjeżdżaliśmy na dół, lawirując pomiędzy grzędami i żlebami, a cała nasza jazda była właściwie grą w ciuciubabkę z drzemiącymi w tym czasie na całym stoku gór lawinami.
A oto nowa przygoda.
Upadłszy w zalodzonym żlebiku powyżej Zmarzłego Stawu (pod Zawratem) sunę w pozycji leżącej dnem jego tu Czarnemu Stawowi. Bezwładne narty na nic mi tutaj przydać się nie mogą. Kij (pamiątkowy), nie chcąc go złamać w głębokim śniegu, w który się wbił do połowy, świadomie z rąk wypuściłem, nie przewidując oczywiście następstw upadku: lód tutaj był zamaskowany cieniutką warstwą świeżego śniegu. Ratuję się rękami: próbuję raz łokciami zatrzymać się w pędzie, to znów palcami chwytam za drobne kamienie, tkwiące w lodowej oprawie, albo za trawki przeświecające przez lodowe szkliwo - wszystko daremnie: pęd coraz większy.
Jak wichura śmierć do mnie na spotkanie pędzi. Wiem, że tam niżej... spaszty, urywające się do Czarnego Stawu. Sam lecę już ptakiem. Już mię przerzuciło przez sporą wantę, wyrastającą z lodu jak wyspa - zdążyłem tylko pomyśleć, że o nią właśnie nogi połamię, już krawędź ściany, już lecę w powietrzu czystym, mroźnym powietrzu. Naprzeciw mnie ściany Granatów... Ot tam zachód - widać go teraz dobrze pod śniegiem - którym wejść można na górny taras. Mignęły twarze ludzi bliskich i drogich - jedna, druga, trzecia... Szkoła, maszty okrętu... Oszałamiający pęd powietrza, a potem szorowanie śniegu pode mną... Cóż to jest? Leżę na śniegu, głowa wyżej, nogi niżej - ale nie tkwię na miejscu: sunę na dół z zawrotną szybkością. Coś dzwoni nade mną? To mój kij bambusowy mię dogania.
Ująłem kij w ręce i zanim jeszcze w upadku zdążyłem zatrzymać się, powstałem na nogi i dalszą drogę do stawu odbyłem już w charakterze jadącego narciarza.
Ocalenie swoje zawdzięczam temu, że głębokie śniegi w owym roku, oraz lawinki zasypały tak ściany progu, że języki śnieżne podchodziły bardzo wysoko. Na jeden z takich jęzorów spadłem, lecąc w powietrzu i zacząłem nim ześlizgiwać się, co złagodziło ogromnie siłę uderzenia. Cała ta jazda trwała zapewne nie dłużej niż 20-30 sekund - czas bez wątpienia "rekordowy", jak dzisiaj się mówi.
Charakterystyczną rzeczą tutaj jest błyskawiczny przegląd całego życia w jego najistotniejszych zdarzeniach i ludziach, obok niedorzecznych, jak ten zachód prowadzący na górny taras, zupełnie luźnych myśli.
Przegląd życia, jak zauważyłem w innych wypadkach, zarówno na morzu, jak i na wojnie, występuje zawsze w oczekiwaniu śmierci. Myśl pracuje tu szybciej niż błysk pioruna.
Z okresu "odkrywania" Tatr, otulonych grubym całunem zimowego śniegu, który to okres trwał okrągło niemal lat dziesięć, żyją w mej pamięci niezmiernie liczne rzeczywiście "śtyrbne" momenty. Zagłębianie się jednak w ową przeszłość śnieżną zaprowadziłoby mię niechybnie na manowce ukochanych moich bezdroży tatrzańskich, "gdzie kwiat dla Boga kwitnie i usycha"; w dobie "płaskich biegów" narciarskich i skoków u podnóża regli jawiłbym się przed czytelnikami być może w postaci upiora z okresu Jana Gwalberta Pawlikowskiego, który co prawda zdobył Mnicha, ale chadzał też po owe kwiaty, co dla Boga kwitną; albo z czasów jeszcze dawniejszych, kiedy ludzie na szczytach skalnych umieli się modlić.
