Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Non omnis moriar

Taki napis znajduje się na kamieniu pamiątkowym pod Małym Kościelcem, w miejscu, gdzie przestało bić serce niepospolitego taternika i poety-muzyka w jednej osobie. Określenie: taternika i muzyka, rozumiem to dobrze, nie jest właściwe; powinno być: niepospolitego człowieka. Bo każdy człowiek dojrzały duchowo, jest "cały i jeden", tylko formy uzewnętrznienia się jego jaźni mogą być różne. Taternictwo i muzyka Karłowicza były właśnie owymi wyrazami objawienia się jego poetyckiej duszy.
Jakkolwiek wielbię i odczuwam muzykę, nie mam prawa w sprawach tych głosu zabierać, gdyż nie jestem muzykiem. Muzykę rozumiem jako najwyższy wyraz poezji wypowiadający właściwą jej mową to, czego niezdolne jest oddać słowo ludzkie, pędzel lub dłuto. Muzykę rozumiem jako poezję transcendentalną.
I jeżeli wspominam o tym, to tylko dlatego, ażeby móc tym samym kluczem otworzyć wierzeje świata tatrzańskiego Karłowicza, ilekroć on, zaopatrzony w porządny sprzęt alpinistyczny, przekraczał jego progi. Stosunek transcendentalnego poety-muzyka do Tatr nie mógł być inny, niż był w istocie: inaczej Mieczysław Karło wieź nie byłby "cały i jeden", nie byłby sobą.
Nie mogę na tym miejscu zatrzymać się dłużej nad kwestią, czym były Tatry dla Karłowicza, nad ustosunkowaniem się jego do spraw i zagadnień taternictwa, pragnę tylko kilku osobistymi wspomnieniami przyczynić się do oświetlenia tego stosunku, a zarazem położyć kres niedorzecznym pogłoskom, które przez szereg lat po jego śmierci uparcie tłukły się wśród murów miast: że jakoby Mieczysław Karłowicz świadomie sam spowodował śmierć swoją; pogłoski w istocie swej nie uwłaczające czci jego, ale przez swą nieprawdziwość wysoce go krzywdzące.
Był piękny letni ranek roku 1908, kiedy we dwóch z Mieczysławem Karłowiczem przedzieraliśmy się przez Dolinę Jarząbczą, kierując się ku Rohaczowi i dalej - ku Osobitej. Las grał wszystkimi barwami budzącego się do życia dnia pogodnego; na liściach drzew perliła się rosa, migocąc milionem złotych iskierek wśród ciemnej głębi sędziwych smreków, okolonych siwymi brodami; kiedy niekiedy nieśmiało odezwał się świegot jakiegoś samotnego ptaszka, czasem zabrzękła ciupaga, grotem natrafiwszy na kamień, czasem rozległ się cichy trzask złamanej gałązki i znowu cisza. Szliśmy w milczeniu, wchłaniając blaski i dźwięki dziewiczego boru, który od wieków rozsiadł się tutaj, bezdrożami odgrodzony od chciwości ludzkiej.
Doszedłszy do potoku, który z hałasem i młodzieńczym impetem wyskoczył nagle z leśnej gęstwiny, ruszyliśmy jego brzegiem, szukając przejścia na drugą stronę. Głęboka woda uniemożliwiała nam przedostanie się na przeciwległy brzeg. Natrafiliśmy wreszcie na stary smrek, powalony przez burzę, który na podobieństwo kładki legł w poprzek wysoko nad wodą. Po tej kładce zaczęliśmy przeprawę. Karłowicz, jak zwykle roztropny i uważny, bez przygód znalazł się na drugim brzegu. Mnie gorzej się powiodło: gdy byłem na środku potoku, trzeba było okroczyć grubą i sterczącą pionowo gałąź; ciężki mój plecak przeważył i z wysokości paru metrów runąłem w wodę - plecakiem w dół, nogami do góry. Plecak uchronił mnie od uderzenia, byłem jednak pewny, że ze wszystkich aluminiowych blaszanek została miazga. Gdy wyszedłem z zimnej kąpieli, stwierdziłem, że żaden z moich sprzętów nie został uszkodzony.
