Góry, galerie, foto, artykuły, aktualności górskie - Górska Gazeta Internetowa - www.gory.info

GGI - Górska Gazeta Internetowa











Szukaj w artykułach GGI:





NeoServer

WWW.COTG.GORY.INFO - serwis aktualności górskich
Górska Gazeta Internetowa

ISSN 1731-3724             


Biblioteka górska


Mariusz Zaruski

Na bezdrożach tarzańskich




Trzydzieści lat...

Trzydzieści lat... to spory kawał czasu, to nawet niemała część wieku.
I oto, posłuszna nieubłaganym prawom wszechświata i ta część wieku "z bicza trzasnęła", odeszła w przeszłość. Kiedy zagłębiam się myślą w owe legendarne czasy narciarstwa, doznaję dziwnego uczucia, w którym miłe, a świeże tak, jak gdyby z dnia wczorajszego wspomnienia przeżyć, trosk i niepokojów łączą się z pewnego rodzaju dumą, że oto nasze, z początku drobne, a najzupełniej samotne poczynania doprowadziły do tego, że dziś budżety państwa poważnie liczą się z potrzebami ruchu narciarskiego, ba, nawet usilnie go popierają.
Pamiętasz, Zdybie, stary towarzyszu wszystkich niemal moich wypraw tatrzańskich zimowych i wielu letnich, nocleg w pustym szałasie na Polanie Chochołowskiej, kiedyśmy szli "w nieznane", kierując się na Rohacze? Gdy luty mróz wdzierał się do szałasu przez wszystkie szczeliny między zrębami wraz z promieniami gwiazd czarnego nieba, które tajemniczo do nas mrugały? Na środku szałasu płonęły sajty i snuła się nić wiecznie żywych opowieści tatrzańskich? Czyś Ty przypuszczał, że po latach ślady naszych nart wytyczą trasę kolejki na Kasprowy?
Niechże wolno będzie i mnie na tym miejscu cząstką owej dumy napoić swe serce na wspomnienie, że w tym już okresie w licznych swoich "kronikach z Tatr", drukowanych w "Słowie Polskim" i w "Zakopanem" pisałem, iż przyjdzie czas kiedy "góralki będą na nartach woziły mleko do Zakopanego".
I przyszedł ten czas.

Mariusz Zaruski na nartach w r. 1906, przy wyruszeniu na kilkudniową wyprawę w Tatry