Pominę wrażenia spadania po polu lodowym w czasie zjazdu na nartach z Kościelca: byłem wówczas związany liną z wiernym towarzyszem moich ratunkowych wypraw tatrzańskich, Stanisławem Zdybem i, jakkolwiek sam ostrzem kija się zatrzymałem, miałem pewność, że w razie ostatecznym on nie zawiedzie. Również zażartą walkę z głębokim sypkim śniegiem w pierwszym zimowym wejściu z Granatów na Orlą Basztę i przejdę od razu na suche, ogrzane letnim słońcem, a tak miłe w dotknięciu granity tatrzańskie.
Wspinając się w trzecim przejściu południowej ściany Zamarłej Turni, przebyliśmy już z p. A. Znamięckim najtrudniejsze jej miejsca, a zatem: dolny trawers, górny trawers z jego stającym dęba nie osiodłanym, a śliskim jak grzbiet foki, koniem i płytki komin pod obszernym trawnikiem, na którym pierwszy raz można przysiąść dla odpoczynku - przebyliśmy to wszystko i... zabłądzili. Wybacz mi, panie Aleksandrze, że zdradzam tu tajemnicę: zabłądziliśmy.
Zamiast iść drogą pierwszych zdobywców ściany: na prawo nieco w dół poza żebro skalne, gdzie wejście nie nastręcza już żadnych trudności, ruszyliśmy do podnóża ostatniego wielce trudnego 25-metrowego komina. "Złe" nas tam poniosło. Od podnóża komina udaliśmy się na lewo, na gładką poprzerywaną wąziutkimi listewkami ścianę i tułaliśmy się po niej, jak pozbawione wzroku stworzenia. Tutaj pamięta Pan, po naradzie strąciliśmy oparty krawędzią na listewce głaz; wzrokiem śledziliśmy jego upadek: raz tylko stuknął o ścianę, a potem już długo leciał w powietrzu, aż gruchnął wprost w piargi. To było ładne.
Czuliśmy, że tutaj niedobrze: nie puści. i istotnie, wyżej utknęliśmy, jak się mówi, nosem w przewieszki. Zejść? Niesłychanie ciężko. Trzeba trawersować w prawo ku kominowi, który nie wiadomo czy puści.
Ogarnęło mię poczucie tego, żeśmy w złych miejscach zgubili drogę. Asekuracja liną bezwartościowa: trzymamy się obaj na centymetrowej szerokości listewkach.
Ze szczelin skalnych wypełzają oślizgłe, zimne, powolne w ruchach gady zwątpienia; szklanymi oczami patrzą i czekają. "Złe" wskazuje palcem na niebieskawą mgiełkę powietrza, zaczynającą się od stóp naszych i coś szepce do ucha: wyrwij się, wyrwij stąd prędzej, śpiesz się... jeden skok na tamtą listewkę, tam palcami w szczelinę się wpijesz, a potem krawędź... to nic, że tam trzy metry, dosięgniesz... Tylko prędzej, prędzej, śpiesz się!?
Krótka, decydująca walka z szatańskim doradcą: pośpiech tutaj, to śmierć - i już siła woli powraca duszy tak konieczny tu spokój i opanowanie nerwów. Wzrok zaczyna na nowo oceniać ściśle odległości i układ; punktów oporu; zimne wyrachowanie, zdecydowana wola pokonania trudności prowadzi nas dalej przez znikome wgłębienia w ścianie, gzymsiki i chwyty do górnej krawędzi komina, na której niebawem stajemy.
Dalej - droga już łatwa.
Przez pomyłkę przebyliśmy jeszcze tę część - ostatnią i bardzo trudną - drogi, która to część, podobno, włączona została później do całości.
Analizując przeżycia swoje na tym skrawku ściany, stwierdzić w nich muszę brak myśli ubocznych, nie wchodzących w zakres walki ze skałą. Głos instynktu samozachowawczego, skłaniającego do jak najszybszego wyrwania się z pułapki, stanowił istotną treść zmagania się wewnętrznego z zimną rozwagą taternika. Zwyciężyła wola dokonania czynu.