Lasem, potem dzierżganymi złotem upłazkami, przez garby Rakonia i Wołowca dążyliśmy "w ciszę, w jasność, w błękit, w dal". Było nam dobrze. Karłowicz swoim równym, spokojnym krokiem powoli, a zarazem szybko zagarniał przestrzeń i wkrótce znaleźliśmy się pod szczytem Rohacza Ostrego. Gdy doszliśmy do znanej płyty podszczytowej, Karłowicz oświadczył, że dalej nie pójdzie. Istotnie pora na przejście obydwóch Rohaczów była nieco spóźniona, wróciliśmy więc na przełęcz i zeszliśmy do pustego domku myśliwskiego w Dolinie Rohackiej, gdzie przenocowaliśmy.
Na drugi dzień zaczęliśmy wycieczkę od Przełęczy Zielonej i przeszedłszy granią przez Rohacz Płaczliwy oraz zachodni szczyt Rohacza Ostrego, stanęliśmy znów przed ową płytą.
I ten dzień był pogodny, jakkolwiek trochę zamglony. Kiedy byliśmy w pobliżu płyty, zbliżyła się nieduża chmurka, szary obłok raczej - parę razy lekko zagrzmiało. Karłowicz oświadczył, że jego ciupaga wydaje jakieś dziwne dźwięki i rzucił ją na ziemię. Zaintrygowany tym zjawiskiem podszedłem do ciupagi i chciałem ją obejrzeć. Gdy jednak uniosłem ją trochę, ciupaga zasyczała głośno: dźwięk był zupełnie taki, jaki wydaje rozpalony do czerwoności spory kawał żelaza, gdy się go włoży do zimnej wody.
Poniechałem badań, zostawiłem swoją ciupagę i obaj szybko zeszliśmy pod turnię szczytową, zdając sobie sprawę, że wierzchołek Rohacza w tej chwili był ostrzem wielkiego piorunochrona i że lepiej, jeżeli nie będziemy na tym ostrzu siedzieli.
Kiedyśmy po przejściu chmurki wrócili na szczyt emanacji elektryczności już nie było.
Podeszliśmy do płyty. Karłowicz, przyjrzawszy się jej, i tym razem oświadczył, że bez asekuracji liną dalej nie pójdzie. Obaj nie znaliśmy dotychczas Rohaczów. Przeszedłem wówczas płytę do końca i stwierdziłem, że, jakkolwiek jest ona eksponowana, obfituje w liczne oparcia dla stóp, zaś ręce mają mocne chwyty na ostrej grani. Wróciłem do Karłowicza i starałem się go przekonać o pewności przejścia. Odmówił stanowczo. A dzień miał się już ku zachodowi: perspektywa powrotu przez obydwa Rohacze nie bardzo mi dogadzała. Wreszcie, gdy znalazłem w plecaku kilka metrów linki pętlowej, Karłowicz ustąpił i ubezpieczony nią, swobodnie przeszedł przez płytę.
Byliśmy potem na Osobitej.
Lecz na tym miejscu opowieść przerwę i myślą przeniosę się wraz z czytelnikiem w inną stronę Tatr do sytuacji podobnej.
W tymże roku z Karłowiczem i S. Drozdowskim stanęliśmy pewnego dnia u spodu żlebu, wiodącego z Doliny Żabich Stawów Białczańskich na Przełęcz Białczańską Wyżnią. Żleb ten opada w dolinę kilkudziesięciometrowym, potrzaskanym uskokiem, który zwłaszcza w środkowej części zmusza turystę do uwagi. Karłowicz szedł pierwszy i począł się wspinać. Wzniósłszy się jakie dwadzieścia metrów, przystanął i jął się bacznie rozglądać trafił na złe miejsce, które dalej nie bardzo "puszczało". Ja, który szedłem za Karłowiczem, zboczyłem trochę w lewo i znalazłem lepsze przejście. Wkrótce też byłem powyżej Karłowicza.