Był początek bieżącego wieku. Austriaczyzna mało dawała się odczuwać w tym zapadłym kącie ziem polskich, który nazywał się uzdrowiskiem. Tam to dyrektor ówczesnej c.k. Szkoły Przemysłu Drzewnego, Stanisław Barabasz, zawołany myśliwiec, a zatem człowiek, mający odczucie przyrody, z wrodzonej mu "ciekawości" do rzeczy nieznanych zaczął czynić próby zastosowania desek jesionowych do chodzenia po śniegu. Z towarzyszy jego wymienię tu nazwiska: śp. Andrzeja Górasia, Ksenofonta Celewicza, śp. Włodzimierza Tenorzewskiego, śp. Józefa Jarosza, Reuta i paru innych. Grupa ta odbyła kilka bliższych wycieczek (m. in. do Czarnego Stawu pod Kościelcem - to była już "poważna" wycieczka), lecz wpływu bezpośredniego na rozpowszechnienie się narciarstwa nie miała.
Nieco później ja zaznajomiłem się z podręcznikiem jazdy na nartach. M. Zdarskyrego i żywo tą umiejętnością się zainteresowałem. W rozmowach z dyr. Barabaszem uzupełniłem swą wiedzę, praktycznie doświadczaną przeze mnie na nartach, nabytych u Górasia i dobrawszy sobie grupkę młodych ludzi, przeważnie uczniów wyżej wymienionej Szkoły Przemysłu Drzewnego w osobach: Stanisława Zdyba, śp. Józefa Lesickiego, Henryka Bednarskiego i Feliksa Antoniaka, do których niebawem przyłączyli się: śp. Leon Loria, Józef Oppenheim i Janusz Żuławski, ruszyłem z nimi na jakieś Giewonty, Żółte Turnie i tym podobne Goryczkowe Wierchy. Miałem za sobą już doświadczenie pięciodniowej narciarskiej wycieczki z S. Getterem i K. Młodzianowskim w r. 1905, w czasie której dokonaliśmy pierwszego trawersowania Tatr na nartach przez Przełącz Tomanową z wejściem na Osobitą. Sporo też szczytów uprzednio zwiedziłem w zimie "na nogach", niektóre przy pomocy karpli.
Grupka wymieniona stanowiła ośrodek, do którego dorywczo dołączali się inni (śp. Józef Borkówski) biorąc udział w odkrywczych wyprawach tatrzańskich. Wkrótce stworzyła ona "Koło Okrągłego Stołu", przy którym zasiadać było rzeczą honorową. Ci błędni rycerze śniegu zorganizowali Zakopiański Oddział Narciarzy Tow. Tatrzańskiego i rozpoczęli swoją działalność. Pierwszym prezesem Oddziału był Stanisław Barabasz, ja zostałem sekretarzem, ustępując to stanowisko w roku następnym Gustawowi Kaleńskiemu, znanemu powszechnie "Tatemu" narciarstwa.
Z tą chwilą skończył się legendarny okres narciarstwa i zaczęła się historia w postaci licznego, nawet bardzo licznego, bo grupującego około 120 osób pierwszego w Polsce kursu narciarskiego w r. 1907. Kurs ten nazwanoby dziś "wszechpolskim" z tego powodu, że był on ogłoszony szeroko w poczytniejszych czasopismach wszystkich zaborów i istotnie zgromadził uczestników ze wszystkich dzielnic.
Tu oddam głos historykowi, sam zaś, jako uczestnik owego ruchu, mającego na celu zdobycie zaklętego tatrzańskiego zimowego zamczyska, zajmę się tego ruchu treścią merytoryczną.
Tempora mutantur. Istotnie od tych czasów, kiedy się debatowało nad tym, czy deska jesionowa (hikori wówczas jeszcze nie rosły) ma się nazywać nartą, czy po staropolsku łyżbą, czy łyżwicą, czy wreszcie z "góralska" skijem, zmieniło się bardzo wiele.
Przede wszystkim idea. Dążenie nasze kierowało się wzwyż: na szklane nieznane szczyty, z których zwisały śnieżne nawisy (to słowo i wiele innych myśmy utworzyli; nie mogłem tylko pomimo starań objąć ostracyzmem "szusu", chociaż dowodziłem, że szusy można mieć tylko w głowie, ale nie na śniegu), gdzie w żlebach czaiły się groźne lawiny, a "złe" kurniawami po pustkowiach wodziło. Hańbą i niezasłużoną karą było po dolinach chodzić; hańbą było przed trudnym miejscem się cofnąć, albo, broń Boże, zdjąć narty i próg "na nogach" przebyć; hańbą, wszedłszy na szczyt, nie móc z tego szczytu zjechać na nartach (exemplum - Giewont od samego krzyża, szczyt Kościelca, narciarski "Żabi Koń" w Banistych Turniach i wiele innych). A brzydką już zupełnie rzeczą był upadek na nartach. Mówiło się: cóż to za jeździec, który po każdym skoku konia leży na ziemi? Toteż chadzaliśmy po kilka dni na trudnych narciarskich wycieczkach po śniegach, szreniach, lodach, obciążeni 20-25 kilogramowymi plecakami, a rzadko który zarył się w śniegu.
Takie były wówczas poglądy i wynikające z nich ambicje. Odmienne nieco od dziś obowiązujących.
Dla mnie osobiście Tatry zimowe i ciężkie wyprawy narciarskie były przede wszystkim szkołą charakterów, remedium na zastraszające cherlactwo duchowe i fizyczne, gorliwie pielęgnowane przez polityczne ustroje państw zaborczych, nie wyłączając klatki z "kochanymi ludami", w której ówcześni nasi tzw. mężowie stanu stać i siedzieć chcieli. Przez pokonywanie trudów i niebezpieczeństw w długich wyprawach tatrzańskich chciałem kroplę tężyzny angielskiej zaszczepić naszej młodzieży. a trudy były, nawet niemałe - trzeba to przyznać, jeżeli się zważy, że schronisk zimowych nie było wcale: wszystko, co było do życia potrzebne, musiało się dźwigać na sobie.
Stąd, z biegiem czasu, wynikła długa walka ideowa Tatrzańskim Towarzystwem Narciarzy, założonym w Krakowie przez niestrudzonego inż. Aleksandra Bobkowskiego, które setki, jeżeli nie tysiące narciarzy zatrzymało na Kalatówkach, a w dalszej konsekwencji wyprowadziło ich na trasy zawodnicze i na Wierch Kasprowy.
Walka na razie skończyła się moją przegraną.
Nie zmieniłem jednak swoich poglądów i dziś, pomimo olbrzymiego rozrostu narciarstwa i postępu samej umiejętności jazdy na nartach, uważam kierunek jego zawodniczy za społeczny objaw niezdrowy zarówno w najgłębszej swej treści duchowej, jak i pod względem fizycznym.
Lecz to jest "piosenka zupełnie z innej już opery" i nie wchodzi w zakres przedmowy.
Przekształcony w sekcję P.T.T., Zakopiański Oddział Narciarzy obchodzi dziś trzydziestolecie swego istnienia. Pracą swoją dobrze przysłużył się społeczeństwu - to rzecz niewątpliwa. Najważniejsza jednak, że nie dał się unieść całkowicie prądowi, który najlepszych narciarzy rzucił przed trybuny widzów, a oklaskami ich zagłuszył szum wiatru halnego na przełęczach tatrzańskich.
Sekcja Narciarska P.T.T. nie zapomniała o Tatrach.
I w tym tkwi największy jej tytuł do zasługi.