Inne wspomnienie prowadza mię znowu z tym samym p. A. Znamięckim w ohydny Czerwony Żleb Szatana.
Są miejsca w górach złe, trudne i niebezpieczne, których pokonanie pozostawia w pamięci alpinisty wrażenia grozy, połączonej wszakże z radosnym uczuciem dumy. Wspomnienia Czerwonego Żlebu nie dają mi tej radości.
Była to pułapka, do której zaprowadziły nas (razem z panną W. Jerominówną) błędne informacje przewodnika (drukowanego). Przez cały długi dzień sierpniowy widnokrąg nasz u góry ograniczał się do paru dziesiątków metrów wiszącego niemal nad głowami piargu, zamkniętego przeważnie bardzo trudnym progiem. Co dalej - nie wiadomo.
Wracać ze względu na kruchość skały i nagromadzone tu od początku świata (było to wymuszone pierwsze przejście) piargi, było wręcz niebezpiecznie, ambicja taternicka odsuwała od nas myśl o odwrocie.
Szliśmy więc do góry, pokonując wielkie trudności.
W pewnym miejscu tej szatańskiej czeluści, właśnie w miejscu najwęższym, bo jakie 1 1/2 m szerokości pomiędzy ścianami żlebu, zaczął zsuwać się na nas olbrzymi głaz płaski i ostry jak krawędź noża.
Zatrzymaliśmy go i trzymali z p. Znamięckim na swych barkach. Wysiłkiem wszystkich swych mięśni. Siły wyczerpywały się z minuty na minutę. Uskoczyć nie było gdzie.
Widmo okrutnej śmierci przez zmiażdżenie z bliska już zaglądało nam w oczy.
W ostatniej chwili, gdy ręce już drżały nam z nadmiernego wysiłku, a pot kroplisty zalewał nam oczy, uratowaliśmy się: p. Aleksander przecisnął się z boku, pomiędzy ścianą a blokiem, ja - zrobiłem z siebie mostek, rozparłszy się barkami i jedną nogą na dwóch przeciwległych ścianach żlebu, pod którym głaz przeleciał.
Przez kilka długich jak wieczność minut sytuacja była rozpaczliwa. Wysiłek fizyczny nadludzki nie dopuścił tu do sprecyzowania się myśli i uczuć. Kłębiły się one bezładnie, ścierając się wzajem i niwecząc. Była to raczej zwierzęca walka o byt - bezwzględna i rozpaczliwa aż do ostatka. Pomogła nam tu siła fizyczna: ludzie słabsi mięśniowo zginęliby byli od razu,
A oto jeszcze parę wspomnień z chwil ciężkich - tym razem nie ściśle taternickich, bo z wypraw ratunkowych.
W grę tutaj wchodzą pierwiastki odmiennej już nieco natury - poczucia odpowiedzialności moralnej za życie ludzkie.
Pierwsze (w porządku chronologicznym odwrotnie) - to wspomnienie z wyprawy ratunkowej po troje ludzi, z których w momencie, gdy wyprawa Pogotowia Ratunkowego do nich dotarła, dwoje już zginęło. Działo się to w Kominie Drege'a.
Noc ciemna zupełnie. We dwóch z Jędrzejem Marusarzem dźwigamy pozostałą przy życiu uczestniczkę tej fatalnej wycieczki, M. Bandrowską ze środka komina do góry. Dźwigamy ją w ten sposób, że wspólnymi siłami wciągamy ją po ściankach po kilkanaście centymetrów na linie, po czym ja trzymam ją na rękach, zanim Marusarz wciągnie się sam po linie i zaczepi się gdzieś na gzymsiku. Wówczas znów dźwigniemy ją nieco.
Blisko godzinę trwa już ta nad wyraz ciężka praca. Siły się wyczerpują. Oddech staje się świszczący. Jeszcze trochę, a już nie zdolę. Poczucie wszakże odpowiedzialności za życie ratowanej osoby, która po spędzeniu czterech dni i pięciu nocy w tym tragicznym dla nich żlebie, chociaż zachowała moc ducha i przytomność umysłu, fizycznie niezdolna już była do żadnego wysiłku, nakazało mi wydobyć z siebie potrzebne do tej pracy siły. I rzeczywiście znalazły się one: z zaciśniętymi zębami, w głuchym poczuciu konieczności wydobycia ofiary z tej fatalnej czeluści i zupełnym milczeniu pracowaliśmy z Marusarzem tak długo na pionowych ścianach, aż teren pozwolił nam wziąć Bandrowską na plecy i na czworakach dźwigać ją dalej do miejsca, gdzie reszta Pogotowia czekała już na nią i wzięła ją w swoją opiekę.