Spostrzegłem, że Karłowicz zaczyna schodzić na dół. Oświadczył, że dalej nie pójdzie, wraca, a wieczorem spotkamy się przy Morskim Oku. Miałem linę ze sobą.
Powiedziałem, że dalej droga nie przedstawia większych trudności; stoję mocno i zrzucę linę, którą ich ubezpieczę. Nic nie pomogło. Karłowicz postanowił wrócić i niebawem znalazł się u wylotu żlebu, skąd pożegnawszy nas, udał się w drogę powrotną. Ubezpieczyłem więc Drozdowskiego i poszliśmy dalej na Żabi Wyżni - markotni nieco z powodu opuszczenia nas przez towarzysza. Nawiasem wspomnę, że lina przydała się nam z drugiej strony przy zejściu z nadzwyczaj stromych miejscami upłazków Żabiego do Czarnego Stawu.
Wieczorem spotkaliśmy się przy Morskim Oku z Karłowiczem, który był tego dnia na Żabim Niżnim.
Nocowałem z Karłowiczem w jednym pokoju.
I tu Karłowicz sam zaczął rozmowę, która wytłumaczyła mi przesadną, jak mi się zdawało ostrożność jego zarówno w żlebie Żabiego, jak i na Rohaczu Ostrym.
Zrozumiałem jego pobudki i uznałem je za słuszne. Słów, rzecz prosta, dziś nie pamiętam, lecz treść podaję bez skażeń.
Tak się złożyło, że oboje pp. Karłowiczowie - matka i syn - to było dwoje serdecznych przyjaciół. Nie rozłączali się nigdy, a przynajmniej od bardzo dawna. Niezależnie od uczuć rodzinnych węzły głębokiej istotnej przyjaźni sprawiły, że żyli jednym życiem, wspólne mieli radości i smutki, wspólne cele, powodzenia i przeciwności losu. Jego prace muzyczne, które właśnie w tym czasie zaczęły zdobywać szerokie uznanie na świecie, przejmowały Matkę tak, jakby to były jej własne; nieuzasadnione krytyki bolały ją nie mniej, niż Mieczysława. Wiedzieliśmy o tym.
Mieszkając w Zakopanem, w ładnym domku na rogu ul. Sienkiewicza i Marszałkowskiej (obecnie Kościuszki), Mieczysław otoczył Matkę najtroskliwszą opieką, starając się usunąć od niej wszelkie przykrości życiowe.
- Panie, mówił do mnie tego wieczora Karłowicz, gdybym zginął w górach, śmierć moja byłaby równocześnie śmiercią mej Matki. Dlatego przyrzekłem sobie, że z mojej winy to się nigdy nie stanie. Wiemy, że w górach są niebezpieczeństwa tzw. obiektywne, jak spadanie głazów, urwanie się chwytu itp. Tych uchylić nie mogę, lecz niebezpieczeństwa, zależne ode mnie, zawsze mogę ominąć. Postanowiłem w górach nigdy nie ryzykować. Tam tylko wolno mi pójść, gdzie, przy zachowaniu ostrożności i użyciu technicznych środków ubezpieczenia, mogę mieć pewność, że przejdę cało. Przyrzekłem to sobie. Pan wie, że, wracając z wycieczki, nigdy się nie spóźniam i zawsze się stawię o wyznaczonej uprzednio godzinie. Robię to dla Matki, ażeby Jej oszczędzić przykrych chwil oczekiwania. Wiem, co znaczyłaby godzina chociażby niepokoju dla matczynego Jej serca.
Tymi mniej więcej słowy usprawiedliwił Karłowicz przede mną ostrożność na wycieczkach tatrzańskich.