Pobudką do walki wewnętrznej, jaką ja, a zapewne i Marusarz, stoczyć ze sobą musieliśmy, było poczucie obowiązku ratownika, członka Pogotowia, uroczystym przyrzeczeniem zobowiązanego do ofiarnej pracy, a ja wszak byłem naczelnikiem jego.
W takiej samej sytuacji znalazłem się był dnia 6 sierpnia 1910 roku w ową "straszną sobotę", gdy pławiąc się w lodowatej wodzie wśród ulewy, gradu i piorunów na północnej ścianie Małego Jaworowego na jednej linie z Klimkiem Bachledą i Stanisławem Zdybem, znaleźliśmy się po długiej i ciężkiej wspinaczce pod turnią szczytową. Szliśmy na ratunek umierającego w chmurach Szulakiewicza; głos jego, rozpaczliwe ostatnie wołanie słyszeliśmy wśród zamętu żywiołów; resztkami sił, sami zamarzając stopniowo, parliśmy wciąż wyżej, aż przyszedł moment, gdy twardy Zdyb osłabł zupełnie, a w niedługą chwilę po nim osłabłem i ja - Klimek wówczas oddzielił się i w kilkanaście minut potem miał zginąć - palce nasze niedołężnie się poruszały, szczęki z trudem przepuszczały nieliczne słowa, które zamienialiśmy, głos stał się tępy i dziki, ciała nieruchomiały stopniowo a znużenie podcinało nam nogi... Okropna chwila!
Resztkami świadomości zarządziłem odwrót. A on, Szulakiewicz, żył jeszcze wtedy nad nami! Jakie 80 m oddzielało nas od niego. Ale i 20 m niezdolni byliśmy pokonać. Był to kres możliwości.
Wróciliśmy we dwóch tylko. Klimek zginął, Szulakiewicz również. Schodziliśmy ze Zdybem w sennej półświadomości lunatyków. Sam nie wiem, jak zeszliśmy z tej ściany dzikiej i przepaścistej. Zeszliśmy. Rzecz prosta, zjeżdżając nieustannie na linach.
Wspomnienie chwili, w której zdecydowałem się wydać hasło powrotu, przejmuje mię grozą, chociaż w sumieniu swym, jako naczelnika wyprawy, mam spokój zupełny. Bądź co bądź, wydałem wówczas wyrok śmierci na Szulakiewicza. Miałem jednak do wyboru: albo śmierć.
Szulakiewicza, albo śmierć nas wszystkich razem z Szulakiewiczem, gdyż niepodobna było, myśleć o tym, ażebyśmy w stanie, w jakim wówczas :się znajdowaliśmy, zdolni byli noc na ścianie przetrzymać.
Śmiertelną tę wspinaczkę zaczęliśmy o świcie po całej nocy na wozach niespanej i przebyciu wśród lodowatej ulewy wielkiej Jaworowej Doliny.
Decyzję powziąłem po krótkiej walce wewnętrznej, w której skupiłem zamierające wraz z ciałem wszystkie swe siły duchowe. Decyzji tej i dziś nie mam nic do zarzucenia: cofnąłem się przed fatalną siłą konieczności, która zaiste posiadała pierwiastki tragiczne.
W szkicach powyższych nie starałem się objąć całokształtu psychologii alpinisty, chciałem tylko za pomocą wspomnień i analizy poszczególnych momentów dać obraz przeżyć jego w chwilach ciężkich, gdy w rozterce duchowej szuka wyjścia z sytuacji i musi stoczyć ze sobą walkę stanowiącą najczęściej o życiu.
Jakiż będzie wynik analitycznego wniknięcia w głąb duszy alpinisty?
Zdaje mi się, że zagadnienie całe w najistotniejszej swej treści da się sprowadzić do walki dwóch potężnych pierwiastków: zwierzęcego instynktu samozachowawczego z wyrobionym przez kulturę alpinistyczną pragnieniem dokonania czynu.
Te dwa czynniki muszą zetrzeć się przede wszystkim. Instynkt nawołuje do odwrotu, zachęca do poniechania ryzykownego zamiaru? z pomocą mu przychodzą: blady strach, wyolbrzymiający każdą trudność spotkaną, niechęć do wydobycia z siebie największego wysiłku, czyli ordynarne lenistwo, odruchowe pragnienie unikania skaleczeń rąk i nóg, wreszcie wspomnienia pozostawionych w dolinie ludzi drogich i obowiązków społecznych.
Falandze tej alpinista-taternik przeciwstawić musi swe silne pragnienie dokonania czynu.
Ambicja własna człowieka i taternika popycha go naprzód, odsuwa od niego myśl rozsądną cofnięcia się; niestety, zbyt często przesłania mu wzrok obrazami źle pojętej sławy i prowadzi do zguby.
Jako silny czynnik występuje tu poczucie godności człowieka: "jak to" tych kilka zębów, ta niebieskawa mgiełka powietrza pode mną miałaby mnie, istotę rozumną i silną, zatrzymać w pochodzie? przeszkoda martwa ma mnie zwyciężyć? Nie! pogardzam nią, ja ją zwyciężę! Homo sum?. Wreszcie podświadoma nienawiść, nienawiść chwilowa do tego kawałka skały, jaką w momencie walki wręcz żywi każdy walczący do swego wroga lub przeciwnika, dodaje sił alpiniście: ogarnia go szał walki, ślepa chęć zwycięstwa. Chwilami zaciekłość walki może go doprowadzić do stanu, w którym zapomni o pobudkach i celu, a będzie widział przed sobą tylko skałę, która nastaje na niego: musi ją pokonać; gdy zaś pokona, dopiero wtedy odpowie sobie na pytanie, co i dlaczego uczynił.
Niekiedy też, już w zupełnie wyjątkowych warunkach, jak w przytoczonych dwóch ostatnich obrazach, wybije się na czoło pobudek psychologicznych pierwiastek uboczny, jak w tych przykładach - humanitarny, poczucie obowiązku. To samo może być z poczuciem obowiązku żołnierskiego w ataku górskim, albo w ucieczce przed grożącym niebezpieczeństwem.
W konsekwencji ścierania się wszystkich wspomnianych pierwiastków, w duszy alpinisty musi się odbyć wewnętrzna zażarta walka, w której jako czynnik decydujący występuje wola. Ona musi zwyciężyć wszystkie rozkładowe siły i opanować je ostatecznie. Musi przywrócić spokój nerwom, wzrokowi zdolność wyraźnego widzenia, mięśniom sprężystość i siłę, a myśli trzeźwość sylogistycznego rozumowania. Jeśli tego nie uczyni, biada człowiekowi! We wszystkich wypadkach sytuacji krytycznych w górach, gdy znużenie lub ciężki trud fizyczny nie zaćmią jasności myśli, występuje jako cecha charakterystyczna, błyskawiczny przegląd całego życia: jak gdyby taśma filmu własnego życia, puszczona w ruch w tempie szalonym, przewijała się przed oczyma.
Nie mogę twierdzić, iż jest to cecha ogólna; mam wszakże dane do przypuszczenia, że stwierdzone niejednokrotnie u mnie przejawy występowania obrazów własnego życia w chwilach krytycznych, są zjawiskiem, że się tak wyrażę, powszechnym.
Dusza ludzka - to głębia dla wzroku ciemna i nie zbadana. Prawdopodobnie pozostanie zawsze taka.
Dlatego sądzę, że przytoczenie powyższych kilku przykładów z dziedziny przeżyć niecodziennych i kategorii ludzi bądź co bądź nielicznych, jakimi są alpiniści, może obudzić wśród nich zainteresowanie; może przyczynić się do odsłonięcia jeszcze jednego rąbka tajemnicy.