Nie odstąpił od zasady tej, zdaje się, nigdy. Nawet na południowej ścianie Ostrego Szczytu wspinając się, nie ryzykował wcale.
Potwierdza to również ślad jego nart na ostatniej wycieczce do Czarnego Stawu Gąsienicowego, z której nie sądzone mu było żywym powrócić.
Spóźnił się tu po raz pierwszy i to o całe trzy dni, lecz nie on, tylko kształt jego fizyczny bez duszy. Dusza na pewno o naznaczonej godzinie wstępowała w progi osieroconego domu.
Karłowicz pod moim kierownictwem stawiał pierwsze kroki na nartach, a że miałem już wówczas niemałe doświadczenie w turystyce zimowej, ode mnie też otrzymał ostrzeżenia i wskazówki, tyczące się niebezpieczeństwa lawin tatrzańskich. Nie wątpię, że sprawdził i pogłębił je odpowiednią lekturą.
W przededniu swej ostatniej wycieczki, jak pisałem o tym gdzie indziej ("Ostatnim śladem"), rozpytywał się mnie o możliwościach, wejścia na nartach na Czerwone Wierchy w celu poczynienia zdjęć fotograficznych całego pasma głównych grzbietów tatrzańskich. Spadły wówczas bardzo głębokie śniegi i Czerwone Wierchy stanowczo mu odradziłem. Usłuchał rady i udał się na wycieczkę, jak mniemał, zupełnie bezpieczną. A i tu, dążąc bezpośrednio jego ostatnim śladem, który zadymka niezupełnie jeszcze zawiała, podziwiałem ostrożność jego w wyborze drogi: nie tylko pod Małym Kościelcem ślad jego nart szedł o kilkadziesiąt metrów powyżej letniej ścieżki, pod samymi niemal ściankami, lecz nawet z Karczmiska, zjeżdżając na Halę Gąsienicową dalekim łukiem objechał stromy upłazek, którym letnia ścieżka idzie, ażeby nie spowodować na nim lawiny.
Do ostatniej chwili nie sprzeniewierzył się swojej zasadzie, do ostatniej chwili pamiętał o swojej Matce. Ślad jego nart wyraźnie świadczył o tym.
Tragicznym zaiste jest zrządzenie losu, że Ten właśnie, który był tak czujny i ostrożny w górach, ażeby śmiercią swoją nie spowodować śmierci najdroższej Mu osoby, Ten właśnie zginął w górach.
Matka Mieczysława żyła jeszcze kilkanaście lat (umarła w r. 1921), powiedziałbym tylko formalnie. Faktycznie umarła Ona w tym dniu, w którym dowiedziała się o śmierci syna.
Obawy Mieczysława sprawdziły się.
W trzy dni po odnalezieniu ciała wybrałem się z prof. Ignacym Królem na tragiczne miejsce. Ułamawszy gałązkę skoruszą zatknąłem ją w śniegi; dokopaliśmy się pod nimi głazów a na nich naznaczyłem swastykę. w jakiś czas potem, już ku wiośnie, wybrałem się w towarzystwie Karola Brzozowskiego i Jakuba Wawrytki na miejsce wypadku, aby wynaleźć najlepiej na pamiątkowy kamień nadający się głaz. Jakież było nasze zdziwienie i wzruszenie zarazem, gdyśmy odnaleźli ową gałązkę, nie uwiędłą, martwą, lecz pięknie zazielenioną, żywą.
Niech więc dziś w dwudziestąpiątą rocznicę, ustaną raz na zawsze wszelkie wątpliwości, tyczące się powodów tragicznej jego śmierci.
Mieczysław Karłowicz nie pragnął nigdy i nie szukał śmierci w Tatrach.
Umarł zrządzeniem wyższych wyroków, o których my, ludzie śmiertelni, wiedzieć nic nie możemy.
Umarł, ale nie wszystek.
Żyje wśród nas i żyć będzie wśród tych, którzy po nas przyjdą.